Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'dekadentyzm' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


  1. Brnęli w śniegu za kolana. Takie sprawy zawsze dotyczą tych najodludniejszych miejsc. Zaściankowej prowincji lub zdezelowanych rozkładem społecznym przedmieść. Tym razem była to wieś i to ta z gatunku zapomnianych przez Boga, włodarzy a nawet czas. Policji nie widziano tu od wieków a nie wzywano najpewniej nigdy przedtem aż do dziś. I to od razu do porzuconego w ruinach dawnego dworku ciała młodego mężczyzny. Jadąc na miejsce nawet przez chwilę nie podejrzewali grubszej sprawy w stylu zabójstwa. Wiedzieli dobrze, że musiał być to ktoś miejscowy i znany w okolicy. Ewentualnie ten jeden dziwny i podejrzany na wpół obłąkany wiejski pijaczyna, każda wieś ma kogoś takiego. Mieszkają oni najczęściej w drewnianych chatach krytych gontem, o dziurawych jak ser szybach i zagrzybiałych choć niegdyś bielonych wapnem ścianach. Z komina rzadko leci dym bo gorzałka jest ważniejsza niż opał. Wygląd tych jegomości można by opisać wdzięcznym słowem jaskiniowych eremitów. Brudne, skołtunione włosy co nigdy nie przeżyły spotkania z grzebieniem. Jak dobrze pójdzie raz do roku chluśnie na nie trochę brudnej, studziennej wody z garnuszka Brody uhodowane pod same zapadnięte oczy, gęste jak mech a może i już mchem i pajęczyną pokryte. Okalają bezzębną jaskinię ust, której kwasowe, trujące wyziewy mogłyby zabić dowolne stworzenie. Łachmany zamiast koszul i spodni. Umorusane błotem, krwią, resztkami i śliną. I ten charakterystyczny zapach w obejściu jak i w domu. Tak słodko może pachnieć tylko postępujący rozkład. I sam nie wiesz czy to gnije ten człowiek, jego dom czy cała rzeczywistość ulega gnilnej dezintegracji. Zapadasz się w mrok. Odludne cmentarzysko tej jednej skazanej na banicję istoty, która zapomniała już jak to jest być humanoidem. Lecz tym razem nie byli tak blisko utartej prawdy w domyśle. Szli jeden za drugim. Blisko ceglanej konstrukcji, która była wypaloną ruiną nie mającą już nic wspólnego z dawnym, szlacheckim pochodzeniem. Była pustostanem. Bez okien, drzwi i dachu który w trzech czwartych zawalił się i pokrył podłogę większości pomieszczeń, krokwiami i starą dachówką. Wokół wszędzie były nieużytki dawnego majątku. Po budynkach gospodarczych zostały już tylko prostokątne ślady usypane żwirem. Tak jakby stodoła czy obora stały tu jeszcze przed minutą lecz zostały wyjęte z obrazu rzeczywistości niczym pojedyńcze puzzle z całości układanki. Zewnętrzne wejście do piwnicy było dwuskrzydłowe i w połowie otwarte. Obok usuniętych na bok drzwi leżało ciało a kilka kroków od niego w wydeptanym walonkami okręgu stał starszy jegomość w czarnym podbitym futrem z lisa płaszczu. Na głowę nasunął czapkę z bobrowego futra a dłonie z pewnością przemarznięte schował głęboko w kieszeniach płaszcza. Na widok funkcjonariuszy drgnął i szybko ruszył w ich kierunku. Uścisneli sobie ręce i skupili szybko wzrok na denacie. Oczywiście to pan nas wezwał? Tak, tak. Widzicie panowie, pierwszy raz przyszło mi korzystać z telefonu i to w takich okolicznościach. Ale można to było przewidzieć. Szczerze to myślałem, że on już od dawna jest sztywny. Długo go tutaj nie było. Czyli zna go pan? Policjant wyjął notatnik i ołówek z kieszeni płaszcza. Gotów zanotować wszelkie zeznania i fakty. Każdy go tutaj znał. Nazywaliśmy go Sokołem, choć podobno nazywał się Filip. Mieszkał tu? Znaczy we wsi? Nie, nie. Był bezdomnym włóczęgą. Czasami nocował w tej piwnicy. Wskazał palcem wylot pod skruszałą ścianą. Gdy ktoś się zlitował to z rzadka ofiarował mu miejsce na zapiecku i coś do jedzenia. Pojętny był to chłopak. Podobno kiedyś ukończył wiele szkół i uniwersytety nawet. Czasami uczył chłopskie pacholęta w podzięce za poczęstunek. Nieraz sam go widział jak czytał takie opasłe tomy a z niektórymi to wędrował w tę i nazad. W mieście podobno trzymał z takimi samymi inteligentami, ale jakżem go pytał nieraz przy kielichu czemu do nich nie wraca, to markotniał i wlewał w siebie bez opamiętania. Czasami tylko mamrotał, że już nie ma jakiejś bohemy. Literaci pomarli. I tak w kółko. Aż go gorzała do snu zmogła. Ja nie wiem do końca bo czytać ani pisać nie potrafię, szkoły innej niż tej od życia co dostałem to nigdy na oczy nawet nie widział, ale gadano nieraz, że on poezyje pisał i kiedyś z tego żył. Znany był na kraj cały nawet. I kobietę w rodu zacnego miał lecz pomarła na gruźlicę a on po jej pogrzebie uciekł w picie i jeno gorsze jeszcze grzechy. Majątek przehulał z tymi literatami. On czasem straszne rzeczy prawił, na trzeźwo nawet. W Boga ani kościół święty nie wierzył. Prawił czasem, że skoro Bóg taki wszechmocny i dobrotliwy to niech mu wróci z grobu ukochaną a ksiądz zamiast wyklinać go z ołtarza winien się z nim na włości zamienić. Kiedy go pytano czy w co wierzy, twierdził, że człowiek oczytany w nic nie wierzy. A jeśli już to w śmierć. Brutalną acz szybką. Nie ma nieba, czyśćca ani piekła. Tak mówił… oj wrogów miał tutaj. A Ci jego przyjaciele. Ja nie wiem, ale mówili we wsi. Wszyscy od dawna martwi. Jeden się otruł, inny zapił, jeszcze inny zastrzelił. Żaden nie umarł tak jak chrześcijanin powinien. On kiedyś mówił o nich tak dziwnie… nihiliści zdaje się jeślim nie przekręcił. Może to sekta jaka miastowa. Bo wszyscy widać z własnej ręki pod podszeptem Szatana zginąć muszą. I on się otruł. Zobaczcie. Podeszli bliżej do ciała. Mężczyzna mógł mieć około trzydziestu lat i nijak nie pasował do bezdomnego trampa, mieszkającego od lat w piwnicy pustostanu. Rysy jego spokojne i gładkie nie nosiły nawet śladu zarostu. Oczy szeroko rozwarte, były szare jak popiół. Ubranie jego znoszone acz schludne, składało się na białą koszulę z lnu, jasno niebieską kamizelkę zapinaną na duże guzy, spodnie o szerokich nogawkach z kieszeniami w których miał tylko pustą, drewnianą papierośnicę. Zdać by się mogło w pierwszej chwili, że śpi i za nic ma to całe zamieszanie. Nie było śladu walki, kuli w ciele, ran ani niczego podobnego. W ustach jednak nadal zagryzał kurczowo ampułkę, teraz już pustą lecz dającą rozwiązanie. Zabił go cyjanek. A więc samobójstwo. Można zamknąć sprawę zanim na dobre ją otwarto. Kolejny inteligentny samobójca. Zguba tych współczesnych czasów i filozofii. Nie wierzą w nic ponad śmierć. Ciało zabrano i długo walczono z miejscowym księdzem by wyprawił pogrzeb. Nie zgodził się i wreszcie pochowano nihilistę tak jak widać sobie życzył. Pod murem cmentarza lecz poza jego obrębem. Już następnego ranka po pogrzebie na który nikt nie przybył. Na posterunku zjawił się grabarz, który go chował. W nocy ktoś rozkopał grób, wyrwał krzyż i zabrał trumnę z ciałem. Nie ma jej nigdzie. Widać nawet piekło było przeciw. I nie chciało go do siebie przyjąć.
  2. Tutaj nie można łowić. Więc może Pan zostawić w torbie swoje wędki i przynęty. Tak te sztuczne jak i naturalne. Żywe i martwe. W tej rzece jest tyle zbyt cennych ryb, nie można ich brutalnie schwytać na haczyk, wyrwać z błękitnej, czystej toni. Z ich uporządkowanego, rybiego, podwodnego świata. To nieludzkie. Polować na bezbronnych. Najlepiej jeśli w ogóle pan odejdzie. Ale ja nie jestem wędkarzem. Siadam nad brzegiem jedynie po to by odpocząć w cieniu drzew, by zastanowić się nad sobą i życiem. Wyborami na które i tak nie mam wpływu. Czasami przeklinam los. Wyrzutka i odszczepieńca. Dziwne, że w ogóle mnie zauważono, bo najczęściej omija się mnie jak śmiecia. Krzywią się twarze przechodniów, jestem zrównany do roli ciemnych zaułków najgorszych, miejskich ulic. Śmierdzących od pijackich posiedzeń. Zanieczyszczonych workami zgniłych resztek, pudłami pustymi jak oczy bezdomnych, którzy leżą na tej upodlonej nędzą włości, błagając o łyk wódki, działkę lub śmierć. Deszcz pada mi na głowę, lecz nie zmywa za sobą grzechu człowieczeństwa. Grzmoty biją wokół mnie, gdy ledwie żyw sunę pod most by rozpalić zamokniętymi zapałkami choć jeden płomyk nadziei. Płomień opala mi palce. A ja widzę w jego wnętrzu dom. Nie ten, który niegdyś miałem. Klatkę dysfunkcji. Pijaństwa, przemocy i zimnej obojętności. A prawdziwy. Poczęty we śnie. Otoczony miłością i zrozumieniem. Spokojną rozmową i wsparciem. A potem uświadamiam sobie, że to było tylko złudzenie. Znów przespałem noc. I nastał już koszmar dnia. Zmarnowanego życia. To kim pan wreszcie jest? Jestem nikim. Poetą. Wspomnieniem. Moją wędką są długopis i zeszyt. Przynętą wiersze. Wie Pan jak to jest. Wędka z marchewką u końca sznurka. Lecz ja muszę i zawsze chciałem być sam. Tak jak tu nad rzeką. Lecz widzi Pan, trawi mnie choroba umysłu i duszy. Jej nieuleczalnym objawem jest wena. Stąd te wszystkie nieplanowane przynęty na ludzi, którzy jeszcze potrafią współodczuwać. Da pan wiarę, że nie miałem w życiu innej kobiety niż poetki? Uzależniam je. A one mnie. Niszczymy się wierszami nawzajem. Tniemy się słowem. Trujemy rymem. A celem naszym nie jest miłość a wolność. A potem gdy wizję naszych dzieł się bezpowrotnie rozchodzą. To wracam pod most, na ławkę czy do noclegowni. I piszę znów. Nie z potrzeby wyrzucenia z siebie uczuć a z choroby umysłu. Przekleństwa poetyckiego. Nieznajomy wskazał kogoś na ścieżce opodal bulwaru. Ta panna przysłuchuję się nam i patrzy na pana jak w obrazek. Wygląda jak śmierć. Przyszła wreszcie po pana. Wiele już podobnych śmierci przeżyłem. Obawiam się za każdym razem, nie lądując finalnie w kostnicy, że jestem nieśmiertelny, bo nie umrze z miłości ten co w nią nie wierzy. Jeśli nie wierzyć w demony to one nie mogą nas opętać. A ona, wierzy i w miłość i w demony. Zakochała się w demonicznej postaci poety. Tak naprawdę kocha jego wiersze nie ciało. Bo ciała nie ma. Jest tylko wspomnienie. I rany na kartkach zadane długopisem. Uzależniły ją. Stygmatyzują ją, każda z osobna pod postacią blizn na przegubach. https://youtu.be/1YhR5UfaAzM?si=tEM4iH2L9oX92HPT
