-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
@CafeLatte CafeLatte→Dzięki za wsparcie przed atakiem klonów:))
-
Cień Teatru
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_Suchowicz Jacek_Suchowicz→Dzięki:)→Ładny wiersz. W ten sam deseń. Mam świadomość nierównych średniówek, ale w życiu też nie zawsze idealnie:) Też czasami..."haczy" Pozdrawiam:) -
Gdy Zamilkną Dzwony
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Rastu Rastu→Bo Wiesz... tekst pisał bardziej dekaos. Muszę jeszcze raz przeczytać jako→dondi. To może wyłapię namiary:)) Dlatego mam tylko jeden niezmienny nick:) -
Gdy Zamilkną Dzwony
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Rastu Rastu→Dzięki:)→Napadły mnie wtedy dwa pierwsze zdania, a zaś, to już na bieżąco wymyślałem:) Zakończenie→też:)→Pozdrawiam:) -
słowa szeptane przez skazę tuby strzaskane nuty teatr zamknięty kurtyna stanęła w połowie drogi tu trochę sceny tam świat pogięty czasami deski trzeszczą i skrzypią lub biała myszka z dziurki spoziera spogląda na domek krągły i pusty w nim zapomniany beret suflera w miękkim kurzu jak czaszka szarym rekwizyty śpią jak w kołderce lecz niepotrzebne duchom aktorów przestało swą rolę grać w nich serce chociaż przez okna dzień się przeciska żeby rozświetlić zaułki wspomnień to stary szczur skrzywiony wiekiem myśli wśród bobków a co tu po mnie nad jasną widownią brzask nie potrzebny świeci pustkami aż blask szeleści woskowe świece w swych ciałach ukryły brzmienie ostatniej słyszanej tu pieśni są chwile że człowiek zlęknąć się musi jeżeli zostanie tu przez noc całą gdy z pustej widowni oklaski słychać trochę ich tutaj jeszcze zostało
-
Przeraźliwe dudniące dźwięki dzwonów, słychać z wierzchołka wysokiej góry. Po zboczu zjeżdżają tętniące zjawy karawanów, zaprzężonych do tysiąca galopujących nut. Ogromny, bogato zdobiony w czarno srebrne wstęgi klucz wiolinowy, szybuje przed nimi, otwierając niewidzialne drzwi do rozwścieczonych w swym pędzie, fałszywych dźwięków. Spod kopyt w kształcie odwróconych krzyży, wylatują błyszczące skrawki złotej rzeźby, układając się w to, co ma niebawem nastąpić. Niektóre zamieniają zieloną trawę, w połyskującą ciemność ostatecznej prawdy. Donośnie echo krąży po okolicznych wzniesieniach a nieboskłon drga nieustannie, pulsując nerwami przeznaczenia. Błękitno krwawa skóra bestii szykuje się do ataku. A słońce jest krwisto czerwone. Średnio wypieczony befsztyk o kształcie gorącego serca wiruje nieustannie, przepompowując wszystkie ludzkie poczynania. Zarówno te dobre jak i te złe. Wrzące krople kapią na ziemie. Palą, niszczą, burzą i dzielą cokolwiek jest połączone. Zwęglone, parujące ciała ptaków leżą na umęczonej ziemi. Nie zawiniły czemukolwiek, lecz ich lot został niespodziewanie przerwany. Wmanewrowany w cudze winy drapieżników. Skrzydła po raz ostatni wgryzły się między cząsteczki powietrza, by się z nimi pożegnać i już nigdy nie powrócić. Wiele otwartych okopconych dziobków, zastygło w ostatnim ćwierknięciu a setki pustych oczu wypłynęło wrzącym strumyczkiem. Zwęglone pierzaste ciała, przypominają rozłożysto-cuchnący kubeł na biologiczne odpadki. A ludzie muszą patrzeć w wielkie lustra, które się nagle ukazały i każdy bez wyjątku jest zdziwiony. Kołyszące się krwawe dzwony płoną nadal na szczycie góry a dźwięki rozcinają przestrzeń, ostrymi nożami zwątpienia i bezsilności. Zalatują spalenizną przypalonych nut, na ruszcie zwęglonej pięciolinii. Ludzie stoją póki co nienaruszeni, lecz sytuacja zmienia się radykalnie. Na części nieba ukazuje się ogromna podwieszona pajęczyna. Zwisa ciężko w kierunku ziemi, przygnieciona ciężarem much. Niektóre są jeszcze żywe, lecz z większości pozostały puste skorupy lub nawet tego nie ma. Chwaszczenie nad głowami przygnębia beznadzieją. Właśnie jeden owad pragnie się wydostać. Nic z