Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Znajdź zawartość

Wyświetlanie wyników dla tagów 'anioł' .

  • Wyszukaj za pomocą tagów

    Wpisz tagi, oddzielając je przecinkami.
  • Wyszukaj przy użyciu nazwy użytkownika

Typ zawartości


Forum

  • Wiersze debiutanckie
    • Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
    • Warsztat - gdy utwór nie całkiem gotowy
  • Wiersze debiutanckie - inne
    • Fraszki i miniatury poetyckie
    • Limeryki
    • Palindromy
    • Satyra
    • Poezja śpiewana
    • Zabawy
  • Proza
    • Proza - opowiadania i nie tylko
    • Warsztat dla prozy
  • Konkursy
    • Konkursy literackie
  • Fora dyskusyjne
    • Hydepark
    • Forum dyskusyjne - ogólne
    • Forum dyskusyjne o portalu
  • Różne

Szukaj wyników w...

Znajdź wyniki, które zawierają...


Data utworzenia

  • Od tej daty

    Do tej daty


Ostatnia aktualizacja

  • Od tej daty

    Do tej daty


Filtruj po ilości...

Dołączył

  • Od tej daty

    Do tej daty


Grupa podstawowa


Znaleziono 12 wyników

  1. Wyciągnąłeś do mnie rękę, kiedy tkwiłam poraniona i obolała, zaplątana w zasieki codzienności. Słów i czynów najbliższych mi wrogów, które jak deszcz wystrzelonych pocisków, gruchotały kości, przebijały się przez mięśnie a co najgorsze wrzynały się w tkankę mózgu, zostawiając blizny, które bardzo przypominały ślady po żyletce czy nożyczkach. Cały świat ginął wtedy w majaku omdlenia. W kałuży krwi, rozlanej na świeżo wypranej pościeli. I wtedy Ty. Ten jeden anioł. Zwiastował mi nadzieję. Usiadłeś obok i wziąłeś mnie w ramiona. Mówiłeś głosem wsparcia i miłości. Głaskałeś dłońmi moje rany a one zasklepiały się magicznie. Całowałeś rozognione gorączką policzki, szkliwe oczy, utkwione w martwocie nieosiągalnego dla śmiertelnych punktu. Trzymałeś mą dłoń. Mocno i pewnie. Tak bym już nigdy nie mogła zbłądzić, chciałam żebyś prowadził mnie za rękę już zawsze. Do bezpiecznych przestrzeni Twego świata. Mogłeś ratować tysiące czy miliony innych a Ty wybrałeś mnie. Zawsze myślałam, że powtarzasz w kółko te brednie. Nie liczy się wygląd. Liczy się wnętrze i osobowość. Kiedy w gorące i parne, lipcowe, widne noce, kochałeś się ze mną, porównując w pauzie między westchnieniami me ciało do arkadyjskich łuków, linii i zagłębień. do strzelistych kolumn i sklepień gotyckich katedr Proporcje doskonałe. Ad quadratum, ad triangulum. Szeptałeś pieszcząc mnie ustami. Pełna harmonia spełnienia się piękna. A oczy moje widziałeś jako widne witraże, przedstawiające żywoty nie świętych a grzeszne, lubieżne fetysze, którymi karmiliśmy swe nienasycone zmysły. I wreszcie po miesiącach całych. Uleczyłeś mnie w pełni. Stałam się boginią i aniołem. Tobie oddana i Tobie przeznaczona. Na zawsze. Obiecuję i przysięgam. Lecz zapomnieliśmy w tych miesiącach niebiańskiej miłości, że nie aniołami jesteśmy a ludźmi wątłymi. I obietnice czy przysięgi nasze znaczą tyle co zamki z piasku porwane przez fale. Pomiędzy ludźmi jest tylko dystans. Coraz dalszy i dalszy. Nie ma harmonii. Nie ma doskonałości. Katedra miłości wycisza z czasem swe organy a przez wybite witraże, wpada nie słońce a armia gargulców i demonów. Popada wszystko w ruinę i pożogę. Z ołtarza płynie ostatnie zdanie. Ofiara spełniona. Idźcie w pokoju boże dzieci. A przed ołtarzem na strojnym w kwiaty i ornamenty castrum doloris. Spoczywa trumna otwarta. Ostatni raz patrzysz mi w oczy i mówisz z pustą rezygnacją. Nie kocham Cię już. Wracaj do swego świata śmierci. Mam już innego anioła. I zaiste w prezbiterium objawił się nam anioł. I podszedł do nas bez lęku ani wahania. Objął ją i ucałował tak jak dotąd robiłem to ja. Oderwała się z trudem od jego ust, tylko po to by dodać jeszcze tylko to. Dziękuję, że mi pomogłeś i byłeś ze mną w najgorszych chwilach. Uleczyłeś mnie i wyciągnąłeś do świata. Dzięki Tobie mogłam zacząć normalnie żyć. Drobiazg. Odpowiedziałem jedynie, dając szerokiego kroka, wchodząc do trumny i zamykając za sobą skrzypiące niczym dusza potępiona wieko. Organy zagrały swymi przeciągłymi piszczałkami marsz pogrzebowy a z ołtarza popłynął głos kapłana. Wieczny odpoczynek, racz mu dać Panie. Para aniołów uleciała przez rozwarte wrota ku niebu ciesząc się swoją obecnością. W tym samym czasie świątynia zawaliła się grzebiąc całą doczesność w trwałym korowodzie śmierci.
  2. Siedzę na blanku wieży ze sztyletem w dłoni. Wdycham odór pychy, śmierci i brudu tego miasta. Ponad mną, wolność unosi się w przestworzach niebieskich. Anioły zapraszają na swe białe obłoki. Czekam na Ciebie. Powietrze zaczyna smakować niczym miód. Będzie mi go brakować. Czekam. Zmierzch okrywa szczelnym całunem moje oblicze. Zbliża się moja godzina. Staję na krawędzi. Obracam rękojeść w palcach. Słyszę za sobą ciche stąpanie. Wiem, że patrzysz na mnie. Niemal czuję Twe usta na karku. Dotykasz swymi białymi skrzydłami mych boków. Angeliso! Me Słodkie Eldorado! Boski Demonie! Dociskasz dłońmi zimną klingę do mego gorącego ciała. Metal przechodzi łatwo przez bezbronne serce. Ach! Jakże wspaniała jest śmierć w Twych ramionach. Widzę przez śmiertelną mgłę jak odlatujesz w niebiosa. Czekasz w powietrzu na mnie. Czuję wyrastające skrzydła, jak kwiat narcyza. Unoszę ciało w powietrze. Piękny, lucyferski aniele. Zabierz mnie do grobowych podziemi.
