Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Oxyvia

Użytkownicy
  • Postów

    9 152
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    18

Treść opublikowana przez Oxyvia

  1. Ooo, "Tara" ma tu tyle dobrych recenzji, że pozazdrościłam! No to w takim razie ja się sama pochwalę i wkleję tu recenzje, które "Poszukiwacz luster" dostał na stronie Radwanu - o, proszę bardzo: Fanaberka (niedziela, 06 marca 2011) Ocena: 5 Mam przed sobą perełkę: poetycką, subtelną, wzruszającą opowieść o losach wiecznego chłopca, samotnika i wędrowca – bo kimże innym mógł stać się syn Zdziwoka z bagien.rnNigdy jeszcze nie spotkałam takiej książki. Liryczne, błyskotliwe, dojrzałe warsztatowo wiersze znalazły się w magicznym środowisku baśni. Dostały warunki idealne do życia: ziemię, wodę, powietrze i ogień – więc ożyły i zaczęły współtworzyć fabułę.rnDzisiaj przeczytałam książkę po raz pierwszy i wiem, że będę wracać. Polecam. A dwójce niezależnych autorów – gratuluję debiutu. Iza (Baba Izba) (dopisek mój - Oxy) (środa, 02 marca 2011) Ocena: 5 Tak, to prawda. Moje odczucia są zgodne z poprzednimi opiniami. Nie będę się powtarzała, podzielę się jedynie wrażeniami po przeczytaniu książki. Moim zdaniem jest to piękna opowieść z urokliwymi wierszami, uzupełniona rysunkami, starannie wydana. Mnie zachwyciła, myślę, że jest to książka dla wszystkich ludzi dorosłych, którzy zachowali wrażliwość i serce dziecka, ludzi z wyobraźnią, prawdziwie kochających poezję. Fabuła przeplata się z wierszami w idealnie dobranych proporcjach, całośćrnwzrusza, bawi i uczy, każe się zastanowić, zwolnić tempo: dojrzeć to, co czasem umyka uwadze, a co jest w życiu niezmiernie ważne. Na pewno będę do tej książkirnwracała, pozostawiła mnie w zadumie i fascynacji. Krystyna (Nata Kruk) (dopisek mój - Oxy) (wtorek, 01 marca 2011) Ocena: 5 Poszukiwacz luster - baśń dla dorosłych. Tak właśnie tę pozycję powinno się odebrać. Niecodzienna forma, połączenie baśniowej prozy z czysta poezją.Bohater równie dobrze pasowałby do współczesności, bo każdy z nas w pewien sposób gdzieś błądzi, zadajemy sobie masę pytań, na które nie zawsze jest odpowiedź. Bohater baśni - Milo, rozpaczliwie szuka kogoś bliskiego, chce kochać, ale i sam chce być kochany. Wiersze wplecione w akcję są ważnym elementem książki, dodają osobliwego uroku, wywołują niejednokrotnie uśmiech na twarzy czytelnia, ale zmuszają też do głębszej refleksji. Całość czyta się bardzo dobrze, ma się wrażenie, że weszło się w bajkę. Miłym zaskoczeniem mogą być ilustracje, wykonane przez współautorów książki. Przeczytałam książkę z przyjemnością i polecam ją innym. Anna Myszkin (wtorek, 01 marca 2011) Ocena: 5 Ciepła poezja, pełna pastelowych obrazów i niosąca wiele wzruszeń, snuta na kanwie historii dorastania mężczyzny, który, choć nieco dziwny, wyda nam się dziwnie znajomy, bo każdy rozpozna w nim własne młodzieńcze zagubienie i dążenie do spełnienia w miłości. Kołysanie warte degustacji, szczególnie przez tych, którzy noszą w sobie wiarę, że dopóki jesteśmy, dopóty możemy szukać dróg do siebie, i nigdy nie jest za późno na ich znalezienie, bo tylko wyposażeni w taką mapę, mamy szansę na miłość, o jakiej każdy marzy. Duet autorski Joanny i Marka działa na wyobraźnię, przenosząc nas łagodnie w swoistą krainę baśni, która nie zrywa z rzeczywistością - nadaje jej jedynie zwiewną, metaforyczną formę. bea2.u (niedziela, 27 lutego 2011) Ocena: 5 Kto z nas nie czuje się wiecznym wędrowcem? Kto nie poszukuje luster, w których może odnaleźć siebie? Kto nie błądzi? Czy ta opowieść mogłaby się toczyć dziś, w mieście? Sceneria wymagałaby innej poetyki, ale ta zawarta w baśni daje możliwość pokazania wspólnoty pomiędzy naszą naturą, a naturą przyrody, za którą coraz częściej tęsknimy. Wiersze, te poważne, zabawne, błyskotliwe i te groteskowo beztroskie nie pozwalają się nudzić czytelnikowi. Wymienię chociażby takie, jak: „Źródłosłów” (wzorcowy), „Śmierć drzewa”, „Raport” (w reporterskim stylu, który niezwykle cenię u Autorki), „Samośnienie” (klasyka liryki), „Czereśnia” (motyw przepięknie rozwinięty w baśni), „Chłopski rozum”, „Przepełnia”, „Krowa” (przesympatyczna, z adekwatną ilustracją godną największych rysowników), czy choćby „Ballada o świcie”, oddająca chyba najbardziej temperament pisarski Autora. Splecione razem narracyjną baśnią w jedną spójną opowieść - wyczyn niezwykły w dzisiejszych czasach, by dwoje autorów tak pięknie się razem komponowało. Sugestywnie zarysowane postaci pozostają trwale w pamięci. Dodatkowym atutem są też rysunki Małgorzaty Jankowskiej oraz samej autorki. Ożywica, wręcz Szancerowska, ożywia nie tylko wyobraźnię, ale też przywołuje tęsknotę za wiarą w to, że jeszcze wszystko jest możliwe. Baśń, nie baśń - czyta się jednym tchem. Beata Podsiadły A na koniec jeszcze recenzja, którą mi przysłał na PW Janusz Ork (kiedy mi to zaproponował, napisałam, że mam okropną tremę): Szczerze mówiąc, nie wiem kiedy i czy w ogóle czytałem utwór napisany w tej konwencji - prozę ilustrowaną liryką. Aby nie stracić wątku baśni i jednocześnie w pełni delektować się wierszowanymi ilustracjami, musiałem wymyślić