tego. Oderwane ciężkie skrzydło koloru ołowiu, przygniata małą dziewczynkę. Słychać urwany jęk i donośny trzask miażdżonych kości. Część muchy zamienia się w cuchnącą rybę. Poprzez chmury prześwituje cień pająka. Nie rusza się. Jest najedzony. Chwilowo. Żadna mu już nie ucieknie. Może spokojnie odpoczywać i czekać aż zgłodnieje. Od czasu do czasu nisko nad ziemią, szybują prawie niewidoczne, bardzo wytrzymałe linki. Wielu ludzi jest przeciętych na pół. Nie zdążyli zajrzeć na stronę szaleństwa. Wiedzą co by tam zobaczyli. Swoją przyszłość. Bardzo bliską i niekoniecznie miłą. Jest na wyciągnięcie ręki, lecz ręce pozostają puste. Szczególnie te w odciętych tułowiach. Wtem ziemia drży w posadach, aż jedni na drugich się przewracają i już nie wiadomo, kto pod kim dołki kopał lub pod nim kopano. Góra unosi swoje ociężałe cielsko. Między podłożem a jej dnem pojawiają się kleiste kolumny, jakby ziemia nie chciała je wypuścić ze swoich szponów. W końcu pękają a z wnętrza wylatują: obleśne owłosione robaki: białe, czarne i szare. A pod teraz lżejszym kopcem wielka kałuża krwi się rozlewa, jakby olbrzymowi z palca popuściło, powiedzmy na oko: bulgocząca zerówa. Na szkarłatnym jeziorze w cieniu spodu góry, wyjące parodie bałwanów ze wściekłej piany, szarpią małe statki wystrugane z białych zgrzytających zębów, obleczone w udrękę: zdziwienia i niedowierzania. Niewielkie łódki utkane z rozwałkowanych ludzkich spojrzeń, wpływają do oczodołów czaszek zanurzonych w lepkiej wrzącej kipieli. Malutkie martwe źrenice w których odbija się ostateczne rozwiązanie, przed którym droga ucieczki została na wieki zablokowana. A ludzie stoją u podnóża góry i nie mają gdzie uciec, albowiem na złudzeniu horyzontu przepaść się wytworzyła, gdzie dno można dostrzec jedynie wtedy, gdy tam się wpada, lecz możliwość odbicia minęła raz na zawsze. Szalejąca wichura roznosi porywy na prawo i lewo, wszędzie tam gdzie dosięgają jej rozedrgane szpony. Tudzież grzmoty słychać zewsząd a i deszcz rzęsisty z gorejących popiołów pokrapia zamaszyście, robiąc ludzi ostatecznie na szaro. Błyskawice na wierzchołku góry przepalają swoimi zygzakami obejście dzwonów, czyniąc w nich głębokie dziury z których zielona posoka spływa po zboczu. Wijące ciało węża doświetla falujący blask czerni, płynący jak rzeka z fragmentu nieba, z której wystają szare, postrzępione kości i mlaskające części rozkładających się trupów. U podnóża góry wyrastają ciernie. Rosną bardzo szybko wspinając się w stronę płonących dzwonów. Oplatają je swoimi pnączami jak czułe ramiona pseudomatki, czyniąc na drżącym żelazie głębokie niewygodne bruzdy. Te jęcząc i zawodząc zakłócają jakość dźwięków, przez to dzwony zaczynają fałszować tak bardzo, że niektóre uszy od głów odpadają a biedne ślimaki nie mogąc się wydostać, złorzeczą, zawodzą i marudzą, wiercąc się w wnętrzu głowy. Niewinne ofiary winnych. Z góry zwisają strzępy błękitu. Farba odpadająca od sufitu już nigdy nie mających się spełnić marzeń. Niektóre spadają na ziemię a owe sufity są czasami bardzo nierówne. Parodia białych płatków śniegu, brudzi kolor nienawistną czernią. Po zboczu góry toczą się ogniste kamienie, lecz nie na wszystkich, jeno wybranych. Ranią boleśnie ciała oraz przypalają pozostałe członki, wyganiając na poniewierkę: skwierczące ścierwa zepsutych dusz. One zaś, szybują w kierunku dzwonów i płoną we wrzącym pulsującym dudnieniu. Ludzie mogą tylko patrzeć. Nic poza tym. Poza tym, zostało bezpowrotnie zaprzepaszczone, kiedy jeszcze można było coś; zmienić, naprawić, wybaczyć. Na tle czerwonego słońca powstaje symbol rozwidlenia dróg, bez żadnych drogowskazów. Przeminął czas dokonywania wyborów. Drogi różnią się od siebie a jednocześnie są: podobne. Każdy je dostrzega po swojemu i wie, którą ścieżką będzie musiał podążyć, czy to go cieszy czy