  3. Stali dokładnie po drugiej stronie ulicy, w świetle dobrze już rozżażonej, gazowej lampy. Było ich trzech, byli młodzi, widać zdeterminowani lecz niezbyt roztropni by pojawić się w środku nocy na terenie tej dzielnicy. Powinni być mi zupełnie obojętni, jak setki innych przechodniów i pijanych w trok zawalidrogów. Mogli w każdej chwili natrafić na grupę chłopców Alfiego White'a, wracających z jakiegoś nocnego rozboju, włamu lub po prostu solidnie zakrapianej libacji. A to miałoby finał wręcz oczywisty. Poczynając od posiniaczonych oczu i wybitych zębów, przez przetrącone kulasy, po pocięte żyletkami twarze lub wystające rączki noży spod linii żeber. A ja nie lubiłem niepotrzebnego rabanu pod oknem. Rozlewu krwi i zjazdu policji tym bardziej. Szukali mnie i wiedziałem o tym dobrze. A do mnie trafiało się tylko na zaproszenie i to pod warunkiem, że to ja zapraszałem a nie ktoś przychodził sobie wprost z ulicy z czyjegoś polecenia. Dobrze jest być sławnym na całe miasto. Taka sława mi odpowiada. Ludzie mnie znają lecz nigdy mnie nie widzieli. Mogą mnie cytować lecz nie znają mej twarzy. Gazety błagają o wywiad, więc ja ignoruję spotkanie z dziennikarzem i posyłam mu do redakcji list z gotowymi odpowiedziami na pytania. Do swych wydawców i księgarzy, również wysyłam listy. Czasami dla zabawy podpisuję kopertę, że niby w środku jest bomba. A potem widzę wypuszczone tomiki na witrynach. Moje wiersze i manifesty, robią większe spustoszenie niż najpotężniejsza bomba. W umysłach i sercach biednych czytelników. Lubię być zapamiętany. Gdy moje słowo zmusza do reakcji. Lubię niszczyć ład społeczny i spokój. Dla jednych jestem Bogiem, dla innych geniuszem a są i tacy, którzy nazywają mnie szaleńcem i zarazą gorszą niż gangi. Gangi werbują swych członków w kompletnych nizinach i nędzy fabrycznych, zadymionych i trujących od wyziewów przedmieść. Ja werbuję jednostki ułożone, oczytane i bezmiar delikatne i wrażliwe. Bogato urodzone lub wżenione. Z jak najlepszych domów i rodzin. Śmietanki miasta. Opływającej w rzeki szylingów, potoki dojrzewającej whisky czy brandy. Mających solidnie ulokowane korzenie, w najwyższych stanowiskach urzędowych. Czasami denerwuje ich to, że dorobił się ktoś, kogo nawet nie widać. I jeszcze wodzi ich dzieciaki za nos. Policja gdyby mogła to pewnie chętnie by mnie zamknęła. Łamię prawo. Wiele praw. Lecz nie używam do tego broni, narkotyków czy nielegalnego alkoholu a kto słyszał kiedykolwiek by zastosowano prohibicję na poezję? Nawet oni nie są tak ograniczeni. Co innego krytycy i wydawcy. Ich prohibicją jest cenzura. I korzystają z niej bardzo chętnie w stosunku do moich prac. Bo kto lubi się bać? I to jeszcze w tak dalece nieetycznym, zmyślonym świecie z pogranicza snu i jawy. Siedem grzechów głównych za które wydawcy nie udzielają rozgrzeszenia i komunii. Dekadencja, nihilizm, egzystencjalizm, turpizm, oniryzm, nekroerotyzm i spirytualizm. Więc o czym mam pisać? O miłosnych błaznach i ich porcelanowych, narcystycznych laleczkach, które mają otoczkę złotą i pełną przepychu, lecz pod kopułą nic ponad kurz, pył, pajęczyny i denną, głuchą przestrzeń? Ja muszę czuć krew i szaleństwo. Konsumować zgniłe resztki poetyckich ciał i płodzić zdeformowane potwory z delirycznych koszmarów. Oto ja Stwórca i moje pokraczne potomstwo ulicy. A Ci na ulicy widać przyszli do mnie po towar. Nazwijmy ich sobie. Dobry, Zły i Brzydki. Z czego ten ostatni najpewniej miał do mnie rzeczony interes. Zazwyczaj Bóg skąpi im wszystkiego od urody po talent. A też chcieliby coś od życia. Choć spalili się już na jego starcie. Dobry był tym najprzystojniejszym. Wysoki brunet o lśniących, gęstych włosach. Uczesany, zadbany i pachnący. W dość biednym acz schludnym garniturze. W wypastowanych derby. Miał ten specyficzny błysk w oku prawdziwego amanta. On kruszył w dłoniach te puste, porcelanowe laleczki kiedy i jak chciał. I co najważniejsze nie miał wyrzutów sumienia. Zły był tym wiejskim, topornym dzieciakiem, który szukał lepszego zarobku i miejsca do spania w mieście. Najpewniej robił u rzeźnika, na targu rybnym lub ewentualnie jako górnik. Za marne pięć może sześć funtów miesięcznie. Miał wąskie świńskie oczka i tak samo spasioną twarz o dwóch podbródkach. Rude dość krzaczaste wąsy i bliznę na szczęce, zapewne po ciosie lub krawędzi zbitej butelki. Miał około metra osiemdziesiąt a bary jak niedźwiedź. Zapewne bił się w barach amatorsko by dorobić kilka funtów. Miał strasznie steraną koszulę o prostym kroju i wytarte na kolanach spodnie z krzywo zaprasowanym kantem. A Brzydki? Był zaiste najgorszy. Typ zubożałego inteligenta. Niski, wątły, lekko łysiejący już mimo wieku. Rudy, z trądzikiem na twarzy i krzywych zębach. Ale ubrany w dobrej klasy garnitur i buty. Na końcu dewizki spoczywał srebrny zegarek a w dłoni chłopak obracał niedopalone cygaro. Gestykulował i tłumaczył coś pozostałym i co kilka chwil zerkał na fronton mojej kamienicy. Jeśli masz do mnie interes to po prostu tutaj przyjdź szepnąłem pod nosem. I w tej chwili chłopak wyrzucił cygaro na trawę dał znak kolegom i zgodnie ruszyli w kierunku mojej kryjówki. Hunter, jeśliś łaskaw idź do drzwi i przywitaj naszych nocnych, nieproszonych gości. Dla świętego spokoju nie zapomnij o rewolwerze za paskiem. Mój sługa, stary, siwy Metys wstał zza biurka i niechętnie ruszył ciemnym korytarzem do drzwi. Otworzył je i wymienił z chłopakami kilka zdań. Minęła dłuższa chwila zupełnej ciszy, po czym do moich uszu dotarły słowa Huntera Pan Tracy zaprasza Pana do środka … tylko pana. I zaiste Hunter wprowadził Brzydkiego do mojego gabinetu ze słowami. Panie Tracy oto pan Zachary Leigh. Brzydki wyprzedził Huntera i bez ceregieli wypalił. Przyszedłem do Pana bo tylko pan może pomóc mi rozwiązać mój problem panie Tracy. Siedziałem w wysokim fotelu, oparciem w jego kierunku, tak by nie widział mojej twarzy. Spokojnie Panie Leigh. Przychodzi pan do mnie w środku nocy, nie zaproszony i nie wyczekiwany. Z prośbą którą nie wiem czy będę w stanie spełnić. Prośbą wykrzyczaną, bez okazania szacunku i pokory. Ale dziś jest dzień szczególny. Pomogę Panu bo jesteśmy jedną, wielką dekadencką rodziną. Nihilistyczną mafią. Niech Pan przyjmie prezent ode mnie jako od ojca chrzestnego. W czym mogę pomóc? Brzydki upadł na kolana i doczołgał się do oparcia fotela. Błagam o to by napisał pan wiersz miłosny dla mojej ukochanej, oczywiście tak by myślała że ja to uczyniłem. Zaśmiałem się zimno. Oczywiście Panie Leigh to dla mnie drobnostka, powiem więcej nie wezmę od Pana nawet złamanego pensa za taką robótkę, lecz musi Pan mieć świadomość tego, że w wierszu ukochana będzie martwa, trącona gnilnym rozkładem, będzie upiorem, duchem, nękającym Pana zmysły aż do obłędu. Czy tego pan oczekuję? Zniosę wszystko byleby tylko była moja. A więc umowa zawarta. Wziął moją dłoń i ucałował. Dziękuję. Ponad wszystko dziękuję. https://youtu.be/PPskYVBqdNw?si=q8RT2SHVTQTq6d4J
  4. Kolejny raz drzwi windy rozwarły się na boki, za nimi ukazał się oświetlony lampami o mlecznym szkle, korytarz klatki schodowej. Całkiem dobrze utrzymanej i zadbanej jak na dzielnicę w której znajdował się ten konkretny wieżowiec. Trochę doniczkowej zieleni, kilka rowerów i jeden wózek dziecięcy na zimnej posadzce kładzionej na wzór dwukolorowej szachownicy. Wąskie a szerokie okienka nie wpuszczające zbyt wiele ożywczego, naturalnego światła. Szyby ich były zakurzone i przymulone od papierosowego dymu, palących na klatce chłopców. Nie było ich stać na picie i zabawę w pobliskim barze. Dlatego oblegali, sklep z alkoholem, który zajmował niewielki budynek naprzeciw wieżowca. Pielgrzymowali tam od wczesnego rana do późnego wieczora. Właścicielka kończyła pracę ledwie godzinę przed północą, Więc mieli aż nazbyt wiele czasu by oddać się ochoczo w alkoholowe odmęty zapomnienia. Choć zawsze jeździłem windą, mimo tego że przerażało mnie to i to nie z powodu lęku o stan techniczny urządzenia czy klaustrofobicznych przestrzeni a po prostu częstej jazdy w towarzystwie wielu osób, których niby znałem jako sąsiadów, ale nigdy nie potrzebowałem spotykać na swej drodze samotnika i wyrzutka. Nie potrafiłem nawiązywać choć przelotnych, pełnych podstawowych grzeczności kontaktów. Kogo to mogło obchodzić jak minął mi dzień, lub dokąd lub skąd idę. Dzień dobry. Żaden dzień mojego życia taki nie jest. Dobranoc. Bezsenna, pełna bolesnych retrospekcji, rozmowy z sennymi koszmarami, które wychodzą z głowy i patrzą na zamęczone ciało, unieruchomione w pościeli. Oczy szeroko zamknięte. Na realne potrzeby. Na znalezienie wyjścia z labiryntu. Staram się zawsze uciec w kąt. Choć w windzie jest to dosłownie niemożliwe. Wszyscy zaszczycają mnie swym wzrokiem. Nie potrafię odpowiedzieć tym samym. Pocę się i duszę wręcz próbując nie odwzajemniać zainteresowania. Lecz gdzie mogę skoncentrować uwagę. Na lustrze? Po to by patrzeć na siebie i nie poznawać się. W domu nie mam luster. Nie mam ochoty patrzeć na postęp choroby i nieodwracalnych skutków alienacji. Ale ludzie chcą widzieć i przyciąga ich to. A ja nie chcę tłumaczyć, dlaczego wybrałem tak jak wybrałem. Przecież nie będę też udawał, że czytam regulamin dźwigu. Ja człowiek z poza kanonu, charakterystyki, regulaminów i zasad społecznych. Zakazy mnie denerwują. Uważam, że nie powinniśmy zakazywać niczego co nie godzi w bezpieczeństwo publiczne i niezależność jednostki. Człowiek żyję po to by żyć a nie wegetować w klatce zakazów i nakazów, wyimaginowanych rządów i bóstw. Dlatego najczęściej po prostu patrzę w czerwone cyfry na panelu. Jak wędrują piętra w górę i w dół. Sinusoida życia. Reakcji i stadiów. Burzy i letargu. Mania stworzenia i lęk destrukcji. Umysłu poety. Czekam na swoje piętro. Wciśnięty w opiekuńczą ciepłotę ciał stada. To nie mój gatunek. Nie moje stado. Gdyby tylko wiedzieli kogo próbują chronić. Gdyby tylko znaleźli się ze mną za drzwiami mego mieszkania. Wtedy czar o dobrym lecz dziwnym sąsiedzie prysł by w jednej chwili. Odkryliby wiersze i pamiętniki. Luźne zapiski. A co najważniejsze, tajemnicę, która jest zbyt straszna. Nawet dla mnie. Na panelu wyświetliła się cyfra pięć. Jeden ze starszych sąsiadów pożegnał się z nami i wysiadł utykając lekko na prawą nogę. Cyfra siedem. dwie młode siostry, wysiadły życząc nam miłego dnia. Zarzuciły plecaki na ramiona i ruszyły pędem ku mieszkaniu spiesząc na spóźniony obiad. Cyfra dziewięć. Sąsiadka w średnim wieku chwyciła siatki z zakupami i szybko opuściła kabinę. Zawsze była wredna, wścibska i niemiła. Zostaliśmy tylko we dwóch. Ja i biedny studenciak z mieszkania naprzeciw. Chodził do szkoły muzycznej i śpiewał. zawsze z gitarą w futerale. Ubrany w znoszone buty, cerowane spodnie i płaszcz w tak tragicznym stanie jak gdyby okradł z niego bezdomnego. Czasami pukał do mnie po jakieś drobne lub kilka kromek chleba. Grał i śpiewał pięknie. Miał talent ale co ważniejsze jego cierpienie miało widać głęboki sens a dusza miała już dość. Pisał własne piosenki. Tylko tak mógł choć na moment usidlić swe demony. Był jedynym godnym, bym kiedyś mógł pokazać mu swoje teksty. Lubiłem go. Kocham inność. Piętro dziesiąte. Ostatnie. Wysiadamy. On z futerałem ja z rękoma w kieszeniach. Nie za dobrze pan dziś wygląda. Ta depresja pana wykończy. Zdobyłem się na lekki uśmiech. Czułbym się lepiej będąc martwy. Wiem, że Ty to rozumiesz. Jego mina mówiła tylko prawdę. Pożegnaliśmy się pomiędzy swoimi mieszkaniami i zakluczyliśmy szybko drzwi po wejściu. Wszedłem przez ciemny przedpokój do salonu i zapaliłem światło. Dobry wieczór kochanie. Jestem już tylko z Tobą i dla Ciebie. Najpierw zaparzę kawę a potem opowiem Ci cały mój dzień. Tylko ona była moim szczęściem i życiem. Jedynym powodem ku temu by nie wyskoczyć oknem wprost na zaparkowane na parkingu auta. Była tylko moja. Łączyło nas wszystko a dzieliła jedynie odległość. Cały salon był w jej fotografiach. Były ich setki a może tysiące. Ściany i sufit były nimi wyklejone szafka i biurko również. Ich stosy były na kanapie i parapecie. Dziesiątki stały w oprawach. Najpiękniejsze z nich były święte. Ozdobione kwiatami i podświetlone świecami. Każdy wiersz powstawał dla niej. Czekałem, zawsze tylko na jej wiadomość. Na jej anielską urodę, głos i ruch. Poprzysiągłem sobie że szybciej oszaleję niż ją stracę. Cóż oszalałem z miłości. Nie, nie miłości. Brzydzę się miłością. Oszalałem z uwielbienia do jedynej kobiety, której nie dane mi będzie nigdy mieć. I tym jest dla mnie dobry wieczór. Bo każda chwila z nią jest jak dzień w raju. Muzyka, poezja, natchnienie i jej fotografia na poduszce. Patrząca na mnie tak jak może patrzeć tylko anioł. https://youtu.be/G23iLGhh9lo?si=HC4mEvAuPSpaDfq4
  5. Życia gasną jak żarówki. A ja tylko spaceruję po pełnych bólu i zapomnienia. Teraźniejszości Himalajach. Usiadłem pod półką szkieletów. Stąd prowadzą w przyszłość drogowe krzyżówki. Za każdym zakrętem czyha strach. Trzeba nauczyć się żyć i zdychać jak bezdomny pies. Siedzieć cicho, gdy czeszą pod włoski. Czerpać ostatni dobytek z pustych kies. Wrosnąć jak pleśń w ten krajobraz miejski.
