Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

No i stało się! Jakoś stało się tak, że masz czytelniku przed oczami książkę zaopatrzoną w najróżniejsze moje przygody. Pierwsza historia na jaką tu natrafisz wydarzyła się w lutym 1989 roku, czyli wówczas gdy byłem niespełna dwudziestoletnim młodzieńcem. Cóż więcej tytułem wstępu? Może to, że znaczną część tekstu dedykuję własnej sklerozie, innymi słowy – dziadkowi, którego prawdopodobnie za kilkadziesiąt lat z trudem przyjdzie skojarzyć z kimś, kogo znało lustro młodości!
No, a teraz - drogi czytelniku, skoro zacząłeś, to już chyba czas całkowicie popuścić cugli czytelniczej manii?

8 lutego 1989 roku (środa) Ostatniej soboty coś mnie podkusiło, aby na stację kolejową wybrać się pieszo – ale już po pokonaniu w mokrym śniegu jakichś dwustu metrów żałowałem, że nie poczekałem na autobus. Nowe buty okazały się do niczego; tak przemokły, że woda podchodziła aż do kostek. Chlupało w nich przy każdym ruchu! W którymś momencie uśmiechając się sam do siebie, pomyślałem, że gdybym był niewidomy, to pewnie pomacałbym je ręką, żeby się upewnić, czy w ogóle mam je na sobie.
Gdy doczłapałem się do dworca, mój pociąg stał już na peronie. W pustym przedziale zająłem miejsce przy oknie. Bez namyślania się zdjąłem buty i skarpety. Buty postawiłem na grzejniku, a skarpety rozwiesiłem gdzieś obok. Jako że ubieram się w tanie - co za tym idzie - gorsze jakościowo rzeczy, oczywiście moje stopy zafarbowały mi, od czarnych skarpet, na granatowo-sinawy kolor. Wyglądały niczym odmrożone kończyny himalaisty! Podłoga, cała upaćkana pośniegowym błotem, w żadnym razie nie zachęcała do tego, aby postawić na niej bose stopy. Musiałem zarzucić je na siedzenie naprzeciwko, pomimo, iż zdawałem sobie sprawę, że tym samym wystawiam ohydne syry na widok publiczny. W tej, jakby nie było najwygodniejszej dla mnie pozycji, żywcem zaczerpniętej z domowego obyczaju, wyciągnąłem książkę, która sprawiła, że po kilku stacjach o wszystkich niedogodnościach prawie całkiem zapomniałem. I właśnie kończyłem pierwszy rozdział, gdy pociąg wtoczył się na peron w Szczecinie Dąbiu. Wychyliłem się i wśród wsiadających zobaczyłem niczego sobie paniusię, na oko, kilka lat starszą ode mnie. Zapragnąłem, aby się przysiadła. Po chwili pojawiła się w korytarzu. Popatrzyła na mnie ciepło i już miała rozsunąć drzwi do przedziału, gdy nagle, krzywiąc się ze wstrętem - zrezygnowała. Odchodząc, rzuciła przez ramię tak mordercze spojrzenie, że aż poszło mi w pięty. Poczułem się jak, nie przymierzając, zbity pies i odruchowo podwinąłem nogi pod siebie. Siedziałem tak, jeszcze przez kilkanaście minut. Jednak nie dało się w ten sposób wysiedzieć długo – rozbolał mnie bok, no i nie mogłem się skupić na czytaniu. Chcąc nie chcąc, musiałem wrócić do poprzedniej pozycji, lecz aby znów nie zostać uraczonym czyimś obrzydzeniem, postanowiłem pod żadnym pretekstem nie spoglądać w kierunku drzwi.

