Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. w ciepłej poświacie promieni słońca dzionek porankiem przyozdobiony błękitem nieba śpiewem skowronka muzyką łąki wabi kolory w kropelkach rosy malutka żabka pod pajęczyną przysiadła ledwo a już rechoce dumna i ważna ty pewnie nie wiesz jam jest królewną radośnie dźwięczy wesoły strumień dzwonkami budzi przeróżne dziwy aż pasikonik zatańczyć umie a kwiatek ziewa tylko na niby w poświacie jasnej migoczą w wodzie zaczarowane płyną wciąż słowa niczym diamenty z cicha tulone by żadnej chwili tu nie zmarnować
  2. – No to możemy zaczynać. Jak widzę jesteśmy w komplecie. Świnka, Piesek, Kotek… no i ja, Pani Przewodnicząca. – A kto cię wybrał, że zapytam? – Droga Świnko, zważ na to, że odróżniam się od was nie byle czym. Mam dwie piękne nóżki, a wy wszyscy pozostali, po cztery. – Ja zrozumiałem: wypróżniam. Nieważne. Tak czy siak, gdyby założyć, że mamy po dwie zapasowe, ale schowane, to też wychodzi po dwie. – Piesku drogi, psu na budę twe gadanie. Fakt jest faktem. To ja jestem najbardziej podobna do człowieka. – O rany. Ale wybrałaś porównanie. Ja tam chodzę swoimi drogami. Szczególnie tymi, po których chodzą myszy. – Mniemam, że do czasu. – Masz racje Gęś. Ale zdarza się, że zamiast do czasu, uciekną do dziurki. – Drogi Kotku. Chcą przeżyć. Nie możesz się dziwić. – Drogi Piesku, ja też… ale ktoś musi polec… niestety. – Chwileczkę. Mieliśmy gadać o sensie życia, a nie o sprawach kulinarnych. – Świnko. Twój sens jest oczywisty: rzeźnik, wyroby, obiad. – A ty to niby niezniszczalna? Oskubią ciebie śpiewająco, poduszki zrobią, wypatroszą, wspomogą nadzieniem, zaś na patelnie włożą, usmażą... i taki finał będzie. – A ja wątpię, żeby mnie zjedli. Stoję sobie przy budzie… – Przy jakiej budzie? Teraz dyskutujemy na łące wśród polnych kwiatków. – O psia mać! Rzeczywiście. Ale skąd tu my? – Piesku, nie wiadomo. Co się przejmujesz. – Jestem kocim drapieżnikiem, ale odczuwam lęk, bo podobno ludzie potrafią drzeć ze sobą koty. Nie pomyślałam... psia krew. – Gdzie? Jestem ranny? Wzywajcie weterynarza! – Tu ziemia... piesku. Nieładnie drzemać podczas epokowej dyskusji. – Chwaliłam się dwoma nogami, ale teraz jest mi cholernie wstyd. Chyba mówię do rzeczy? – Częściej od. – Jesteście złośliwi. Naprawdę. – Chcesz dostać w dziób? – Kocie! Wypraszam sobie… – Kluskę. Leży obok. Przecież karmią cię nimi żebyś była tłuściutka… a później skwiercząca. – Przestańcie. Nie lubię takich gorących wygłupów. – Skąd tu się wzięła kluska? – Może przyszła? – Co ty bredzisz? – A widziałeś, że nie przyszła? – Nie. – No właśnie. – A mnie ktoś ostatnio podłożył świnię. Sztuczną kość mi dali. Myśleli, że się nie zorientuję. – Nie przypominam sobie, żeby mnie ktoś ostatnio położył przed psią budę. Ale nieważne. – Oj Świnko. Metaforyczną świnię. Wiesz co to jest metafora? – Jak ktoś dostaje fory przed metą. Zgadłam? Na pewno tak. – Jestem Przewodniczącą i powiem wam definitywnie: metafora jest wtedy, kiedy człowiek nabazgra jakieś hece pazurem, a inni mogą to przeczytać i pomyśleć sobie, co im się żywnie podoba. – To nie lepiej pisać bez metafor? – Pewnie, że lepiej. Ale to ludzie. Nie pogadasz. – Gęś… aleś ty mądra. Po same pióra. A każde bardziej puste od poprzedniego. – Co? – Nic. Tylko się przekomarzam. – A mnie kiedyś gęś kulawą nogą kopnęła. – W które miejsce? – Nie wiem, ale wiem, że miauczałem przez jakiś czas. Tylko mysz szukałem w jej z piórach. – Za przeproszeniem, ja tobie nie przywaliłam. Mam dwie zdrowe nogi i nie łażą po mnie myszy. A poza tym jestem dobrze wychowana i nie w głowie mi kopanie miauczących kotów. Wolę rozmyślać o przystojnym łabędziu. – Raczej hodowana i lepiej rozmyślaj o łabędzim śpiewie twojego żywota. – Kocie, czy ty zjadłeś zatrutą mysz? – To powiedział Piesek. Odgęgaj się ode mnie w tym temacie. – Piesku! Surowa kość ci zaszkodziła. Nie jedz tego więcej. Proszę. Błagam. – Gęś! Co z tobą? Pytamy wszyscy. Kiedy przestaniemy nawijać o pierdołach. Przecież nikogo to nie interesuje. – Ależ Świnko! Niby kogo ma interesować, skoro poza nami nikogo tu nie ma? – Skąd masz tą pewność? No powiedz sama: ile rozumu może się zmieścić w takiej małej gęsiej główce? – Nie liczy się ilość, tylko jakość. – Powiedziała, co wiedziała. – To, że nikt nie słucha naszego gadania, nie upoważnia nas do tego, żebyśmy pieprzyli głupoty, na całą łąkę. Chociaż nie wiadomo… może pasikonik? – Piesku drogi… słuchał, ale przestał. Wlazłam na niego omyłkowo raciczką. – Na pewno omyłkowo? – Ojejku! Na pewno. Gdyby świadomie, to bym na niego usiadła. – Kocie! Dlaczego milczysz? – Czekam na mysz. Głodny jestem. – Skoro milczysz, to po co odpowiadasz? – Żebyście wiedzieli, że milczę. – A ja czekam na rzeczową merytoryczną dyskusję, o sensie naszego życia. – Przecież wszystko jasne. Ja Gęś i Prosiak, zostaniemy zjedzeni, ty Piesku, staniesz przy budzie, a ty Kotku, będziesz sobie chodził, gdzie się tobie podoba. Oto cały sens. – To niesprawiedliwe!!! – Sens nie musi być sprawiedliwy, tylko sensowny.
  3. zapytaj mnie co myślę nami razem błądzimy chociaż sami wiemy co ukryć potrafisz musisz zakrętem jaźni na afisz pragnień skojarzeń trójdzielność bólu marzeń rozmów szalonych odmiennych wrogich wyzwolonych w istnieniu pierwszym drugim trzecim spojrzeniu szerszym umysł jeden jest mi dany na trzy części poszatkowany
  4. szybują kryształki biało srebrzyste wewnątrz sopla lodu komnacie wiruje zimowy tajfun iskrami w sali mroźnej zawieja i zamieć jedna drugą ślizgawką częstuje żaglują drobinki płomyków złocistych wewnątrz ogniska królestwa żaru fruwają cieplutkie karmazynki tańcem ożywczym dupki macają ognik z ogienką w miłości się palą na przezroczystych taflach obrazy skrzypiącym pędzelkiem namalowane otulona mgła śnieżnym puchem tka sukienki zwiewnym tancerkom chociaż niejedna już oblodzona na deskach sosnowych piruety wypala napalonym krągłym węgielkom spąsowiały szkarłatną czerwienią językiem płomienia pulsuje w zaułkach pogrzebaczem miesza w nich całym w diamentach nutki muzyką mrożą owinięte chłodem śnieżynki wszelkich ptaków chmara wlatuje skrzydełka splecione są koronkowo z błyszczących sopelków cienkich w oleju nutki piosenkę gotują skwierczy ciepłem aż cała płonie miota ptaki co żar połykają skrzydełka zlepione mięciutką skórką na środku sztabka z płynnego złota * prześwitujący sufit wskazuje iskierki w gałązkach świerków srebrzystych lśnią jak małe skrawki światełek na gałązkach jak białe wstążeczki przepalone sklepienie wskazuje lepiące się szaty dębów zwęglonych przylgnęły żołędzie do śladów płomieni jak popielatych iskier tysiące *~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~* słońce wyzwala gorące śnieżynki toczą się one po chłodnych ściankach słychać strumyczek rześki lecz smutny koniec imprezy spłynęła sielanka minus dwadzieścia stopni na balu mroźny płomień na twardym popiołku słychać skrzypienie oraz pogrzebacz w zamarzniętej wodzie w kociołku
  5. ? Z miasta zostało tylko to, na czym można wzrok zawiesić. Widok budynków pozostawia wiele do życzenia. Powybijane szyby, obrośnięte dachy, zarośnięte rynny… no i wszechobecne zwierzęta, biegające gdzie się da, w poszukiwaniu pokarmu. Fetor jest dokuczliwy i gęsty. Można by maczetą wycinać kawałki skunksów. Dwa idące „obiady’’ są już bardzo wyczerpane. Cały pot z nich wypłyną,ł a na resztę zabrakło sił. Właśnie jeden z nich, upada na szarą kość udową. Obgryziona, ale nie do końca. Padnięty odruchowo się na niej wspiera. Ręce ma oblepione jakąś zielonkawą, cuchnącą mazią i kawałkami mięsa. Wyciera o spodnie. Upał gorąco doskwiera. Słońce kryje się przed samym sobą za ciemną chmurą. Na pobliskim cmentarzu, niektóre zwłoki leżą na wierzchu. To po ulewie, która była tu wczoraj. Płytko kopano, stąd taki rezultat. Skołowane wiewiórki, biegają po mieście. Coś rozbłysło na niebie. Są teraz inne niż zazwyczaj. Mają w dupie orzechy i bieganie po drzewach. Stały się mięsożerne. Chodzą twardo po ziemi. W obłokach niech sobie bujają ptaki. Zwłoki bez domieszki, przestały im smakować. Wolą świeże mięso z dodatkiem, lecz ono jest trudno dostępne. Reglamentowane przez sytuacje. Jednak w małych sercach błyszczy iskierka nadziei. Tam idą dwa zwierzęta. Chude nie tłuste, ale to nic. Poobgryzać warto. Tylko jeszcze nie teraz. Nie wszystkie są przeobrażone. A poza tym, te cholerne koty i psy. Duże, a one małe. Całym stadem muszą zaatakować. Ciała ludzkie lepiej smakują. Trochę jakby słodkie. Umywają się do wspomnianych orzechów, ale cóż. Bez przesady. Byle przeżyć i nie dać przeżyć innym. Będzie więcej dla nas. Martwe pożywienie nie ucieka. * – Cudne twe lico, na strumyczka tle, aż kochać bardzo cię