sobie sposób na czytanie tego niezwykłego utworu. I dobrze mi się to udało, chociaż nie zdradzę jak czytałem. Spróbuję opisać moje wrażenia zaczynając od baśni. Chociaż gatunek nie jest nowy a akcja konwencjonalna, wydaje mi się, że został wybrany z pełną świadomością przez autorkę i jest adekwantny do zamierzonych celów. Pozwala w na wiele zabiegów literackich, na fikcyjność z parabolami do rzeczywistości i realności życia, na opowieść z użyciem liryki bogatej w słownictwo, neologizmy i elementy, jakie inne gatunki nie dopuszczają. W tym wypadku duży plus dla autorki, która świadoma tego co chce czytelnikowi przekazać, wybrała formę gatunkową, która jej zamierzenia artystyczne jak najmniej "krępuje". Po przeczytaniu kilkunastu stron, czytelnik poznaje, że tekst jest napisany przez dojrzałą, dorosłą osobę, która albo zna pewne stany i strony życia z autopsji albo jest niezwykle bystrym obserwatorem. A może jedno i drugie. Z informacji o autorce, jakie można znaleźć w różnych źródłach wynika, że lubi miasto w którym mieszka ale jest ono dla niej także "zmorą" powodującą ucieczkę w świat przyrody, uspokojenia, w świat baśni, jakim dzisiejsze miasta na pewno nie są. I to byłoby jeszcze jedną przesłanką, dlaczego baśń. W miarę czytania czytelnik sam przenosi się w ten świat baśni urzeczony motywami i symbolami, które są mu bliskie i znajome: obraz polskiej wsi, jeszcze wcześniej dąb prastary na polanie i majestat puszczy (czyżby aluzja do Kraszewskiego?) a wreszcie zniszczenie lasu, ojczyzny Mila, które jest jakby aluzją do losów Polaków na przestrzeni dziejów i ich bólu. Najwyraźniej rysuje się obraz życiowo doświadczonej autorki w dygresjach, często zamkniętych w nawiasach i tak trafnych, że dorosły czytelnik wcześniej czy później natrafia i na własne doświadczenia życiowe i jednocześnie identyfikuje się z głównym bohaterem i z jego losem. ["dziewczynie samej bardzo jest źle na świecie (szczególnie na wsi, gdzie trzeba męskich rąk do roboty, bo kobieta sama wszystkiemu nie podoła)", Str.49], albo ("kiedy już się wyszaleli w swoje noce atramentowe, nie bardzo miewali o czy porozmawiać ani czym się razem zająć...", Str. 50). Albo dygresja zamieszczona na str. 71 w odniesieniu do przemyśleń o świecie, przemijalności i rzeczywistości. Takich miejsc jest w baśni dużo i powodują, że czytelnik widzi się w nich jak w lustrze. Zmuszają czytelnika do refleksji, do chwili zastanowienia się nad własnym życiem i losem. Podczas gdy główny bohater szuka tajemniczego lustra, czytelnik znajduje swoje lustro w tekście. I to odzwierciedlenie jest jeszcze jedną cenną cechą opowieści. Może nawet najcenniejszą. Inną płaszczyzną książki jest zamieszczona w niej liryka, która celnie ilustruje akcję baśni i jak zauważył pan Zaniewski w przedmowie, jest świetnie dopasowana do niej "jak dwie tkanki tego samego organizmu". Tutaj też jest dla mnie moment, aby złożyć ukłon w stronę poetów tego utworu i podkreślić rolę współautora Marka Sztarbowskiego (znanego mi jako Boskie Kalosze), który błyszczy talentem, pokazuje się od swojej najlepszej strony lirycznej. Obok przepięknych liryków jak "We mnie", czy "jaskółka", potrafi Marek spojrzeć na świat także figlarnie, z lekkim przymrużeniem oka na tę wielką "poważność" jaka nas otacza, jak np. w wierszach "byle do wiosny", czy też "Ballada o świcie", zaskakująca niespodziewanym akordem w ostatnim słowie. Jeśli chodzi o wiersze autorki, to od razu zakochałem się w wierszu "Sierpienne uśmianie" (znalazłem go także w Almanachu "Odbicia"). Wiersz porywa rozmachem, słowem i atmosferą i trudno uwolnić się od tej tryskającej radości. Znalazłem także refleksyjne wiersze jak np. "Coraz wyższe niebo" a także wyjęte z życia, o nutce filozoficznej jak "odcienie nieuchronności". Kto pisze takie wiersze, kto potrafi tak wymownie i wielowarstwowo pisać o budziku albo o baloniku, ten nie powinien mieć żadnej tremy. Wiersze, które tu tylko przykładowo wspomniałem są następną nieocenioną cechą tej książki. O ile rzadziej wraca się do poznanej fabuły o tyle często powraca się do dobrej poezji. I to właśnie zamieszczona tutaj poezja powoduje, że czytelnik często sięgnie ponownie po książkę, aby nacieszyć się tym czy innym pięknym wierszem, który ujął go podczas pierwszego czytania. "Poszukiwacz luster" stoi w moim regale na półce obok A.Zagajewskiego, R.Krynickiego,Z. Herberta, R.M.Rilke i S.Heaney. I nie ma tremy. Z ukłonami w stronę Autorów Janusz Ork 22.04.2011 Dziękuję serdecznie Wszystkim, Którzy pochwalili naszą książkę - jestem naprawdę wzruszona i rozanielona. :-) I mam nadzieję, że nikt z Was nie obrazi się za to, że przytoczyłam tutaj Jego słowa?- w końcu one widnieją w innym, równie publicznym miejscu jak nasze Forum, bo na stronie Wydawnictwa Radwan (jest tam też pierwsza część recenzji Janusza). Nie będę tutaj przytaczać całej recenzji profesjonalnego i cenionego pisarza Andrzeja Zaniewskiego, bo jej objętość to - bagatela - 8 stron maszynopisu! Ale można ją przeczytać w książce i przekonać się, że jest nad wyraz pozytywna. ;-) No, wystarczy samochwalstwa na dziś. :-) Pozdróweńka dla Wszystkich Orgowiczów!