Do tej pory wszystko szło dobrze i zjawiłbym się u Bogdana na umówioną godzinę, gdyby nie to, że z powodu awarii jakiegoś pantografu w elektrowozie - staliśmy w Goleniowie ponad dwie godziny. Owe miasto po raz drugi okazało się dla mnie pechowe. Pierwszego razu nie pamiętam, ale skądinąd doskonale znam datę: 23 września 1969 roku. To właśnie w goleniowskim szpitalu narządy rodne mojej matki wydaliły mnie na ten popieprzony świat.
Do Wolina zajechałem po 21-ej. I cóż mnie tam przywitało? Drodzy czytelnicy, nie zgadlibyście. A nawet gdyby ktoś próbował, a ja odpowiedziałbym: "zimno", to pewnie sądziłby, że jest na złym tropie. Tymczasem, kiedy wysiadłem z pociągu, miast orkiestry powitalnej, której i tak się nie spodziewałem - usłyszałem miły uszom miarowy chrzęst lodu, towarzyszący moim krokom – chrzęst, który jakoby adwokat zimy zdawał się zapewniać, że tym razem obuwie mi nie przemoknie. Jako osoba ciepłolubna nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek będę szczęśliwy z powrotu mrozu, a jednak tego jednego wieczoru byłem; i tak, zerkając na migoczące gwiazdy i na ludzi pojawiających się co jakiś czas w oknach rozświetlonych niebieskawą poświatą, chyba szybciej niż w tym zdaniu do kropki, dotarłem do bloku Bogdana.
Gdy tylko wszedłem do klatki, usłyszałem hałas dochodzący z jego mieszkania. W odpowiedzi na te dźwięki, serce zabiło mocniej, poczułem też trochę nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Czasami bardzo niepokoi mnie mój własny brak wyobraźni – no bo, zważywszy na muzykę i pokrzykiwania powinienem przecież uznać za normalne, iż moje dzwonienie do drzwi nie odnosi żadnego skutku - a jednak, jakoś bez sensu wytrąciło mnie to z równowagi. Chciałem koniecznie być już na imprezie! A przecież, chcieć, nie zawsze znaczy móc. Tym razem, nie było innego wyjścia, jak tylko odczekać aż w mieszkaniu chociaż nieco przycichnie.
Gdy po jakichś dwóch minutach stwierdziłem, że nadeszła odpowiednia pora, by znów dopaść dzwonka, wówczas okazało się, że był on najzwyczajniej w świecie zepsuty. Otóż, ze środka prócz narastającego gwizdu czajnika nie dochodziło nic, co przypominałoby jego dźwięk. Wtedy załomotałem pięścią. Raz i dwa. Już miałem walnąć trzeci raz, gdy raptem usłyszałem uroczy dziewczęcy pisk, a po chwili, tuż za drzwiami – głos zdaje się tej samej dziewczyny, jak przekonywała jakąś drugą, że ktoś puka. „Ktoś naprawdę puka!” Potwierdziłem słowa uderzając ten trzeci raz i zdaje się, że coś jeszcze wykrzyknąłem. Zawołały Bogdana. Wreszcie zgrzyt zasuwy i mogłem zobaczyć jego uśmiech.
Na ten uśmiech już mam odpowiedzieć uśmiechem, gdy nagle, coś złego się ze mną dzieje! Przed oczami mroczki, a nogi mam jak z waty - wchodzę do środka i od razu… muszę chwycić się czegoś, żeby nie upaść. Niby dostrzegam fragmenty otoczenia, ale za nic nie umiem powiązać ich ze sobą. Jakby z oddali - słyszę swój głos wybąkujący życzenia, widzę rękę wręczającą książkę, wieszak i palce zatykające kurtkę na haczyku – może moje, może Bogdana. W końcu te pieprzone skarpety, które jakoś znów pozbyły się butów…