chcę. – Cię chcę? No wiesz. To ma być poezja? – Dobre i to, na takim świecie. Cóż nam pozostało. – Tam jest miasto. Pójdziemy? – Czemu nie… w słońca promieniach... – lecz co to zmienia… – gdy przyszło żyć… – by przetrwać tylko… – to co kiedyś… – minęło wszystko. * Pokrwawiony pies, biegnie z ludzką głową w pysku. Trzyma jak największy skarb. Długie włosy, zamiatają ulicę. Inne psy biegną za nim. Chcą dorwać kulistą, włochatą zdobycz. Głowa nie miała szczęścia. Została odgryziona od tułowia. Najtrudniej było z kręgami szyjnymi. Nie trafiła jednak na byle kundla. Poradził sobie. Trzask pękniętej kości, odbił się echem od ścian budynków. Jednak rozumu psu zabrakło. Zamiast jeść ciepłe flaki i pożywne różowe mięso, mlaskając w krwi, to biegnie z częścią w pysku. Ale cicho… jednak ma plan. Zatrzymuje się gwałtownie na krawędzi urwiska i odbija w bok. Pozostałe z rozpędu lecą w przepaść. Pies im mordę lizał. Porzuca głowę i spokojnie wraca do reszty ciała. Małe kundelki ma w dupie. Co one zjedzą? To raczej on ich. Nie wie, że szykuje się coś groźniejszego. O pomarańczowo, czerwonych futrach. Nie będzie widać krwi. * – Zrobić ci wianek z polnych kwiatków. Takie normalne… jak kiedyś. – No zrób. Spocznę na chwilę na miedzy, bom deczko drogą studzona. – Kochanie… co z tobą… że tak dziwnie mówisz? – Och, jam płocha trochę. To miasto nie wygląda miłosiernie. – No coś ty. Będzie świetnie. — Pleciesz bzdury. – A gdzie tam. Wianek plotę. * Siedzący na łące jeszcze o czymś nie wiedzą. Natomiast dwóch przybyszów, którzy są tutaj... jakoś też nie. Stoją właśnie na środku placu. Coś w rodzaju rynku. Małe uliczki rozchodzą się na boki. Patrzą właśnie w jedną z nich. Oświecona z tyłu przymglonym blaskiem słońca, nie wygląda na pustą. Podłużne wielkie cienie, snujące się po jeszcze mokrych kamieniach, przykuwają uwagę. Nie wiedzą do jakich żywych ciał należą. Uliczka jest wąska i trochę łukowata. Słyszą natomiast głośne stukanie pazurów o bruk. Nagle dostrzegają coś, w co im trudno uwierzyć... ale wierzą, że trzeba wiać. * – Zobacz. Ślimaczka znalazłam. Jaki ładny. – Zostaw go tu. Musimy iść. W mieście coś się dzieje. Słyszysz? – Taa… – Przestań marzyć o świecie, którego już nie ma. – Przestań mnie pouczać. Tu jest łąka. Pasikoniki słyszą. – Kochanie. Idźmy już, bo jeszcze mnie zacznie odwalać. – To miasto ma zły wpływ. – Akurat. Gadasz jak zając na pijanej między. – Ciebie też dopada? – A co? Nie słychać? – Pogniotłeś wianuszek. Daj mi choć takiego. – Proszę. Ładnie wyglądasz. * Futrzane bestie są ogromne jak na wiewiórki. Mają od około metra, do dwóch, nie licząc ogona. Pazury większe i bardziej ostre. Kły wystają na zewnątrz pyska. Futro skudlone z wilgotnymi plamami. Okazuje się, że wychodzą ze przylegających uliczek. Ludzie wyraźnie słyszą, odgłosy ocierania kłaków o ściany budynków i głośne popiskiwania. – Cholera! Uciekajmy – wrzeszczy drugi biegając w kółko, bo nie ma gdzie uciec. – No co się glapisz. Wymyśl coś. Ty zawsze byłeś szefem – nadal biega a wiewiórki coraz bliżej. – Bo cię stuknę w ten głupi łeb – tym razem podskakuję niczym pajac w krwawym teatrzyku. – Cholera! Niedługo zjedzą nam dupy! – Nie tylko dupy. Zamknij się wreszcie – pierwszy drapie się po głowie, bo mu nasrał przestraszony ptak. – Tam jest pusta uliczka i otwarte drzwi. Biegnijmy w tamtą stronę. Ale już – wymachuje rękami, ale tylko jedną wskazując kierunek. – Pospiesz się, bo za plecami masz wiewiórkę. Dobrze, że nie są takie szybkie. – Ta jedna ma coś w pysku. Co to może być? – Jelito grube… sorry… chyba chude… nie ważne…. No pospiesz się. Nagle pierwszy upada. Bestie są coraz bliżej. Leżący czuje smród wilgotnych futer. Gramolą się na niego. Wyżerają wnętrzności strasznie siorbiąc. Jedna odgryza ręce, druga nogi, a trzecia głowę. Słychać twarde odgłosy łamanych kości i wilgotnego rozdzierania. Dzielą się obowiązkami. Są solidarne. Każda zabiera część i niesie do wspólnej spiżarni na cmentarzu. Powracają tam jako odmienione. Lubią mieszać mięsa. Trupie z świeżym. Mają wyrafinowany gust i coraz więcej świadomości. Rozumnodajne coś, zmienia ich mózgi. Drugi nawet nie patrzy, co się dzieje. Biegnie do jakiegoś mieszkania na parterze. Na szczęście drzwi są otwarte. Potyka się o zdechłego kota i ląduje twarzą na cuchnących zwłokach. Wstaje jednak, opiera się rękami o kolana i rzyga chwilę, lecz prawie niczym. Za długo nie jedli. Nagle dostrzega nos wiewiórki w drzwiach. Wali ją pogrzebaczem. Stoi akurat przy kominku, ze szczątkami pieczeni z otwartymi ustami. Wiewióra skrzeczy jak zarzynana świnia. Wyłupuje jej oczy. Przebija gardło. Wypija trochę krwi. Długo nie miał płynu w ustach. Musiał sobie łyknąć. * – Kochanie. Nie zdejmuj wianka. Tak uroczo wyglądasz. – Nie marudź. Pospieszmy się. Do miasta już kawałek. – Czerwonawy kolor tam się kotłuje. – O… to na pewno wiewióreczki. Jak byłam mała, to karmiłam orzeszkami. One są fajne. – Nie mów tyle, bo dostaniesz zadyszki. Chociaż taka spocona wyglądasz zachęcająca. – Tobie tylko jedno w głowie. – A gdzie tam. O… już peryferie... szczątek miasta. Spójrzmy do tyłu. Ostatni raz na łąkę. * Zauważa, że w mieszkaniu są schody na dach. Wbiega po nich i sam się dziwi, skąd ma jeszcze tyle sił. Zobaczy z góry. Zorientuje się w sytuacji. Musi jakoś przetrwać. Podnosi klapę i wychodzi. Wiewióra stoi na skraju, obrócona tyłem do niego. Wielkim ogonem zamiata poziomo. Podchodzi trochę bliżej. Nie zauważa go. Spycha zwierzaka na ulicę. Widzi jak upada z dziwnym mlaśnięciem na plecy. Skrzeczy głośno, omiatając futrem ścianę. Ma szczęście, że trafił na mały okaz. W przeciwnym wypadku, byłby daniem na cmentarzu. Spogląda na miasto. Co z pozostałymi mieszkańcami. Być może siedzą w piwnicach. Nie widać ich na mieście. Oczywiście kolorem przeważającym jest kolor śmierci. Nagle dostrzega dwoje ludzi. Idą w kierunku rynku. Nie widzą wiewiórek. Czekają przyczajone w uliczkach. Macha do nich i krzyczy, żeby uciekali. Nie słyszą go. Za nimi wystają między domami pomarańczowe pyski. Zmiana decyzji. Wrzeszczy, żeby biegli do budynku, na którym stoi. Póki co, jest pusto na ulicy. Wiewióra co spadła, dołączyła do tamtych. Chyba go wreszcie słyszą… i dostrzegają zagrożenie. Biegną co sił w nogach do tych samych drzwi, co on przed chwilą. * – Mamusiu. Co tak głośno nad nami. Boję się. – Niepotrzebnie. Tu nie wejdą. Urosły za duże. – Pójdą sobie kiedyś? – Oczywiście. Nic się nie martw. – Jeść mi się chce. – Wiem kochanie. Masz tu trochę mięska. Tylko dobrze pogryźć. – A co to jest? – Jedzonko. – Nie smakuje mi. – Mnie też nie. Ale musimy coś jeść. Tatuś przyniesie więcej. – Bo nas kocha? – Tak. – Dał mi wczoraj niebieską kokardkę. Powiedział, że spadła z nieba. Ładna. Podoba się tobie? – Jest śliczna. Taka jak ty. – Mamusiu. Tak cię kocham. * Biegną co sił w nogach. Już wiedzą, co z tym kolorem. Doganiają ich. Na szczęście dla ludzi, nie przemieszczają się za szybko. Jakby zyskały coś, tracąc coś. Uciekinierzy słyszą ten sam szelest, ocierających się futer o ściany budynków a czasami dziwny zgrzyt, gdy jakaś bestia zahacza kłem o ścianę, żłobiąc głęboka bruzdę. – Cholera szybciej – z całych sił wydziera się do nich z krawędzi dachu. – Dwie macie po lewej a jedną z prawej – wskazuje rękami jak tylko umie. – Są tuż za wami. Niedługo odgryzą wasze tyłki. Co tak się wleczecie. No nie… dziewczyno… nie wracaj po wianek… to w tej chwili nie istotne… a tobie co się stało…. nie biegnij z nią… o w mordę. * – Kochanie… one cię gryzą… mnie też… po co ten wianek pierdolony plotłem… mogłem pleść bzdury… zostawcie… * Z dachu widzi o wiele więcej. Znowu rzyga. Tym razem na ulicę. Słyszy mlaskanie i rozszarpywanie. Popatrują na niego z dołu. Chcą wiedzieć, że jeszcze tu jest. A niby gdzie ma iść. Stały się bardziej krwiożercze. Nie biorą już na wynos. Zjadają na miejscu. Dopiero teraz dostrzega to, co nie widział z dołu. A może wtedy jeszcze tego aż tyle nie było, kiedy tu przyszli. Ludzkie szczątki walają się wszędzie. Jednak w jakiś sposób wywlekli ludzi z piwnic. W powiewach wiatru, na urwanej rączce, widzi coś błękitnego. Ma wrażenie, że jest tego wokół więcej. Odróżniają się od tła. Nie do pomyślenia. Są czyste. Ani śladu krwi. I dlaczego widzi tak dokładnie? Na ścianie przeciwległego budynku dostrzega cień. Wie, że stwór czai się za nim. Czuje mokry zapach kłaków i cuchnącego trupem zwierzęcia. Podejmuje szybką decyzję. Skacze z dachu. Roztrzaskuje głowę o bruk. Strumyczek krwi zwabia wiewiórki. Nie czuje bólu, gdy rozszarpują ciało. * Z niebieskiej kokardki wylatują zwierzątka. Takie małe, że niewidoczne. Lądują w pomarańczowo – czerwonych futrach. A stamtąd, wchłaniają się w głąb ciał. ?