  3. Anioły, cóż za cudowne stworzenia. – Nie grożą im wątroby schorzenia, Choćby każdemu libować dwa litry Spirytus a spirytus brzmienia wytrych – Czyż sekretu „Czemu?” zamek otwiera? – Nieszczęściem i szczęściem światów bariera… Czy grożą im szały po złych lekturach? Błaha podnieta podnieca ich która? Podejrzewam, że są inne – bardziej duchy – Chłodnego umysłu, choć żaru podmuchy Rozgrzać powinny cokolwiek otoczą. Jakże inny jest pod ich wpływem człowiek. – Owiany furią dyskusji nie zmrużyłem powiek. To nie dobrze, anioł by nie zapłonął; Święty choć, nieba by poddał się tonom. A jam miał swój mózg za dobry zegarek Napraw! Wskaż jak! Bezsenny „nocny marek.”
  4. Dobrze, że nie odejdzie choć wierna Wena, nie spłonę od razu jak żołnierzyk Andersena. Zranione serce nie jest wszak ołowiane, choć nie wie jak długo na świecie zostanę. Bo przecież nikt nie zna ostatecznej swojej daty, w wazonie zasuszone nie pachną już kwiaty. Zegar z wahadłem pordzewiały już nie tyka, anioł kolejny rozdział mej księgi już zamyka. Zapomnieć słowa, które nic dobrego nie wróżą, nawet te nie zapisane jako zbędne wyrazy, zapomnieć myśli, które spokój duszy mi burzą. Zamiast słów kreślę dziś bezkształtne bohomazy, cicha noc niech podrzuci we śnie jak w sekrecie, wspomnienia dobrych dni ukryte choćby...w sonecie.
  5. Znów siedzę sama, skrada się zło. Zapuszczam żurawia w kieliszka dno. Wszystko tam tonie więc tłukę szkło. Rozbite życie, kawałków sto. Dzikie ogrody, dzikie zwierzęta, w dzikiej mam duszy, nie jestem święta. Chyba przeklęta, strachu nie czuję. Karmię się drwiną, ludzi nią truję. I tylko anioł stróż został ze mną. Trzyma za rękę gdy idę w ciemność. W kółko powtarza: wolną masz wolę. Pragnę się unieść lecz grzęznę w dole. Spoglądam w otchłań z sobą się kłócę. Rzucę to wszystko, nigdy nie wrócę. Boże! Przygotuj Swoje ramiona, bo jestem nędzna i utrudzona .... To jedno zdanie a wszystko zmienia. Biegnę do Światła , wychodzę z cienia. I boskim tchnieniem znów ośmielona, wiem, że nie będę nigdy stracona. I chociaż niemoc w mych żyłach krąży, anioł jest przy mnie i zawsze zdąży - -złapać za rękę, wyrwać z ciemności , na Bożą Chwałę wznieść ku Jasności .
  6. Błądzi w ciemności zagubiona dusza Zdaje się całkiem ślepa na drogowskazy Mroku czarnych myśli świadomość zagłusza Wciąż tworząc dla szczęścia kolejne zakazy ... Przewaga negacji dla siebie samego W mocnym uścisku zniewolenia chwili Nie potrafisz opuścić swojego ego Intuicję Twą własną głęboko ukryli ... Zaufać energii, otworzyć swe serce Móc porzucić męki głowy Twej wizje Puścić zupełnie kontroli życia lejce To uwolnić wreszcie jestestwa decyzje ... Zaufać przecudnej sile i wciąż płynąć Wraz z nurtem boskiej rzeki obfitości Kierunkiem miłości daleko odpłynąć Przepełniony mocą swej własnej bliskosci
  7. Anioł w porwanych szatach zamilkł, Jego usta ułożyły się w kształt siwej fali Powalającej okręty, gdy lud powoli blakł, Stracił resztki rozumu, wybór go powali, Rozdarty między niebios spokojnością. W dół go ciągną piekieł otwarte bramy, W górę unoszą, kuszą boską hojnością, Cóż ma wybrać, czyż mu spokoju damy? Do nóg przykute ciągnące byt ciężary W głębiny, ciemności odmęty szarej ściany, Chcą go porwać niebiosa, chcą go mary. Boski wysłannik, czy to nie człowiek dany Na zgubę, by zapomnieć czym już jest... Jedność, czymże jest to zwykłe tchnienie? Niosący zbawienie bezbożny manifest, Kątem oczęta uniwersalne patrzenie Ścieżki, drogi, plączą się, najsilniejsza moc. Wybrać jest trudno sklepienia zwierzęciu, Myśli natłok, gdy księżyc rozkochał noc. Czego się spodziewać po Ziemi dziecięciu?
  8. W dzwonach śpimy i czekamy, Nasze skrzydła rozkładamy, Krótka chwila, wielki moment Nasze Miasto całe wchłonę Piękne ciała, boskie zbroje Tutaj nie ma cudzych wojen Oczy szklane- nie w tym świecie Moc potężną składam w wierzę Gdzie ja byłam dziś tej nocy?? Czy zdradziłam?? Puls był mocny On mnie kusi a ja płonę Serca bicie, nie przy dzwonie...
  9. zakazany owoc zawładnął moją duszą czuły wąż i w jego kłamstwach midasowych zasiał pleśń a w moich myślach zgniły mój los znalazł mnie myśląc robi dobrze rozprzestrzenił chlew cichy jak myszka spod miotły wziął mnie pod włos zapomnianymi językami umiejętnie na krwi wypisał pieśń z intencją by zabrać głos odciął złota mega kłos daj wejść na olimp krzyczę bo nie chcę więcej tych udręczeń atlantydy, brak im sensu, zabrano stały ląd nie uratuje już nikt, barkami obarczona mych pokoleń i stracone me błagania, ostateczny mnie dopada sąd bo wiedzy dziecku się zachciało i cięższych doświadczeń na próżno leciał nad gniazdem by lepszy znaleźć schron mój anioł wewnętrzy szukać nie straconych wyzwoleń bo przykuł uwagę jego zawładnął duszą jego wąż i w jego serduszku midasowym czule zasiał pleśń
  10. Anna27