  2. A ja nie mogę pochwalić książki, bo nie dostałam jeszcze swojego egzemplarza, jako że mieszkam w Warszawie... :-((( No cóż, czekam cierpliwie, jako się rzekło.
  3. Tekst może być zarówno w dziale prozy (poetyckiej), jak i poezji (prozą). :-) Ciekawy ten tekst. Zabawny. Szczególnie jedzenie nóg z masłem, kanapka ze stóp z oczami w środku, no i żądanie zwrotu skarpetek. ;-D
  4. Przepiękny opis świtu i "ciszy natchnionej". Bardzo, bardzo misie. ;-) Pozdrawiam i życzę dużo takich świtów.
  5. Ironię odkryłaś, Oxywio, wybornie! Pożar to nie był, tylko nadmiar wody wyrzucali. To nie były wszystko takie znów problemy. Kłopoty, niedogodności, przypadki, ale problem - nie. Ale w wierszyku świat nie jet wcale smutny tak naprawdę. Tu tkwi reszta ironii. Lecz: widać, coś mi nie wyszło, skoro muszę tyle gadać. Myślałam, że widać moje wezwanie. Pozdrawiam. E. Widać. Tylko... myślałam, że źle odczytałam. ;-D Bo na ogół to raczej lubimy narzekać i rozczulać się (szczególnie w wierszach).
  6. Wiersz razem z tytułem jest ironiczny w moim odczuciu. Nie istnieje świat bez problemów, za to są ludzie, którzy ich nie widzą. Skoro w wierszu jest krew, gaszenie pożaru, kulawy pies z kleszczem (pewnie bezdomny) - to są problemy. Cały świat w tym wierszu jest smutny, błotnisty, zatęchły i w malignie. Być może Peel ma apatię - jedną z faz ciężkiej depresji?
  7. Twoje wiersze są bardzo oryginalne. Wszystkie. ta bajka również. O rany, to jakiś horror! Chyba zjadliwy pod adresem dorobkiewiczów?... :-) Bo rozumiem, że morał z tego jest taki: uważaj, żebyś nie stał się podobny do tego wilka. Dobrze czytam?
  8. Emm, bardzo Cię przepraszam, wcale nie było to ironiczne! I bynajmniej nie zamierzałam Cię urazić! Po prostu odpowiedziałam ogólnikami na kilka Twoich ogólników co do pisania i interpretowania wierszy. To wszystko. Na chwilę jeszcze wrócę do tego rytmu i rymu, żebyśmy się dobrze rozumiały. To przysłowie, które przytoczyłam - że poeta powinien prowadzić rym i rytm, a nie odwrotnie - znaczy tyle, że wprawny poeta umie tak napisać wiersz, żeby wyrazić w nim wszystko precyzyjnie, ładnie, płynnie, logicznie, poprawnie, artystycznie i bez różnych kostropatości, mimo tego, że niektóre zwroty czy słowa łamią rytm albo są nie do rymu i trzeba je powymieniać. Jednak przy tej wymianie nie można swoich zamiarów i treści dostosowywać do rymu i rytmu, i sztucznie go tworzyć, bo to one mają służyć treści, a nie treść im. Stąd wstawianie takich a nie innych słów, bo się rymują, albo niepotrzebnych zaimków czy spójników, bo bez nich łamie się rytm - takie zabiegi psują wiersz i dowodzą braku wprawy poetyckiej, braku kunsztu. A poruszyłam tę sprawę dlatego, że napisałaś: > - tak właśnie nie powinno być. Rytm niczego nie powinien wymuszać na autorze i powinien być nienaganny bez błędów gramatycznych. :-) Tyle ogólnikowo. :-) Jeśli zaś pytasz o konkrety co do Twojego wiersza, to owszem, rytm się załamuje. W pierwszej strofie w ostatnim wersie jest inny rozkład akcentów niż w pozostałych wersach, a to już zmienia rytm i melodię. W pozostałych strofach jest całkowite zamieszanie z tymi akcentami - mam wrażenie, że każdy wers jest inaczej akcentowany (ale nie sprawdzałam dokładnie). Tak więc rytm jest zachowany tylko w trzech pierwszych wersach wiersza, które mają nie tylko równą ilość sylab, ale też tak samo rozłożone akcenty - to można śpiewać. A tu przykład sztucznego wstawienia wyrazu do rymu: "Wrażliwa dusza takoż boli, gdy błądzi w myślach zagubiona Kto pancerz nosi nie zrozumie, co ją rani, czym cierpi ona..." - wiadomo, że ona. Poza tym "w lot" pisze się osobno. Przed znakiem zapytania nie powinno być spacji. Błąd gramatyczny: "wrażliwości [u]dwoje[/u] sedno pojąć umie" - wrażliwości dwojga sedno - dlatego nie