  6. Zawisłam na krawędzi smutku, drugą ręką ściskając spopieloną radość. Szybuje na moją twarz w podmuchach zapomnianych emocji, wzruszeń i przepłakanych chwil. Jeszcze tak niedawno znaczyły ślady na wyblakłych marzeniach, by w strzępkach czasu, nie zupełnie jeszcze spalonych, przemycać kryształki zastraszonych, lecz żywych, wirujących sensów. Nie pamiętam kiedy się urodziłam. Za pewne przed pytaniami o wszystko, gdy jeszcze odpowiedzi, zarówno te oczekiwane jak i te niechciane, nie były mi znane. Przyszły później, zakłóciły błogi spokój rozkrzyczanej kołyski. Widziałam wtedy niekształty i cienie, a nawet światło w oddali, które dla mnie zostało całe życie na horyzoncie. Nigdy na tyle się nie zbliżyło, by mogło ogrzać swoim ciepłem, lecz zawsze pozostawało daleko, chociaż tyle razy próbowałam je dogonić. Raniło, wżerało się jak rdza, odpychało i niszczyło, by w końcu odpadać skrawkami parodii szczęścia, prawdziwej tęsknoty i jeszcze bardziej bolesnych zwątpień. Nie wiem co widzę pode mną, ale wiem, że wzrok od tego ucieka. Czasami w szaleństwo zapatrzone w dno, podtrzymujące trupa trampoliny, innym razem na czarodziejskim dywanie źrenicy, pragnące odlecieć, wzbić się jak najwyżej poza cierpienie i przesadny zachwyt, który niekiedy faluje tak bardzo, że nie można wiedzieć, czy na szczycie odnajdzie ścieżkę powrotu, którą morze zatapia, by unicestwić własne istnienie. Chwile mijały bardzo szybko, szybciej ode mnie. Zawsze zostawałam w tyle, a poranione stopy bolały bardziej niż ból. Nie mogłam od niego uciec. Biegł razem ze mną a ja widziałam jego zadowoloną twarz, pełną potępienia i pogardy dla moich słabości, które rzucały ziarno na jakże żyzną glebę. Słabą i poniewieraną przez innych i samą siebie. Byłam owadem w przezroczystej zjeżdżalni, gdzie ścianki tak gładkie jak moje posrane życie. Proste i równomierne. Wciąż w dół, a jeśli w górę, to tylko po to, żeby widzeć przez szybę, ile to cukierków zjedli inni, a ja mogłam jedynie cofać się do tyłu. W końcu tak szybko, że wszystko co pragnęłam, stało się niezrozumiałymi smugami. Może i lepiej. Mniej tęskniłam, mniej cierpiałam i mniej miałam wiary we własne fantomy sił. Powiadają, że wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. To prawda. Nigdy tam nie byłam. Smutek coraz bardziej się ugina. Jestem dla niego coraz większym ciężarem. Niedługo nawet on mnie puści, tak samo jak inne odczucia i ludzie. Jestem mu wdzięczna, za okazaną siłę, wyrozumiałość i cierpliwość. Mogłam chociaż odrobinę odnaleźć siebie, by wiedzieć z kim... przestanę się martwić o: wczoraj, dziś i jutro. Przepraszam, bo was wprowadziłam w błąd. O jutro nie muszę się martwić.
  7. wyrzeźbiłeś mnie w skrzepłej krwi z cierniowych krwinek mam cierpienie a z białych jego brak na wysokiej górze stać mi każesz bym zrozumiał świat lecz sił zaczyna brakować mi którymi dźwigam ciężar ten pozwól że pójdę sobie stąd wiem że to podłe i nieludzkie zmęczony jestem grą marzę by z góry nagle zejść zostawić bliskość złotych gwiazd jak mi wygodnie życie śnić lecz błękit powtarza słowa te remis nie może być a rzeźbij nadal z czego już chcesz jesteś o niebo mądrzejszy ode mnie ta góra zniknie nie będzie tu gdy czas ominie ślady zegara bez horyzontu dla każdej z dróg ∞
  8. Siedzi na ulubionym fotelu i śmierdzi. A dużo tego jest. Tłustej samotności, wciśniętej w zatęchłe poduszki. Mniej samotne, bo tulą nawzajem kałduny pierza, przez poplamioną podszewkę. Ciało przelewa się poza zbutwiałe oparcia. Pajęczyna zwisająca z sufitu, czochra cuchnący nos, samotnym trupem owada. Ma różne dezodoranty i perfumy. Sika i wylewa na swój tłusty pot, ze wszystkich możliwych stron. Lecz nadal cuchnie samotnością. Nie wie, czy z tyłu też jest samotny. Nie może dosięgnąć, by później powąchać dłonie. Ręce nie zginają się do końca. Rolady tłuszczu blokują dogięcie do upragnionego miejsca. Koszulę ma zapiętą na ostatni guzik. Ten blisko szyi. Reszta odpadła ze zrozumiałych względów. Mimo samotności, marzy o przyzwoitym wyglądzie. Pragnie się podobać, chociaż krążącym muchom. Jeszcze niedawno kupował klejące flaki. Wieszał na lampie i patrzył jak się przyklejają, lecz odkleić nie mogą. Groził im żółtym paznokciem, że dobrze im tak. Teraz nawet muchy sprawiają mu radość, chociaż nadal śmierdzi tym co zwykle. Samotnością. Chociaż akurat teraz ma inny problem. Muchołapka spadła na głowę. Przykleiła się do resztki włosów. To go wnerwia. Sapie tłusto i grubymi, wilgotnymi paluchami, chce ją z głowy zdjąć. Fałdy skóry falują z wysiłku, ocierając się jedna o drugą, w świerzbiących wilgotnych poślizgach. Mało widzi, bo zagubione w serdelkowych zmarszczkach oczy, są mokre od potu. Wyrywa kleistym flakiem, trochę włosów. Zakrywają przylepione muchy, nadając im wygląd miniaturowych krzaków. Podłoga skrzypi i jęczy wszystkimi deskami, gdy ciężko wstaje z fotela. Ma już go serdecznie dość. A on przyklęka. Chociaż trudno. W piecu pali się ogień. Dlatego tak gorąco. Wrzuca muchołapkę do paleniska. Ta zwija się w spazmach płomieni. –Nie kupię nowej – postanawia tłusto. Z wielkim wysiłkiem wstaje. Oddycha z trudem. Ma ostatnio problemy z sercem. Nie słyszy tykania zegara. A przecież pamięta, że nakręcał. Stoi przez chwilę, patrząc w okno. Na zaludnioną ulicę i park po drugiej stronie. Czy chciałby tam być? Może. Tylko po co? Wewnętrzną częścią dłoni ociera spocone czoło. Obraca się, by spojrzeć na zdjęcie wiszące na ścianie. Zahacza grubą owłosioną nogą, o wystający kawałek wykładziny. Traci równowagę. Pada na podłogę, uderzając głową o kant stołu. Tłuszcz faluje pod skórą, lecz po chwili zamiera w bezruchu. Na nosie siada mucha. Pająk snuje na oczach pajęczynę, w którym skrył się ostatni obraz. Ogień wygasa. Przestał śmierdzieć samotnością. Teraz zaczyna śmierdzieć inaczej. Lecz to już go nie martwi.
  9. po cóż różo kolcami ranisz tak delikatne płatki twe sączą rosę przez złudną szarość ronią łzy swoje na świtu mgłę nie płacz łąko choć kwiaty więdną magiczną wodą tej nocy śnisz jesteś dla nich nową kołyską snem twoim ciało o brzasku lśni rześki strumyk wstążką srebrzystą muzykę owija nurtem swym biały motyl nuty formuje z oddechu łąki tu wiatr się skrył tulić ciernie do nagich dłoni czerwone maki zobaczyć w nich a jutrzenka źródłem nadziei rozwodni ciemność do jasnych dni
  10. Było siedem plag. Tak samo jak siedmiu krasnoludków. Tylko że one z plagami nie mają nic wspólnego. Siedzą żwawo przy okrągłej ławie, popijają wywar z grzyba i rozprawiają filozoficznie o wpływie brody na stosunki między: purpurowymi mrówkami a różowymi. Lub na jakich gałęziach, najładniej by dyndały czerwone pomidory. Oczywiście całe to ich gadanie, nie ma większego wpływu na rozwój lasu. Las szumi i będzie szumiał. Podobanie lub jego brak nie ma tu nic do rzeczy. Z zewnątrz, jako że zmrok nadchodzi, widać światło w zasłoniętych oknach oraz różne cienie gestykulujące lub w bezruchu. Aż by się tam chciało wejść, by ogrzać zimne członki swoje. No chyba, że już są odgryzione przez leśne bestie wszelakie. To wtedy ich ocieplanie nie ma żadnego sensu. A zatem siedzą, gadają i nawet nie wiedzą, co za krzywda ma teraz początek na skraju lasu i kto ową krzywdę na barkach dźwigać musi. A ciężar targać musi: Starsza Kuzynka – piąta woda po kisielu –Wrednej Śnieżki, co ją nieboraczkę z izby zamkowej wygnała. I za co? A za to, że za dużo luster potłukła, ale najpierw z nimi gadała. Śnieżka nie mogła zrozumieć, jak można konwersować ze zwierciadłem. Nawet nadwornego konowała – psychiatrę do Kuzynki swej wezwała. Lekarz umysłowy owszem przyszedł, ale sam chciał się od lustra, tego i owego dowiedzieć. Na przykład, czy żona go zdradza z lekarzem od rozwolnień. Śnieżce było tego stanowczo za dużo. Dwóch świrów w jednej komnacie, to o dwóch za dużo. A Kuzynka lustra tłukła w diabły, bo żadne nie chciało powiedzieć, że jest brzydsza od Śnieżki. Wtedy miałaby szansę, że ją kuzynka nie wygna na zbity pysk. A Śnieżka i tak wygnała, gdyż budżet państwowy był znacznie nadszarpnięty, produkcją luster. Nagadane i pośniadaniowe krasnoludki, zbierają się do wyjścia. Nie mają wcale na to ochoty, ale trzeba jakoś zarobić na remont grzyba w którym mieszkają. Między blaszkami zaczyna przeciekać, a i rurkami nieproszone robactwo się tłoczy. Mogli by oczywiście potrzebny mech wyrwać z lasu, ale to by było nieekologiczne działanie. A zatem – chcąc nie chcąc – muszą zarobić na syntetyczny. Mimo, że śniadanie zjedli, to do zakładu im nie spieszno. Swoją frustrację, wyśpiewują wesoło, idąc: Hej ho, hej ho gdziekolwiek by się szło to nie do pracy nie do pracy bo to zło... Nagle