przeraża. A wokół jest las. Z ciemnych rosochatych pni wypływa wrząca lawa, niczym mokre jelita z rozciętego brzucha. Snuje się wolno i metodycznie bulgocząc i mlaskając. Gorące bąble pykają fajkę śmierci. W ciemnych zakamarkach konarów, połyskują zawsze nienasycone: żółte ślepia duszojadów. Czekają na sygnał, by zaatakować. Spełnić swoje przeznaczenie. Nie wszystkie dusze poszybowały w zbawcze płomienie, by pocierpieć i się odrodzić kiedyś na nowo. Te spotka gorszy los. Gdy znikną w czeluściach owych bestii, to już nigdy stamtąd nie powrócą. Chociaż pewności nie ma. Tutaj nic nie jest pewne, chociaż wszystko nastąpi. Wtem nieboskłon z lekka jaśnieje i wyłania się wielka świetlista dłoń. Wyłapuje niektórych ludzi, wznosząc ich wysoko, poza granicę cierpienia i pojmowania. Wielu chce się tam dostać, ale chcenie nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba było pomyśleć o tej windzie wcześniej. W obecnej sytuacji można tylko czekać. Wielu już szybuje w kierunku: białych pierzastych baranków. Na ich śnieżnobiałych ciałach, widoczne są ślady krwi i drewniane drzazgi. A tam w dole: pożoga i zniszczenie, wielka góra, płonące dzwony, białe kości i grasujące, wiecznie głodne: duszojady. Coraz większe i większe. Dokładnie wiedzą co czynią. Małe dziecko rozpaczliwie płacząc, jest samotnie unoszone w bezkres nieba. Rodzice zostali na dole. Zdecydowali kiedyś o jego śmierci. Nie zna wszystkich docelowych planów oraz prawdziwych motywacji, jakie nimi kierowały. Nie osądza. Tutaj nie ma kamieni. Zadaje jedynie pytanie: czy mamusia i tatuś zostali na zawsze wyskrobani ze zbawienia? Nie słyszy odpowiedzi. Wie tylko, że będąc tu, w białej dłoni, jest gotowe na ponowne spotkanie i przebaczenie. Nagle wszelkie dźwięki milkną. Cisza jak śpiącym makiem zasiał. Robi się jasno i przyjemnie. Z wielkiego megafonu na szczycie góry słychać głos: Bardzo dziękujemy za udział w ćwiczeniach na wypadek: końca świata. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby doznania: wzrokowo - czuciowe, były jak najlepszej jakości i sprostały państwa oczekiwaniom. Pragniemy też nadmienić, że wszystko co państwo przeżyli, to jedynie nasza wersja wydarzeń, opracowana i przygotowana, przez najlepszych dostępnych specjalistów, pałających się tą niezbadaną wciąż dziedziną. Jeżeli ktoś się poczuł zawiedziony lub jego światopogląd został niezgodnie z wolą naruszony, to z góry najmocniej przepraszamy. Także za ewentualne: prawdziwe rany, które niestety miały miejsce. Bardzo nad tym ubolewamy i jest nam niezmiernie przykro. Do karetek należy się udać, zgodnie ze wskazaniami drogowskazów, których hologramy właśnie wyrastają jak grzyby po burzy. Opatrunki są gratis. Zapewne państwo nie pamiętają, że podpisali umowy, opiewające na określone kwoty do zapłacenia. Proszę się nie martwić. Każdy otrzyma fakturę z terminem płatności: czternastu dni. Za przekroczenie wspomnianego terminu zostaną naliczone odsetki. No cóż. Wierzymy, że wielu te ćwiczenia czegoś nauczyły, lecz żałujemy, że zapewne nie wszystkich. Dziękujemy za uwagę i życzymy miłego dnia. Kolekcja niepowtarzalnej biżuterii: "Koniec Świata Na Każdą Okazję'', dostępna u podnóża góry, po cenach promocyjnych. * – Zadzwoń, że byliśmy na imprezie i możemy się spóźnić. – Nie ma zasięgu.
-
Sorry→Podmieniłem tekst. rozlałeś myśli na taflę jeziora gdzie je teraz znajdziesz wszystko wymieszane twoje ja upływa szybciej niż zazwyczaj to co było znane woda w tajemnicy trzyma w głębi toni szara mgła kolorem zwabia ciebie nieustannie okrągłym zwierciadłem czas się krztusi łykiem twego ja płynnością wszystko co okryłeś zawiścią miłością tuli teraz całun cicho i spokojnie muska delikatnie ślady myśli twoich w kręgach zanurzone wciąż i nieprzerwanie migotliwe światło haczy się o trzciny ktoś rzucił kamieniem czyżby był bez winy .