  6. Są takie dzieła, które przez swoją inność, kontrowersyjny język czy wulgarność i seksualizację treści, nigdy nie opuszczą podziemi, by móc objawić się w pełni swego anty człowieczego i bezbożnego mroku, oczom ludzi. Ogółowi społeczeństwa, które karmione jest kłamstwem, wyzyskiem i pustą idyllą uczuć. Władza, która rozsiadła się wygodnie w fotelach waszego umysłu. Rozkazuje Wam kochać, marzyć, śnić, żyć kolejnym dniem lub teraźniejszym tak mocno jak gdyby jutra miało nie być. Musicie pokładać nadzieję w pracy, zysku, dostatku. Kłaść podwaliny z własnych ciał. Jak cegły pod budowę świetlanej gospodarki. Kochacie kicz i tęczowość sztuki upadku. Czegoś na wzór muzyki, poezji i kina. Śmietniska, odrzutu przemielonego z farsą. Czegoś co wywołuję u mnie nawet nie obrzydzenie. A strach przed zidioceniem. Nie ma miejsca dla człowieka. Dla idei. Wszystkich mesjaszy ukrzyżowano. A człowiek współczesny, spalił i obrócił w pył swą cywilizację. Cóż Ty sztuko uczyniła młodym, że płonie na stertach papier zapisany przez wieszczy? Pękają, łamane pod butem i na kolanie płótna smutnych, sensualnych pejzaży, naturalna nagość i intymność aktów, sceny batalii i potyczek. Pędu końskiego i huku samopałów. W domowych świątyniach, rozwidlonych zza okiennych rolet, nikłym światłem ledowych lampek. Na podręcznych, kilkudziesięciocalowych ekranach, przebiega życie przez palce, zajęte baraszkowaniem w słonych przekąskach. Podzielone jest na odcinki, sezony i sagi. Saga o ludziach, którzy ludźmi już zwać się się mogą. Nastał dzień gniewu znany z księgi. Nie Bóg jest winowajcą. Nie Szatan nawet. A człowiek, innowacja i postęp. Lecz po katastroficznym pożarze i trzęsieniu ziemi. Zaszło jak zawsze słońce za krwią nabiegły, zachodni horyzont. Władztwo objęła noc. Zimna, lodowata, mgielna. Z tej mgły gęstej, wychynęły postaci. Byli podobni do ludzi. Dzikich, pierwotnych, pierwszych. Lecz mimo wrzasków i krzyków niepodobnych do żadnego języka, mimo pijaństwa, palenia opium i wolnej syfilisowej miłości. Byli elitą i dziećmi upadku, który zrodził największy triumf. Dla nich nic znaczy wszystko. Koniec jest początkiem. A forma i styl są nienaganne. Żyją poza światem widzialnym. Świat kiedyś ich szukał. Pytał do czego są mu potrzebni. Odpowiadali. Do niczego. Nie Tobie. Nie innym. Kochamy tylko siebie i sztukę. Niech żyję sztuka! Pełna brutalnego naturalizmu. Pełna zgnilizny, śmierci i zgorszenia. Pełna pytań bez odpowiedzi, egzystencjalnego bólu istnienia. Pełna szoku, oporu i odrzucenia. Indywidualności ducha. Pogrzebu za życia. I trucizny współżycia społecznego. Dekadencki bal owładnął ulice, pełne tych postaci i tańczyli oni tak w narkotycznym upojeniu aż do brzasku. Zbudziłem się dość nagle i niespodzianie. Ranek musiał być w pełni bo słońce stało już dość wysoko. Rozejrzałem się wokół i szybko zorientowałem się gdzie byłem. Spędziłem noc tym razem nie w piwnicznych odmętach kamienic rynku, nie w pustostanie na granicy lasu a w samym centrum parku miejskiego, naprzeciw już nieczynnej z racji pory roku fontanny. Biała, zgrabna, jesionowa ławeczka służyła mi za łóżko a brudny tobołek z garstką moich rzeczy urósł w potrzebie do rangi poduszki bezdomnego. Usiadłem z trudem, kaszląc przy tym. Otarłem zaróżowioną twarz obrośniętą siwą, skołtunioną brodą. Blade, ledwie błękitne oczy trwały jeszcze w odmętach pijackiego snu. Zatarłem je brudnym rękawem. Od razu poczułem się lepiej. Bardziej trzeźwo. Pomiędzy dziurawymi butami, walały się zeschłe liście i gałązki, strącane przez ostatnie dni silnym wschodnim wiatrem. Było jednak przyjemnie ciepło jak na początek października. Właśnie październik. Początek roku akademickiego. A park był usytuowany zaraz naprzeciw akademickiego miasteczka. Ludzi była wokół masa. Większość stanowili uczniowie i studenci, śpieszący na zajęcia i lekcję. Wielu z nich przycupło na ławkach wokół mnie i czytało notatki lub zlecone przez profesorów książki. Inni jedli spóźnione śniadanie a część po prostu odpoczywała, obojętna na wszystko, z dymiącymi papierosami w dłoniach. Wsłuchani w rytm obudzonego miasta z którym wetknięta w jego centrum przyroda nie mogła konkurować. Już miałem wstać i ruszyć przed siebie tak daleko jak nogi poniosą, lecz ujrzałem dosłownie naprzeciw siebie postać młodej kobiety zaczytanej w książce której okładka i tytuł, wywołały u mnie gęsią skórkę i odruch wręcz wymiotny. Dziewczyna mogła mieć co najwyżej osiemnaście lat co klasyfikowało ją szybciej na uczennicę liceum niż studentkę. Była istotnie urocza i urodziwa. Długie blond włosy opadały jej wręcz na kolana gdy była pochylona nad lekturą. Zielone, duże oczy. Skakały ze słowa na słowo, widać urzeczone i pochłonięte przez wyimaginowany świat w nich zawarty. Rzęsy miała pięknie wydłużone makijażem a brwi nakreślone idealnie wąska linią podkreślały jej wspaniałe rysy i nieskalaną młodość cery. Czy może mi panienka powiedzieć, czy nadal w szkole uczą, że on wieszczem i wielkim poetą był? Pierwej nie oderwała nawet oczu od lektury, ale wreszcie odpowiedziała, choć tak chłodno i obcesowo, że aż pożałowałem pytania. Uczą tego nadal drogi Panie. Uczyli zapewne i w Pana czasach, uczą teraz i za dwieście lat nadal będą. Wielkim poetą był. I basta. Aż nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Panienka wybaczy ale wierutne to brednie. Ballady, romanse, epopeje… brednie, brednie, po stokroć brednie, w które wierzyć może jedynie ciało i serce młode. Naiwne i nie znające życia. Uczucia, miłości, rzędy dusz, małe i wielkie improwizacje. A małe i wielkie są tylko kłamstwa tej całej romantycznej hucpy. Ale ma panienka jeszcze czas się przekonać na własnej skórze, choć nie życzę tego z całego serca. Dziewczyna aż poczerwieniała ze złości. Pan widać kloszardowy krytyk i literat pierwszej wody, skoro kultura klasyczna Panu tak nazbyt uwiera i wadzi. Cóż zatem powinnam czytać wedle pana mniemania, co mi nie zniszczy serca i duszy nie wyda na pułapkę kłamstwa. Co Pan niegdyś czytał i skończył w rynsztoku? Panienka jest już duża i powinna czytać prawdziwą literaturę. Modernizm jest jedyną ścieżką i lekarstwem. Baudelaire, Verlain, Poe, Przybyszewski, Grabiński… Pan każe czytać mi szaleńców! Wariatów i ludzi obłąkanych. Czytać ich tylko po to by samemu zjechać po równi pochyłej ku szaleństwu. Widać Panu z nimi po drodzę i pod rękę. Wygląda Pan jak oni i ich bohaterowie. Ja jestem ich epoką Droga Pani. A czy zna Pani poetę z naszego miasta. Miał na nazwisko Tracy. Zaginął lata temu. Niektórzy twierdzą, że umarł. Tracy… ten świr udający w swych utworach, że żył przeszło sto lat temu, zresztą podobno jego mieszkanie wyglądało tak jakby mieszkał tam Dostojewski a nie on. Czytałam kiedyś kilka jego wierszy. Przerażająca lektura. Depresja, lęk i upadek człowieka. Ponoć chodził codziennie na cmentarz by szukać samotności i weny. Czasami spał między nagrobkami Wyruszał samotnie w nieznanych kierunkach tylko po to by gdzieś pośrodku lasu, mieszkać w szałasie tygodniami Tylko po to by pisać. Podobno zastrzelił się pewnej zimowej nocy na cmentarzu. Pochowano go jako nn bo tak sobie życzył. Ale grobu nikt nigdy nie widział. Przeraża mnie Pan i pańskie autorytety. A więc nie będę już przeszkadzał w lekturze. Wstał piękny dzień więc i mi wypada wstać i iść, szukać swego grobu. Za dnia szukam śmierci a nocą tonę w objęciach balu nihilistycznych figur. Nigdy nie wiem czy na cmentarzu, wreszcie wychynę z bezimiennego grobu, czy w trumnie z kochanką o twarzy zabranej przez rozkład będę łaknął i pragnął jej krągłości rozkładu, którymi karmię swą wenę zbrukanego, przeklętego poety. Wtedy widać mnie poznała i zemdlała. A ja podszedłem do niej, wyciągnąłem z jej zimnych lekko wilgotnych dłoni książkę wieszcza i wyrzuciłem ją do kosza obok ławki. Uchyliłem jej ronda na pożegnanie i ruszyłem na cmentarz do swego bezimiennego grobu.