mogłam zrozumieć bez Twojego wyjaśnienia, co znaczy ten wers. Ale i tak tutaj bez dodatkowych wyjaśnień by się nie obeszło. :-) Zbyt dużo treści jak na jeden wers, nie da się tyle wyrazić krótką frazą. Takie rymy, jak zrozumie-umie, mimochodem-miodem, są rymami gramatycznymi, tzn. rymują się tu pospolite w naszym języku końcówki gramatyczne wyrazów. Przez poetów nazywane są rymami częstochowskimi i bardzo źle są widziane, bo łatwe, "tandetne". (Można je stosować, oczywiście, byle nie za często i byle to było uzasadnione treścią; jednak należy ich się wystrzegać i unikać). W ostatniej strofie wcale nie ma rymu w wersach zakończonych na: radość-beznadziejność. Jeśli w całym wierszu są rymy, to już wszystkie wersy powinny się rymować, bo inaczej sprawia to wrażenie błędu, nieporadności. (Chyba że nagły brak rymu jest celowy i ma coś podkreślić w treści, ale tutaj nie widzę takiej potrzeby). Emm, nie próbuję Cię zdołować i nie chcę, żebyś tak pomyślała. Piszę szczerze, jakie błędy tu widzę, bo mnie zapytałaś o konkrety. Pewnie by się jeszcze coś znalazło, ale piszę tylko o najważniejszych spawach. Może jednak warto przeczytać sobie, jak się pisze poprawnie wiersze, ale nie uczyć się tego na pamięć, tylko po to, żeby wiedzieć, co jest błędem? Ja się dużo nauczyłam tutaj na Forum oraz na warsztatach z wieloletnimi poetami i [u]teoretykami literatury[/u] (sic!). Wielu rzeczy nie zauważyłabym sama albo może zauważyłabym znacznie, znacznie później. Pozdrawiam serdecznie.
  9. Ogólnie podoba mi się i jestem ciekawa, co będzie dalej. Jakaś pewnie intryga miłosna? :-) Nie chcę Cie urazić, ale wiesz, dla mnie opis sceny łóżkowej zbyt dokładny i realistyczny. przydałoby się tu więcej poezji, niedomówień, metafor, sugestii, zamglenia... Żeby zostawić miejsce dla wyobraźni czytelnika. Reżyser "Wielkiej majówki" - Krzysztof Rogulski mawia, że wszystko, co podane dosłownie i ze szczegółami - jest pornografią, i to w każdym temacie, a sztuką jest to, co tylko zasugerowane i budzące bogate domysły. I ja się z nim zgadzam. :-) Pozdrawiam.
  10. Bardzo Ci dziękuję - ogromnie się cieszę. :-) Pozdrawiam.
  11. Dziękuję Ci jeszcze raz - za pochwałę i za uwagi. Jeszcze poprawiłam podtytuł na krótkie wprowadzenie - bo w świetle tego, co mi poprzednio napisałeś, stwierdziłam, że chyba nie do końca widać, że wszystko to są fakty - prawdziwa do cna opowieść. ;-) Pozdrawiam.
  12. No tak. Dzięki za wyjaśnienia. Mówi się, że: 1. To nie rytm powinien prowadzić Autora, ale Autor powinien prowadzić rytm - a więc jeśli jakieś słowo czy zwrot nie pasuje do rytmu (lub tak samo do rymu), to trzeba szukać innego słowa, a jeśli wychodzi to kostropato i niejasno - to trzeba przebudować cały wers, strofę, kilka strof... Pisanie wiersza to bardzo żmudna i trudna sprawa. 2. Wiersz powinien tłumaczyć się sam. Jeśli Autor musi tłumaczyć i wyjaśniać, co miał na myśli, to znaczy, że wiersz jest niekomunikatywny, niezrozumiały. 3. Nie zgadzam się z opinią, że interpretacja wiersza może być dowolna. Gdyby tak było, to by oznaczało, że wiersz jest bełkotem, który każdy może sobie rozumieć wedle własnego widzimisię. Tak nie jest, a przynajmniej nie powinno być. Wiersz to komunikat, powinien zawierać konkretną treść, myśl, konkretne przesłanie - zrozumiałe dla uważnego czytelnika. Oczywiście to nie znaczy, że wiersz musi wykładać jakąś filozofię bezpośrednio i łopatologicznie - kawę na ławę; nawet nie może, jeśli mowa o bardzo głębokich i skomplikowanych zjawiskach (odczuciach) - po to właśnie są metafory i obrazowanie, żeby wyrażać to, czego nie da się nazwać bezpośrednio. Ale jednak musi to być zrozumiałe i precyzyjnie wyrażone, logicznie i poprawnie, żeby dało się odczytać i żeby poruszyło czytelnika, a nie zmęczyło go łamigłówką.