-
1
-
Umarłaś nagle. Niespodziewanie. Wśród kwiatów pachnących porankiem i kryształowych kropel rosy. Promienie słońca żegnały twoją nieruchomą twarz, figlarnymi cieniami rozkołysanych gałęzi. Mój świat wtedy się skończył, gdy w naszym ogrodzie chciałem wierzyć, że to tylko zły sen. Przecież tak prawda może być tylko kłamstwem Wiesz co, będziesz mi się kojarzyć, z intensywnym zapachem bzu, którego czasami bardziej kochałaś ode mnie. W porządku, nie gniewam się przecież. Miałaś na sobie to co najbardziej lubiłaś. Przepraszam za skojarzenie, lecz wyglądałaś jak rajski ptak, co już nigdy nie wzbije się do lotu. Mam jednak nadzieję, że tobie się udało. Bo chociaż byłaś czasami męcząca, to sobie zasłużyłaś, by stać się białym motylem, że nasze rozstanie, tylko na chwilę. No nic. Wytrwam. Jakoś to przeżyję. Wierzę, że kiedyś z nieba mi powiesz, Nie martw się, jestem tutaj. W jeszcze piękniejszej sukience atramentowej.
-
To taki dialog z lekka rymowany. Lubię różnie wymyślać. →→→→→→→→→→→→→ Wiecie co? (nie wiemy). Czasem warto posłuchać Kukułki. Takiej z zegara. Gdy kuka. O północy mi wykukała, jak uwierzyć w ducha. Kuku – kuknęła. – Czas do cukierni się tobie wybierać. Jam na nią spojrzał jak sroka w świecidełko. – Ależ ptaszku. Świat otulony nocką ciemną. Kuku – kuknęła nastroszona. – Masz znajomego cukiernika. Otworzy. Głupka nie zgrywaj. Czas ci zmykać. Kup czekolady tabliczkę. Gdy wrócisz durniu, uwierzysz faktycznie. A zatem poszedłem. Wylazł z wyra. Z racji przyjaźni chyba. Poszliśmy. Wymarał co trzeba. A nawet za pół darmo sprzedał. Znowu jestem w domku. Kukułka wylazła. Uśmiech dzioba widzę. Za chwilę kuka od początku. Jak to ona. Nakręcona. – Kuku! Odwiń sreberko. Zjedz kawałek czekolady. Tylko mi tutaj nie stękaj. Uwierzyć masz. A nie marudzić i się bać. Biorę do ust twardy kawałek, lecz nagle wypluwam kleistą marę. – Kukułko! Zarazo jedna! Ode mnie to bierz. Takiej nie przełknę, skosztować nie mogę. Ta czekolada kwaśna jest. – A widzisz łachudro! Posłuchaj co kukam. Gdyby miał smak czekolady, uwierzyłbyś w ducha? –W Duszka Czekoladka? Jak babcię kocham… wcale. – Dziadka też? – Dziadek zszedł. – Zgadza się. A zatem zjadłbyś i co? I pstro! A tak… przestałeś być cymbałem. A teraz pozwól, że do zegara się cofnę, bom pióra zmoczone mam całe. – Jak to? Co Twój dziób znów pierdzieli? – Tylko roztropnie kukam. To fajnie, że uwierzyłeś w ducha, lecz przestałeś wierzyć, że dach przecieka. Pamiętaj, że chodzisz po ziemi. Naprawa czeka. To i owo trza zmienić.
-
Pozdrawiam ponownie→CafeLatte:)→AOU:)→Gosławę:)
-
– Posłuchajcie co wam powiem. Jam jest Smarkatus, wasz Wódz najukochańszy ze wszystkich, którzy mogą po mnie nastąpić. Taki okaz w mój deseń, już wam się nigdy nie trafi, gdy kiedyś zobaczę swoje oblicze w lustrzanym ostrzu kosy. Widzę uśmiech na waszych oczach, gdy słyszycie moje słowa? – Że taki okaz nam się nie trafi? A kto cię wybrał, chociaż twarze nasze śmiejące ? I dlaczego mówisz jak stary. Masz dopiero dziewięć lat. – Nie przerywaj Wodzowi. Popsułeś całą tyradę. Nie umiesz się bawić jego zabawkami. On chce dla nas jak najlepiej. – A ja zgubiłam lizaka. Wodzu, gdzie on? – Białowłosa! Ty mi tutaj o lizaku słów nie rzucaj. Mamy wojnę za pasem. Kto nie wierzy niech sprawdzi. Szykujmy się. – Ja sprawdziłem i nic mi w rękę nie