  7. Milczałem nad kubkiem zimnej już kawy, patrząc jedynie przez szerokie, jednoszybowe okno małej kafejki na front kamieniczek przy lekko owalnym rynku. Ludzi było wokół w brud. Niczym robotnice w mrowisku, uwijali się w uporządkowanym szyku śliskich od mżawki chodników. Nie spieszyli się ani nie trwali w pomroczności zajętych sprawunkami i problemami życia zmysłów. Po prostu szli z nurtem. Jak rzeki w korytach, czy krew mająca swój obieg w żyłach. Mieli widać swój cel w tym, by tak tłumnie wychynąć w niedzielne południe na ulice miasteczka. W pierwszej chwili pomyślałem o mszy w pobliskim kościele. Tłum był jednak na to zbyt wielki. Zresztą w dzisiejszej epoce, Bóg nie był już katalizatorem. Stada owiec buntowały się przeciw swym ziemskim opiekunom. Pragnęły prawdziwej wolności sumień i wyboru a nie praw spisanych na kamiennych tablicach, których nieprzestrzeganie było karane jedynie postępującą niemoralnością ich i tak psujących się dusz. Ludzie pragnęli samowładztwa i samospełnienia. Gwałtu bezprawia. Dziś wyjątkowo nie otworzył się jarmark ani targ. Wozów prawie nie było a kramy świeciły pustkami. Kuglarze i iluzjoniści opuścili wietrzne wyloty bram. Nawet nędzarze i pijacy, leżący w bocznych wąskich uliczkach czy na rogach kamienic. Starali się nie rzucać w oczy. Przykryci szczelnie narzutkami i kapotami, kołysali się sennie w upojenie w przód i w tył, niczym w siodle a nie na wyślizganych kocich łbach dochodzących do rynku traktów. Nie był to też dzień żadnego święta ani liturgii. Nie był to czas pielgrzymek oraz procesji. A jednak ci wszyscy ludzie mieli w tym cel, by zebrać się za szybą kafejki w której siedziałem w milczeniu nad kawą. I patrzyliśmy na siebie przez transparentność szkła niczym w zoo. Jakim wielkim i niezrozumiałym dysonansem, musiała być dla nich moja opanowana postawa. Żadnych słów wydobywających się zza sklejonych wręcz miesiącami milczenia ust. Żadnych ruchów nóg ani dłoni. Palce zaplecione w warkocz, ułożone pomiędzy porcelanową filiżanką a cukiernicą. Kelnerka dobrze wie, że nie słodzę ale podobno ma obowiązek przynosić każdemu klientowi cukier i mleko do kawy. Wzrok bystro i czujnie wbity w ich twarze. Czytam ich zamiast porannej gazety, zwiniętej w rulon na boku stolika. Lubię czytać ludzi. Do samej głębi. Wystarczy, że zakiełkuje w nich choć jedna myśl, uczucie. Już je znam. Czasami to śmieszy a czasami boli, że istoty zdać by się mogło tak dalece rozwinięte, są tak ułomne i słabe psychicznie. Potęgę rozumu, którą im dano, rozmienili na chwiejność emocji. Nie rozumiem. Jak na własne życzenie można dać się strącić z tronu ewolucji. Patrzę na nich z lekkim znudzeniem. A dostaję w zamian z ich oczu, obraz lęku, grozy, strachu i przerażenia. Lecz wiem że nie patrzą na mnie a na wydarzenia, które rozgrywają się w centrum sali, niedaleko za moimi plecami. Nadmienię jeszcze, że w kafejce która zazwyczaj w niedzielne południe pęka w szwach od klienteli, jestem teraz tylko ja i młoda para przy rzeczonym stoliku za mną. Wszyscy pozostali uciekli w popłochu. Wywracając stoliki i krzesła. Rozbijając się o kontuar baru i ławeczki przed wejściem. Rozpierzchli się jak wybudzone nagle na skutek strzału i kłótni nietoperze, które wylatują z jaskinii z głośnym sprzeciwem tak brutalnego potraktowania ich prywatności. Nie dalej jak kwadrans temu. Rozegrał się tutaj prawdziwy dramat. Zaczęło się od sprzeczki, ta przeszła w kłótnie a strzał z rewolweru, był kulminacyjnym punktem tej sceny. Większość aktorów uciekła zanim pojawiła się żądna sensacji widownia. Zostałem ja, jako cichy rekwizyt. Młodzieniec, rozparty teraz na stoliku w malignie szału i rozpaczy. Nie mógł przestać mówić. Chaotycznie rwąc zdania i kontekst. Klął i miłował. Pieścił i kąsał. Ubóstwiał swą wybrankę to znów beształ i równał ją z pannami z rynsztoka i dzielnic kolorowych świateł latarni. Rewolwer nadal ściskał w prawicy. Bezwiednie bawił się kurkiem. Były momenty, że cichł zupełnie by sekundę potem wybuchnąć rykiem zgubnej rozpaczy. Szeptał jej imię, płacząc jak dziecko. Brał ją w ramiona. Na próżno. Jego wybranka nadal wsparta była o oparcie krzesła. Lekko zgarbiona jednak i przechylona na prawo. Jej biała suknia i gorset, opływały w słodki szkarłat krwi. która sączyła się strumykiem z przestrzelonego czoła, przez jej młodzieńczą jeszcze twarz ku brodzie a z niej skapywała, niczym woda z nawisów skalnych jaskinii, ku małemu jeziorku, które zebrało się w zagłębieniu pomiędzy jej piersiami. Było mi jej bardzo szkoda. Nie dlatego, że zginął człowiek a dlatego że podniesiono rękę na cudowne piękno. Żywą do niedawna doskonałość i formę stworzenia. Winna była jej dusza, nie ciało. A tak bluźnierczo i okrutnie z nim postąpiono. Oskarżał ją o zdradę i widać nie bezpodstawnie bo dziewczyna słuchała jego krzyków ze stoickim spokojem a potem gdy dał jej wreszcie dojść do głosu, do wszystkiego się przyznała. Nie tylko do zdrady mu wiadomej, lecz również do wielu innych. Może gdyby usłyszał tylko to na co przygotował swe zmysły, nie użyłby broni. Lecz kolejne nazwiska kochanków, były jej gwoźdźmi do trumny i biletem do piekła. Były ołowianą kulą, która strzaskała jej czaszkę. Pod kafejkę dopadli wreszcie zawezwani lub zaalarmowani strzałem policjanci. Wpadli do środka celując z broni najpierw do mnie a dopiero potem do zabójcy. Ten zdążył jeszcze przyłożyć sobie rewolwer do skroni, lecz nim zdążył pociągnąć za spust, jego pierś przeszyły trzy, wycelowane w serce pociski. One domknęły tą tragiczną scenę niedzielnego południa. I cały akt. Sztuki śmierci. Byłem już zbędny. Mogłem już iść. Uiściłem jak gdyby nigdy nic pieciopensówkę na stolik. Założyłem melonik i wstałem. Policjant szybko doskoczył do mnie ze słowami. Dokąd się Pan wybiera. Musimy pana przesłuchać w charakterze świadka. Był Pan widać sparaliżowany ze strachu, jako jedyny Pan nie uciekł. Położyłem mu rękę na ramieniu i delikatnie acz stanowczo odsunąłem go ze swej drogi. Mną proszę się nie niepokoić. Byłem tu tylko rekwizytem. Przypadkowym świadkiem. Lepiej proszę zająć się ciałami tych dwojga i rozgonić tą gawiedź zanim przybędą reporterzy. Wyszedłem na zewnątrz bez przeszkód a ludzie rozstąpili się przede mną niczym biblijne morze.
  8. Pozbyłem się książek, zdjęć i listów, tych które były żywymi objawami mej dawnej, zdać by się mogło wtedy, nieuleczalnej i śmiertelnej choroby tak ciała tonącego w bezdni nieludzkiego upodlenia jak i duszy zapadłej w mrokach obłędu tej szatańskiej siły jaką szaleńcy w niej ostali, nazywają prawdziwą miłością. Teraz po latach, wreszcie byłem wolny od wierutnych bredni. A przynajmniej tak myślałem. I takie dowody dawało mi życie zdala od ludzi, ich świata i szalonych wyobrażeń opartych na uczuciach i marzeniach. Jednakowoż muszę z przykrością stwierdzić, że życie jednostki społecznie wykluczonej jest dość monotonne i zaplątane w ciągłość i chroniczną punktualność rytuałów dnia codziennego. Jest to ta smutna prawda, gdy możemy w zasadzie robić to na co mamy tylko ochotę a w istocie nie mamy sił i sprawczości członków oraz lotności umysłu by robić coś więcej ponad przetrwanie do zbawczego wieczora i niespokojnego, rwanego koszmarami snu. I tak wygląda dzień. Mija on na posągowym wręcz trwaniu na fotelu niczym cokole pomnika. W odmętach tej osobliwie indywidualnej i zakorzenionej w sercu rozpaczy. Czasami patrzę godzinami w biel kartek, z zawieszoną stalówką pióra nad nimi. Niczym wahadło, porusza się ona od lewa do prawa, cal wręcz od zbrukania kajetu, czarną posoką atramentu. Kartki wrzeszczą okrutnie, smagane ostrością pióra. Jak skazaniec z nagą piersią, rozpięty na stole kaźni. A pióro-wahadło rozcina jego żywot, tylko po to by pokazać sprawczość i prawdę, jedynej prawdy - śmierci. Najgorsze są noce. Gdy nie śpię po kilka z nich pod rząd a trwam niczym na posterunku. Pijany z tęsknoty i żalu. Wędruje po znajomych acz w świetle księżyca zupełnie obcych korytarzach. Patrzę na ściany i zawisłe na nich skarby. Obrazy, portrety, trofea i broń. Był taki czas, gdzie chciałem się porywać z szablą na słońce. W imię miłości, godności i praw niby mi przeznaczonych. Głupcem byłem wierutnym za młodu. Ach są i pistolety. Pożyczone wieki temu od przyjaciela. W celu tak błazeńsko prześmiewczym teraz, w celu odebrania sobie życia w imię miłości do panny, która nawet nie wiem gdzie teraz przebywa ani co u niej słychać bo rozmawiałem z nią ledwie kilkakrotnie. Ale kochałem wtedy po grób. A teraz kocham ciszę jak w grobie. Czasami światło księżyca prowadzi mnie do angielskiego ogrodu na froncie posiadłości. a czasem nawet dalej, hen do mostku nad strumieniem i sadu wiśniowego w tym roku rozkwitłego najpiękniejszym kwieciem, wyjątkowo wcześnie. Lata temu, w najstarszej jego części była postawiona jesionowa, zgrabna ławeczka z czarnymi okuciami. Teraz nie ma po niej nawet śladu. Jest tylko najstarsza w całym sadzie wiśnia, która wciąż kwitnie i owocuje. Jakby na przekór i złość temu co zdążyło już dawno umrzeć, zgnić i przeminąć a co narodziło się u podnóża jej korzeni i pnia. To tu pierwszy raz byłem tylko ja i ona. Był maj. Miłość w powietrzu. Mój wiersz dla niej. I jej niewinność. Niezdecydowanie. Wtedy to jedyny raz odważyłem się uchwycić jej uświęconą dłoń i na kolanach błagać. Wtedy uciekła, niewzruszona moimi łzami. Straciłem ją na wieki. Już na zawsze. Pamiętam siedziałem tam aż do zmroku. A potem sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni czarnej marynarki i wyciągnąłem małe zawiniątko, pudełeczko na biżuterię. Pierścionek zaręczynowy, dowód mojego oddania i miłości. Żółte złoto z naprawdę dużym diamentem. Cena i wartość nie grały roli. Dostawała ode mnie kunsztowniejsze i droższe podarki. Jej braciom również nie skąpiłem grosza a jej rodziciel awansował znacznie społecznie, dzięki moim szerokim kontaktom i wstawiennictwu. Tylko po to by koniec końców ośmieszyć me oświadczyny i wydać pierworodną i jedyną córkę za bądź co bądź majętnego ale jednak chłopa. Skończyły się konszachty ze mną i przyjaźń. A jedyna sprawiedliwość w tym, że sam roztrwonił majątek i stanowiska. A ja opływałem w luksus na jego oczach. A pierścionek zapytacie. Zakopałem go w korzeniach tej wiśni i do dziś dnia tam spoczywa. Uświadomiłem sobie, że jest on jedynym trwałym jeszcze symbolem dawnego mnie. Więc przyszedł ten dzień, że musiałem zniszczyć i jego. By nigdy już nie korciło mnie bym mógł podarować go innej kobiecie lub co gorsza by trwał tam w dole jak drzazga, jątrząc me niespokojne i chwiejne myśli. Ziemia była przyjemnie zimna i mokra gdy zagłębiłem w niej palce. Nie mógł być głęboko a ja chciałem odkopać go jak najszybciej… Na tyłach sklepiku mojego przyjaciela, był maleńki, lekko zagracony pokoik, wyłożony dębową mozaiką i pomalowany w barwach letniego nieboskłonu. Szczerbaty już na rogach stolik o lekko odklejonym blacie, poplamiony resztkami świec czy jadła, służył nam teraz jako stół do pokera i stolik kawowy dla srebrnego serwisu. Graliśmy jak prawdziwi zawodowcy, z rzadka jedynie odrywając wzrok ku filiżankom lub kartom a skupiając go jedynie na swych lekko spoconych i zmarszczonych obliczach. Przegrywałem okrutnie i choć stawki nie były duże to jednak portfel stawał się coraz chudszy w mojej kieszeni. I choć zawsze graliśmy dla zabawy mimo stawek za prawdziwe pieniądze, to dziś było mi nie do śmiechu. Wreszcie gdy znów postawiłem na przegraną trójkę asów, pojawiło się w drzwiach chwilowe wybawienie w postaci dorosłej już prawie panny, córki mego druha. Patrząc na to jak jej ojciec ściąga banknoty ze stołu i chowa do kieszeni, obrzuciła mnie chłodnym acz dość współczującym spojrzeniem. Ojciec ogra dziś pana do cna. Przegra pan nawet pierścionek a chciał go pan przecież sprzedać. Wyjąłem go na blat. I każde z nas zatrzymało na nim wzrok. Przez te piętnaście lat nie stracił nic ze swego blasku i urody wykonania. Był tak samo piękny jak kobieta dla której go zamówiłem i dla której powstał. Takie błahostki jak on nie mają dla mnie żadnej wartości moja droga, dlatego chcę się go pozbyć… ile za niego dasz przyjacielu? Jak dla Ciebie to dziesięć tysięcy. Jego córka stanowczo zaprotestowała. Ależ ojcze, to pierścionek zaręczynowy, symbol uczucia, miłości i oddania. Symbol szczęśliwego pożycia i związku. Czy pana wybranka umarła, że sprzedaje Pan go tak po prostu? Żyję moja droga i ma się jak najlepiej. Ma męża i dwoje wspaniałych zapewne dzieci. A pan… Nie dałem jej skończyć. To ja umarłem i już nigdy się nie odrodzę. Jesteś zbyt młoda by to zrozumieć. To nie symbol miłości a klęski. A ja chce żyć bez wspomnień i przyszłości. Chcę tylko żyć. Nie wracać do przeszłości. Mnie czeka już tylko jedno wesele moje dziecko. Gdy śmierć mnie w tany porwie, na parkiet swego wesela. Tak więc mógłbym zachować pierścionek i wręczyć go pani szczególnej. Tej która zbawi mnie pewnego dnia od ciężaru największego. Mojego przegranego życia.
  9. Gdzieś w głębinie umysłu ślepca. W ciemnościach nieruchomego oka. Gdzie dźwięk rozmów jest podobny do szczebiotu zarażonych lodowym wichrem wróbli. Siedź sobie w niewiedzy ślepcze. Nie dawaj w ten świat kroka. Świat jest już pustynią. Pozbawioną ludzi, techniki i kabli. Całoroczna polarna tundra. Bez nawet chwili temperatury dodatniej. Wszystko zdziczało i tylko w sidła śmierci zaprasza. A w sercach ocalałych jest jeszcze chłodniej. Z zimna umarła moja dusza. We flakonie zaschnięty róż bukiet. W którym niegdyś chowały się trzmiele. Nic teraz nie znaczą. Stary pakiet. Umiera rasa ludzi. Kurczy się wegetacji pole. Nie uchronią od śmierci mikstury, czary, najgrubsze tkaniny. A życiodajny ogień będzie niczym waluta. Umiera świat bez modlitwy i winy. A oto boża kara i ludzka pokuta. Ślepcze, Twój wyraz twarzy tak surowy. Umrzemy razem. Ja do końca Twój sługa. Ostatnia wieczerza. Zapach śledziowy. Śmierć z głodu i zimna jest jak noc polarna długa. Wiersz pisany w roku 2013 przy utworze "Freezing Moon" zespołu Mayhem
  10. Ciche groby – zapomniane. I na krzyżu przysiadł ptak kraczący. Wspomnienie o zmarłych. Ta jedna bezinteresowna, czysta myśl. Zatrzymaj się człowiecze. Zdejmij czapkę, módl się i o końcu swoim pomyśl. Pomyśl o tym, który czuwa. I patrzy na wskaźnik Twoich dni. Ostatki liczący. Już czas. Jesteś w kolejce. Masz numer. Chwytaj dzień bo przyjemność to Twój jedyny poplecznik. Lub umieraj ze strachu. On zwinie Twą duszę i żywot w rulonik. A na duszy pojawi się ostatniego rozgrzeszenia grawer. Pani odziana w szatę nocy piekielnej nie zostanie na herbatę. Nie zostawi czasu do namysłu Nie pomoże wstawiennictwo Boga , papieża czy biskupa. Poczeka aż odejdziesz. I weźmie w swe zimne objęcia trupa. Zabierze do podziemi, gdzie z innymi przeklętymi siędziesz do stołu. Nie widzisz swego końca. Tego wybranego już modelu. Po życiu jest śmierć. To jest kolej i ład. Omeny śmierci, spadają na ziemię jak grad. Niech Cię rozszarpią ognistymi zębami. Wyjedzą ciepłe wnętrzności. Człowiecze mój - nieprzyjacielu.
