Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'kronika' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Haiku
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 2 wyniki

  1. Za starym pubem istniał kiedyś Olimp. Nie ten z marmuru i złota, lecz z wapiennego murku, pokrzyw, błota i pustych butelek. Zasiadali na nim bogowie zapomnianego królestwa, którego jedynym bogactwem była nędza, a jedyną nieśmiertelnością — pamięć. To opowieść o dziecku, które pośród ruin codzienności odnalazło własną mitologię. "Bogowie Olimpu" Mój mały, chermetyczny, dziecięcy świat, zamknięty w nierównoległym czworoboku, starych, robotniczych uliczek. Śmierdzących rdzą, ropą, benzyną, trującymi wyziewami z kominów, nędzą, rozkładem i zamokniętym tytoniem z krajanki. Czułem się jak obcy, który wdarł się jakimś cudem do tej zapomnianej przez Boga dzielnicy a potem zapomniał w którym miejscu było przejście do świata na zewnątrz. Wszystko tutaj było tymczasowe. Domy, układy, przyjaźnie, praca i ten szczególny rodzaj ulicznej miłości. Większość rzeczy była nielegalna. Hazard, prostytucja, handel ludźmi i bronią, wszechobecne narkotyki i brudne, niedomyte, pękate butelki, ledwie przefiltrowanego bimbru. Dzieci traktowano tu jak ten bimber i butelki. Szmuglowano je nocą po suterenach. Przechodziły z rąk do rąk, z pokoju do pokoju. Między domami z dykty a kamienicami o wybitych drzwiach i oknach. Nie miały przypisanych mieszkań ani opiekunów. Wychowawcą był uliczny bruk i kodeks. Prawo pięsci. Ten szczególny rodzaj honoru, który dorastał w ciągłej degeneracji. Oko za oko byłoby okazaniem niepotrzebnej litości i słabości. Jeśli straciłeś oko miałeś obowiązek poderżnąć gardło brzytwą swemu oprawcy. Tak zdobywano szacunek, który był droższy od pieniędzy. Dzieci porzucano i bito. Kiedy i gdzie akurat popadło. Każdego ranka wychodziłeś z kamienicy z myślą, że możesz już nie wrócić żywy. Patrzyłem nieraz na kolonie szczurów, biegnących przy granicy ścieku i chodnika. Ich nikt nie bił ani nie mordował. Były poza marginesem a zarazem kastę wyżej od dzieci. Były niezauważalne. Dlatego żyły prawdziwie wolne. Postanowiłem więc pewnego dnia żyć niezauważalnie dla nikogo. A potem odkryłem, że jest na tym świecie grupa osób, którą możnaby określić jako duchy. Pojawiali się zawsze skoro świt a znikali późnym wieczorem lub nawet nocą. Zawsze w grupie. Zawsze w tym samym miejscu. Byli głośni i awanturni lecz nikt nie zwracał im uwagi. Nikt się z nimi nie witał ani nie rozmawiał. Każdy odwracał szybko wzrok gdy tylko wyczuł ich mętne spojrzenie. Wielu przechodziło na drugą stronę ulicy, bojąc się niepotrzebnej interakcji lub zaczepki. Czasami myślałem, że oprócz mnie jest jeszcze tylko jedna osoba, która cieszy się na ich widok a nawet z nimi rozmawia. Była to podstarzała właścicielka jednego z pubów, którego tylny dziedziniec, wybrali sobie na swą siedzibę i królestwo. Dziedziniec był ogołocony nawet z resztek trawy. Rosły tam jedynie pokrzywy, wystające jak zielone, strzeliste płomienie ze strert śmieci i odpadów. Błoto potrafiło uwięzić po kolana i nieraz dawało swe zimne wytchnienie tym których zmorzył tu pijacki sen. Lecz centrum stanowił tu stary, wapienny murek, pełen otarć, uszczerbień i rys. Miał około metra wysokości i ciągnął się jedynie dokładnie naprzeciw kuchennego wyjścia z pubu. Tak by wchodzący tu, mógł poczuć się jak wchodzący do sali tronowej emisariusz. Naprzeciw siedzieli na swym wapiennym tronie królowie, herosi i bogowie, królestwa którego jedynym bogactwem była nędza. Był to mityczny Olimp na którego szczycie, urządzali oni codzienne dionizję racząc się bez umiaru ambrozją w postaci wina, ciemnego piwa i bimbru. Jedynie dźwięki lutni apollińskiej zastępywały tu krzyki wszelkich przekleństw, inwektyw i pijackiej gorączki. Bogów nie zaczepiano ani nie szukano. Nikt ich nie odwiedzał i nie pragnął wejść do Olimpu. Nikt oprócz małego mnie.
  2. Dzień dwudziesty siódmy Udaje czerwiec więdnący sierpień połoniny przemierza halny rosną grzyby po deszczu Dzień dwudziesty ósmy Jak pazurki ogląda ogon wiewiórka jagódka po jagódce skapuje krew z berberysów Dzień dwudziesty dziewiąty Lato stygnie niczym herbata cichnie przyroda pakują lotki bociany Dzień trzydziesty Nastaje sezon spłowiałej zieleni w złoto przenika mosiądz Dzień trzydziesty pierwszy W afirmacji pór roku wypala fajkę pokoju jesienne lato z letnią jesienią
×
×
  • Dodaj nową pozycję...