Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Muzo, moja Muzo, Muzo ukochana,
Dodaj mi pomysłów do wiersza pisania.
No bo to już chyba, prawie ze dwa lata,
Gdym nic nie napisał, los mi figla płata.
Proszę zatem cicho, proszę zatem skromnie –
Muzo moja miła, uśmiechnij się do mnie.
Niechaj Twoja lutnia z elizejskich błoni
Zabrzmi znowu jeszcze, w mojej leżąc dłoni.

I niech tam popłynę, gdzie świerszcz cicho cyka,
Gdzie słychać szum wody z górskiego strumyka,
Gdzie pasą się kozy, gdzie rajskie ogrody,
Gdzie wszystko możliwe, gdzie zapach przygody.
Nudzi mnie już szarość każdego poranka,
Gdy dzień taki samy, niewierna kochanka.
Więc ponieś daleko, mnie zabierz ze sobą,
Gdzie tylko rozkażesz, tam zawsze ja z Tobą.

Gdym tylko te słowa na kartce napisał,
Grom jasno zagrzmiał i do ziemi zwisał.
Wiatr zadął mocno – wypadłem przez okno,
Wicher w swą paszczę mnie porwał i połknął.
Niestety nie powiem, ilem czasu leciał,
Bo zawiał wiatr mocniej zegarek mi zleciał.
Na domiar złego zgubiłem kapelusz,
A zamiast na łąkę wpadłem do burdelu...

Pomyśl, czytelniku, jakie straszne jęki
Tam usłyszałem, gdy wpadłem do wnęki.
Lecz klient i pani, co w małym pokoju,
Transakcję spełniali ciemnego pokroju
Tak byli zajęci, że mnie nie dojrzeli.
Wielkie to szczęście, bo pewnie by chcieli
Zawołać alfonsa, co z pejczem na dole
Twardo swych trzymał upadłych w niewolę.

Więc buty zdjąłem, z niemałym przestrachem
Na boso, cichutko i z kroków rozmachem
Ku oknu pomknąłem, by szybko i płynnie
Pasek związawszy, spuścić się po rynnie.
Na dole było ciemno, pusty prawie chodnik,
Spotkałem może dwóch, może trzech przechodni.
Idę sobie, myślę: „ładna mi przygoda
Miała być arkadia, a jest zła pogoda”









Pewnie bym powrócił do domu bez wrażeń,
Gdybym był nie spotkał Sindbada Żeglarza.
Przechadzał się aleją, w ręku trzymał kieszeń,
Szedł wcale nieprędko, w ogóle się nie spieszył.
Mocno mnie zadziwił, bo nie wiedzieć czemu
Pierwszy do mnie rzekł w głos po swojemu:
„Hejże, podróżniku, głowę wznieś do góry,
Powiedz, dokąd zdążasz, przez te szare mury?”

„Sindbadzie, ach Sindbadzie, wód bezkresnych książę,
Szukać chciałem przygód – dosyć mam już książek.
Chciałem na swej skórze poczuć szał przygody,
Poznać obce kraje, z czary pić swobody.
Ale moja lutnia chyba coś nie zgrana
Brzęczy, skrzypi, rzęzi niczym opętana.
Miałem w blasku słońca leżeć pośród błoni,
A miast tego muszę iść ulicą po nic.”

„Nadto się nie frasuj – Sindbad odpowiedział,
Nie wiesz przecież, dokąd ta ulica wiedzie.
Blisko stąd do portu, tam mój okręt stoi,
Ruszaj dalej, żwawo, jeśli się nie boisz.
On nas pokieruje na nieznane tory,
Bo za chwilę rusza znikąd do Balsory.
Tam spotkamy wuja mego Tarabuka,
On przygodę nową w klawiaturę wstuka.”

Weszliśmy na statek już uszczęśliwieni –
Płynie łajba chwacko, w falach blask się mieni.
Ale gdzieś w pół drogi, późnym już wieczorem,
Spotkaliśmy w wodzie z dziwnym się potworem.
Gębę miał parszywą, wielkie, krwiste oczy,
Płetwy dość szerokie, z pyska pianę toczył.
Cóż to jest za bestia? Ukłon ma nie dworski.
Sindbad odpowiedział: „druh mój Diabeł Morski!”

Kiedym to usłyszał, bardzo się przejąłem,
Pamiętałem jego psoty niewesołe.
Sindbad także, choć zuch, mocno się nasrożył,
Stał jak osłupiały, dłonie w pięści złożył.
Jeden tylko Diabeł wcale się nie burzył,
Brzydko się uśmiechał, łeb wystawiał duży.
„A niech to, nieszczęście, lat już trzy tysiące,
Odkąd nie spotkałem bestii tej cuchnącej.