Bogdan niemal wepchnął mnie do dużego pokoju, gdzie przy stole siedzieli ludzie, których nie znałem: Artur, który był tutejszym kolegą Bogdana, Paweł, który był bardziej kolegą Artura oraz Marta, która razem z Bogdanem podobno przywitała się ze mną w progu. Zapoznałem się z chłopakami, po czym Artur zagadał:
— Skąd jesteś?
— Ze Stargardu – wycedziłem z taką ledwością, że chyba raczej nie dosłyszał.
— Żurek trochę mówił o tobie. Podobno piszesz wiersze? Siadaj.
— No piszę – odpowiedziałem siedząc już na wersalce.
— Ja powiem ci szczerze, przyjacielu, nie przepadam za wierszami. Męczą mnie. Wolę, i to dużo bardziej, kryminały — ale, podkreślam, dobre kryminały! Nie jakieś tam!
— Też lubię – przytaknąłem.
— A tam, lubisz… A jakich znasz autorów? Znasz jakiegoś?
— No nie.
— Czyli, kurwa, laik jesteś – chichocząc podsumował Paweł .
— Pawełku kurdupelku, mówiłem ci żebyś nie przeklinał. Mówiłem? No. Jesteśmy u Bogdana, jest bardzo fajnie.
No i są dziewczyny! Panuj nad sobą! – poklepał Pawła, po czym zwrócił się do mnie:
— To ja ci powiem, Konrad, kogo warto czytać.
— Kornel – poprawiła go Marta.
— Sorry, Kornel. Masz rzadkie imię, wiesz? Dobre kryminały…

Kiedy Artur wymieniał autorów kryminalnych bestsellerów, ja czułem się już jako tako i mogłem się przyjrzeć Marcie, która siedziała obok mnie pochylona nad sałatką jarzynową. Ładna blondynka, w zielonej spódniczce mini, lewą ręką głaskała się po udzie; na tle rajstop lśniły i hipnotyzowały, ozdobione złotym brokatem, długie paznokcie.
— Jak sałatka? – zapytał Bogdan.
— Nawet smaczna.
— Może ciutkę za słona?
— Nie. Lubię mocno doprawione. A kto ją robił? Ty, czy twoja mama?
— Sałatkę sam. Stara zrobiła tort i wszystko inne. Właśnie Kornel, tortu już nie ma. Spóźniłeś się!
— Daj spokój, nie przyjechałem na tort. Mów dalej. – powiedziałem, odwracając głowę w stronę Artura.

C.D.N

Opublikowano

Don coś tam, po lekturze pewnej książki, wydawnictwa XXL z Wrocławia, w przekładzie Marka Skierkowskiego nie zdziwi mnie już nic, ani pochlastane nicki, teksty nijakie, szczytujące komentarze dawno nieszczytujących "czaka". Ale że ponieważ gdyż albowiem bo zaś w miarę z powodu joł, powiem ci autorze, nie jest najgorzej ale może być lepiej. Pierwszy z brzegu przykład:
Jakbym ledwo co wstał, po tym, jak padłem zemdlony - usłyszałem jak wybąkuję życzenia, zobaczyłem swoją rękę wręczającą książkę. - O co tu, kutwa, szanowny autorze kaman?

Opublikowano

Z odpowiedzią o co "kaman" w przytoczonym przez Ciebie fragmencie wolałbym poczekać,aż więcej osób nie skuma tego fragmentu. Żywię jednak nadzieję, że pojawi się ktoś, dla kogo będzie to na tyle jasne, że z chęcią wytłumaczy Ci za mnie.

Opublikowano

Średnio interesujące, ale biorąc pod uwagę, że to początek czegoś większego, może się rozkręci? Natomiast jestem zaskoczona znaczna ilością usterek technicznych, tzn. dla mnie to są usterki, dla innych może nie :) Celowo nie podaję teraz przykładów by nie sugerować innych komentujących. Pozdrawiam - Ania

Opublikowano

Proszę:

„Tak jak zazwyczaj, również w ubiegłą sobotę na stację kolejową wybrałem się pieszo. Niestety, po pokonaniu w mokrym śniegu jakichś dwustu, może trzystu metrów zacząłem żałować, że nie zaczekałem na autobus.” – w kontekście poprzedniego zdania, zamiast "niestety" lepiej byłoby, moim zdaniem, użyć „jednak”