strzeliło. – Wszyscy mamy iść? Nawet ci co szukają lizaków? – Tak. Jak jeden mąż. – Ja nie jestem mężem, tylko małą dziewczynką. A lizaka znalazłam. – Cicho głupia – głos biegnie z tyłu. – Wódz wie co mówi w tej chwili. – Nie tylko w tej. On wie w każdej. Niech żyje nasz pan i władca. Kto twierdzi inaczej, poza kółko z nim. Na manowce odtrącenia. – A jak długo będziesz Wodzem? Ja też chce się pobawić we władcę. Niech mnie też umieją słuchać. – Mam dopiero dziewięć lat. Jeszcze długo nie będziesz rządzić, niewiasto. – Ale my wszyscy mamy ciągotki do tego, żeby powodzować sobie. Chociaż trochę. – Głupi jesteście. Za mądrze mówicie. My za mali na takie poważne dysputy. – Cicho tam z tyłu. Wódz powtórnie przemówi z przodu. On zawsze z przodu. Ale się nie wywyższa. Stoi na tym samym poziomie jeszcze w pionie. Kto myśli inaczej... – A zatem drodzy wojownicy, bierzmy do ręki… – To nie wódz, to zbereźnik. Właśnie miałam w buzi i musiałam wypluć. – Cicho tam! Słuchajcie do końca! – ...stare kapcie, proce, skarpetki z piaskiem w środku... – Uwolnijcie biednego pieska, barbarzyńcy jedne. – Z piaskiem, głupolu! – A co ja słyszałem? – Raczej nie to co ja. Wnerwiasz Wodza. Aż usiadł na nocniku. Tak się przejął. – To ja sobie idę. – Coś ty! Nic nie rozumiesz? To jest nocnik strategiczny. – Strate… co? – Siedźmy znowu, bo Wódz wstał. On nam wytłumaczy. Słuchamy cię. Przemawiaj. Tyś naszą osiką! – Ostoją, głupolu. – Drodzy rodacy. Sprawa jest bardzo prosta, lecz zakrzywiona. Musimy zwyciężyć raz na zawsze, tego co nam życie nieustannie uprzykrza... niestety jeszcze nie św. pamięci, kurdupla Pamperusa. – Tak, tak, zwyciężyć Pamperusa. Jesteśmy wszyscy za. Nikt nie jest przeciw. Dobrze tylko, że nasz Wódz się wstrzymał, siedząc na nocniku. – Jestem za! Przecież rzekłem. A jak mówiłem, to przemilczałem głupoty. – Wodzu… tylko w jaki sposób. Nie podejdzie tak blisko. Jest mały ale przemądrzały w nogach. – Ale tylko jeden. A ja mam całą armię klonów. Czyli was. I nocnik. – Proszę wodza, jestem małą dziewczynką, ale przepraszam... na co nocnik w czasie bitwy potrzebny. – Wojowniczko ty moja. Do jakiej bitwy? – Przecież mamy iść na wojnę. Tak powiedziałeś Wodzu. – Żeby podnieść wasze morale. – Ja mam apetyt na morele. Dacie mi trochę? – A ten znowu swoje! Słucha brzuchem a nie uchem. Bo rozumem, to mu się w pale nie mieści. – Przestańcie gadać o jedzeniu. Wódz przemawia dzisiaj słowami. – Jakoś nie słychać. – Faktycznie. Usnął. – Ale dlaczego? Tak nagle? – Śni mu się strategia wojenna i nowe pomysły. Dlatego. Nasze dobro jest mu bliskie. – Nocnik ma pod głową. – Na pewno słyszy dudniące armaty. – Cicho wy. Obudziłem się. Rzeczywiście. Wyśnił mi się plan działania. Wiem jak zwabić małego Pamperusa. Nocnikiem. – Całym? Dla nas nic nie zostanie? – Dla dobra naszych braci, nic. Tyle czasu biedak dźwiga ciężar, to jak usiądzie na tronie, to będzie w siódmym niebie… i da nam spokój. – Miejsce na tronie jest dla ciebie, Wodzu. Nie dla niego. Tyś naszym zaparciem. – Poświęcę się dla sprawy. Będziecie jeszcze o mnie ballady śpiewać. – Za twojego życia już musimy... czy przy trumnie? – Co wy gadacie, płaczki jedne. Nasz wódz będzie wiecznie prawie żywy. – To nici z naszych śpiewów. Przy żywym wokalować nie wypada. To tak, jak byśmy go na drugi świat wyganiali. – Wodzu, mam