  11. "Jedyną rzeczą, która ma jeszcze moc sprawczą w świecie po sensie, jest obsesja." Noc przełomu. Ostatnia a zarazem pierwsza. Stary rok odszedł przed dwiema godzinami a nowy narodził się jak zawsze ślepy i w ułudzie nadziei na poprawę bytu jednostek doczesnych. Jakaż to okrutna a zarazem prześmiewcza farsa. Święta i nowy rok. Bajeczki dla małych dzieci o jedności, pokoju, zgodzie i miłości. O cieple ognia rodzinnego i atmosfery wzajemnej godności i szacunku. Ja nie życzę nikomu dobrze, nie życzę jednakże też źle. Ale cóż mi przyjdzie z czyjegoś szczęścia i sukcesu nawet jeśli miałby się on magicznie zyścić pod wpływem słów, gestów czy guseł tych przeklętych dni? Nic się nie zmieni. Sukcesy innych nie motywują one ranią i jątrzą uczucie wstydu, hańby i zawiści. Ludzkiej, podłej i małostkowej zazdrości. A ja najadłem się w życiu dość hańby i wstydu. A zazdrość. Czego miałbym im zazdrościć? Uciesznych, grzesznych igier, tańców i hulaszczego pijaństwa do odcięcia się od ludzkiej myśli poznawczej? Grania w karty, kuligów czy zabaw na świeżym śniegu? Czasami widzę przez okno salonu, jak zdać by się mogło dorosłe i solidnie wykształcone jednostki zachowują się jak dzieci i to te rozwrzeszczane i rozpieszczone do granic. Patrzę jak bałwany lepią jeszcze większe bałwany. Swoje autobiograficzne pomniki. Mienią się w słońcu i iskrzą dumnie. Scala je mróz i ulotność. A potem idzie wiosna zielona a z nią ocieplenie. Patrzę z tego samego okna jak bałwany z każdą godziną marnieją, topią się aż wreszcie kruszeją i rozpadają się na części. A potem widzę ich twórców. Jak wracają z pracy lub uniwersytetu. Marni, w rozsypce, upadku pod ciężarem jestestwa. Widzę jak czas ich kruszy. Żadne z ich życzeń nigdy się nie spełni. Bo życzenia nie są do spełniania a do pustego karmienia skrzywdzonego ego. Błędne koło. Cierpią cały rok by w święta życzyć sobie oddechu. Choć wiedzą że to tylko słowa nie czyny. Bo codzienność wymusza na nich czyny podłe i niegodne losu i struktury człowieka. Walka o byt. Człowiek w centrum wszechświata. Człowiek jest kowalem swojego losu. Brednie humanizmu. Wszechświat kręci człowiekiem. I nijak nie ma na to lekarstwa. Jest tylko przekleństwo klatki codzienności. Część spotkań towarzyskich jeszcze trwała, inne dogasały powoli a goście na nie sproszeni, przenieśli się w dużej mierze na zewnątrz. Jedni by zaczerpnąć tchu i odsapnąć, inni by zapalić w spokoju a jeszcze inni by dać upust erotycznemu napięciu. Za oknem posłyszałem ściszone głosy grupki młodych osób najpewniej studentów lub uczniów gimnazjum. Weszli widać do przedsionka bramy mojej kamienicy a potem do dolnego hallu. Ciężkie dębowe drzwi stuknęły z impetem a głos kroków objął stukotem marmurowe schody. Słyszałem przytłumione, lekko podpite głosy. Żegnali się najpewniej, życząc sobie ostatni raz wszelkiego dobra. Jeszcze tylko odgłos kluczy w zamku drzwi, znów kroki, teraz mniej liczne. I znów błoga cisza. Koniec tych bachanaliów. Teraz tylko cierpienie i udręka. A dla mnie czas na zbawczy sen. Na stoliczku leżał kłębek czarnej wełny. Rzuciłem go mojego kotu by i on miał trochę radości i zabawy tej nocy. Oczywiście momentalnie wyskoczył spod stołu i rzucił się na ofiarę. Maltretując ją niemiłosiernie pazurami i zębami. Kominek dogasał z wolna. Sięgnąłem po lampę, podkręciłem płomyk i ruszyłem do sypialni. Będąc obok drzwi wejściowych dosłyszałem nieopodal odgłos lekkich, kobiecych kroków. Zdziwiłem się bo ostatnie piętro kamienicy, zajmowali raczej samotni i posunięci już znacznie w latach mężczyźni jak ja. Zanim to do mnie otwarcie dotarło, kroki znalazły się pod moimi drzwiami a kołatka zasygnalizowała nieśmiałe pukanie. Mam nadzieję, że to nie gość w dom o tak nie towarzyskiej porze a to że jakaś pijana latorośl zmyliła drogę do domu lub piętro. Rad nie rad zrobiłem kilka kroków i otworzyłem… Mówią że marzyć to nie grzech. U mnie to proste bo nie wierzę w marzenia ani grzech. Ale tej nocy nowego roku odwiedził mnie gość o którego postaci marzyłem i życzyłem sobie jego powrotu. A więc czyżby marzenie może się urzeczywistnić? Dostałem na to namacalny i najlepszy dowód. Choćby przerażający w swej istocie i metafizycznej głębi. Otworzyłem drzwi a w progu zastałem jej postać. Taką o jakiej dziś marzyłem, jakiej pragnąłem. Jaką kochałem i wspominałem co dzień od dnia jej rychłego zgonu. Była wręcz zwiewna i blada. Ledwie zaróżowione policzki wygięty się pod wpływem szerokiego uśmiechu. Jej kasztanowe, ułożone w dorodne fale włosy spływały jak wodospad na alabastrowe ramiona i piersi. Ubrana była w ukochaną, malachitową suknię wieczorową. Kolczyki i kolia z pereł oraz makijaż uczyniły z niej bezsprzeczne artemidowskie bóstwo pożądania. Zielone oczęta tak niewinne, miały w sobie niezgłębione pokłady miłości. Długo syciliśmy się nawzajem tą chwilą. Nie mogąc wydusić słów ani poruszyć zastygłych w nagłym szoku ciał. Wreszcie przemogła się i mogłem usłyszeć jej głos. Za nim było mi tęskno najbardziej. Polały się łzy. Chciałam przyjść osobiście i życzyć Ci szczęśliwego nowego roku i zapytać czy wszystko u Ciebie w porządku? To było Twoje życzenie. Czy chciałbyś nadal abym mogła spędzić z Tobą resztę tej nocy Simon? Rzuciłem się na nią i tuliłem jak największy skarb. Płakałem jak dziecko i nie mogłem przestać. Wreszcie osunąłem się na kolana i tuląc się do idealnej talii wyskomlałem wręcz Tak! Z Tobą chcę być już na wieczność. Och Natalie… Poddźwignęła mnie z kolan i ucałowała gorąco. A ja postanowiłem śnić i marzyć jedynie o niej już do końca swoich dni.
  12. Zrzucam kamuflaż. Ironia prążkowana. Humor w czerń i brzydotę bogaty. Mój umysł lotny. Maszyna piękna acz nielubiana. Z weną piję na umór. Przez ten los przeklęty, szczerbaty. Widać można tak żyć. Bez telefonu, samochodu. Bez domu z cegły. Na włościach kartonowej wnęki. Za rękę z plagami. Co lśnią na przedzie śmierci korowodu. A człowiek dla nich to pył i owad malusieńki. Poezja umarłych smakuję inaczej. Wykwintny to rodzaj. Samobójcy mają pisać w zapomnieniu. W towarzystwie opiatów i wódki. Beznadziejo! Ty w nich uczucie pustki podjudzaj. Wyrosną im na grobach maki i stokrotki. Każda moja myśl wyszła spod ręki despoty. Kąpię się we krwi i płatkach owsianych. I wracam do chwil szczęścia z tęsknoty. Czasami za domem pielęgnuję groby ofiar. Przed laty złapanych.
  13. „Ludzie tacy jak ja powinni żyć jak pustelnicy, tak byłoby lepiej.” Henri Michaux Funkcjonowania na poziomie człowieczeństwa niemożność. Każdy dzień odbiera nam złość. Honor – zaginął. Wojownik – poległ. A jeszcze niedawno z historii się wylęgł. Nie mam już sił, czyli... Wszyscy mnie zostawili. Prześpię życie. Przytulony do poduszki bólu i zawinięty w kolczasty koc. Ran już śmiertelnych nie liżąc. Jest tylko przepaść, między... Ulotnością chwili a pomnikami z sadzy. Wzywam wiatr, wśród borów wiejący. Wśród dziupli, koron i mchu tańczący. Kopię swój grób własnymi rękoma. Brzydzę się wytworzonym przez człowieka szpadlem. Przepraszam herbie mój, za to że ćpałem, zdradzałem i piłem. Utonę we łzach. Chyba, że wyrówna się stępka. Odbiję się los od problemów słupka. Umiem żyć bez dachu. W ciągłym strachu. Z butlą horyłki i połecią słoniny. Step jest moją kobietą. Odrzucam zalotne dziewczyny. Do dworu przybywam w dniu oświadczyn. Gusła i brednie o miłości obaczym. Jestem ostatni z rodu. Umrę bez dziewki, potomka i auta. Taka już moja przeciw nowoczesności buta. Mi wystarczy koń i szabla a nie wojskowy transporter. Pani małodobrej i ojczyźnie, zaprzysiężony kawaler. Uparty jak osioł. Wściekły jak baran krętorogi. Idę po śmierć, prowadząc duchów zastęp mnogi.
  14. Za nic mam marności innych. Kiedy jestem pierwszy w kolejce przed bramą koszmarów sennych. Stoję na ostatnim skrawku terenu. Za mną szemrzę rzeka martwoty i las spalonych słowików. Za bramą leżą pola użyźnione krwią. Rycerzy i koni. Topory, proporce i ścierwa z kopytami bez podków. Tutaj już rany i ciosy mi nie szkodzą. Pali mnie jedynie na policzku zostawiony pentagram. Prowadzą mnie biesy nad nieskończoności cypel. W nicość i głuszę się wydzieram. Boże Ty jednak jesteś carem! Tej szaleńczej, podziemnej Rosji! Złoto ani rubiny mnie stąd nie wykupią. O śmierci zostały mi myśli. Znaki odkupienia poza moim wzrokiem. To jest moja pokuta, katorgą tu zwana. Za to, że krew za ojczyznę przelana. Narodziny w zaświatach. Byłem w muszli, którą wyrzuciły z wody skorupiaki. Śmierć w zaświatach. Kiedy biesy grają w kości o twe pasiaki.
  15. Chciałbym pisać elegię wzniosłe do Twego niedoścignionego, nieziemskiego piękna. Hymny miłości rzeźbić na wieki trwałą uwielbienia strugą na Twych alabastrowych dłoniach i rześkiej, ledwie zaróżowionej skórze szyi. Lecz jak tutaj wierzyć w coś więcej niż śmierć? Kiedy życie błądzi w jej podziemnych labiryntach, zapomnianych przez dusze i Boga. Jak zerwać kajdany, narzucone przed najdawniejszymi eonami? Skute zaklęciami wieszczy cmentarnych i ich podszeptów i wpływów. Zderzam się z coraz agresywniejszą rzeczywistością. Pomiędzy światem śmierci a życia. Potęga tych bezlitosnych, przeciwstawnych sobie członów. Chciałeś demony swe okrutne zachować losie w ciele zaszczutego przez świat mężczyzny. Umierał bez grzechu i bez winy. Anioły niosły jego trumnę. Płakały porzucone, wzgardzone, wychowane przez ghoule dziatki - niebogi. Nad mogiłą cichą, głęboką. Deszcze, nawet latem wyjątkowo chłodnym, żaliły się drętwota zawisłego dżdżu. Trawy, dziwnie bujne, szemrzały do późna w noc, tworząc mogilny kobierzec zielony. Pamiętaj Miła, jak pieszczę Cię co noc, zamknięty w śnie wiecznym. Słodkość niewysłowiona Twych ust, dzikość zespolonych ciał wśród drgających oddechów, nagłym uniesieniem, pot nasz sperlony wśród zakamarków, rozgrzanej, rozrzuconej pościeli. Przebudzenie - do zimnej jak lód. Ciemni, rodzącego się w bólach jesiennego przedświtu. Duch ucieka wspomnieniem o żywej miłości do ostatniej gwiazdy porannej. Wszystko co mam jeszcze w sercu. Jest tylko dla Niej. Trumna ciasna a w niej para kochanków się tłoczy w uścisku Erosa zespolona po wieczność. Ciała ich zabrał czas leniwy. Kości bieleją w kontraście do dusznej ciemności. Zdobią ich łoże trumienne i pąki róż burgundowe i narcyze hadeskie i uwiędłe płatki maków co pól już ziemskich nie uświadczą. Tak idę przed siebie bez celu. W noc tą rozbłysłą poświatą księżyca. A kochankowie harcują cicho na przodzie mej koszulki. A ja ostatni raz wchodzę w targany sennym powiewem wiatru las. Zza pasa wystaje broń. W niej, załadowane ołowiane kulki.