„Już po przejściu tego odcinka nowe buty okazały się zupełnie do niczego. Chlupało w nich potwornie, żeby nie powiedzieć kurewsko. Gdybym był niewidomym, to zwyczajnie pomacałbym ręką czy w ogóle mam je na sobie.” – "Gdybym był.. itd" efektowne zdanie, ale kompletnie pozbawione sensu. Parę razy w życiu chlupało mi w butach, więc wiem, że nie ma to nic wspólnego z odczuciem, że idzie się boso - bo jest znacznie bardziej niewygodnie. Poza tym, jeśli już, to chyba bardziej poprawnie byłoby „niewidomy”, a bardziej naturalnie „czy w ogóle mam je na nogach” bo butów nie nosi się "na sobie".

„Gdy przemarznięty doszedłem do dworca, na peronie mój pociąg już stał. W wagonie poszukałem pustego przedziału i gdy znalazłem rozpanoszyłem się w nim jak u siebie w domu.” – niepotrzebnie rozwlekłe. Wywaliłabym oczywistości: "na peronie" i "w wagonie" bo one nic nie wnoszą.

„Natychmiast zdjąłem buty i skarpety. Buty postawiłem na grzejniku, skarpety rozwiesiłem. Jako, że ubieram się w rzeczy tanie, co za tym idzie gorszej jakości, oczywiście moje stopy musiały przybrać granatowy kolor skarpet.” – niepotrzebne udziwnienie, czemu nie „przybrały”?

„To był koszmar! Wyglądały jak jakieś odmrożone kończyny himalaisty.” – moim zdaniem lepiej byłoby odnieść „jakieś” do himalaisty: "wyglądały jak odmrożone kończyny jakiegoś himalaisty."

„Po tym, jak przechodzący korytarzem facet na ich widok skrzywił się, schowałem je podwijając nogi na siedzeniu.” - bardzo dziwny dla mnie szyk zdania; zmieniłabym na: albo ”Po tym, jak facet przechodzący korytarzem skrzywił się,…” albo „Po tym, jak przechodzący korytarzem facet skrzywił się nieludzko,…” W obu przypadkach wywaliłabym „na ich widok” bo z kontekstu wiadomo, że tylko o to może chodzić, o nic innego.

„Kiedy wysiadłem z pociągu chrzęst lodu pod nogami gwarantował, że tym razem obuwie mi nie przemoknie. Byłem zadowolony z powrotu mrozu, a zerkając na migoczące gwiazdy i na ludzi przemykających w rozświetlonych oknach chyba szybciej niż w tym zdaniu do kropki, dotarłem do mieszkania Bogdana, znajdującego się w czteropiętrowym bloku.” – znowu, w sąsiedztwie pierwszego zdania, początek drugiego: "Byłem zadowolony z powrotu mrozu" do wywalenia, nic nie wnosi. Po godz. 21.00 ludzie migający w oknach? Z jakiego powodu? W większości domów to czas telewizyjny, a nie gorączkowa bieganina towarzysząca powrotom z pracy czy ze szkoły. Druga część zdania od „dotarłem do” brzmi sztucznie. Nie można byłoby po prostu: dotarłem do bloku Bogdana” lub ostatecznie: „do bloku, w którym mieszkał Bogdan”?

„Zaraz po wejściu na klatkę schodową usłyszałem hałas dochodzący z jego chaty.” – za mało „stylowy” jest język poprzednich zdań, żeby tu użyć „chaty”. Naturalniej byłoby „mieszkania”.