pomysł. Połóż się i udawaj nieboszczyka, a my będziemy udawać, że śpiewamy. Jak zejdziesz - oby twój żywot trwał i trwał - to będzie nam już łatwiej. No dalej. To jest sprawa niecierpiących zwłok. – Skończyłam lizaka następnego. Mam pustą buzię. Mogę też śpiewać. Tak sobie myślę… nie męczmy naszego wodza. Ja mogę udawać zwłoki. – Ty? Jak dostaniesz apetyt na lizaka, to od razu powstaniesz z martwych. – Wódz się dziwnie rusza i mruczy. Co jemu jest? – Założyłem mu folię na głowę, żeby było mu łatwiej udawać… – Niech ktoś zrobi dziurę Wodzowi. Natychmiast! Oddech mu wleci. No dobra. Dyszy. W samą porę, gdyż w tym momencie wchodzi Pamperus. Grzecznie pyta: – Macie dla mnie nocnik? – No wreszcie. Musieliśmy sobie jakoś czas umilić. Długo nie przychodziłeś. Co ciebie zatrzymało, mój ty drogi przyjacielu? – Ciężar. Ale w końcu przezwyciężyłem przyzwyczajenie dla dobra sprawy. Wyrzuciłem wkład. Od razu jest mi lżej. – No to bierz nocnik i spadaj. Nam też będzie. – No i co… Wodzu? A co z wojną? Wróg nam zabrał i nawet nie podziękował. – Gdyby podziękował, to byśmy mieli dług wdzięczności. Nakichać na niego. ~ Trzeba było o tym wcześniej pomyśleć. – Tak dla jasności sprawy: żadnych wnętrzności jadł nie będę. Co to, to nie. – A ten znowu to samo. To już lepszy Pamperus. – Ciekawe, czy już menażkę z uszkiem zapełnił? – Jesteście wstrętni. Znowu musiałam wypluć kawałek lizaka. A już prawie sam patyczek został. Brakowało tak niewiele. – Gdzie jest wódz? – O tam… ucieka. Pampersy założył. – A to ci cwaniak strategiczny. No tak. Wróg dał w zamian za darowiznę pojednawczą: świeże, nieużywane. – No to fajnie! Kota nie ma, chata wolna. ~ Jeszcze zatęsknimy za kiciusiem. Jak się jemu oczy otworzą, to nam się zamkną. – Przecież jesteśmy: w szczerym polu. ~ W szczerym też można tęsknić i zamykać. – Raczej w szczerbatym. Połowę rzepaku wcięło. – Widocznie Pamperus toaletę z żółtych kwiatków kleci. – Najlepiej niech razem ze Smarkatusem wybuduje. Kolorek dla nich w sam raz. – Dla nas też. Uderzmy się w samokrytyczne piersi. – Co racja, to racja. – Ja nie mogę, bo jeszcze nie mam. Uderzę rączką w lizaka. – Dobrze, że Wódz tego nie słyszy. – Nie taki diabeł straszny jak go malują. – A jak przestaną?
-
@AOU Akurat zerkłem:)→Miło Cię widzieć:)→Zamiast kasztanów wytaśtałem kłębki kurzu:) Może też pomogą:))→Pozdrawiam Cię. @Gosława Gosława:)↔Dzięki:)→Nigdy złośliwie nie piszę. Po prostu mam czasami dziwne poczucie humoru:) Pozdrawiam:)
-
@CafeLatte Dzięki Wielkie→CafeLatte Tyle się napisałaś:)→Raczej zrozumiałem, chociaż czasami coś tłumi mój umysł:)) Jeszcze raz Dzięki:)
-
@CafeLatte CafeLatte→Dzięki:)→Jak już chyba napisałem, mam czasami dziwne poczucie humoru:) Chociaż po prawdzie, te całe moje pisanie, to też czasami jakaś forma... ucieczki... Pozdrawiam:)) P.S→Mam pytanie, bom nieuczony. Gdzie się komuś pika, te greenprostokąty? Tak na wszelki wypadek, pytam:))
-
zatopiono trudną czystą nieskalaną ducha ciało decyzją odzyskać chciano wiele istot powtórnie przyszło a tam w oddali szczepieni z własnej winy sami gryzła rdza frustracji żalu złom tworzyła podstępnie pomału na dnie owinięto by z głębin wydobyć rzecz dla nich świętą niestety... łańcuch pękł przeze mnie najsłabsze ogniwo pewne ~ ~ ~ ~ ~ ~ ~ gaszę słońce każdego dnia czy zgaśnie dla mnie gdy zgasnę ja?