  16. Jeśli Drogi Czytelniku, swego czasu zaczytywałeś się w prozie Grabińskiego lub onirycznych wizjach Schulza, lub jeśli bliski jest Ci francuski modernizm, Belle Epoque czy dekadentyzm. To zerknij proszę i jeśli masz takie życzenie, pozostaw komentarz i ocenę pod moim poematem "Odyseja". Jest nieukończony jak wiele moich prac. Lecz może kiedyś uda mi się doprowadzić go do końca. Hamulce i kotły grzały się w piekielnym ukropie, nie spuszczanego od dłuższego czasu powietrza. Żółte, cyklopowe oko lokomotywy, rozbłysło nagłym i ostrym światłem na torze, lewitując w rozrzedzonym powietrzu, skwarnego nadal zmierzchu. Żelazny smok gnał przed siebie coraz to śmielej i prędzej. Ciągły ruch, idealnie zgranych kół, turkoczących na świeżo ułożonych szynach, Ciągnących się wężową strugą ku kolejnej stacji przetokowej lub przeładunkowej. Na tej bocznej linii używanej sporadycznie jedynie w wybitnie ważnej potrzebie nie było stacji pasażerskich jak i gminnych, niewielkich przystanków. Była to linia głównie używana przez wojsko i na jego potrzeby stworzona. A teraz gdy echa kawaleryjskich szarż i armatnich salw przebrzmiały już wśród poszarpanej i wykrwawionej linii frontu. Gdy wrogie armie nie składając sobie winszującego hołdu ani nawet nie ściskając na pojednanie dłoni. Odeszły, zwrócone plecami ku sobie i mącąc jedynie kurz i piach, zaległy po ustronnych, półdzikich gościńcach, prześlizgnęły się na powrót przez umowne jedynie linie granic. Mijając bez słowa wstydu i hańby a może jednak glorii zwyciężonych, wapienne, zatarte smugami słoty i wichru słupki graniczne. Starali się nad wyraz mężnie i heroicznie, by przesunąć je choćby o cal, metr, kilometr. Na nic to wszystko. Ich pobratymcy. Często chłopcy, wchodzący dopiero w wiek męski. Zostali tam na ziemi spalonej, niczyjej. Ich ciała posiniaczone i splamione juchą. Wkręcone w sidła kolczastych krzewów drutu. Ich czaszki spękane, końskimi kopytami, A oczy wybałuszone w zdziwieniu, że to już na samym wręcz początku życia, nastał jego kres. Wojna płodzi bohaterów. Leżą tam na ugorach bez ciemni grobu i krzyża z brzozowej kory. Legli tysiącami we śnie z którego nie wybudzą się już nigdy. Muchy jedynie płodzą w ich oczodołach i ustach rozwartych śmiertelnym spazmem swe plugawe potomstwo. Rozłączeni brutalnie ze światem jaki znali. Ze szkołami i uniwersytetami. Z fabrykami i kopalniami. Z sadami i polami Wreszcie z uciechami jak kina, teatry, opery. Muzea, restauracje, bary. Parki i kafejki. Zostawili je żywym. Tak samo jak swe połowice. Zalęknione i wiernie trwające przy nich choćby i w godzinie śmierci. Listy z odbitymi szminką ustami. Zroszone wonią perfum. Gniły teraz na równi z ich kochankami w ciemnych transzejach okopów. Ale byli i tacy, którym się udało. Choć przez to czego doświadczyli. Modlili się co dzień o lekką śmierć. Przeżyli jednak na przekór rozumowi A dzięki frantowatej zachciance Boga i jego stróżujących niby to nad ludzkością aniołów. Przeżyli może i w imię miłości. Na przekór nam, ludziom z serc wyprutym. Z emocji i pragnień skutecznie wypatroszonym. Przez ten świat i miłość właśnie. Nam też niewielu pozwolono przeżyć to piekło wojny. Choć dla nas śmierć nie byłaby karą ni zbrodnią. A wyzwoleniem z kajdanów życia. Świeże pokłady bukowe tłumiły wstrząsy lecz nie dźwięk. Tuk, tuk….tuk, tuk…. tak, tak…. Skład szedł nadal na pełnej prędkości. Z rzadka na ostrym łuku lub zejściu z przewyższenia, zagrały metaliczną skargą hamulce. Para uciekała przez nieszczelne miejscami osłony. Rozmywała w budzącą się noc, białymi obłoczkami. Gdyby kto patrzył z dalsza. Powiedziałby, że pociąg gubi swe duszę. Jak demon w ruchu nad przeklęta ziemią. Krążący od przystanku do stacji, coraz to dalej i prędzej. Coraz śmielej i pewniej. Mając za nic potrzeby swych pasażerów. Ich emocje i namiętności. Skargi czy żale. Żyjący tylko dla potrzeby wiecznego ruchu. Tańca, gdzie sceną była jedynie szerokość szyn. Spełniającego mit o Odyseuszu. Wiecznym tułaczu, który na żadnej ze stacji nie może czuć się jak w domu. Jego pojawienie się na linii stacyjnych semaforów i dróżniczej budki. Jest przyjęte tak samo obojętnie jak odjazd z przypisanego peronu. Dla każdego jest jedynie bestią w ruchu. Wolnej od ludzkiej powierzchowności. Jednak i on ma serce. Złożone z kotła i tłoków. I cóż z tego, że goreje ono wręcz od środka. Skoro to nie miłość go ogrzewa a potrzeba ucieczki, tułaczki. Samotności. Tak,tak … tak,tak… tuk,tuk… Przedział oświetlony gazowymi lampami był przytulnym i ciepłym miejscem. Dającym wytchnienie po miesiącach spędzonych w błotnistych, wypełnionych do kostek, brudną choleryczną wodą, śmierdzących prochem, potem i gnilnych rozkładem ciał, zawsze zbyt płytkich i zbyt wąskich okopów. Nie licząc stukotu kół, trzasku klejonych obramowań okna i drzwi, dość głośnego drgania stolika podróżnego oraz sporadycznych rozmów współpasażerów, dobiegających z sąsiednich przedziałów oraz korytarza a także odwiedzin konduktora. Panowała cisza. Potęgowana jeszcze tym co ujrzeć można było za oknem, uchylonym na oścież, by wiry zasysanego tu powietrza, mogły przyjemnie chłodzić zmęczone oblicza. Za oknem obraz był monotonny w swej idyllicznie, wiejskiej prostocie tej zubożałej prowincji. Jedyną oznaką nadchodzących, cywilizacyjnych zmian była nitka torów kolejowych, zaplanowana w ministerstwie a ułożona przez robotników tak by omijać jak najszerszymi łukami i serpentynami osiedla ludzkie. Wyglądało to tak jakby cud techniki i postępu uciekał od strzech i drewnianych, dusznych izb. Z rzadka gontów i murowanych chałup. O ciężkich okiennicach, uszczelnianych kitem. Jedynym podobieństwem, mieniły się kominy chlebowych pieców kaflowych. Strzeliste i smukłe to znów grube i owalne. Niczym ich odpowiedniki na transatlantykach czy wojennych pancernikach. Dymiły aż miło w te bezkresy stepu. W ich dotąd nienaruszoną, świętą wręcz strukturę naturalizmu. Demoniczny tułacz, widział te osiedla, Te strzechy i dymy kominów. Wielokrotnie zwalniano mu osłony i wtedy mógł wydać swój przeciągły okrzyk, nie mający żywego odpowiednika w świecie. Tony grały równo. Z początku może trochę zachryple, lecz już po kilku sekundach gwizd odbijał się echem po polach, zaścielonych dojrzałym już zbożem, wchodził gładko jak nóż w lesiste, gałęziste granice zagajników i małych odseparowanych sztucznie dębin. Na ten dźwięk natura jeszcze nie była tu widać gotowa. Trwożyły się jej małe dzieci. Te skrzydlate, ulatywały w niebo by po chwili jednak chmarą osiąść na kolejnym poletku, płotach obejść czy w starych, powykręcanych czasem okrutnym i zarośniętych siwozielonkawym mchem, sadach. Inne jak lisy, zające czy osiadłe przy rzecznych brodach bobry. Czmychały pod krzewiny, gąszcze, splątanej leszczyny czy wodne szuwary pełne liliji i wodnych pałek. Krótki szmer, plusk czy odgłos pazurów tarłych o pomietą, starczymi bliznami korę Odpowiadał na zew nowego ducha czasu. Duszy ze stali i nitów. Nie mającej swej wolnej woli, uczuć, wspomnień i co najważniejsze nie potrafiącej kochać, współczuć, śnić i pragnąć. Będąc tworem zupełnie zimnym i nieczułym. Technologia wygra z ułomnościami człowieka. Chyba, że to człowiek dobrowolnie stanie się takim robotem, którego to nic nie dziwi, nie rani. Który unika innych jak ognia. Nie kocha, nie płacze. Jest jedynie obserwatorem a nie odbiorcą. Nie śni i nie marzy. Żyję tylko tym co tu i teraz. A przyszłość? Jeśli nawet jest godna temu by o niej myśleć i zaprzątać sobie głowę. To jest ona bliźniacza do dnia obecnego. Latami całymi w kółko, przeżywanie tego samego dnia. Czynności ludzkie stają się maszynową procedurą. A stery przejmuję pustka egzystencji, która wtacza życie na jeden tor, którego ostatni przystanek jest znany od dnia narodzin. Jest nim śmierć u wylotu tego ślepego toru. A zamiast secesyjnego, budynku stacji, parowozowni i warsztatów na manewrowni. Jawi się tym, że za zapuszczonym, ukrytym we mgle wiecznej peronie, jest nie tchnące życiem i beztroską miasteczko a pogrążony w słotnej zadumie żałobnych dymów świec nagrobnych. Cmentarz świata przeszłego i grób każdego z nas. Starałem się odprężyć i uwolnić od nawracających imaginacji i retrospektyw ostatnich morderczych wręcz miesięcy. Ciągle wydawało mi się, szczególnie gdy przebywałem na otwartej przestrzeni w nowym i nieznanym mi miejscu, że śledzą mnie oczy obcych i szczelnie ukrytych w miejskim kolorycie, postaci o jakże wrogim nastawieniu. Często zdarzało mi się wpadać w panikę tak głęboko paranoiczną, że zwykły spacer zamieniał się w walkę o przetrwanie wśród ścian labiryntu kamienic i budynków. Potrafiłem zatrzymać się nagle pośrodku chodnikowej arterii, błagać zalęknionym wzrokiem, pełnym łez o pomoc. Lecz nikt nigdy nie podjął się tego by złączyć swój wzrok z moim. Nikogo nie zajęły choć na moment moje próby odzyskania równowagi i błogiej stabilizacji. A ja wieżgałem się jak ogarnięta lękiem o kruchy żywot, ryba w sieci. Kręciłem się wokół własnej osi w duszącym płuca zapętleniu. Nie byłem do końca ani w teraźniejszości ani w nagłym fantasmagorycznym acz gorzkim wybuchu przeszłych portretów zdarzeń. Moje nogi grzęzły w sposób niewytłumaczony w betonowym więzieniu, chodnikowej mozaiki. Po wybrukowanym kocimi łbami rynku, stąpałem jak po minowym polu. Wzdrygając się za każdym razem gdy podeszwa moich butów stykała się z coraz to większą powierzchnią, śliskiego, wyjeżdzonego kamienia. Bezsprzecznie byłem ogarnięty chorobą. Traumą doświadczonych okropieństw wojny. Dnie całe spędzałem w łóżku. Budząc się z nieludzko zdeformowanymi postaciami moich poległych przyjaciół na piersi. Sąsiedzi byli mi z początku pomocni. Czasami nie byłem już w stanie spędzać nocy w mieszkaniu. Spałem więc lub jedynie drzemałem pokątem na klatce schodowej. Rzadziej w samym progu własnych drzwi. A to sąsiadka wyniosła talerz z zupą. A to sąsiad wracający z urzędu, wstępując wcześniej na jednego do pobliskiego baru, dosiadł się do mnie na schodku i poczęstował egipskim. Zamienił kilka miłych zdań. Zaproponował kieliszek wiśniówki. Czasami poratował nawet kilkoma złotymi. Poklepał po męsku po ramieniu i odszedł ku swemu mieszkaniu, klucząc za sobą drzwi. Byli jednak i tacy, którzy brali mnie za narkomana i świra. Na czele z córką piekarza, którą znałem przecież od pacholęcia a jej ojca od czasów beztroski kawalerskiej. A teraz przepędzała mnie z piekarni ilekroć choć tylko mój cień rzucił jej się w szaro błękitne oczęta. Dochodziło nawet ku temu, że musiałem prosić postronne osoby by kupiły mi chleb lub krasno wypieczone bułeczki. Lustrowali mnie wtedy od stóp do głów i nie stwierdzając widać w mej aparycji, mężczyzny w średnim wieku, żadnych śladów bezdomnego włóczęgi lub co gorsza obdartego i brudnego pijaka, zgadzali się w większości ochoczo pomóc a nierzadko nawet dorzucając mi pieniędzy na drugi bochenek lub coś słodkiego. Rodziny tak bliskiej jak i dalekiej nie miałem. Przyjaciele z dawnych dni w większości porozjeżdżali się po czterech stronach świata. Część, pochłonęła wojna. Ci którzy zostali blisko a udało im się zrobić kariery lub odziedziczyć niemałe majątki. Z dnia na dzień przestali odwzajemniać moich ukłonów lub ostentacyjnie