„Zważywszy, jak tam głośno się zachowywali, w zasadzie powinienem uznać za normalne, iż moje dzwonienie do drzwi nie odnosiło żadnego skutku.” – to „zachowywali” jest tu przedwczesne, niby kto: oni? Wcześniej jest mowa, ze bohater jedzie do Bogdana, a nie na imprezę. Informacja o hałasie jest już w poprzednim zdaniu, więc wystarczyłoby: „zważywszy na to, w zasadzie…”

„Trochę jednak, wytrąciło mnie to z równowagi i zacząłem się coraz bardziej denerwować. Chciałem już być na imprezie! Skończyć z samotnością, która poczęła mi doskwierać.” – wydaje mi się, że przecinek po „jednak” jest niepotrzebny i szczerze mówiąc, cały ten fragment zupełnie mi nie leży - nie umiem sobie wyobrazić, że po długiej podróży, stojąc w nocy w niedosuszonych butach przed zamkniętymi drzwiami można myśleć tak cielęco. To musiałoby być wkurzające uczucie i tu powinieneś dać temu wyraz. Poza tym, te zdania wywołują zdziwienie czytającego, kiedy się doczyta do końca – co było powodem tego hałasu? Zjedli tort i może trochę sałatki. Nie było muzyki i nie kłócili się – nie ma o tym dalej żadnej wzmianki . To skąd ten hałas?

„Pomyślałem, że muszę odczekać, aż w mieszkaniu nieco przycichnie. Gdy po jakichś dwóch minutach stwierdziłem, że właśnie nadeszła odpowiednia pora, aby znów dopaść dzwonka, wówczas okazało się, że był on najzwyczajniej w świecie zepsuty. Ze środka nie dochodziło nic, co przypominałoby jego dźwięk. Załomotałem pięścią.” - usunęłabym zdanie "Ze środka..." - z tych samych powodów, co wymieniane wyżej - nic nie wnosi.

„Zrazu usłyszałem piskliwy wrzask, a po chwili, tuż za samymi drzwiami dziewczęcy głos oznajmujący komuś, że ktoś puka.” – "piskliwy wrzask"? Może po prostu „pisk”? I poprawniej byłoby „oznajmiający”, i jeszcze bez „komuś”.

„Następnie wieszak i palce zatykające kurtkę – może moje, może Bogdana.” – „zatykające” na czym?

„Skarpety, które bóg raczy wiedzieć, jak znów pozbyły się butów.” – „bóg raczy wiedzieć” to wtrącenie, więc przecinki powinny być z obydwu stron

„Trochę jeszcze mokre nogawki spodni - idiotycznie, wesoło merdające - decydujące za mnie, w którą stronę obrócić się, czy postąpić kroku.” – „merdające” to kompletnie nie ten ruch, chodziło Ci chyba o „majtające się”?

„Byłem rozbity. Rejestrowałem tylko sekwencje, tylko przypadkowo zauważone fragmenty najbliższego otoczenia, a wszystko na co spojrzałem zdawało się krzyczeć niemym głosem.” - po „wszystko” chyba powinien być przecinek. „Krzyczeć niemym głosem” okropnie melodramatyczne.

„Bogdan niemal wepchnął mnie do dużego pokoju gdzie siedzieli Artur, Paweł oraz dziewczyna, która razem z Bogdanem przywitała mnie w progu - Marta. Nikogo z nich nie znałem wcześniej. Przywitałem się z chłopakami, po czym Artur zagadał:”- powtórzenie "przywitała" "przywitałem" - może lepiej byłoby za drugim razem „powiedziałem: cześć” albo „siemka” ?