raptownie przystają. Tak że ostatni wpada na pierwszego poprzez wszystkich między nimi. Temu na przodzie broda staje słupka i uważnie słucha. Każdy kłaczek w inną stronę się wychyla. Kuzynka wlecze się przez las, jak stłuczone zwierciadło, targające swoje kawałki. Czyli nie można rzec, że człapie żwawo. Z przyzwyczajenia trzyma w łapce małe okrągłe lusterko. Ale cóż to za gadanie z takim maleństwem, co nawet za bardzo mówić nie umie. Jedynie ino cicho popiskuje. Trzeba do ucha dokładać, żeby cokolwiek zrozumieć z tego całego mamrotania. A odbicia w nim, tyle co kot łez wylał. Krasnoludki zmieniają trasę. Dzisiaj robią sobie wolne. Zgodnie ze słowami pieśni przewodniej. Są ciekawe, co tam się w kniejach wyprawia. Wygnana na poniewierkę spogląda w górę. O zgrozo! Lepiej żeby nie spojrzała. Na gałęziach drzew wiszą ludzkie ręce. I to dłońmi do dołu. Jakby wyrastały z tego, na czym zawieszone. Każda trzyma małe lusterko i denerwuje idąca, puszczając zajączki po oczach. Mimo, że sytuacja nie jest groźna, to Kuzynka wyobraża sobie, co one mogą wyprawiać, gdy nocka zapadnie. Jak na przykład skaczą z drzewek, łapią ją za szyję i duszą. Na dodatek lustro podsuwają, żeby widziała jak oczy wytrzeszcza i język wywala. Jej serduszko z tego wszystkiego, najchętniej by się do własnego przedsionka schowało. A może z tej zgryzoty, jeno umysł omamy wymyśla? Nagle jakaś ręka stuka ją w głowę. Omal, że upada na runo ze strachu. Słyszy głosy: – A bodaj to, co to jest? – Stare babsko i tyle. – Nie aż tak. – Nawet ładne, gdy spojrzeć z dala. – Smutne jakieś. Nagle krasnoludki słyszą głos: – Do jasnej ciasnej, oczywiście, że jestem smutna. Wredna Śnieżka mnie wygnała. A wiecie za co? – My dopiero przyszli. Nic nie wiemy. – Ja też dopiero przyszłam, ale wiem za co. Za lustra. – To takie coś, gdzie człowiekowi odbija? – zapytał rozsądnie krasnal. – Nie chciało mi rzec, że jestem brzydka. Wyobrażacie sobie? – Nie musimy. Wystarczy spojrzeć. – To skoro tak… to ja wracam. – Ale my żartowali. Da się patrzeć. – No to mam prze... – Proszę się waćpanna nie wyrażać. Zwierzątka słuchają. – Zaprosicie mnie do domku swego? – No jasne – odpowiedziały wszystkie siedem. A w komnacie zamkowej, popłoch niesamowity. Kuzynka dała nogę. Śnieżka jest zrozpaczona. Najbardziej brakuje luster. Teraz je nawet pokochała. Nie trzymała nerwów na postronkach swoich. Co ona tam robi sama w lesie. Na pewno ją napadły jakieś zbóje niewychowane, bez ogłady wszelakiej. Muszę jej szukać. Muszę!!! Ale najpierw walnę się lustrem w głowę, jeżeli jakieś znajdę. Pokrętna natura ma. – Fajny grzyb. Nawet przestronny – rzecze zaproszona. – Dbamy o niego. – A o porządek? – Też. – A w którym miejscu, że zapytam? – Im rzadziej sprzątamy, tym większa uciecha nasza z porządku. – A kiedy ostatnio? – Jeszcze wcale. Nie możemy przyzwyczajać się do radości. Bo spowszednieje. – Aha. Śnieżka biegnie zdyszana, siódmym zmysłem, wiedząc gdzie. Stoi przed chatką grzybową. Zagląda przez okno. Widzi Kuzynkę, jak wystaje z bałaganu. Jej oczy cieszy taki widok. Zbóje ją nie zjadły. Została przygarnięta przez rozkoszne maluchy. Stoją wokół niej. * Stara Jędza idzie przez las. Dźwiga koszyk z owocami. Ma uśpić Śnieżkę. Tak jest w scenariuszu powiedziane. Dyszy, jęczy i nosem kiwa na wszystkie strony. Nawet ptaszka strąciła, co usnął na niskiej gałęzi. Widzi Wielkiego Prawdziwka. Jest blisko. Co raz bliżej. Puk puk, puka do drzwi. Słyszy: – Wiemy, że to ty. Właź. Jędza wchodzi razem ze Śnieżką, co w takiej sytuacji pukać nie musiała. Kuzynka zauważa krewną i pragnie zwiać, lecz one we dwie w progu stoją. Słyszy słowa: – Przebacz mi te lustra. – Przebaczam. – No to fajnie. Wracamy. – Zjedz jabłuszko na drogę – mówi Jędza. – Umyj najpierw – krzyczą krasnale. – Dbaj o zdrowie. – E tam – rzecze Śnieżka. – I jabłko zjada. W tym momencie zaczyna się prawdziwy koszmar. Obżarta jabłkiem, wcale nie zasypia. Wręcz przeciwnie. Zaczyna szaleć. Krasnoludki swawolnie molestować. Tam dotknie, tam ściśnie, ale tylko przez chwilę. Biega po wszystkich możliwych kątach. Tłucze naczynia. Prostuje nos jędzowaty. Szarpie białe brody. Kłaki z nich wyrywa. Wrzeszczy, że lustra są cudowne. – Co ja narobiłam – tym razem wrzeszczy Jędza. – Pomylić jabłka musiałam. – O cholera! Kopnęła mnie w czułe miejsce. – Mnie też. Nawet dwa razy. – Zróbcie coś wreszcie – drze się Kuzynka. – Bo całego grzyba rozwali. – Właściwe jabłko musiałam zgubić w lesie. Krasnale, biegnijcie tam… a łaj dostałam… jak znajdziecie… a łaj znowu… to migiem z nim do mnie. Krasnalki wybiegają jak szalone, martwiąc się o domostwo swoje. Śnieżka tymczasem biegnie na piętro, skakać po łóżkach. Żadne nie ocaleje w całości. Wreszcie zasypia. Nie przez czary, ino ze zmęczenia. Grzyb nadal się chwieje z rozpędu. Po chwili nieruchomieje. Tak samo jak obrazek z portretem na ścianie. Przodek trzyma się ramy i wisi. Po chwili włazi z powrotem do obrazu i nieruchomieje. Chatka też. Nastaje złowieszcza cisza. – Gdzie się podziały maluchy – pyta Jędza Kuzynkę. – No właśnie. Długo nie przychodzą. – Wyjdźmy na podwórek. Zerknijmy. – Dobry pomysł. Wychodzą na zewnątrz. Krasnoludki śpią jak zabite. Aż im się brody unoszą od oddechu. Chrapią przeraźliwie na cały las. Bardziej odważne zwierzątka stoją wokół i ziewają. – O żeż w mordę – rzecze Jędza. – Ogryzka po gruszce. A byłam przekonana, że mam jabłko. Zeżarły i koniec. To jedyne wytłumaczenie. – Jedną gruszką się podzieliły? – nie wierzy Kuzynka. – Duża była. Mutant. Jak dynia. – Aha. To rzeczywiście mogły. Jak długo będą spać? – Aż ich Królewicz nie pocałuje. – Wszystkie musi? – Wszystkie. Każdą sztukę z osobna. – Będzie chciał? – Nie. – No to mamy problem. Nagle słyszą słowa: – Jaki tam problem. Pocałuje wszystkie, ale pod dwoma warunkami. Po pierwsze: żądam folię na każdą brodę, żeby się kłakami nie zadławił. Po drugie: tak normalnie jak w bajce było, chce rękę Śnieżki za żonę. – Tylko rękę? – pyta Jędza – Rzecz jasna, resztę też – odpowiada Królewicz. 7 x cmok… Krasnale się budzą. Tylko brody nadal śpią. Nagle słychać wołanie Jędzy: – Do mnie! Ale już! Maluchy dobre były i podzieliły się dynią… to znaczy: gruszką. Całość biegnie do wspomnianego miejsca. Patrzą i co widzą? Ano Jaś i Małgosia smacznie śpią. – Ależ Jędzo – rzecze wzruszony Królewicz – Ta urocza para, dzięki Tobie, do chatki Jagi Baby nie dotarła. Nie będą upieczeni. Życie im uratowałaś. Dobra z ciebie kobieta. – No coś Ty. Bez przesady. Chcesz mi etat w bajce zlikwidować? – rzecze Jędza. Mówiąc to oczka spuszcza zażenowana. Lecz nagle dochodzi do siebie – bo daleko nie ma - i wrzeszczy: – Kto pocałuje Małgosie? – My!!! - zawołały wszystkie Krasnoludki. – A Jasia? – Jasiu niech śpi. Co sobie będzie chłop żałował – powtórnie zakrzyknęli maluchy. – Ależ nie może tak spać na poszyciu leśnym. Wilka dostanie i zmarnieje od zimna. – Królewiczu, pocałuj go. Masz wprawę – kwili Kuzynka. Królewicz, jako że z niego uczynny człek, Jasia całuje. A obudzony za to go po buzi tłucze, ze wszystkich stron. Nawet zaczynają się szarpać, ale przerywa im wrzask Jędzy: – Wielki Prawdziwek podskakuje! Śnieżka wyspana! Zaczyna znowu szaleć! Wszyscy biegną jak stoją do chałupy. – Oj, oj, oj – płaczą Krasnoludki. – Co za bałagan. Nawet my to widzimy. Kto to posprząta? Wreszcie łapią wojującą. Wierci się wśród nich, a oni razem z nią na obrzeżach złapania. Podbiega Królewicz, by ją w usta pocałować i czar oddalić. Trudne to, gdyż cel nieustanie w innym miejscu śmiga. Tak bardzo głową obraca. Widzi jeno zarys latających ust. Nagle mu się udaje. Śnieżka jest spokojna. Tyle tylko, że Królewicz zaczyna szaleć. Na szczęście tylko chwilę. Lecz na tyle długo, że Jędzowaty nos prostuje. Widocznie czar był zmęczony. Teraz wszyscy leżą i dyszą obwicie. Słyszą, jak ktoś w kółko powtarza : – Nie chcę być za diabła pięknym łabędziem. Pragnę zostać szarym kaczątkiem. Idą w kierunku głosu. Przystają. Patrzą. – A tej co znowu? – pyta Kuzynka. – Zatruła się czymś. – Zostawmy ją. Jak dorośnie, to zmieni zdanie. – Ja bym nie zmieniła – rzekła Śnieżka. – Fajnie być taką szarą kulką. Wtem zauważają, że znajdują się w podłużnym, długaśnym wgłębieniu. Las i wszystko wokół, łącznie z nimi, zaczyna się po bokach podnosić. Ogromne ściany – mimo wszystko –wydają się przyjazne. Nie mają wrażenia, że zostaną życia pozbawieni, ale też nie wiedzą, co jest grane. Słyszą z wysoka donośny dziewczęcy głosik: – Mamusia każe mi przestać, bo się nie wyśpię. Jutro znowu was poczytam. A teraz do łóżeczek i spać. Zamykam książeczkę. – Tylko nie spać!!! – zakrzyknęli w ostatniej chwili przed zamknięciem.