  13. Witam nową Osobę na Forum. :-) Twój wiersz jest bardzo romantyczny, utrzymany w formie z pierwszej połowy XIX wieku. Czy to specjalnie taka stylizacja? Żeby podkreślić romantyczne rozterki duszy? Widać tu zdolności poetyckie: bogactwo języka, metafory, obrazowanie, wyobraźnię, umiejętność rymowania - ale przydałoby się popracować nad wersyfikacją - nad rytmem, akcentem i długością wersów. A także nad zrozumiałością i precyzją niektórych sformułowań, bo bywają kostropate, np.: "Czy myśląc jednako, wrażliwości dwoje sedno pojąć umie?" "Zewnętrzna dzikość to siła emocji, motyla skrywająca" "Czy z niepokoju i w drżeniu lęku, puści złych fantazji wodze?" "gdy błąka w myślach zagubiona" (błąka się - czasownik zwrotny) "trafi bratnią duszę która wlot zrozumie?" (trafi na bratnią duszę - bo przecież nie chodzi o trafienie czymś bratniej duszy, np. nożem) "Delikatności jej potrzeba, dobrego słowa, wsparcia uśmiech" (błąd gramatyczny: potrzeba jej [...] wsparcia uśmiech - potrzeba [czego?] uśmiechu) "nie dba jutra" (nie dba o jutro) Chyba wszystko. Przepraszam, że nie po kolei, tylko tak, jak mi się samo narzucało przy powtórnym czytaniu. Mam nadzieję, że nie obrażasz się o rady i krytykę? Po to jest to Forum wszakże. Ćwicz i czytaj, a będzie coraz lepiej, bo zdolności masz na pewno.
  14. Niku, bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i komentarz. Spróbuję odpowiedzieć punkt po punkcie: Pociechy są strasznie konwencjonalne i wyświechtane. Ale poprawiłam dzieciątka na kurczaczki. Lepiej? Tu też próbowałam być trochę bardziej oryginalna, ale widocznie nie wyszło. Poprawiłam na: "dopóki rzecz nie zaszła aż do ślubu". Może być? Pisownia, którą tu zastosowałam, jest prawidłowa. Nie może być to jedno słowo bez myślnika lub bez odstępu i nie można napisać "arab" z małej litery. Sorry, w trakcie pisania rozmawiałam przez telefon z moją kumpelką Dorotą i utrwaliło mi się imię w czaszce... ;-) Poprawiłam. Wiesz, wolę jednak pozostawić tak, jak było. Bo wtedy owo "Tak" brzmi bardziej dobitnie i z przekonaniem. Dowód na takiej podstawie, że po prostu ta "bajka" się wydarzyła - to jest dowodem, że takie bajeczne historie się zdarzają. Bardzo mnie cieszy, że tekst podoba Ci się! Dziękuję serdecznie jeszcze raz i pozdrawiam. :-)
  15. Przeczytałam całość, obie części. Wciągnęło mnie jak nie wiem, jak rzadko który tekst. :-) Dobrze, że nie ma tu ocen odautorskich. Czytelnik może sam sobie wartościować przedstawiony świat i bohaterów. Żal mi głupiej Celinki, ale cóż - jak było powiedziane w opowiadaniu: upadek miała zapisany w genach i nieodwracalnie wpojony przez ojca-alkoholika. Gdyby nawet główny bohater uratował ją przed Ziutkiem (który też nie był szczęściarzem), to ona i tak by jakoś do swojego upadku doszła. Dokładnie tak. Niezmiernie trudno jest się wyrwać z tego zaklętego kręgu pijactwa i przestępczości, jeśli człowiek został w nim stworzony i wychowany. Bez przesady mogę powiedzieć, że opowiadanie jest dla mnie wstrząsające. Ale niestety masz sporo literówek i błędów interpunkcyjnych. Szkoda, bo to utrudnia czytanie i płynne przeżywanie treści. Życzę dalszych sukcesów. :-)
  16. Taka, jakiej każdy zazdrości innym, bo bardzo rzadko trafia się coś tak pięknego i niezwykłego. A jednak ta bajka wydarzyła się naprawdę. Obie z Helką jesteśmy tzw. „pannami z dzieckiem”. To taka społeczna kategoria, przypisanie do pewnego nieakceptowanego stada. Panny z dziećmi są odrzucane, maltretowane przez ojców i matki, nietolerowane w miejscach pracy, bezrobotne, zdane na łaskę i „dobre serce” rodziny lub szefa, który czasem taką zatrudni, ale nigdy nie okaże jej szacunku. Panny z dzieckiem są też wiecznie na językach sąsiadek, a czasem także sąsiadów. Są nielubiane za nic, podejrzewane o wszystko i spychane wszędzie na margines. Traf chciał, że akurat ja i Helka znalazłyśmy się w tej samej sytuacji na tej samej klatce schodowej. Zamieszkałyśmy w tym samym budynku z naszymi maleńkimi dziećmi. Ja miałam córeczkę, ona – synka. Ja – raczej ciemnowłosa i dość ciemnoskóra, a córeczka – jasna naturalna blondynka. Hela – jasnowłosa i bladoskóra, a syn – pół-Arab. Oboje nasze dzieci – bez względu na różnice kolorystyczne – były i są przepiękne, wyjątkowej urody (oczywiście). Pamiętam, jak kiedyś pod dom zajechała syrenka 104 czy może już 105 i zatrąbiła, a potem ja z maleńką Kasią zjechałyśmy windą na dół i wsiadłyśmy do samochodu, upchnąwszy wcześniej do bagażnika różne kółka ratunkowe, baseniki plastikowe, wiaderka, łopatki, ręczniki, termosy itp. Później kilka starszych sąsiadek nie odpowiadało mi ani słowa na „dzień dobry”, nie poznawały mnie. Aż któregoś razu w „przymusowej” rozmowie z sąsiadką w windzie (no bo w windzie trzeba było jakoś się zachować i zamienić kilka słów ze mną) napomknęłam coś niechcący o moim ojcu, który czasami nas zabiera nad Zalew albo nad rzekę. Sąsiadka się zdziwiła: „Ojciec???” Ja odrzekłam także zdziwiona: „Tak, ojciec...