„— Ja powiem ci szczerze przyjacielu, nie przepadam za wierszami. Męczą mnie. Wolę i to dużo bardziej kryminały — ale podkreślam, dobre kryminały! Nie jakieś tam, tylko dobre!” – Tu i dalej w tekście jest używane wtrącenie „przyjacielu”, bez należytych przecinków z obu stron, podobnie jak w tym fragmencie trzeba też wydzielić drugie wtrącenie „i to dużo bardziej”

„— A tam lubisz… A jakich znasz autorów? Znasz jakiegoś?” – brak przecinka po „A tam”

„— Czyli, kurwa, laik jesteś – podsumował mnie Paweł chichocząc.” – wywaliłabym „mnie”

„Pawełku, mówiłem ci żebyś nie przeklinał. Jesteśmy u Bogdana, jest bardzo fajnie, jest atmosfera, klimacik. No i są dziewczyny! Tralala! — śmiejąc się Artur poklepał chichoczącego jeszcze Pawła” – brakuje myślnika na początku

„ — Także panuj nad sobą przyjacielu! – dodał, po czym zwrócił się do mnie:” – „tak że” oddzielnie

„— To ja ci powiem Konrad, kogo warto czytać.” - brak przecinka przed „Konrad”

„— Sorry Kornel. Masz rzadkie imię, wiesz? Dobre kryminały…” – to samo tutaj, przed „Kornel”

„Kiedy Artur wymieniał tytuły kryminalnych bestsellerów, ja starałem się dyskretnie przyjrzeć szczupłej Marcie, która siedząc obok mnie pochylona była nad sałatką jarzynową.” – chyba autorów kryminalnych bestsellerów?

"Blondynka o lekko zadartym nosku, nawet ładna - ubrana w żółtą bluzkę, zieloną spódniczkę mini i buty na wysokich obcasach. Lewą ręką głaskała się po udzie." – strasznie karkołomne, sałatka była w niebezpieczeństwie :)

„— Jak sałatka? – zapytał ją Bogdan.” – wywaliłabym „ją” - wiadomo, tylko ona jadła

Uff, piwo mi się należy :))) Ania

Opublikowano

Żeby jedno piwo. Za taką robotę należy Ci się skrzynka. :-) Jak będziesz przypadkiem w Świnoujściu to masz ją u mnie na bank. Odwaliłaś kawał świetnej roboty. Wiem, że musiałaś poświęcić sporo czasu i uwagi. Nawet nie wiesz, jaką teraz odczuwam wdzięczność.
Kłaniam się nisko Aniu Twej dobroci i pozdrawiam z nad morza.

Opublikowano

Ja mam całkiem na świeżo, bo wiesz, całkiem niedawno, jakiś tydzień temu, wróciłam do tamtego tekstu. Dwa lata musiało upłynąć żebym zmądrzała :) wykorzystałam prawie wszystkie uwagi i propozycje z tamtej dyskusji. Prawie, bo bez "mięska". Co za zbieg okoliczności, ze pojawiłeś się po takiej długiej przerwie, właśnie teraz

Opublikowano

Tak naprawdę "Impreza 01" to pierwsza część Dziennika Nieco Rubasznego, który znajduje się tutaj w archiwum moich tekstów. To bardzo ważny dla mnie tekst ze względów osobistych. Historia, którą opisuję jest prawdziwa i wywarła duży wpływ na późniejsze moje postrzeganie świata. Między innymi sprawiła, że zainteresowałem się buddyzmem. Prawdziwa w tej części dziennika jest nawet opowieść o tym, jak bohaterowie nagle stali się dla siebie kimś innym wizualnie. Cały szkopuł w tym, że nie potrafiłem napisać jej atrakcyjnie i za tekst dostałem cięgi od czytelników.
Tak więc, próbuję na nowo i będę aż do pozytywnego skutku. Bardzo mi zależy na tym tekście. Świat mnie otaczający dobrze o tym wie i dlatego dzisiaj do pomocy zesłał mi Ciebie :-)

Opublikowano

Zostawiam "buty na sobie" gdyż dla tego wyrażenia Google podaje 135 tysięcy wyników, a dla "buty na nogach" zaledwie 85 tysięcy. Tym kryterium posługuję się, gdy chcę uzyskać bardziej naturalny, potoczny wydźwięk.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   - Oby Njord podarował nam dobre wiatry, moje dzieci – mawiał ojciec do Vivian i Hespera przed każdym wejściem na statek. Łowili dorsze i halibuty, czasem homary. Morze zazwyczaj było spokojne. 