    Bladoczujność

    Ile to razy anioł śni się Ani chociaż jak oddech zdrętwiały ręce pod sufit unosi okryty poszwą sumienia jednak to koszmar znalazł czarny guzik pode mną
  11. kąpię się w niebiańskich obłokach jak anioł i kocham się od najmniejszego palca po szyję z której odgarniałeś włosy delikatnie jakbym już wtedy była święta tak naprawdę dopiero teraz mam skrzydła złoty głos oczy w barwie błękitnego sklepienia i ciało anielskie lekkie niczym puch chłodne niczym skała
  12. Niebo rozpruwa skrzydłami swymi, I wznosi się uderzeniami równymi, Tnie powietrze czarnymi piórami, I ściga się z życia błyskawicami. W ręku dzierży miecz przeznaczenia Wydarty prosto z Hadesu podziemia, Szybuje w niebiosach tak całe lata, I nie chce lądować do tego świata, Wtem coś uwagę jego zwróciło, I kierunek lotu tego zmieniło, Góra pyłu pośrodku niczego, Wydała się dziwna dla oczu jego, Skrzydła czarne jak sadza z komina, Składa i w dół pikować zaczyna, Ciągnie się za nim ognista łuna, Gdy w ziemię uderza z siłą pioruna, I z kolan powstaje tak niewzruszony, Z twarzy odgarnia kręcone włosy, Przeznaczenia miecz unosła w górę, I wbija go w szarego pyłu chmurę, Wtem się rozległy krzyki ogniste, Bo co tam było dziwne zaiste, Feniksa popioły ruszyła z grobu, I zmartwychwstał on z życia pożogu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...