(?)” Od tej pory znów sąsiadki zaczęły mi się odkłaniać… Było nam (mnie i Helce) źle na świecie. Ale też i dobrze. Miałyśmy ukochane dzieci, piękne, podziwiane przez nieznajomych. Kobiety na ulicy piszczały na widok naszych kurczaczków w wózkach. Panie w urzędach uśmiechały się słodko na widok zdjęć naszych maleństw do paszportu czy innego dowodu tożsamości. Byłyśmy dumne, choć nie miałyśmy za bardzo co jeść i nie raz – nie dwa karmiłyśmy się suchym chlebem i wodą. Tak było, choć mało które małżeństwo w to wierzy. Faceci na ogół wierzyli. Myśleli, że podrywamy ich głównie z tego powodu, że nasze budżetówkowe pensje nie wystarczają nam na utrzymanie dzieci. Nie wiedzieli nic o tym, że człowiekowi – oprócz pieniędzy – niezbędna jest do życia także miłość. Nie czytali książek psychologicznych na ten temat, no więc skąd mogli wiedzieć? Tak więc nie miałyśmy powodzenia. Nic dziwnego, no bo w końcu po co komu od razu miłość matki i dziecka?... Codziennie, zwłaszcza conocnie, przyklejałyśmy policzki do zimnych poduszek i marzyłyśmy o wielkiej, życiodajnej miłości. Po wielekroć nasze poduszki były nasiąknięte łzami. Wielokrotnie nie udawało się nam zasnąć przed zapłakanym świtem. Aż kiedyś, gdy nasze dzieci były chyba w czwartej klasie szkoły podstawowej (i każde z nich chciało mieć ojca), dowiedziałam się czegoś tak wspaniałego, że miało to barwę cukierkowej sensacji. Nagle Hela zaprosiła mnie na wesele! Swoje własne! Coś takiego! Okazało się, że poznała jakiś rok temu Igora. Nic mi nie mówiła wcześniej, no bo widywałyśmy się dość rzadko, a poza tym przecież tylu już było tych facetów i każdy okazywał się niewypałem – że nie było sensu powiadamiać przyjaciół o następnym. Dopóki rzecz nie zaszła aż do ślubu... A było to tak. Igor (który ma to samo imię, co syn Heli, oraz to samo nazwisko przypadkiem, co ja i moja Kasia) został zapoznany z Helką przez jej znajomych. Zakochał się z wzajemnością. Oświadczył się dziewczynie z panieńskim synem, na którego ona nie brała nawet alimentów. Postanowił, że usynowi to arabskie dziecko, da mu ojcostwo – i tak zrobił. (A wiadomo, jak w naszym kraju patrzy się na matki nieślubnych dzieci o arabskiej urodzie). Mały Igor był najszczęśliwszym chłopcem na świecie. Nie widziałam dotąd dziecka, które tak bardzo doceniałoby posiadanie ojca i tak niewymownie byłoby z niego dumne. Igora juniora od tej pory zaczęto nazywać Iguś albo Młody, a seniora normalnie: Igor. Byłam na weselu (oczywiście). Bawiliśmy się wszyscy świetnie do białego rana. Polubiłam Igora jak szwagra, od razu wydał mi się bardzo porządnym człowiekiem – został zaakceptowany. Po przyjęciu przez Igusia nazwiska Kamieński, zaczęto go w klasie łączyć z moją córką i traktować ich jak bliską rodzinę. Wielokrotnie zdarzało się, że kiedy nauczycielki zadawały pracę domową, a na lekcji nie było któregoś z nich, mówiły np.: „Kasiu, powtórz to wszystko Igusiowi” albo: „Iguś, wytłumacz to Kasi”. A nasze dzieci mówiły i powtarzały, co trzeba, oczywiście. Moja Kasia była radosna i dumna z tego powodu, że nagle trafił jej się brat, którego zawsze pragnęła. Była zachwycona, że Iguś opiekuje się nią jak siostrą i że ma to samo nazwisko, i że panie nauczycielki każą jej pilnować, żeby Iguś odrobił lekcje. Powiększyła się jej maleńka – jak dotąd – rodzina. Dzieci zaprzyjaźniły się bardziej niż dotychczas: jeszcze częściej bywały u siebie, razem spędzały czas na przerwach, wybiegały wspólnie na boisko, odrabiały razem niektóre lekcje; Iguś uczył Kasię judo i karate, gdyż to akurat w tym czasie trenował. Hela też była niesłychanie szczęśliwa. Mówiła, że mąż jest mądry, ma wyższe wykształcenie, pracuje w renomowanej firmie, nieźle zarabia i te de. Byli zakochani w sobie, to było widać bez okularów. Niebawem urodziła im się córeczka. Nazwali ją Alicją. Bałam się o Igusia-juniora, czy nie będzie zazdrosny, czy rodzice go nie odepchną na boczny tor – bo takie rzeczy czasem mają miejsce w rodzinach, gdzie drugie dziecko jest dużo młodsze od pierwszego. Jednak okazało się, że Iguś przyjął tę nowinę jako dobrą – ucieszył się. Zaopiekował się nową siostrą, jakby była jego własnym dzieckiem. Radość i szczęście emanowało nadal z jego twarzy. Po kilku latach małżeństwa Helka ciągle mówiła: - Popatrz, to już cztery lata, jak jesteśmy razem, a ja nie żałuję. Na razie nie mam na co narzekać. - To rzadkie i wyjątkowe! – zachwycałam się. Kiedyś opowiadała taką historię, typową dla ich wzajemnych stosunków: - Przyjechała teściowa