        W domu nie głodowali. Nawet jeśli dzieciom po wielu godzinach rejsu zaczynała doskwierać monotonia i rozrabiały na pokładzie, to pracę ojca darzyły szacunkiem. Co dzień na stół trafiała świeża ryba. 

        Hesper był kłopotliwym chłopcem. Wspinał się na maszty i pokazywał język wołającym za nim marynarzom. Bujał się na linach, rozplątywał supły. Nierzadko przemycał na pokład farby i pędzle, skrzętnie ukryte pod kamizelką.  Każdego popołudnia ktoś zmywał mopem namalowane przez niego murale. Załoga pokpiwała z jego dzieł inspirowanych Alidą Withoos. Jemu mówili, że niewieścieje, a między sobą szeptali o jego talentach. Twierdzili, że ma potencjał na wielkiego artystę, lecz nikt nigdy nie powiedział mu tego w twarz.

        Vivian na morzu odnajdywała spokój, którego nie mogła zaznać na lądzie. Uwielbiała wpatrywać się w bezkresne wody i słuchać ich szumu. Wyobrażała sobie, co kryje się za horyzontem. Dopiero gdy jod dostawał się do jej nozdrzy czuła, że naprawdę oddycha. Ścigali się z Hesperem w ilości złowionych ryb. Przed zmrokiem ojciec ważył ich zdobycze. Zwycięzca otrzymywał tabliczkę czekolady. Hesper przeważał siłą fizyczną i niemal zawsze pokonywał starszą siostrę.

        Ojciec dbał, by jego dzieci miały fach w ręku. Uczył ich wiązać węzły, sprawdzał czy pamiętają ich nazwy i zastosowanie; pokazywał jak zarzucać sieci i jak uniknąć szkorbutu, kazał im uczyć się na pamięć każdej części pokładu. Tym samym zapewniał im przyszłość, wyjście awaryjne, gdyby ich plany się nie powiodły.

        Przed zachodem słońca, kierując się do portu, stawali we trójkę na dziobie i podziwiali horyzont. Pewnego razu zadał im pytanie poprzedzone ociężałym westchnieniem, jak gdyby przez długi raz zbierał się do tego, co ma powiedzieć.

        - Powiedzcie mi, dziatki, macie jakieś marzenia?

        - Być bogatym! – wykrzyknął od razu Hesper, którego sny o zostaniu światłym malarzem zostały stłamszone przez złośliwości marynarzy. 

        Vivian zastanawiała się przez moment. Do tej pory nie rozmyślała nad swym losem, nie szukała sensu istnienia. Do szczęścia wystarczyły jej wyprawy w morze i słuchanie szumu fal. Cieszyło ją, że rodziny nie dotyka głód. 

        - Pragnę spokojnej duszy, tato – powiedziała. Uśmiechu ojca nie było widać pod gęstym wąsem, ale zawsze wiedziała, kiedy się pojawiał – A ty? 

        - Ja już mam wszystko, co miałem… choć jest jedna rzecz, o której marzę skrycie każdej nocy…

        - Co to takiego? – spytało równocześnie rodzeństwo. Nie mogli doczekać się, aż usłyszą nową historię.

        - Jak myślicie, co znajduje się za horyzontem? – każdą opowieść ojciec poprzedzał pytaniem. 

        Nieznane lądy? Nowe cywilizacje? Dzikusy? Skarby? Koniec świata?, padały odpowiedzi i fakt – każda z nich mogła być tą poprawną, lecz on na myśli miał tylko jedną. 

        - Zgadza się, moi mali. Mnóstwo, mnóstwo skarbów…

        - Co to za skarby? – Hesperowi oczy zabłysły na wieść o bezpańskich bogactwach.

        Ojciec roześmiał się ciepło.