przechodzili na drugą stronę ulicy, nie siląc się nawet na skinienie głową. Byłem prawdziwym życiowym rozbitkiem. Wyrzuconym na bezludną wyspę. Wołać o pomoc z jej brzegu było bezzasadnym a nadzieja na to, że akurat w niedługim czasie na kursie jej piasków będzie płynął jakiś statek i mnie uratuje, byłoby ironią wręcz prześmiewczą. Na przeprowadzkę brakło mi funduszy. Na ucieczkę w opium, brakło funduszy. Na oddanie się w ręce psychiatrów i przytułku. Zawsze był dobry moment. Choć zbyt mocno ceniłem swój inteligencki świat. Przewagę chłodnego rozumu nad przekupnym sercem. Dlaczegóż miałbym nie wierzyć w poznanie i wiedzę. Dokąd dane mi myśleć, dotąd będę na tym świecie. Jeśli coś faktycznie dawało mi wytchnienie i choć chwilowy powrót do beztroskich wspomnień, to było to pisanie. Starałem się zebrać od powrotu z frontu kilkukrotnie na rozpoczęcie opisywania doświadczeń z miesięcy spędzonych w okopach Wielkiej Wojny. Lecz ilekroć stalówka już prawie stykała się z bielą kartki, tylekroć nie potrafiłem zmusić się do postawienia choćby kreski. Dlaczego? Bo realizm tych dni był przesiąknięty grozą śmierci. Oddany na pastwę opisów tak makabryczno szczegółowych, że zwykły odbiorca byłby porażony ogromem bólu i cierpienia nie jednostki człowieczej a całej cywilizacji małych, podłych ludzi, co jedynie potrafią się bić, strzelać, zabijać a potem godzić nagle i znów wbijać znienacka nóż w plecy. Hołubią śmierć i zniszczenie. Eksterminację i dehumanizację. Oddają cześć politykom jako złotemu cielcowi a potem idą pokornie na rzeź w milczeniu i zgodzie. To są ich bohaterowie i obrońcy. Łotry bez czci i wiary. Wojna nie zmienia tylko tych, którzy udając się na jej fronty, już dawno byli martwi. Bez grama szacunku. Bez oznak uczuć. Nie odczuwając bólu. Poza istnieniem. Poza życiem na marginesie świata widzialnego a tym czego lepiej nie widzieć. Oddziały straceńców, którzy wszystko i tak już stracili. Mogli wygrać jedynie trafienie miłosierną kulą. Poczuć ten chłód. Stagnację. Ostatnie uderzenie serca. Powietrze wpadające przez okno przedziału, tchnęło już lekko wilgotnym chłodem. Leżałem, wyciągnięty jak długi z nogami zarzuconymi prawie na miejsce naprzeciw. Mimo tej dojmującej pustki w krajobrazie, mimo depresyjnie smutnych wspomnień. Mimo braku celu i własnej końcowej stacji. Było mi dziwnie błogo i beztrosko wręcz. Ostatni raz dane mi było podróżować tą linią i składem. Ostatni raz miałem na sobie mundur podoficerski. Jechałem do małej jednostki wojskowej by pożegnać się z rolą żołnierza i znów być zupełnie anonimowym człowiekiem. Zniszczonym i wyczerpanym trybikiem machiny społecznej. Anonimem, który cieniem już tylko odznaczał swą bytność w skupiskach ludzi. Lekarze po przebadaniu mojego przypadku, stwierdzili u mnie rozwinięta znacznie nerwicę frontową. Po krótkim wywiadzie i opisie im moich objawów choroby, stwierdzili na krótkim konsylium, że na kolejne moje skoszarowanie, pozwolić nie mogą, albowiem mój stan jest na tyle niestabilny psychicznie, że stwarzałbym zagrożenie śmiertelne, tak dla siebie samego jak i reszty oddziału. Komisja lekarska sporządziła stosowne dokumenty odnośnie mojej sytuacji i wsadziła je do niedużej, białej koperty, lakując ją jeszcze pieczęcią urzędową. Po wszystkim wręczono mi ją ze słowną adnotacją o tym żebym jak najprędzej dostarczył dokumenty do swej jednostki przydziałowej. A więc byłem w drodze ku temu. Pociąg wyraźnie zwolnił. Stukot jego kół był teraz poprzecinany dłuższymi pauzami. Tłoki zmniejszyły obroty a nadmiar pary wyrzucono przez boczne osłony lokomotywy. Skład pokonywał właśnie dość ostro poprowadzony łuk szyn. Na tyle wygięty bym mógł ujrzeć w kompletnej już ciemni, zarys metalowego potwora, który zasapany przewodził oswietlonemu korowodowi wagonów. W wielu oknach poprzedzających mój wagon, majaczyły ogolone głowy niedawnych towarzyszy broni. Wielu z nich miało w ustach egipskie lub prezydenckie o krótkich, białych filtrach. Zajęci beztroską zabawą, rozmową i śmiechem. Zupełnie tak jakby koszmar wojny był jedynie niegroźnym zwidem, majakiem, snem, który przepadł bez wieści gdzieś w zakamarkach umysłów. Zbłądził ku niepamięci i niezaistnieniu. Wyparcia. Ostatniej deski ratunku, kruchej ludzkiej psychiki i natury. Ja wolałem pamiętać. I pielęgnować w sobie ten ból na tyle by nigdy choćby i w obliczu starczej kiedyś śmierci, nie zapomnieć i przywołać żywe twarze tych, których pochłonął front i jego kolczaste zasieki. Choć wielokrotnie próbowałem oszukiwać swe ciało i umysł, że nic takiego jak wojna nie miało miejsca a to jedynie moja defetystyczna i nihilistyczna gorączka umysłu spłodziła tego demona, który pożarł mi duszę. Nie lubiłem i nie chciałem wspominać obrazów wojny, nawet w gronie towarzyszy niedoli. Zresztą nie ciągnęło mnie do ich towarzystwa. Wolałem samotność i cichą żałobę serca. Ale nie byłem im ani wrogiem ani przeszkodą w ich okazywaniu i odreagowywaniu traum. Nie bolało mnie gdy widziałem ich na ulicach, barach czy dworcach w uściskach młodych dzierlatek, statecznych wydawać by się mogło panien czy rzadziej w pułapce wymalowanych ust ulicznic i barowych naciągaczek, które za dawkę białego proszku czy opium były gotowe oddać się w ręce rozkoszy bluźnierczych i obcować z technikami miłosnymi, których nie skąpiły swym darczyńcom. Po latach głodu, lęku i cierpienia. Wszyscy gotowi byli choćby duszę diabłu zastawić, byle tylko uczuć ulgę i bawić się, kochać. Czuć się jak wolni wreszcie ludzie. Na takich jak ja spoglądano, ze współczuciem i zarzenowaniem. Tylko dlatego, że nigdy nie wróciłem tak naprawdę z wojny, która już się zakończyła. Nie ja ją w sobie rozpętałem i nie ja będę musiał ją zakończyć. Nawet nie wiem czy mógłbym. I czy w ogóle chcę. Słyszałem dobrze ich wesołe rozmowy, śmiechy i szampańską zabawę. Westchnąłem ciężko. Poprawiłem się w fotelu i znów starałem się wyizolować. Odejść w mrok. Pociąg poszedł widać za moim przykładem bo westchnął również po raz ostatni i zatrzymał nad wyraz delikatnie. Początkowo myślałem, że stoi przez jakiś nagły sygnał na linii oznajmiający przepuszczenie innego składu lub lokomotywy z drużyną konduktorską z pobliskiej stacji. Później pomyślałem o semaforach stacyjnych, które wstrzymały skład z przyczyn technicznych. Możliwe, że nie usłyszano lub nie dostrzeżono nas na czas i dyżurny ruchu lub naczelnik wydali spóźniony rozkaz oczyszczenia toru lub nastawienia zwrotnicy we właściwe położenie. A może i sam postój był nie planowy i gdzieś w oddali wydarzył się wypadek innego pociągu lub dwóch składów i przez to wstrzymano wszystkie pociągi w okolicy. Tymczasem na korytarzu posłyszałem głośne kroki, w dobrze podbitych i ciężkich butach. Za firaną drzwi przedziału, mignął mi mundur konduktorski i czapka. Minęła ledwie krótka chwila i w rozchylonych drzwiach stanął młody konduktor. Był niski ale krępy. Jasne włosy miał starannie zaczesane pod czapką, która była chyba o numer lub dwa za duża na jego lekko trójkątną głowę bo zamiast siedzieć sztywno na jej obrysie, osiadła dość prześmiewczo na odstających mocno uszach. Twarz jego nosiła ślady po ospie. Krzywa i zadarta lekko górna warga, odsłaniała prawie górne zęby. Oczy miał małe i zaczerwienione. Ich niebieskawa bladość kontrastowała mocno z purpurowymi wręcz wypiekami. Widać mocno zaskoczyło go to, że przedział zajmowałem sam. Bo rozglądał się po nim raz w lewo to znów w prawo tak jakby w trakcie zabawy w chowanego lustrował każdy kąt pomieszczenia będąc święcie przekonanym, że wszyscy ledwie sekundę przed jego wejściem pochowali się dla draki lub kaprysu. Wreszcie skupił wzrok na mnie i pełnym zaskoczenia głosem zapytał - Pan podróżuję tutaj sam? - Nie dał mi wiele czasu na odpowiedź bo po chwili nie czekając na nią poprosił o bilet lub legitymację wojskową. Gdy on lustrował moje dane ja odpowiedziałem. - Jak Pan widzi, podróżuję sam lecz czy to oznacza, że określić mnie można samotnikiem? Wszędzie ludzie dobrze się bawią, śmieją się i piją na umór. A ja widzi Pan. Tylko siedzę przy oknie i wyglądam w milczeniu na ten boży świat. Czy to pana nie dziwi? - Drogi Panie… nie wgłębiam się w odczucia pasażerów aż tak głęboko by po ledwie omiotaniu wzrokiem, będąc bezsprzecznie pewien kto kim i jak się czuję. Jestem konduktorem. Odczuwam duszę i emocję pociągu bo taka tu moja rola i dola kolejowa. - A więc jest Pan częścią serca i jestestwa tego pociągu. Trwałym elementem jego doczesnej roli i trwania. - odebrałem z jego ręki dokument i ułożyłem go na półeczce - Atomem w wiecznym ruchu na fali szyn. W trzewiach tego maszynowego potwora, który pożera kolejne kilometry trasy, całe dnie, tygodnie… lata. Bez końca. W ciągłym ruchu. Gonitwie za celem. Piękne jest życie konduktora. Widziałem, że chcę ruszyć już dalej ku kolejnym przedziałom, spieszno mu było bardzo więc rzucił tylko na odchodne - Nie tak piękne i chwalebne jak życie żołnierza - wskazał na pagony na moim mundurze i tarcze. - Zasczytnie i chwalebnie jest ginąć za ojczyznę i jej wolność a nie rozpamiętywać ślepy los fortuny, której pociski mijały mnie widać skutecznie. I konsekwencje tej ślepoty losu będę dźwigał jako najsroższy ciężar aż do samego końca. Widać z jednej strony odczytał słusznie moje słowa a z drugiej nie chciał dać tego po sobie poznać. - Kolejna stacja przed nami. Żuromin… czy będzie Pan na niej wysiadał? - Nie. Jadę z Wami aż do końca. Ale dziękuję, że Pan zapytał. Wiele osób wysiadło na stacji. Kilkoro nowych pasażerów zasiliło stan osobowy. Tak się złożyło, że zyskałem dzięki temu współpasażera w przedziale. A było to widać zrządzenie losu. Bo zbyt wiele nastepstw przedziwnie zaskakujących wynikło z naszej rozmowy. Młody konduktor, uchylił sztywny, skórzany róg czapki w pozdrowieniu i z życzeniem spokojnej dalszej części wieczoru, opuścił przedział i delikatnie zamknął za sobą drzwi. Znów mogłem chłonąć to co działo się wokół pociągu. Tak na peronie jak i korytarzu. Dzwonki telegrafu biły jak oszalałe. Radiotelegrafista ostały na nocnym dyżurze w budynku stacji musiał harować w pocie czoła by wyłapywać sens meldunków, które wpływały jak szalone. Musiał sprawnie i rzetelnie odpowiadać sąsiednim posterunkom na każde zadane przez nich pytanie odnośnie opóźnienia składu, jego długości czy opisania wszelkich przeszkód na które pociąg natrafił po drodze lub na które może się jeszcze natknąć...
  17. Przez całą noc sięgałem dna. Swojej duszy i w wódki butelce. Otwieram oczy. Niestety żyję. Nie chcę. Dziś ani jutro. Tylko to życie powoduje tak nieludzko zimny i opętańczy strach. Ja wiem, że pragniesz ze mnie wyjść duszo. Dość masz gnicia we wnętrznościach jak w dawnym barakach. Domu tej zagłady! Ciebie się ogień ani woda nie ima. Ciebie nie zdmuchną nawet boskie, armatnie kule. Zaglądają przez okna wybite, demony. Ślady krwi na ganku. Rany na ich umęczonych zezwłokach. Barwią prawie na czarno ich podarte i spalone ogniem piekielnym koszule. I Ty chcesz żyć?! W tej skazanej na męki wiekuiste krainie!? Gdzie dzień jest koszmarem. A nocą, ściany szepczą złowrogo i pojawia się na nich wisielczy cień. Nie czekaj dnia. Ona już się zakochała. Dlaczegóż się śmierci w strofy wiersza przebrałaś?