na dwa tygodnie. Mówię ci, co ja miałam z tą kobietą! We wszystko mi się wtrącała, wszystko komentowała, oceniała, wszystko było źle i głupio, we wszystkim mi doradzała i nakazywała swoje mądrości! A mój Igor nie odzywał się na to, nie bronił mnie! Wiem, że był między młotem a kowadłem i nie chciał podpadać matce, ale kiedyś nie wytrzymałam, jak to ja, i wygarnęłam mu, że powinien trzymać moją stronę i bronić mnie, bo jestem jego żoną, i że co on sobie w ogóle myśli, wiesz. Na to on spokojnie, jak to Igor: „Jeśli nie podoba ci się moja postawa, to możemy się rozwieść”. Na to ja wtedy huzia na niego: „Zwariowałeś?! Rozwieść się?! Czyś ty z byka spadł?! Nie po to za ciebie wyszłam, żeby się rozwodzić! Więcej mi takich rzeczy nie gadaj! Ani się waż! Rozumiesz?!” Uśmiałam się. Zazdrościłam im tej miłości. Ale po przyjacielsku, z najlepszymi życzeniami na teraz i na zawsze. Od ich ślubu minęło ze dwanaście lat. Któregoś dnia Helka naraz obwieściła mi, że się rozwodzą. Powiedziała mi to równie nagle i niespodziewanie, jak kiedyś to, że biorą ślub. Nie mogłam uwierzyć, w pierwszej chwili myślałam, że żartuje! Niestety nie żartowała. - Wiesz, Igor dochrapał się funkcji kierowniczej, jest dyrektorem apartamentu, więc znika w pracy na całe dnie, wraca późną nocą, czasami po wódce, kiedy w pracy mają jakąś imprezkę... Mówiłam mu wiele razy, że ja tego nie mogę tolerować. Albo jest moim mężem i ojcem dzieci, albo go nie ma w domu. Mówiłam, że w takim układzie rozwiodę się z nim, bo nie wytrzymam tego. Ale on mi nie wierzył. W końcu wniosłam sprawę rozwodową... Poszło błyskawicznie. To była moja ostatnia rozmowa z Helką w cztery oczy. Później wyprowadziła się wraz z Alusią do innego miasta, do swojego dawnego przyjaciela. A „mały” Iguś zamieszkał ze swoją narzeczoną. Kiedyś minęłam w bramie domu „dużego” Igora. Przywitał się ze mną z dobrodusznym uśmiechem, jak zwykle. Przystanął, jakby chciał mi coś powiedzieć... ale zrezygnował i odszedł w swoją stronę. Więcej go nie spotkałam. Pewnie i on już tu nie mieszka – to było mieszkanie Helki. Tak się często kończą prawdziwe bajki. Dlaczego? Kto temu winien? Kto tu zrobił błąd? Komu pierwszemu się znudziło? Kto kogo skrzywdził? Dlaczego ludzie muszą zepsuć nawet najpiękniejsze historie, jakie im się przytrafiają? Takie pytania mimowolnie same pchają się do głowy. Niepotrzebne i skazane na wieczny brak odpowiedzi. Bezradne, jak postronni obserwatorzy. I jak dzieci. Mimo wszystko ta historia jest dla mnie optymistyczna i budująca. Tak. Bo udowadnia, że jednak bajeczne historie zdarzają się w życiu. I przecież wcale niekoniecznie musimy je sobie zepsuć.
  17. No właśnie, myślę i czuję tak samo. Bóg nie jest moim hasłem, bo jestem niewierząca, ale ojczyzna jest dla mnie cenną wartością, honor także (nie tylko własny, oczywiście). Dlatego nieprawdą jest, że te pojęcia są nierozerwalne. Nie dla mnie. A skoro istnieją w narodzie ludzie, dla których te pojęcia są jak najbardziej osobne i dla których nie wszystkie one stanowią jakąś wartość, to nie powinny figurować na sztandarach, będących symbolami całego narodu. Bo to właśnie jest nietolerancja - tu akurat wobec ateistów. Natomiast usunięcie słowa "Bóg" z narodowych sztandarów wcale nie oznacza nietolerancji wobec ludzi wierzących. Nieumieszczanie na sztandarach jakichkolwiek nazw wartości - religijnych czy świeckich, wszystko jedno - nie oznacza przecież, że nakazuje się ludziom odrzucenie tych wartości lub też milczenie o nich. Nie; one tylko nie są wspólne dla całego narodu. Jeśli chodzi o Twoją propozycję traktowania słowa "Bóg" na sztandarach jako szacunku dla tradycji - w takim razie słuszniejsze byłoby umieszczenie bardziej ogólnego słowa: "tradycja" właśnie. "Tradycja, honor, ojczyzna" - tak mogłoby być. W końcu każdy zna i kultywuje jakieś narodowe tradycje, niekoniecznie religijne. Piszesz, że cieszysz się z dyskusji i że każdy ma prawo do wyrażania swojego zdania. Ale jednocześnie odpisujesz swojemu pierwszemu oponentowi z przekąsem - jako "moherowa babcia Zosia". Nikt tak Cię nie nazwał ani nawet tego nie sugerował, więc przekąs niepotrzebny... Pozdrawiam.
  18. Lepszy wspólny bałagan i pranie brudów niż bałagan samotny, w którym też pralka może się niespodziewanie zepsuć... Życie to budowanie, burzenie i odbudowywanie, i tak w kółko. Życzę, żeby pralka jak najpóźniej się zepsuła, a najlepiej żeby przeżyła Peelów. :-)
  19. Już to kiedyś czytałam i bardzo mi się spodobał. Nadal mi się bardzo podoba. :-) Muszę tylko czepnąć się literówki czy tez błędu gramatycznego: "a w życiu każdego mężczyzny przychodzi taka chwila gdy czuj[color=#FF0000]ę[/color] się już dorosły" - czuje (wszakże on - osoba trzecia - a nie ja).