  11. dzisiaj babcia klozetowa siedzi jak nieżywa z racji tego że jej mężuś w kanalizie pływa tyle razy mu prawiła tyś skarbie malutki nie zaglądaj do muszelki bo chlupniesz a juści dziadek jednak był odważny miał gdzieś babci słówka plajtnął mlasknął i poplumplał jak zwyczajna kluska wnet popłynął do krainy rozmymłanej lepkiej fuj za bardzo mu tu śmierdzi więc raz po raz stęknie trochę wdowa w papier z rolki łezki swe wysącza czy mój luby jeszcze kiedyś ujrzy tarczę słońca przyjechały szamodżety każdy z wężem wielkim chlupły rury prosto w dziurę trafiły na szelki a w tych szelkach inne ciało żwawo mazią rusza nie jednemu dziś dziadkowi chciało się wysiusiać babcia wrzeszczy wyciągajcie tego co mi trzeba bo tęsknota mnie zalewa jak jasna cholera ale wszystko głośno dudni zagłuszając strasznie wyciągnięto wnet nie tego ma na babcię chrapkę jest nieduży lecz przystojny ma nosek lubieżny takaś piękna i powabna coś mi się tam pręży spadaj żwawo gówniarzyku fuj nieziemsko cuchniesz precz ode mnie bo wyciorem za chwilę cię stuknę obcy dziadek napalony sztyftuje się żwawo wnet wyciera wiotkie członki nawet dupcię bladą ale babcia zdradzać nie chce zdrowie już nie tęgie amant nadal ją rozbiera swoim wzrokiem wszędzie gawiedź wokół też spoziera na widoczki cudne starsza pani jest zgorszona toż to przecie burdel słońce patrzy ogłupiałe na te ludzkie plemię wnet księżycem się zasłania lepsze jest zaćmienie trochę ciemno się zrobiło nawet ciut złowieszczo babcia jednak się nie trwoży do męża jest spieszno nagle słychać gulgotanie coś się wierci w rurze męża żona wnet ujrzała jego wygląd tudzież patrzy bystro i dokładnie widząc go w gówienkach oj biadoli ona srodze i ze zgrozy stęka mój ty skarbie żono złota jestem twoim mężem jam jest mały ale sprawny gdy trzeba się sprężę do sadzawki ja pobiegnę odzienie swe zdejmę na golasa się wymoczę by pachnieć ci wiernie mam nadzieję że w tej toni ryba nie ma ząbków bo by mogła mi coś odgryźć w chuciowym zakątku może nawet dezodorant kupię gdzieś ja prędko od małego ciało psikam niezbyt jednak często babcia stoi wciąż się boczy lico swe odwraca wariat wszak mi nie potrzebny na me stare lata dziadek widząc odtrącenie zanurkował z fajką i wypłynął gdzieś na morzu mieszka tam z rusałką
  12. @Franek K Franek K→Dzięki:)→Faktycznie trochę zgrzyta. Pająk jest metaforą, ale średniówkę poprawiłem→5/5:) Pozdrawiam:)dd
  13. Doznaje przebudzenia, lecz nadal odczuwam nie wesołe symptomy strasznego snu. Czcigodne stopy obcięto laubzegą. W tym problem, że moje. Na dodatek szajsem z przeceny bez trzech zasadniczych zębów. Przez to operacja trwała długo i boleśnie, a ja kwiczałem na całe łóżko, niczym zarzynane cokolwiek. Haczyło paskudnie, gdy rzępolił po piszczelach. A zatem logistycznie, istne dno. Najgorsze, że obcięto i wyrzucono na hałdę śmieci, razem z nowymi butami, na które ciułałem przez całe życie. Ileż to razy musiałem wtykać różowej śwince, prosto w wąską dziurkę? Skąd mam wiedzieć? Nie pamiętam z tej całej zgryzoty. Aż wreszcie nazbierałem. I co? I gówno! Nie mam stóp. A pościel pobrudzona skrzepłą zerówą. Dobrze, że to tylko sen. Leżę na łóżku i dyszę ze szczęścia. Chociaż noc i powinienem spać. Mam całe i zdrowe. Buty stoją cichutko przy prosiaku. Pilnuje, żeby nie odeszły zakochane w szewcu. Żebym znowu nie musiał płakać cichutko, prosto w jaśka pod głową. Szarpał mnie za czuprynę guzikami od poduszki. To w sumie dobrze. Przerwał rżnięty sen. A może jemu też obcinano rogi? Wtem słyszę plaśnięcie. Na ścianie, blisko sufitu, dostrzegam rozpaćkane jajo. Nie wiem kto rzucił i skąd. Z maśtyki powstaje kurczątko o stu nogach. Pierwszy raz widzę takie dziwo, w międzyczasie licząc. Ptaszek bębni w skorupki, jakby do wojny szykował lot. Faktycznie leci, ale prosto na mnie. Wlatuje pod kołdrę i po chwili wylatuje, uderzając o portret pradziadka. Kurczę spada na podłogę z martwicą mózgu, bo nadziane na fajkę. Odchylam narzutę i sapię z ulgą. Mieszek cały. Krewny co wisi też sapie, bo wnerwiony. Wyłazi z obrazu. Idzie w moim kierunku, grożąc laską z truchłem ptaka na końcu. Sięgam po rozpuszczalnik i pradziadka dosadnie rozcieńczam. Stary pryk mimo wszystko, wskakuje raźnie na godne miejsce, kołysząc obrazem. Rodzinny członek między ramkami, dla zachowania pozorów. Nagle słyszę skrzypienie. Przecież wczoraj zawiasy smalcem smarowałem, jedząc suchą pajdę chleba. Spoglądam na uchylone drzwi. Zaspanym oczom nie wierzę. Przylepiona jest do nich paskudna zjawa. Dynda jak ryba na haku i skrzypiąco narzeka. Drzwi też skrzypią, lecz nie marudzą. – Miałam cię straszyć. Wyrobić normę. I dupa z tego. Drzwi mnie przylgnęły. Co mam biedna począć? – Byle nie drugą taką samą – dopowiadam pospiesznie. – Co? Mniejsza z tym. Wielkie Straszydło da mi po premii. Poradź coś. Proszę! Wychodzę z wyra. Podchodzę do zjawy. Rzeczywiście. Koszmarny balsam na oczy. Włosy w nieładzie, a okulary odgryzają ucho. Mówię do niej czule, głaszcząc po twardych kłakach: – Chcesz, to cię pobujam na tych drzwiach. Fajnie pojeździć w te i wewte. Zawrotu głowy dostaniesz. O troskach zapomnisz – Ale ja nie mam całej głowy. – Fakt. No cóż. Zapomnisz połową. Zaczynam ją bujać, lecz nagle niewdzięczna mara, mająca w cuchnącym oddechu moje litościwe serce, roztwiera paszczę i rzuca zębami prosto w twarz, której jestem właścicielem. Żółte, krwawe siekacze dzwonią niczym dzwoneczki na saneczkach, bo rozwarłem gębę ze zdziwienia. Myślałem, że będzie wdzięczna za bujanie. Ale gdzie tam. Nie chce wredna stracić wypłaty. Stroszy groźnie wąsy i pypcie na wardze. A na każdym z nich kropelka cuchnącej mazi. Dosyć mam tego. Trzaskam drzwiami odwrotne, rozmazując zjawę na ścianie. Spływa z niej i nadal zawodzi, jaka to biedna i niezrozumiana. Lecz mimo że płaska, to nadal żywotna. Ciekawe czym zawodzi skoro jej szczękę nadepnąłem, aż donośnie chrupnęło. Kilka zębów wyleciało spod podeszwy, niczym z procy. Poleciało na tapczan na którym przed chwilą leżałem. A teraz leżą zwłoki. Nagle i niespodziewanie zęby zyskały i zaczynają gaworzyć. Masz ci los. Takie w połowie żywe. Wnerwia mnie to. Co dopiero wczoraj nową pościel zaścieliłem. I już pobrudzona niekompletnym ciałem. Mówię bardzo grzecznie: – Proszę mi się tutaj nie rozkładać. To mój tapczan na którym śpię. – Jakoś tego nie widać – odpowiada trup. – Proszę mnie nie wnerwiać, bo postraszę bardziej. Dotarło? – Spadaj z tego wyra i to bez żadnej zwłoki! Nie zastraszysz takim wyglądem. Mam w rodzinie żywych krewnych, którzy wyglądają gorzej. Słyszę jak coś kapie. To pewnie z ciebie. No oczywiście! Jakieś żółtawe obrzydlistwo. Na świeżo umytą podłogę. A sio mi stąd. – To żadne obrzydlistwo. Wypraszam sobie. Mam katar sienny. Leci mi z nosa. Masz może chusteczkę haftowaną, co ma cztery rogi? Ach te lata dziecięce. Wyobraź sobie, że pewnego razu, gdy jeszcze byłam małą dziewczynką... – To ty jesteś kobietą? – A co? Nie widać? – Nie. Znaki rozpoznawcze zgniły. – Ojej! Niech spojrzę. Faktycznie. Ale chusteczkę możesz dać. – Ja ci dam chusteczkę. Lepiej zakryj plamy pośmiertne. Wyglądają gorzej niż jeleń na rykowisku. – Spadaj z moich plam. Sam jesteś jeleń. Widziałam… i też masz plamy, palancie! A będą gorsze. Prędzej czy później włożą cię do trumienki. – Sama jesteś trup miękki. – Powiedziałam: do trumienki. – Akurat! Spłonę i już. – Ojejku! Wrażliwy przyszły popiołek. Zaraz łezkę uronię. Cholera jasna, znowu z nosa cieknie. – A to ciekawe. Ty nie masz nosa. Jakieś strzępy. Chociaż właściwie lepiej nie wstawaj. Z lekka falujesz. Zapewne na połaciach białych robali. Gdy wstaniesz, to wyskoczą. Do diabła, przyciskaj! Obłażą mnie! –Ty lepiej tyle nie pierdziel, tylko spójrz za siebie. Spoglądam za siebie. Szczątki zjawy uciekają na podłodze, przed