        - Oczka ci się świecą, synku – pogładził chłopca po głowie – Pewnie widzisz już te wszystkie skrzynie ze złotem i klejnotami, które zostawili po sobie piraci. Tak, to też znajdziemy na wyspie Hollowstone, lecz prawdziwy skarb kryje się w jaskini przy brzegu.

        Dzieci milczały, w napięciu czekając na to, co dalej usłyszą; zachwycały się obrazami tworzącymi się w ich głowach.

        - Można tam wpłynąć tylko łodzią. Podobno na środku jeziora rośnie drzewo o liściach czerwonych jak krew i miękkiej, brunatnej korze. Mówi się, że jego sok zapewnia zdrowie na pięćdziesiąt lat! Żadna choroba nie jest ci straszna! 

        Zapał ostygł w sekundę. Vivian i Hesper spodziewali się usłyszeć o górach monet. Zdrowia oboje mieli w dostatku.

        - Teraz mnie nie rozumiecie, ale z czasem… z czasem sami dojdziecie do tego, jak bardzo jest to ważne.

        - Jak tam się dostać, tato? - zapytała Vivian po kilku minutach ciszy, podczas których ojciec wpatrywał się markotnie w horyzont. Z westchnieniem wyprostował plecy.

        - I to, moja córeczko, jest najtrudniejsze do wykonania… Otóż drogę na wyspę mogą wskazać jedynie duchy żeglujące po Morzu Dusz od początku istnienia. Kiedyś powstała pieśń, która przywołuje je i wszystkich, którzy spoczęli pod falami, chcąc napić się soku z drzewa Arbivon. 

        - Dlaczego ten sok nie daje nieśmiertelności. Ja nie chcę umierać! - zawołał rozczarowany Hesper, na co ojciec roześmiał się serdecznie. 

        - Prędzej, czy później wszystko obróci się w proch. Poza tym, gdzieś tam czeka na nas lepsze miejsce - powiedział, spoglądając w niebo.

        Wszystkich bywających w porcie ludzi Vivian i Hesper znali od najmłodszych lat. Kiedy przychodzili z ojcem, marynarze i ich żony głaskali ich czule po łowach, pytając o zdrowie. Przed wejściem na statek ojciec lubił uciąć sobie pogawędkę z kobietami żegnającymi mężów. Rodzeństwo oglądało wtedy kilkumetrowy, strzelisty monolit. Czytali na głos wyryty na nim cytat: Pamięci tym, co wybrali Morze i spoczęli na jego dnie. Pod spodem spisano nazwiska żeglarzy, którzy nie powrócili ze swoich wypraw i zostawili rodziny.

        Nocami ojciec chwytał za lupę i przy świetle kilku świeczek studiował mapy. Latami szukał informacji o Hollowstone. Wertował książki, wypytywał kolegów i co jakiś czas zagajał starego Hermita, nie skorego do wspominek. Jak trafił na właściwy trop, nigdy rodzinie nie ujawnił. Pewnego poranka wszedł do kuchni z tobołkiem na plecach i oznajmił, że zbiera załogę. Ucałował żonę, pokrzepił dzieci i rzucił na stół garść monet i zwinięty w rulon papier - testament mający wejść w życie po roku jego nieobecności. 

        Vivian co świt i po zmierzchu wyruszała z latarnią na plażę. Wypatrywała statków powracających do portu. Składała modły, by na którymś pokładzie wracał do niej jej ojciec. Bogowie jednak nie byli łaskawi. Dni mijały, ewoluując w tygodnie, miesiące, aż w końcu i lata. Dopiero skończywszy osiemnaście lat, Hesper przestał wypytywać w każde urodziny, czy tata zjawi się z prezentem. Dorosłość rodzeństwo osiągnęło pod okiem jedynie matczynym, pod okiem smutnym i wyczerpanym. Nazwisko Carsena Vissera zostało wyryte na monolicie na wieki.

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...