Ale się nie boję – Żeglarz tak powiada –
Listów nie przyjmuję przebiegłego gada.”
„Nie bądź zły, Sindbadzie, ja przyjaciel przecież,
To za moją sprawą, tułasz się po świecie.” –
Rzekł mu Diabeł Morski – cicho, lecz donośnie,
Potem wypiął tyłek, pierdnął w nas nieznośnie.
Wraz z okropnym gazem, co pomieścił w zadzie,
List zostawił, szelma, z nami na pokładzie.

Po czym schylił głowę, skończył swe podchody
I za chwilę zniknął w nurtach morskiej wody.
„Jakie by nie było z Diabłem tym obejście,
Trzeba list wyrzucić – czeka nas nieszczęście.”
Zgodnie stwierdziliśmy i mocnym kopniakiem
Strąciliśmy list ten w morze, nie wiem jakie.

Wszystko było dobrze, miałem tę nadzieję,
Że tym razem statku wicher nie zachwieje
I spokojnym szlakiem tej doczeka pory,
Kiedy za dni parę dotrze do Balsory.
Lecz wtem majtków okrzyk z marzeń mnie ocucił:
„Sztorm się zbliża, ludzie, prędko żagle zrzucić!”

Jakoż nie pomogło: pierwszy cios uderzył –
Woda już się wdziera, maszt złamany leży
Jeszcze raz się przydał mój pasek od spodni,
Który przywiązałem mocno do masztowni
I wespół z Sindbadem silnie się trzymałem,
Okręt z wolna tonął pod sztormu nawałem.

Nie wiem, czybym uszedł z życiem z tego piekła,
Gdyby nas na wyspy burza nie zawlekła.
Okręt po otchłani dzikich wód dryfując,
Dotarł na mielizny, życie nam ratując.
Żniwo było straszne – pięciu z nas przeżyło,
Siedmiu marynarzy na dnie morskim było,
Czterech pożarł rekin, a co było z entym –
Byłbym Wam powiedział, gdybym zapamiętał.

Wyspa była piękna, pełna drzew zielonych,
W głębi stała góra o krawędziach stromych.
Po wysiłku jaki w sztormie ponieśliśmy,
Naturalna sprawa – bardzo pić chcieliśmy.
A że słona woda z morza nam obrzydła,
Trzeba było w lesie iść poszukać źródła.
Pierwszy wszedł kapitan, głową wściekle kiwał,
Zaraz jednak krzyknął: „Niech mnie, ile piwa!”

Tak w istocie było, bo na drzewach rosłych,
Zamiast liści pełne puszki z piwem rosły.
Kapitan wniebowzięty szybko zerwał owoc,
Ręka mu się trzęsie, pragnie go spróbować.
Zatrzymał go Sindbad i tak peroruje:
„Nie pij, kapitanie, ono cię otruje.
Wiele razy byłem na takich podróżach –
Zawsze podstęp kryje łatwa zdobycz duża.”


„Zejdź mi z drogi, chłopcze, pókim jest cierpliwy.”
Odgryzł się kapitan, po czym łyknął piwa
„Jakie smaczne, bracia, ze mną go skosztujcie –
Daje marynarzom – ze mną posmakujcie”
Wszyscy spróbowali, piją, piją, piją,
Tak im smakowało, już godzina mija.
Oni dalej piją! Aż kapitan stęknął –
Z przepełnienia brzuch mu nadął się i pęknął.

A z nim marynarze, choć już pić nie chcieli –
Czary to sprawiły – pić piwo musieli.
Jak szerokie beczki pod drzewami stali,
Chwilę później sami także popękali.

Muzo, moja Muzo, za ten dar dziękuję.
Zawsze mi nad wierszem trudno się pracuje,
Dziś wystarczy chwila – nowy wiersz powstaje,
Za nim jest kolejny, prędko baśń się baje.
Ale czytelnika nie chciałbym zanudzić,
Proszę więc Cię Muzo, pozwól mi obudzić
Śpiącą gdzieś królewnę – piękną, złotowłosą
Helenę lub Izoldę, niech ją diabli niosą...

Wracam więc na wyspę... głodni i spragnieni
Musieliśmy szukać czegoś do zjedzenia.
Tylko czego przecież? Bo tu wszędzie rosło,
To co zgubę wcześniej marynarzom niosło.
Zgodnym tedy sumptem ruszyliśmy dalej
Szukać szczęścia w ciemnym drzew skupisku alej.