szkieletem kota. Goni ją po całym pokoju. Dzwoni przy tym przeraźliwie, bo kości luźne , a przez to dźwięczne. Na dodatek tak samo jak zwłoki, przecieka niemiłosiernie. Chyba też zakatarzony. Taki biało czerwony. Ani trochę mięsa, nawet wąsów. Prześladowca też ma problem. Ściga go stado szczurów. Zyskują przewagę, gdyż do połowy same gnaty, ale od połowy zdrowe ciało. Tam gdzie pysk i ostre zęby. Otaczają zjawę i kota. Całe mieszkanie jest zapaskudzone nie wiadomo czym. Kot staje słupka, wyrywa swój piszczel z piersi i wtłacza w oko szczurowi. Ten skrzeczy, ale nadal atakuje. Trup na tapczanie coraz bardziej wstaje. Jest w wielkim strachu, że go śmierć dopadnie. Zjawa wskakuje na sufit. Niestety, pająki zaczynają atakować. Nie takie zwykłe. Mają włochate kółka zamiast nóżek. Zaiwaniają po suficie tak szybko, że widzą tylne plecy, swoich własnych części napędzających. Kot nadal biega po mieszkaniu. Szczury dopadają trupa. Ten zdejmuje czaszkę i wali gdzie popadnie, nie widząc w co. A mnie obłażą robale. Mam wrażenie, że jestem w płaszczyku z wilgotnych obleśnych klusek. Jakby tego było mało, słyszę pukanie do drzwi. Na dodatek przez: ó zamknięte. Dlatego nie wiem, czy otworzyć. Może to proroctwo jakieś. Właśnie teraz, kiedy mam znamienitych gości. Jednak otwieram. W progu stoi sąsiad. – Witam sąsiada – rzecze uprzejmie. – Franię przyniosłem. Naprawiona jak obiecałem. – Widzę. – Fajny szlafrok. Taki… pulsujący… jakby żywy. A które z nich to guziki? Nie jarzę. – Co?… taa… Akurat teraz. Mam trochę zamieszania w pieleszach domowych. – Faktycznie… ale naprawdę działa. Proszę chociaż odebrać i podziękować. – A co tam stuka w środku? – Gdzie? Kładę rękę do pralki. Wyciągam głowę jego żony. Gada coś, ale nie rozumiem co. –Głowy twojej starej nie potrzebuję. Z resztą… kto wie. – No wiesz. Ona tak często... kładzie głowę do bębna pralki automatycznej, gdy chce włosy umyć. Widocznie przez pomyłkę wrzuciła do frani. Ja tylko program nastawiam i sobie idę. Wnerwia mnie stukanie. – Ciekawe jak tułów do głowy trafia po wszystkiemu? Przecież nie widzi gdzie idzie. – Ale głowa w pralce tak. To znaczy… w automacie. Krzyczy zza szyby: jestem tutaj kochanie!! W ten sposób naprowadza resztę ciała, by mogło zadokować. – Aha… rozumiem. A teraz już idź. Widzisz sam, co tu za plecami mam. – Nie bardzo, bo zasłaniasz. Może w czymś pomóc? – Mało mi szkarad po pokoju biega. Jeszcze twoja gęba potrzebna. Spadaj i dzięki za pralkę. Sąsiad bierze pod pachę głowę, dyndającym kawałkiem krwawego kręgosłupa i wychodzi. Prawie by upadł na mokrym, ale nie. Idzie dalej. Chyba trochę zamroczony moim zachowaniem, bo nie zauważył, że mu pająk ucho obżera do gołego ślimaka, a kółka włosów szukają. Widzę, że: trup, zjawa, szczur, kot i pająki, są w jednej kupie. Wstawiam czajnik z wodą. Mam przerwę na kawę. Nie będą zawadzać. Siedzę i czekam. Jutro posprzątam. Teraz nie ma sensu. Bo za chwilę i tak nabałaganią. Pada śnieg? Nie, to skorupki od jajek lecą z sufitu… a po prawdzie, maciupeńkie czaszki. Podskakują na wolnych przestrzeniach podłogi. Będą fajnie chrupolić pod butami. Zalewam wrzątkiem kawę. Woda wytryskuje na zewnątrz, przybierając kształt gorących dłoni. Tulą moją twarz, szemrząc czule: a ti ti, pysiaczku. Biegnę pod kran, żeby na skórze bąbelki nie wyrosły. Najpierw leci zwykła woda, ale za chwilę stado ostrych igieł. Zamykam odruchowo oczy. Czuję jak włażą w skórę. Zaczynam wyciągać, bo koniec ataku. Wiele mnie okrążyło. Są teraz w tylnej części. Na wszelki wypadek nie będę siadać. Igły trudno wyjąć, razem ze skrawkami ciała. Nie spoglądam do lustra. Roztrzaskane doszczętnie. Szczur ogonem zahaczył. Resztę nadal goni szkielet kota. Znowu bałaganią. Trup prawie cały rozłożony. Śmierdzi dosłownie wszędzie. Podnosi smutno skrawki czegoś i wyciera pozostałość nosa. Otwieram okna. Aż dziw, że jeszcze żyję. Ale przynajmniej jest wesoło. Przez okno wlatują krasnoludki mutanty, na latających grzybach odrzutowych. Wojujące szkraby, mają ostre zęby i dębowe maczugi. Na dodatek gwiżdżą melodię: „Hej ho, hej ho, do pracy by się szło”. Zakrwawione wystające kły, dźwigają skrawki wiewiórek a nawet resztki pana leśniczego. Te grubsze, obrośnięte mchem, są podobne do szmacianych piłeczek. Taka jedna zmierza w moim kierunku. Leci między piszczelami trupa, piszczelami kota, teraz szybuje między szprychami kółek wywracając pająka. W końcu ląduje na mojej głowie. Wyciąga wiertarkę akumulatorową i zaczyna przewiercać puszkę czaszkową. Biorę kurdupla ręką i duszę nogą, rozgniatając na miazgę razem z grzybem. Biorę stopę precz dopiero wtedy, gdy przestaje gwizdać. Inne zaczynają mnie omijać. Atakują kota i szczątki zjawy. Kot nadal biega, ale zupełnie oddzielnie. Zwłoki nie biorą udziału w zabawie. Nie mają czym. Nagle trącam pana kominiarza, który akurat wszedł przez okno. Zawsze mnie odwiedza, gdy czyści kominy. Krasnoludki go dopadają. Szczury też. Po chwili zostaje szczypta sadzy i żelazna kula. Chwytam kulę i zaczynam nią wywijać na wszystkie strony. Najpierw trafiam w biednego kota. W pierwszą część biegającą zaś w drugą. Zostaje z niego miał kostny. Następnie tłukę wszystkie krasnoludki. Tylko białe plamy po muchomorach zostają. Szczury też miażdżę. Zjawę rozrywam na wszystkie strony. Obleśne zwłoki roznoszę na butach po całym mieszkaniu. Biorę ścierkę i wykręcam do kilku wiader. Ino kości zgarniam na kupkę. Do wyschnięcia. Może wystrugam jakiś wariatów. Będzie mi weselej z bratnimi duszami. Muszę znowu pościel wyprać. Ale najpierw sprawdzę, czy w pralce nie ma głowy sąsiadki. Słyszę pukanie do drzwi. Tym razem przez: u otwarte. Otwieram bez namysłu. W progu stoi on. Zapalony wędkarz. – Witam sąsiada. Tak coś czułem, że mnie poratujesz. Biegnę po wodę i najpierw gaszę pożar. – A niby czym, drogi sąsiedzie? – pytam ugaszonego. – Dużą ilością przynęty. – Ach… to. Zgarnij ze mnie do wiaderka. – Cholera zapomniałem. – Czego? – Wiaderka. Idę ostrożnie w głąb pokoju. Odcinam piłką do metalu i po chwili wracam. – Masz. Nagarnij w to. – A co to? – Menażka. – Ale to mi wygląda na… – Jemu już nie potrzebna. Sąsiad odchodzi. Po chwili znowu słyszę pukanie do drzwi. – Pożyczysz franie? Żona nie może włosów wyprać. Automat się zepsuł. – Zepsuł? Tak nagle? – Rodzina przyjechała. Wszyscy naraz chcieli umyć. Przeciążyli bęben. – Ale ty masz głowę na karku, cwaniaku! – Ja jestem łysy. Ojejku. Znowu to samo. Ze sufitu spada jajo. Dokładnie na głowę sąsiada. Jakieś takie gorące. Przepala czaszkę. Z dziury wychodzi oślizgła Obca. Mała, ale jara. Wcina kurczaka i między kęsami mówi wytarty banał: – Jestem Obca. Szykuj się na decydując starcie. – Ej – tonuję jej zapał. – Pan reżyser ma już dosyć dalszych części. Miej nad nim litość. – O kur… – Gdzie? Znowu pożar? – Walnę sobie jednego. W końcu jestem Obca. Przekonałeś mnie. No to pa. – Ty lepiej spojrzyj w głąb siebie. – Spojrzałam. – I co widzisz? – Głąb. – Właśnie. Wchodzi do czaszki i zamyka wieko. Po chwili słyszę zamknięte na głucho słowa: – Spozieram na ciebie oczami sąsiada. Może jednak w czymś pomóc? – Skąd się wziął kominiarz? To mnie najbardziej interesuje? – To jeden z obcych. Udawał tylko, że należy do Ziemskiej Spółdzielni Kominiarskiej. A tak faktycznie, to czyści czarne dziury w kosmosie. – Ach tak. A guzików mu nie wcięło? Nigdy? – Skąd mam to wiedzieć. Nie zaglądam poza horyzont zdarzeń. Zresztą struny zawadzają, a kwanty rozpraszają uwagę, bo są w dwóch miejscach naraz i przez to oczy się rozjeżdżają. Ale ze sąsiadem heca mi wyszła. Musisz przyznać. Metamorfoza doskonała. – A frania. – Franie przyniósł jeszcze sąsiad prawdziwy. – Pomału nie jarzę w tym wszystkim. – Spoko. Ja też… a tak a propos… chyba ktoś nam klamki zwędził i materace do ścian przykleił.