  18. Monarchie są dziś tylko wydmuszkami, odzianymi w złoto i klejnoty swoich potężnych przodków. Demokracja, jest głupią i ułudną efemerydą dla ciemnych umysłów słabych ludzi. Totalitaryzm to piękny a zarazem drapieżny ptak, który najpierw wychowuję jak najlepiej umie swe młode w gnieździe. Lecz pewnego dnia, bez powodu brutalnie je zabija. Przyszłość jest zbyt przerażająca, by w nią nieroztropnie patrzeć. Na szczęście wszystko co zdarzyć się mogło już kiedyś nastąpiło. Tylko przeszłość jest nauką i nadzieją. Krwawiącego świata. Konającego państwa. Księgi i żywioły mają wieczną pamięć. Kształcą mnie stare tomy i manuskrypty. Piękną i bogatą wiedzą jak bursztyny z Bałtyku. Tylko znajomość praw i pojęć obnaża świata prawdę a kłamstwo tnie na pół jak bezduszna brzytwa Ty masz władzę i wiedzę milionów. Poeto, filozofie, historyku. Lubię widzieć wszystko takim jakie faktycznie jest. Bez zbędnych zdobień wyobraźni. Zabawy i głos serca to wierutne bzdury i tania szopka. Okazywanie uczuć to słabość najgorsza. Lepsza jest nieruchoma maska. I gruby jak zbroja, zimowy, dwurzędowy płaszcz dekadenta wełniany. Na cóż mi uśmiech fałszywy towarzystwa. W mej lichej, zimnej i trąconej rozkładem suterenie. Mi towarzystwa dotrzymuję wiatr i deszcz za oknem. Karta wiersza przed oczyma. Pistolet i napoczęta wódka na stole. Tylko tak poznasz świat i piekło ludzkiego umysłu. W najniższym jego kręgu pokutuje, za grzech prometejski, poeta. Dla mnie za anioła. A dla ludzi za diabła przebrany.
  19. Chciałem z nim porozmawiać. Długo i szczerze. Tak jak to potrafią, prawdziwi mężczyźni. Których zabija samotność. Którzy zostali sami z dnia na dzień. Nie zasłużyli na wyjaśnienia ani na gram współczucia. Których oczy nie mają ludzkich barw i odcieni. Jest w nich mrok absolutny. I twardość granitu. Pioruny, które w nich biją. Ranią ofiary. Nie zabijają od razu. Bo lepiej jest, rozkoszować się bólem. Niż nadać komuś miłosierdzie śmiertelnej łaski. Usiadł spokojnie w fotelu. Obiecałem za chwilkę wrócić z filiżankami herbaty a on niech czuję się jak u siebie. Posłał mi delikatny i wdzięczny uśmiech. Jego twarz zarośniętą gęstą, siwą brodą o nieprzycinanych końcówkach, była obliczem człowieka, który człowiekiem zwać się już nie mógł. Kaftan jego, pełen dziur i przetartych, szerokich przestrzeni. W moich oczach zdobił go tą przedziwną formą kloszardowej świętości postaci. Był upadłym aniołem i świętym bruku ulicznego, najpodlejszych dzielnic. Patronem bram zapijaczonych, usłanych brudem i gorączką alkoholowego obłędu. Gdzie wino było zbawieniem. A krew i ciało mieszały się w nocnych procesjach pod oknami spelun. W bijatykach i sprzeczkach, wiernych grzechowi nałogu straceńców. Jego buty o zdartych noskach i cholewach, nosiły blizny mrozu i ulew na bydlęcej skórze, barwy lakierowanego drewna. Umorusane były w znoju. Błocie żywota. Naszej nadziei. Która jak ostatnia murwa. Kolebie się od duszy do duszy, między na wpół przeżartymi ścianami kamienic. Oddana na posługę wiatrów niepewności, mami nas ciągłym jutrem. A pojutrze wstanie ten sam dzień. Z tą samą treścią obietnicy. Czasami wracając do domu nocą. Mijam tych, co jej oddali swe myśli. Potoki łez lecą w dół. Jak wodospady, ku zapchanym zbutwiałymi liśćmi i śmieciami studzienkom kanałowym. Czasami rzucają się do mnie z wyciągniętymi rękoma. Błagają by skrócić ich mękę. Wchodzę do ciemnego pokoju, zapalam lampę na komodzie i zwracam się z modlitwą do obrazu nad moim łóżkiem. Obrazu Świętej Śmierci. Mojej patronki. I błagam ją na kolanach o godne odejście, dla mnie i dla nich. Nie ma miłości. Nie ma nadziei. Nie ma serc i współczucia. Jest tylko pewna śmierć. Jedyna, której warto złożyć hołd i pokłon. Każdy z nas jak i on. Miał niegdyś marzenia, rodzinę i miłość życia. A teraz zostały tylko rany, z których biesy co wynajmują nasze dusze jak sutereny, chłepcą krew. Został bunt. Zapisany wierszem. Ludzie nie czytają. Prawdy z naszych serc. Oni wolą ufać w jutro. W horoskopy dostatku. Wróciłem z tacą na której spoczywały dwie porcelanowe filiżanki, dzbanek z mlekiem, cukiernica oraz wysoki i smukły imbryk. Nalałem nam ciemnego, aromatycznego naparu, wrzuciłem po kosteczce cukru i wręczyłem mu filiżankę wraz ze srebrną łyżeczką. Podziękował. Akurat zaczynałem pisać wiersz, gdy zaczęło rzęsiście padać. Machinalnie zerknąłem przez firanę na ulicę i dostrzegłem jak leży pan ledwie żyw pod bramą. Do tego jeszcze ta kobieta w płaszczu i sobolu na karku. I tym czarnym kapeluszu z woalem, która podeszła do pana i widać wymieniliście kilka zdań. Z pewnością miała uprzedzone wyższością urodzenia i majętności obiekcje, że tarasuje pan swym ciałem plugawym chodnik miast dogorywać gdzieś z dala od jej nieprzystosowanych do oglądania nędzy oczu. Doprawdy tupet. Mogła panu rzucić choć kilka centów. Kloszard pociągnął łyk herbaty. Rozkoszował się widać jej ciepłem bo dopiero po chwili odpowiedział. Widzi pan. To nie była taka pierwsza lepsza dama. A sama Święta Śmierć w najpiękniejszej postaci. Przyszła oznajmić mi bym szykował się na jutro. Zabiera mnie. I idę bez lęku drogi panie. I panu też radzę się szykować. Każdemu co tu spędził choć część żywota. Wszystko jest lepsze od życia tutaj. Nawet najgorsza śmierć.
  20. Most pospinany zewsząd na miłości zardzewiałych kłódkach. Ja zawsze jestem zero jedynkowy. W miłości zawsze u mnie druga tura. Wolę jednak opiekę śmierci. Dlatego właśnie ochoczo chwyciłem lekkość pióra. Bez pomocy już nie wstanę i nie wyruszę w świat. Jak kaleka-zabawka o wyrwanych kółkach. Nie niewiast uśmiech a drwina. Teraz ciśnienie mi podnosi. Duma pobita nieraz. Kolejny raz w zaułki duszy krwawo uderzona. A miłość jak ptak chorowity, przez wiatry burzy strącona. Demoniczny kot, trzewia jej zębami rwie. I truchło w pysku triumfalnie unosi. Nie bój się. Podejdź pod ogrodzenie. To cmentarz Twych marzeń. Potężny, skażony obszar. Stoisz nad ciemnością otwartego grobu. By wpaść potrzebujesz szturchańca. Obok we mgle trupiej, rozkłada się ciało miłości gońca. Consummatum est! Ego iam moriar.
  21. Wiersz pisany w hołdzie dla francuskich poetów wyklętych Charles’a Baudelaire’a, Arthura Rimbaud i Paula Verlaine’a których niegodnym dzieckiem literackim godzien się nazywać Nawet nie wiesz, że to już koniec. Mój koniec. Gnije tutaj z wolna, moja Miła, w wypalonych czerwcowym słońcem pokrzywach. Rozpadam się z miłości do Ciebie, przy pomocy much, ptactwa i czerwi. W objęciach raniącego jak Twe słowa i oczy. Dorodnego, zielonego ostu. Na miękkiej pierzynie z wylanych trzewi i krwawego rdestu. Zasłuchany w koncert, przysiadłego na kamieniu konika polnego. W życiowej ruletce. Wszystkie żetony uczuć, postawiłem na romantyczność. Gardziłaś mną. Nie dziwne. Ja sobą też choć niewczas gardzę. Bo miłości nie ma. Powinien o tym wiedzieć taki jak ja wielkiej, nieograniczonej wręcz wiedzy potentat. A teraz w Twych myślach będę jeno mgłą zimną i wątłą, jak śmierć wśród zmierzchu jesiennego. Pamiętaj jednak, że i Ty rychło w czerni grobu i dusznościach trumny się rozgościsz. Młodość Twego ciała, delicją przednią będzie dla larw. Zapamiętaj - Tak oto przemija wielkość tego świata. Mój nagrobny acz i w sercu wyryty cytat. Pamiętaj Miła, że tutaj gnije. W pustych już oczodołach, tylko żałośnie zawodzi wiatr. Zachód słońca nad mym truchłem. Tak magiczny. Tak nie dzisiejszy. A Ty Kochanie śpij słodko. Bezpieczna w swej sypialni. Z kostuchą, czuwającą u wezgłowia. Jej kosa na Twym gardle. Tykającą bomba. Myślałaś, że zmyłaś z siebie ten grzech. Lecz ona jak nikt zna sprawiedliwość. Ona Cię z niego jak i z wszelkich wspomnień i uczuć. Skutecznie wypatroszy.
  22. Niektórzy mają życia, jakby ze złota stworzone. Błyszczą sukcesem, lśnią triumfem. Jak kogucik na katedrze, ze szczytu na wszystko patrzą. Innych życia ze srebra zrobione, nie jak złoto cenne, lecz własną wartość znają., Są jak imbryczek domowy, co rodzinę herbatą ciepłą w zimę cieszy. Jeszcze innych życia z żeliwa kute, dla oka nędznego, dla świata twardego. Każde wgniecenia z chłodem przyjmują, nikomu złamać się nie dadzą. A moje życie? Moje z ołowiu, jak chmury listopadowe szare, ciężkie - przygniata zawsze, truje i chęć wszelką chłonie. Żołnierzyk matowy, w rękach dziecka zabawką. Kula, co nieszczęsnemu pocałunkiem anioła. Nie płaczę, nie wołam, bo czy twoje życie z kruszców szlachetnych, czy stopów cennych odlane, i tak w piecu rozgrzanym skończysz. Ja tylko szybciej od innych się roztopię...
  23. Dwóch władców człowiek od zarania był sługą, a historie swej niewoli nadal ciągnie długą... Pierwszy z nich Strach się nazywał, okrutny, twardy i surowy, lecz w panowaniu swoim nigdy człowiekowi nowy, zlękniony, osłupiały przy swym panie trwał. Drugą zaś sługi Nadzieją nazywały, jak latarnia w noc ciemną mrok gęsty rozprasza, tak ona swe dzieci ku przyszłości złotej sprasza, a one życia swoje szczodrze matce dawały. I zadasz ty pewnie pytanie oczywiste: "Czemu dla tyrana swe kości mam łamać, skoro dobrodziejce mogę nisko kark kłaniać? Po co mam karmić nędzą swoje trwanie?" Nie ma bowiem człowiek w swej służbie wolności, u Nadziei ze złota, u Strachu z ołowiu, zawsze zwisa łańcuch przy mizernym tułowiu, bo Strach i Nadzieja jednako w sercu sługi gości...
  24. Świat ten zimny jest, jak Alp białe szczyty. Twardy jak lód, co tundrę skuwa. Wiatr przeciwności, w twarz chłodem zacina. Schronienia człowiek nie znajdzie, na siebie liczyć musi. W tym mrozie zamarznie, Ciepło bardzo kusi. Tak oto przed dwoma ścieżkami zawsze staje. Albo się on w blasku nadziei ogrzeje, co miła jest i przyjemna, i promieniami swymi przyszłość mu oświetla. Lecz jak słońce zachodzi, tak i ona zajść może, a wtedy, w noc życia swego szczękać zębami człek będzie. Albo się on w ogniu nienawiści osmali, i czarne jak sadza się jego serce stanie. Krzesiwem mu będą inni, hubką ból przez nich czyniony, drwem zaś chłód tego świata. Bo świat ten zimny jest, jak Alp białe szczyty...
  25. Czasem się człek czuje, jak ten aster samotny, co spośród wszystkich ziół polnych, najpóźniej jest przez jesień gaszony. Ostatni wierny, co na pękniętym ołtarzu świeczkę zapala. Marzyciel jedyny, co idei bez życia jeszcze służy. Żołnierz niepadły, co za martwą sprawę walczy wściekle. Lecz wiatr chłodny nadleciał, i kwiatuszkowi szepcze: "Nie płacz ty, chwaście mizerny, i spójrz jak inni też cierpią". Rozgląda się zatem aster smutny, i cóż takiego on widzi? Trawy żółte, co koloru się swego wyzbyły, i szeleszczą rozpaczą suche. Kamienie zimne, co nie pytają czemu tu leżą, a los ozdoby polnej zupełnie im starcza. Gdzież są ci żywi!? Gdzież są świadomi!? Gdzież bracia i siostry, co to brzemię dzielą!? Opuścił główkę aster srebrny, i zamilkł. Na szepty wiatru - głuchy. Na słotę listopadową - nieczuły. Czy na coś czeka? Czy na coś liczy? Tak - na mróz grudniowy, co go z tej łąki martwej uwolni...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...