  20. A nie myślałeś o czymś takim? [url]//www.joemonster.org/filmy/5992/_Lezacy_policjant_domowej_produkcji[/url]
  21. O, na to nie wpadłam! Pewnie dlatego, że doskonale znam te napoje Helleny. :-) Kiedy czegoś w wierszu nie rozumiem (jakiegoś słowa czy zwrotu), to zawsze najpierw szukam go w Internecie, a dopiero kiedy tam nie znajdę wyjaśnienia, pytam o to autora. Współczuję Peelowi związku z taką Helleną! Ale... czy naprawdę istnieją wszystkiemu winne diablice? :-)
  22. I mimo tych modlitw, i mimo tych błagań, i mimo tych datków na tacy, świat ciągle niezdrowy i wciąż niedomaga, i my od zarania jednacy. Pozdrawiam także majowo i ciepło. ;-)
  23. No przecież Ci się udają, Janusz! No wiesz?! Nie przymawiaj się tak przymilnie o pochwały!... ;-D
  24. Ha ha ha! Jak dobrze czasem pomarzyć, co?... I właściwie nie wiadomo, czy ta żona to dobre zjawisko - bo każe powrócić z manowców niespełnialnych mrzonek do rzeczywistości - czy to zła hetera, do której człek został przyspawany ślubnie i już nie wolno mu niczego nowego skosztować?... ;-)
  25. Właściwie nie rozumiem związku tytułu z resztą wiersza - dlaczego nazwa fabryki czy marki? Aż zerknęłam do Internetu: Hellena Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru: Przedsiębiorstwo Produkcyjne Hellena S.A. – doskonale znana w Polsce i okolicach firma produkująca napoje gazowane, które składają się przynajmniej w 50% z gazu. Smaki: Czerwona – każdy koneser wie, że czerwona Hellena to dobra Hellena. Równocześnie warto zauważyć, że jest to najczęściej występujący kolor tego zacnego napoju. Biała – najdelikatniejszy smak i aromat powodują, że różni się od czerwonej jedynie kolorem i natężeniem gazu. Z rzadka spotykana i ogólnie mało dostępna. Najwybitniejsi znawcy Helleny cenią ją bardzo wysoko. Żółta – najmarniejsza z Hellen, słaba, nisko gazowana i ogólnie pija ją tylko ci, którzy się nie znają na Hellenie. Zielona – lemon limited edition. Tylko najstarsi koneserzy widzieli ją w realu i są to niepotwierdzone plotki. W stolicy pojawiły się o złotówkę droższe od swych sióstr zielone piękności. Ponoć pochodzą z partii eksportowej tegoż nektaru na Marsa. Technika picia: Hellenę należy pić na raz, bez zostawiania otwartej na dłużej niż 3 godziny, gdyż traci wartości odżywcze i poziom nasycenia gazu. Rynek Na starych dobrych plakietkach na Hellenie było dokładnie napisane: Podbija rynki USA i Kanady. Od 2007 napis ten zniknął – widocznie napój podbił już do końca rynki tych krajów i trzyma tam absolutny monopol. Grupa społeczna najchętniej sięgająca po Hellenę to rolnicy, politycy i mistrzowie jogi. I jeszcze: Wprost Numer: 29/2005 (1181) Hellena kaliska Hellenę utopił niezatapialny właściciel. Niezatapialny - mówiono przez piętnaście lat w Kaliszu o właścicielu Helleny Zenonie Sroczyńskim (38. na liście 100 najbogatszych Polaków "Wprost"). Kilka tygodni temu niezatapialny gdzieś zniknął. Znajomym miał powiedzieć, że jedzie za granicę szukać inwestorów dla tonącej Helleny, jednego z największych w Polsce producentów soków i napojów. Sroczyński lubił podkreślać, że do swoich milionów doszedł sam i także samodzielnie obroni się przed międzynarodową konkurencją, która, kiedy nie mogła go pokonać na rynku, próbowała go kupić. Zerwane negocjacje z holenderskim Refresco i decyzja sądu o ogłoszeniu upadłości firmy spowodowały, że mit niezatapialnego upadł. Konkurenci są przekonani, że Hellena zostanie uratowana, ale bez Sroczyńskiego i jego świty. Helena plus Helena W PRL Sroczyński był dyrektorem PKS, a potem Wojewódzkiego Przedsiębiorstwa Handlu Wewnętrznego. Wielkiego majątku się wtedy nie dorobił; gdy w 1989 r. rozpoczynał biznes, miał jednak własny dom i niezły samochód. Właśnie jego osobisty majątek był poręczeniem pod kredyt, za który kupił we Włoszech pierwszą linię do produkcji napojów. Interes szybko się rozwijał, a właściciel firmy, która nazwę wzięła od imion jego matki i teściowej (stąd dwa "l"), nie był dusigroszem. Na przykład otoczył opieką utalentowaną pływaczkę Joannę Anczykowską. Sponsorowany przez niego klub kolarski z Kalisza zdobywał dziesiątki medali. Wśród osób, które kupiły bilet wstępu na torowe mistrzostwa Polski, rozlosowano malucha, więc na stadion miejski w Kaliszu po raz pierwszy przyszły tłumy. Sponsorowanie skończyło się z dnia na dzień w roku 1994. Wtedy właśnie Hellena po raz pierwszy wpadła w tarapaty. Zimne, deszczowe lato spowodowało znaczny spadek sprzedaży napojów i kłopoty z płatnościami. Jeden z największych zagranicznych kontrahentów potrzebował wyroku sądu, żeby odzyskać pieniądze, ale Hellena z pomocą życzliwych banków wyszła z tarapatów, już jako spółka akcyjna. I tyle wiadomo. Może więc w wierszu chodzi o upadłość firmy? Albo o upadłość "biznesu miłości" - jak biznesu napojowego? A może - o rozwód Sroczyńskiego z jego Helleną? Hmmm...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...