  14. @Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar→Dzięki:)→Nie zawsze piszę zrozumiale. Nawet dla siebie. A zatem tym bardziej mi miło:)↔Pozdrawiam:)
  15. uskrzydlij kamień by fruwać umiał wnet poszybuje gdzie czas zakręca a słowo punktu wszechświatem powie tak szczerze mówiąc nic nie pamiętam po cóż rozdrabniać to co scalone gdzie supernowa karłem się staje lecz w dziwnej strunie świat zawinięty i świadomości wielkie choć małe tu w ciągłym ruchu wszystko wiruje czas każdy inny szybkością zmiany człowiek się wierci w pajęczej sieci chociaż pająka nie wciąż kochamy tam na rozdrożu przeszłości przyszłej płoną przeróżne plany człowiecze a królik biegnie w chichocie losu za chwilę może nie być na świecie * zapytaj skałę co górę tworzy poza horyzont wszelakich pytań tam odpowiedzi śnią kołysane sensem nieznanym co wciąż rozkwita
  16. @Marek.zak1 Marek.zak1→Możesz nie uwierzyć, ale taka myśl mogła mnie napaść, w czasie pisania. Tzn... nie pamiętam którego z nas ? :))→Pozdrawiam:)
  17. @Maja Cyman Maja Cyman→Też tak myślę, że ślicznie. Chociaż zawsze, może być jeszcze śliczniej. Ale bez przesady, bo może być gorzej:))→Pozdrawiam:)
  18. na prawej szalce realne życie a na tej lewej marzę ja skrycie na pierwszej kamień durny przyciska kuźwa na drugiej całują pyska na tamtej wiążę koniec z początkiem a tu bogaczem jestem pod słońcem miłość do ludzi nagle zachwyca a na lustrzanej całkiem mi zwisa pierwsza tu widzę ludzi w potrzebie druga dostrzegam wyłącznie siebie na tej nie tłukę ludzi po twarzy a tu więzienie sąd się przydarzył nagle powtórnie widzę wartości żeby za chwilę zadrwić z miłości olśniewam bliźnich swoją dobrocią lecz myślę kiedy za to ozłocą przez pasy targam biedną staruszkę a tam bejzbola chowam pod łóżkiem znowu na prawej sądzę ja siebie na lewej gdzieś mam taką potrzebę tu dwulicowość radośnie kona a tutaj płaszczyk na dwóch ramionach prosto w oczęta mówić się boję poza plecami szambem przyzolę co z tego że wrednie tak szkaradnie można żyć fajnie na cudzym garbie znowu na prawej droga rodzina tu darcie kotów już się zaczyna sorry że świnią byłem to wiecie lecz drudzy cierpią za moje hece kali się cieszy bo capnął jemu kali wnerwiony ciekawe czemu * tak równowagą chwile kołyszą życie na jasno lub ciemno piszą w ludziach tak bywa dziwnie zmieszane złym i dobrym jest ziemi mieszkaniec na wahadełku ten homo sapiens jednych pogłaska drugich podrapie dzisiaj słoneczko świeci nam z nieba lecz cień człowieka tarczę przyćmiewa
  19. ≈<1>≈ Małpa wchodzi na drzewo wiedzy. W połowie wysokości, zyskuje pełną świadomość. Pragnie więcej. Wyjada z korony wszystkie rozumy. Po chwili wystaje ponad ostatnie gałęzie, by stwierdzić, że jest czubkiem. Drzewo znika. Małpa spada. ≈<2>≈ Kukułka pragnie być inną. Wyprzedzić swoją epokę. Być nawet niezrozumiałą dla współczesnych. Nie podrzuca jajek do obcych gniazd. Wychowuje swoje dzieci, darząc miłością. Gdy odpowiednio podrastają, zadziobują matkę na śmierć. Wstydzą się odmieńca. ≈<3>≈ Podczas audiencji u króla, stańczyk rzecze: – Mój najjaśniejszy pan, strasznie zaniemógł w chorobie. – No co ty błaźnie gadasz –– mówi wesoło król. – Spójrzcie o smutno zgromadzeni. Korona wirusa, błyszczy złowieszczo. Przebiła sklepienie najjaśniejszej czaszki. ≈<4>≈ Umiłowane dziecko wchodzi do kuchni. Na podłodze kwili cała chmara, małych pociesznych diabełków. Są związane w pęczki. Obok leży laubzega. – Mamo, po diabła nam one? – Będą kopytka na obiad. Te co lubisz najbardziej. ≈<5>≈ Podajemy komunikat. Proszę zachować spokój. To tylko turbulencje – To dlaczego coś z zewnątrz nas obserwuje? Podajemy komunikat. Właśnie przelatujemy nad wyspą Czaszki. Złapał nas King Kong. To znany żartowniś. Za chwile powinien puścić. ≈<6>≈ Matka z synkiem spacerują w lesie. Słyszą uroczy szum rzeki, nad którą zwisają solidne gałęzie. Nagle widzą płynące zwłoki. Dziecko rzecze radośnie: – Mamo! To tak jak mnie uczyłaś. Co ma płynąć, nie powisi. ≈<7>≈ Chłopiec jest paskudnie poobijany. Podchodzi starsza kobieta. – Dziecko biedne. Skąd te siniaki? – Mama mi kazała wyrzucić paskudny bumerang, ale on… – A łaj –– wrzasnęła kobieta. – Niech pani lepiej stąd idzie. Będę próbował do skutku. ≈<8>≈ – Kochanie spójrz! Ta zgrabna, młoda, ładna sąsiadka, biega goła po balkonie. – Takim małym? – Takim małym. Dlatego tak zerkam, by widzieć jak sobie radzi. – Hmm… a na innym biega starsza babcia. Też goła. – Wierzę. ≈<9>≈ Ale tyś żółta, cytryno – powiedziała czerwona ze złości marchew. Tak, tak – dodała zzieleniała, też ze złości, nać pietruszki. A ty pyra, czemu nie wyzywasz? Ona spoczęła na laurach –– ledwo wydyszały, przygniecione liście bobkowe. ≈<10>≈ Na pustym stadionie stoi człowiek i czegoś szuka. Podchodzi drugi i pyta ciekawie: – Czego facet szukasz? – Zgubiłem puste miejsce. – Zgubiłeś co? Przecież masz wokół, pustki od cholery. – Dlatego tak mi trudno odnaleźć moją. ≈<11>≈ Dzisiaj mam problem. Niby go widzę, a niby nie. Przyznam, że sytuacja dziwna. W końcu to mój najlepszy przyjaciel. Głupio mi, ale delikatnie pytam: – Mów do cholery, gdzie jesteś? – Jestem zamknięty w sobie. ≈<12>≈ Na podwórku został zmiażdżony pies. A było to tak. Gospodarzowi przywieziono omyłkowo, przyczepę kamieni. Obdarowany wrzasnął zatrwożony, gdy ujrzał prezent nie dla niego. – Ludzie! Czy was zupełnie porąbało. Psu na budę to potrzebne. ≈<13>≈ Modlił się żarliwie: – Panie Boże, czy mógłbyś osłodzić moje życie. Błagam. Takie jest gorzkie. Prośba została wysłuchana. Lecz człowiekowi było mało. – Czy mógłbyś jeszcze bardziej osłodzić? Proszę. Znaleziono go martwego. Utopionego w miodzie. ≈<14>≈ Budzi go wnerwione tykanie. Zegar wyznaje, że czas go dręczy. Właściciel zanosi biedaka do zegarmistrza. Ten wysysa czas i wypluwa do śmieci. Wyssany umiera. Stracił to, co stanowiło jego istotę. Jest zwykłym mechanizmem. ≈<15>≈ Pewnemu nieznośnemu dziadkowi, co bliźnich gnębi, wypada sztuczna szczęka. Pech chce, że pies ją przegryza, a dziadek nagle umiera i zostaje wpiekłowzięty. Tam jest płacz i zgrzytanie… owszem, tak… ale nie dotyczy dziadka. ≈<16>≈ Garnek o zardzewiałych uszach, lecz dobrodusznym wnętrzu, zobaczył kiedyś durszlak. – Jakiś ty biedny, durszlaku. Cały podziurawiony. Po chwili wszystkie dziurki pozatykał czymkolwiek. W nocy przyśnił mu się niedźwiedź. Do dzisiaj nie wie dlaczego. ≈<17>≈ Mała smutna dziewczynka, stoi przy grobie matki ze swoim tatą. W końcu nie wytrzymuje i mówi: – Mamo, tyle razy powtarzałaś, że jestem twoim aniołkiem. To dlaczego nie zabrałaś mnie ze sobą do nieba? ≈<18>≈ Postanawia, że będzie skrupulatnie wypełniać dziesięć przykazań. O niczym innym nie myśli. Chce wypełnić, co postanowił. Spożywa mało posiłków. Ciało słabnie szybko. Chudnie bardzo. Niestety. Przez swoją obsesje, przeoczył jedno przykazanie: nie zabijaj. ≈<19>≈ W piekarni, ciepłej i przytulnej, przeważnie zapach chleba odwiedza nosy piekarzy. Dzisiaj czuć inny zapach. Pieczonego mięsa. Wydostaje się z gorących pieców. Miał biedak pecha. Wnerwił paskudnie kolegów, gdy akurat byli bardzo głodni. ≈<20>≈ Rolnik przy nadziei, że mu unia dopomoże w potrzebie, występuje o wspomożenie. Ale masz ci los. Dociekliwy urzędnik, chce wiedzieć dosłownie wszystko. Pyta ciekawie: – A co wy będziecie na tym polu uprawiać? – Seks. ≈<21>≈ Jedno z mieszkań. Ktoś podskakuje niecierpliwie i w końcu pyta: – Kochanie! Kiedy wreszcie wyjdziesz z ubikacji, bo mnie się chce. – Skoro się tobie chce, to chodź biegusiem do mnie. Majtki mam już spuszczone.
  20. ratuj obraz nim lustro rozbijesz czeka na ciebie w srebrnej kołysce złapałeś skrzydła co już zgubiłeś znowu szybujesz nad łąki czyste weź pustą kartkę choć krawędź rani białym wilgotnym pomaluj śniegiem zauroczona złudnym kolorem w nieświadomości rozmoczy siebie w zaciszu klucza nuty się budzą wśród wielu oktaw były uśpione znów się narodzą orkiestra zagra w błękitnej sali nową symfonię
  21. @Jacek_K Dzięki:))→Piszę tak jak lubię. A że czasami dziwnie? No cóż... każdy pisze dziwnie na swój sposób. Np→Szczerze mówiąc→ma większą moc, bo wyraz najważniejszy jest na początku. A w tym przypadku chodziło o→szczerość. Często jest tak, że najbardziej nam się podoba u innych styl, w jakim sami piszemy. A tak w ogóle wszystko sprowadza się do banału→nie ładne to co ładne, tylko to co mi się podoba:)) Pozdrawiam:)) @Sturfan Abnol Dzięki:)↔A ja takie widziałem. I na żywo i w czasie snu:))→To metafora jeno:)) Pozdrawiam:)
  22. @Waldemar_Talar_Talar Dzięki:)→To dawny wiersz:)↔Pozdrawiam:) @Moondog91 Dzięki:)↔Różne pisanie me:)↔Pozdrawiam:) @Marek.zak1 Dzięki:)↔Różne są psychiki ludzkie:)↔Pozdrawiam:) @Jacek_Suchowicz Dzięki:)↔Dziwne są czasem ścieżki człowiecze:)↔Pozdrawiam:) @Marcin Krzysica Dzięki:)→W sumie myślę podobnie jak napisałeś. Tylko czasami idę za bardzo na skróty. Najważniejsze, to mieć dystans do samego siebie. Ne zatracić się w swojej ''jedynej słusznej sprawie" Pozdrawiam:)
  23. co to jest szczęście zadaję pytanie czy wtedy gdy ciemność spływa z mej duszy może gdy szare poranka świtanie cierpienie dniem jasnym pragnie zagłuszyć krzywdę nam miłą w której to umysł znalazłszy wytchnienie by radość osiągnąć zabija niewinność zohydza miłość zawiścią się karmi sercu nie obcą co chce osiągnąć na szczeblu wysokim malutki człowiek w hierarchii świata niszczy miłuje kocha i gardzi błądzi w swej prawdzie i nie wybacza