-
1
-
Pewien zakompleksiony swoim ego obywatel, nie przejawiał oznak poczucia humoru. Nawet o zgrozo, nie potrafił się śmiać z samego siebie. Wszelkie przejawy głaskania uciechą, mimo wszystko z miłością wspomnianej osoby, wzbudzały w nim poważną rozczochraną agresje, wobec durnych agresorów, którzy pragnęli go rozweselić. Gdyby porechotał z gawiedzią w kupie, to raz dwa by zamknął, niewyparzone molestujące gęby, tudzież mordy i nieznośne twarze. Na domiar złego pił litrami syrop klonowy. To mogło być powodem zasłodzenia psychiki, a stanem objawowym, owszem tolerancja, ale tylko jemu podobnych, w myśleniu i działaniach. Kwaśnych chamów, po prostu gnębił pogardą utytłaną w miodzie, jak umiał najlepiej, co wzbudzało ogólną radość. A nie powinno, bo nie przystoi tak się haniebnie zachowywać, wobec bliźniego, który błądzi i niejedno, rzecz jasna, nieświadomie na siebie przesunie. * W lesie. – Mamusiu! Popatrz! Jaki śliczny pajacyk wisi na sznureczku. A nawet wesoło wywalił języczek. Tak fajnie sinowo kuka z ust. Zdejm zabawkę. Proszę! Chcę się śmieszkiem pobawić. Obiecałaś, że mi kupisz pajacyka, ale już nie musisz. – Dziecko… nie mam noża przy sobie. – To przegryź. Mnie by mleczaki wyleciały. * Morał. Biada tym wszystkim lumpom, którzy sądzą bliźniego po pozorach jeno. Okazało się bowiem, że posiadał poczucie humoru. Nawet czarne! Lecz ujawnił dopiero po swojej śmierci. A dlaczego dopiero… po. Któż to wie?
-
@CafeLatte CafeLatte→Lubię czasami tak absurdalnie. Poczucie humoru mam czasami dziwne:) No ale jakoś trza żyć:))→Pozdrawiam:)
-
@Wieszcz Doslowny Dzięki:)→O mało co, a byłby przestrojony:)) Im więcej części, tym chyba trudniej. Trza kombinować... równocześnie. Tak i tak:) Pozdrawiam:)
-
Przeczytanie poniższego tekstu, dalsze czytanie powtórkowe, lub zaprzestanie czytania tegoż tekstu, grozi karą grzywny w wysokości odpowiedniej do naszych potrzeb, a co jeszcze istotniejsze→śmiercią do lat piętnastu. Oznacza to, że każdemu kto czyta ten tekst i nie ma zamiaru skończyć, lub przestał czytać, płomień na knocie życiowej świeczki, zgaśnie przed upływem wspomnianego terminu, czyli w najbliższych piętnastu dniach. Z uwagi na to, że do końca marca 2020 roku, pozostał nie cały wyznaczony termin, życzymy tym co dotrwają jako żywi, Szczęśliwego Początku Kwietnia. P.S→Cholera… jednak nas sumienie gryzie. Przeto radzimy przeczytać powtórnie powyższy tekst, na spokojnie, bez emocji, by wiedzieć, czego nie wolno czytać, by mieć nadzieję dłuższego życia. •••••••••••••••••••••••••••••••••••• My opozycja, pragnąca żywych obywateli, zapraszamy do naszej siedziby w celu otrzymania tekstu → odtrutki. Wystarczy przeczytać, po uiszczeniu odpowiedniej opłaty, którą można odliczyć od podatku bez żadnych dodatkowych kosztów. Przeznaczymy ją w znacznym stopniu, na cele charytatywne. Specyfik nie działa, bez przeczytania powyższego ogłoszenia naszych oponentów. A zatem czytanie od dupy strony – czyli od końca – na nic się zda. Tylko strata czasu. ••••••••••••••••••••••••••••••••••••• Nie czytajcie powyższych głupot jednych i drugich. Tylko my wiemy, co wiemy.
-
Prolog Dziesięć wielkich filarów otacza nas kolistym więzieniem. Nie możemy w żaden sposób wyjść poza granice okręgu. Niby nic złego tym razem się nie dzieje, lecz sytuacja jest jednoznaczna i napięta, jak lepkie nici rozwieszone między okrągłymi kolumnami. Drgają nieustannie, nerwowo, obrzydliwie. Widzimy je po raz pierwszy. To coś nowego. Odstraszają każdego z nas. Sam ich widok skłania do wymiotów. Na tyle skutecznie, że możemy tylko czekać, aż Księga zostanie odczytana przez małą dziewczynkę. Wierzymy, że wszystko pójdzie po naszej myśli i się nie poślizgnie na synapsie, by złamać nogę. Jakiś czas temu Antoś jest moim kolegą. Albo raczej on twierdzi, że ja jestem jego. Nieważne. Mamy właśnie ostatnią lekcje. Czuję podskórnie, że coś się wydarzy. Nie wiem dlaczego nachodzą mnie takie myśli. Chyba to wszystko przez to, że Antoś jest dziwnie podminowany. Nawet nie je