Długo tak wciąż szliśmy aż do lasu granic.
Tam ujrzałem ścieżkę – wiodła do otchłani
Góry, która była bardzo tak wysoka
Że swój czubek biały gubiła w obłokach.
Więc nie było wyjścia – chyba tonąć w morzu –
Trzeba wspiąć się po tym stromym gołoborzu.

Z początku było trudno – strop skalny narastał
Ścieżka kręta, długa wiła się jak pasta
Z tubki wyciśnięta w zbyt dużej ilości
Lub jak obwarzanek, gdy pierwszej jakości.
Sindbad jednak siły nowe we mnie wzbudził,
Choć był głodny bardzo za nas dwóch się trudził.

Wreszcie ukazała dal się za zakrętem
A na końcu zamek, dziwy niepojęte!
Ile wokół złota, srebra i diamentów,
W słońcu aż się mieni blask tych ornamentów.
Resztką tedy siły szybciej znów ruszamy
I za minut parę byliśmy u bramy.




Piękny wewnątrz miasta rynek się przedstawił –
Długi i szeroki, miał kilometr prawie.
Dobrze trafiliśmy, nikt nas nie lustrował,
Tylko jeść do stołów żwawo inwitował.
Cały plac był bowiem wzdłuż i wszerz zajęty
Stołów wielką liczbą od ciężarów zgiętych

Przeróżnej żywności – na pierwszy rzut oka
Pieczenie i kiełbasy błyszczały z wysoka,
Potem zobaczyłem soczyste rolady,
Ciasta, rogaliki, słodkie czekolady.
Dalej winogrona, jabłka, ananasy,
I obrusów zwisłe, jedwabne kutasy.

Wtem trąby zagrzmiały i mężczyzna siwy,
Co najwyżej siedział taki głos dał tkliwy:
„Dzisiaj święta chwila, ruszają zawody,
Mej córki Przeobżartej ogłaszam gody.
Kto dziś do wieczora najwięcej zjeść zdoła,
Tego ma księżniczka przed ołtarz powoła” –

Mówił król, gdy skończył, usiadł uśmiechnięty.
Zadecydowano – uczta rozpoczęta!
Wszyscy zajadają, tłuszcz im brodą ścieka.
Płynie wino, wódka, z żarciem nikt nie zwleka.
Wokół gra muzyka, szum gwar i hałasów,
Tak tu często było – kraj był to grubasów.

A że często jedli, szybko się zatrują –
Tamci wciąż bekają, ci już wymiotują.
Ja tymczasem wolno, acz również obficie
Głód swój zaspokajam, jedząc smakowicie.
I gdy wszyscy moi obok konkurenci
Leżeli na ziemi kolką jelit zdjęci,
Ja siedziałem dalej i razem z Sindbadem
Jedliśmy na deser mleczną czekoladę.

„Brawo, brawo, brawo – krzyczy Przeobżarta –
Tych dzielnych rycerzy moja miłość warta,
Z nimi mogę co dzień przysmaki zajadać,
Kolacjować, ciamkać, deserować, śniadać.”
„Miarkuj się dziewczyno – król do córki gada –
Dwóch kochanków przecież to lekka przesada,
Powiedz szczerze, droga, którego wybierasz,
On twym mężem będzie, z nim się naobżerasz.”



Sindbad przerwał kłótnie i tak do nich prawi:
„Problem, który wasze teraz serca trawi,
Łatwo się w istocie bardzo da rozwiązać –
Ja mam przecież żonę, za nią chcę podążać,
Lecz ten mój przyjaciel młody jest i wolny
Przy tym uśmiechnięty, no i kochać zdolny...”

Król usłyszał radę i tak podsumował:
„Niech tak pozostanie, słuszna jest ta mowa.”
Wtedy głośno radość wielką obwieszczono,
Że królewna wreszcie jest już zaręczona.
Zabrzmiała muzyka tańce i zabawa,
Na stoły wędrują znów nowe potrawy.
Takim to sposobem i bez mego zdania
Wszedłem w tej królewskiej córki posiadanie.

Choć królewna gruba trochę ponad miarę,
Miała jednak całkiem ładne oczy szare.
W celu zapoznania wzięła mnie do wieży,
Gdzie w komnacie pięknej duże łoże leży.
Rozmawiamy, w końcu na posłanie padłem
I w sen twardy, mocny, niebacznie zapadłem.
Jakież było moje ogromne zmieszanie,
Gdy się obudziłem na własnym tapczanie...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
    • Ano Kai lana kanalia kona
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...