  24. Dzisiaj znowu przeżywam to samo. Nic dziwnego. Specjalnie przyszedłem na cmentarz, żeby przezwyciężyć strach. Podobno to znakomita terapia. Najpierw uwierz w istnienie wroga, żebyś wiedział z czym walczysz. Dopóki nie uwierzysz, to na pewno go nie pokonasz. A zatem stoję między grobami i czekam. Przede mną widzę ponad dwumetrowy, prawie czarny pomnik, postaci w kapturze. Najbardziej widoczne są żółte oczy. Wiem, że to jeden z ładniejszych widoków, jakie dane mi widzieć, zanim się wszystko zacznie. To znaczy jak zwykle. Szóstego dnia miesiąca, sześć minut po osiemnastej. Zaczynają zazwyczaj bardzo spokojnie. Niczym muśnięcie motylich skrzydeł. Tyle, że czarnych ze srebrnymi obwódkami. Snują się nisko nad ziemią, czarne niekształtne plamy, popierdzielonych myśli. Wiem, że to one. Moje spłaszczone ego. Nie całe. Mam w środku jeszcze białe, ale one nie wyłażą na zewnątrz. Nie chcą być pobrudzone. A przecież najlepiej żeby wreszcie ze mnie wyszły. Zaczęły walczyć jak równy z równym. Czuję je w sobie odczuwając ich lęk. Zawsze tak samo. Może dzisiaj będzie inaczej. Żebym chociaż zobaczył szarość. Te ciemne wyłażą z mojej głowy. Z oczu, z nosa, z uszu. Suną na dół, snując się wokół dolnej części spoconego z obrzydzenia: ciała. Póki co są bardzo spokojne. Ocierają się o nogi, niczym czarne rozpłaszczone koty. Tyle tylko, że nie miauczą. Ale z każdą chwilą stają się coraz bardziej agresywne. Nie mogę ich w żaden sposób zniszczyć, lub nawet złagodzić cierpienie. A uciekać nie chcę. Podejmują tak jak zawsze, frontalny atak. Mam wrażenie, że stoję w czarnej wrzącej rzece. Zadają rany, chociaż nie widzę żadnej krwi. To raczej oddzielne skrawki umysłu odczuwają ból. Aż się dziwię, że nie wirują wokół szarych fałd, schowanych pod sklepieniem z twardej kości. Dlaczego wybrały właśnie te długaśne, zakręcone u dołu kolumny, w zabłoconych butach? Zawsze tak samo. Powtarzają to jak mantrę. Widocznie nie wszystkie ich zamiary są mi znane. Paskudne płaskie, ciemne, prześwitujące plamy. Widzę przez nie chodnik. W tej właśnie chwili, rozpoczyna się to, co mnie najbardziej przeraża, chociaż przeżywałem to już tyle razy. Nie odczuwam zdziwienia. Wiem co za chwilę nastąpi i nie mogę tego zmienić. Są niezniszczalne, uparcie powtarzają ciągle to samo. Kształtują z samych siebie, to co zwykle. Stanowczo i dokładnie. Baz pośpiechu. Wiedzą, że nie ucieknę, bo za bardzo się boję i chce to przezwyciężyć. Lecz one w to nie wierzą. Jestem wewnątrz. Ściany uplecione, z zimnej wilgotnej czarnej koronki, cuchną niemiłosiernie moim strachem. Znajduję się wewnątrz kokonu z niby pajęczyny w kształcie trumny. Łażą po niej malutkie trupie czaszki na srebrnych włochatych nóżkach. W innej sytuacji, byłoby to nawet zabawne. Tyle razy je widziałem, że nie powinno to robić na mnie, żadnego wrażenia. Jednak teraz zaczyna być inaczej niż zazwyczaj, co jest dla mnie wielce niepokojące. Od teraz wiem, że nic nie wiem. To znaczy, co będzie za chwilę. Trumna jest coraz mniejsza. Zimne ścianki dotykają ciała. Mam wrażenie, że jestem nagi. Odczuwam cholerną klaustrofobię. Twarde czaszki wżerają się wszędzie, gdzie tylko mogą. W każdy zakamarek drgającego ciała. Przybywa coraz więcej. To tylko pokręcone urojenia. Tak myślałem jeszcze przed chwilą, ale teraz pewności nie mam… gdyż nie jest tak, jak być powinno. Czuję, że łażą pod skórą, chociaż wizualnie nie ma żadnych zmian. Odczuwam przemożną chęć wydostania się na zewnątrz, by głęboko odetchnąć, zaczerpnąć chociaż stęchłego powietrza, bo przecież innego w moim umyśle w tej chwili nie ma. Nic z tego. Im bardziej rozpycham wilgotne śmierdzące ściany, tym bardziej są bliżej mnie. Jestem jak ta mucha w pajęczynie. Nagle opieram plecy o koronkowe wnętrze trumny. Chce być jak najdalej, gdyż na przeciwległej ścianie, widzę przylepionego trupa. Wygląda jak płaski rozkładający się obraz. Bardzo cuchnie. Na domiar złego jego spleśniałe ciało jest prześwitujące. Zauważam przez wnętrzności, nagrobki na cmentarzu. A właściwie całe wnętrze jest półprzezroczyste. Wiem, że po drugiej stronie, czeka w miarę normalny, przyswajalny świat, jak na wyciągnięcie ręki… ale nie mogę go nawet dotknąć, nie mówiąc już o wydostaniu się na zewnątrz. W pierwszej chwili nie wiem, na co dokładnie patrzę. Dostrzegam jakieś białe plamy na cmentarzu. Dopiero po jakimś czasie uświadamiam sobie, że na każdym nagrobku, siedzi przykucnięta mała dziewczynka w białej sukience. W tym cały półmroku, wygląda to niesamowicie. Jakby całe rzędy białych kwiatków, na ciemnych nagrobkach. Nagle wszystkie w tym samym momencie kierują wzrok w moją stronę. Nie mają twarzy. Widzę tylko dwa żółtawe punkty zamiast oczu. Jednocześnie rozkładają delikatne ręce, które zamieniają się w skrzydła. Są białe, postrzępione i zakrwawione czernią. Wiele piór zlatuje na nagrobne płyty, jak białe żaglówki z wysokiej fali, wchłaniane wolniutko przez groby, niczym topniejące grudki zapomnianego śniegu. Mimo wszystko, dziewczynki wzbijają się w powietrze. Krążą dość wysoko, w poświacie srebrnej tarczy. Ich szare cienie, załamują się na pomnikach i nazwiskach pochowanych tu zmarłych. Nie wiem zupełnie, czy chcą mnie zniszczyć, czy pragną uratować. Drę się wniebogłosy, tak na wszelki wypadek. Co mnie może gorszego spotkać? Krążą coraz wyżej. Niektóre są widoczne na tle jasnego księżyca. Z jednych grobów wyślizgują się błękitne wstążki, a z innych szare. Tylko z nielicznych snują się do góry złotawe płomienie. Zauważają mnie. Zniżają lot. Słyszę zanikający szum skrzydeł. Lądują wokół trumny. Patrzą na mnie żółtymi oczami. Czuję ciepły oddech i widzę z bliska dziecięce twarze, ale nie mogę określić wyglądu. Jakbym nigdy w życiu takiego czegoś nie widział. Patrzę, ale mój mózg nie przemienia widoku w zrozumiały obraz. Zaczynam wierzyć, że mi pomogą, chociaż sam już nie wiem, w co wierzę tak naprawdę. Trumna jest nadal wokół mnie, ale chociaż obraz rozkładających się zwłok zniknął. Na jego miejscu jest złotawa poświata. Widzę białe plamy snujące się po ścianach. Może wreszcie ze mnie wyszły i zaczęły walczyć. A one widząc, że sam sobie pomagam, przyfrunęły, by pomóc mnie. Nie mam bladego pojęcia, co to ma wszystko znaczyć. Dziewczynki delikatnymi skrzydłami, otaczają więzienie. Jasne cząstki, łączą się z nimi. Wszystko zaczyna skwierczeć i dymić. Jakby jedno do drugiego zupełnie nie pasowało, chociaż całość znajduje się w wiadomym miejscu. Tak naprawdę nie wiem, czy chcą mnie dorwać, by ocalić, czy wręcz przeciwnie… pragną zniszczyć ziemską skorupę, w której miota się umysł jak szczur w klatce, w którym ściany są tak blisko, a jednocześnie tak daleko, chociaż na horyzoncie widać zarys drzwi, do których dawno zgubiłem klucz. Podejmuję ryzyko. Nic więcej nie mogę uczynić. Czekam. Nagle zupełnie niespodziewanie trumienny kokon znika. Dziewczynki też. Jestem sam na cmentarzu i nie wiem co się stało. Pod moimi stopami szybuje biały motyl.
  25. ॽഠഭരłಲറƙ౹ ൰ଧജąഭഴഭ৸ ഭജąട੮૯ƙ Niewola. Trzymam nóż. Błyszczące ostrze czeka na spełnienie. Wbijam głęboko. Najgłębiej. Słyszę jęk zranionego. Czerwone kropelki rosy, błyszczą zmęczoną szarością. Nie widzę blasku Słońca. O nie! Tylko nie to. Ono jest. Przyćmione. Przyczajone. Takie inne. Uciekam coraz szybciej. Wyrzucam nóż. Narzędzie zwątpienia. Wiruje przez chwile, zamieniając się w popiół. Zwęglone ciałka polnych myszy, kleją się do butów. Wciąż biegnę. Czy ty mnie widzisz? Nie pozwól na to. Proszę. Dlaczego każesz mi cierpieć? Czuję oddech słonecznej gardzieli. Potężny ryk, wiruje w głowie, jak stado zgłodniałych sępów. Pajęczyna. Jestem w pajęczynie ciepłych dźwięków. Ale zimnych. Szaleńczo zimnych. Lodowatych. Czerwone kropelki szarości, wznoszą się ku niebu. Chcę je złapać. Pochwycić. Uczepić się drobinek nadziei. Poszybować. Ulecieć razem z nimi. Owinąć zbawczym wiatrem. Nie mogę. Muszę biec. Właśnie tutaj. Przez łąkę niemożliwości. Dlaczego tak? Czy słyszysz moje błaganie? Biegnę. Uciekam się do Nich. Ono mnie dogania. Jest coraz bliżej. Ten złowieszczy żar kulistej fali. Nie oglądam się za siebie. Boję się tego widoku. Tego co zostało za mną. Widzę jego ogromny cień. Biegnę na nim. Drgającym. Ciemnym. Lecz on biegnie szybciej. Jestem małością. Szarą myszką. Wystraszonym pyłkiem popiołu. Wiem o tym. Teraz wiem. Dopadło mnie. Kłębowisko gorącej magmy, zasłania nicość. Unosi się nade mną. Chce mnie wchłonąć. Pożreć. Roztopić na gorące kawałeczki. Otwieram Parasol. Wiem, że go mam. Cały czas miałem. Za późno się pod nim chronię. Całe życie za późno. Gorący deszcz przepala płótno. Pocałunki wrzących cząstek, kleją się do mnie jak pijawki. Wysysają tożsamość z umysłu. Czuję zapach palonego mięsa. Widzę jasność jaśniejszą niż światło. Poświatę spowitą zwątpieniem. Brzeg tonący we mgle. Oddalam się. Lecę w dół porwany przez mrok Słyszę wycie głośniejsze niż wiatr. Ciemność ciemniejszą niż noc. Przeszłość. Teraz. Przyszłość bez przyszłości. Przegraną bez zwycięzcy. Ból. Płacz. Krzyk. Wszechobecny wrzask. Mój własny jęk. Wybacz. Moja wina. Uratuj mnie chociaż krwawisz. ••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••••• gramofon odtwarza ostatnią piosenkę stoi martwo i zdawać by się mogło że choć jest to jakby go nie było ulica szara pusta świeżo wymarła wilgotne chodniki kryją obrazy pod delikatnym całunem cienkiego lodu przezroczyste ślady przechodniów dawno posnęły na twardych poduszkach niebo świeci swoim czarnym blaskiem zasilane odwrotną stroną złotego księżyca zdechły szczur poruszany przez wiatr jakby żywy w ornamentach śmierci błyszczy nieruchomym okiem w którym odbija się zatrute ziarno cudowny zielony trawnik pieszczony światłem fałszywej latarni dźwiga na sobie roziskrzony kosz na śmieci wygląda słodko i uroczo ze swoim dobytkiem inne kosze puste samotne i opuszczone na same dno cierniowych wspomnień tylko są i nic ponadto gramofon wytwarza coraz więcej słodkich nut gęsta muzyka niczym syrop wypełnia wyobraźnie widzę ją na ulicy wchłania zdechłego szczura przerabia na owłosione ciastko z mięsnym lukrem cała ulica pokryta gęstą mazią zda się śpiewać o urodzinowym torcie z kawałkami ostrych kluczy za chwilę przyklei całe życie do obejrzenia słodką zimną mgłą zamrozi resztki pulsu umierającej nadziei wspominam placek z galaretką robili go dobrzy ludzie teraz ich nie ma nie ma kogokolwiek tylko wymarłe miasto widzę piasek przelatujący między palcami ślady zmarnowanych chwil dostrzegam odrobinę światła lecz gramofon odtwarza ostatnią piosenkę
×
×
  • Dodaj nową pozycję...