czekoladowych cukierków. To do niego niepodobne. Sprawia też wrażenie, że nie słucha, co opowiada nauczyciel. A rzecze przecież ciekawie o szansie hodowli dużych zwierząt. Większych, niż posiadamy obecnie. Nie... jednak się mylę. Mój kolega tylko udaję, że nie słucha. Nagle zupełnie niespodziewanie wybiega z klasy, w której jest przeważnie wyśmiewany z racji niskiego wzrostu. Odwraca się do mnie i krzyczy, że o czymś: wie. Nawoływania pana nauczyciela, żeby natychmiast wracał, nie odnoszą powrotnego skutku. Nie zdaję sobie sprawy, że go widzę po raz ostatni, takim jakim jest. Dzisiaj mamy: Święto Wszystkich Ludków Pominiejszych. Nie chodzi o nas, tylko o zwierzątka mniejsze niż: my. W końcu im się to należy. Patrzymy na nich cały czas z góry. A zatem wszyscy przynieśli lub przyprowadzili, swoje najdroższe skarbiątka. Atmosfera jest kolektywna i scalająca rzesze, w cieniu kwitnących uśmiechów, tudzież zdań, takich a nie innych. by nie urazić, lecz na głupka nie wyjść. Słodyczy nie brakuje. Chociaż nie wszyscy za nimi przepadają. Na obrzeżach miasta zalęgły się niepokojące rośliny. Nawet trudno określić jaki mają wygląd. Sprawiają wrażenie, jakby myślały. Niedorzeczność to oczywista. Gdyby jednak ktoś na nie spojrzał, mógłby dojść do takich absurdalnych wniosków, widząc ich liściowe uśmiechy. Jednocześnie jako obserwator, nawet by nie przypuszczał, że wyrosły tu dla wybrańca, by przez niego ziścić swoje plany. Powstał problem. Antoś gdzieś się zapodział. To prawda, że nie jest za bardzo lubiany, ale zawsze to nasze dziecko. W końcu niski wzrost nie jest jego winą. A poza tym tak dosadnie, komukolwiek nie szkodzi. Jedynie raz po raz, komuś w mordę przywali, ale tylko wtedy gdy ma czas na zbyciu. A nie ma go wiele. Lubi zbierać różne zioła i pić pyszne herbatki. Czasami nawet innych częstuje. – Mamo! Spójrz! To ślady naszego sąsiada, który zaginął. – Skąd wiesz, że akurat jego? – Bo tylko on tak... szeroko chodzi. Tym razem Antoś nie robi nalewki. Wewnętrzny głos podpowiada, że musi zjeść te rośliny. Zresztą ten sam głos go tutaj przywołał. Był słyszalny jedynie dla niego. Mieszał się ze słowami nauczyciela. Ale on wiedział, które słowa są ważniejsze. –'Będziesz mógł się zemścić, za ta wszystkie głupie dogadywania, tyczące twojego wzrostu. Pomyśl, jak będzie fajnie. Staniesz się inną istotą. Taką trochę większą. Zmienisz wygląd po jakimś czasie. Będziesz ich otaczał swoją przesadną opieką. W końcu podsuną ci kilkanaście dziewic, żebyś je wchłonął i dał im święty spokój. Od każdej pożartej, będziesz robił się mniejszy... – Chwila... mniejszy? – No... nic nie mówiłem. Coś się tobie przesłyszało. Zaufaj dobrej zmianie. A ponad to, będziesz wesoły. Śmiertelnie radosny... – Śmiertelnie? – Nie przerywaj. Głosom tak nie można. To im szkodzi i mogą namieszać. – Aaa... no.... no tak... rozumiem. – Ja tu będę dalej kwitnąć, a ty działaj. Uwierz mi. Zabawa ciebie czeka, na sto plus. Uwierzył. Ukrywał się w wysokim lesie. Aż w końcu stał się: BigAntosiem. Ale wygląd i tak mu nie podszedł. Raczej się plątał, bo mało widział pod sobą. Zamieszanie na skraju, jakby jasna cholera na Lucyferze przyjechała. Ludzie stoją na krawędzi miasta, wpatrując się w jakąś machinę, która idzie w ich stronę, na bezkresach łąki. Jest coraz bliżej, ale nie wiadomo: co bliżej i po co? Wielu podskakuje z wrażenia a dzieci popiskują z uciechy. Są mniejsze, to szybciej na nich działa. Twarzyczki uśmiechnięte wkoło głowy, parskają radośnie. Kształty stają się rozpoznawalne. Można mieć wrażenie, że to kapelusz grzyba do nich człapie, na dziesięciu nogach doczepionych do obwodu. Tylko, że to jest duży grzyb. Aż tyle do kapusty nikt nigdy nie potrzebował. Na samym czubku, widać bimbającą, doczepioną główkę. Trochę poniżej, zaczynają się ręce. Normalne, bo tylko dwie. Nie duże, gdyż nie wystają poza krawędź kapelusza. Przydatne tylko do tego, żeby być. Za to całość, ma około: dwadzieścia metrów wysokości, w tym ze trzynaście przypada na same nogi. Grube jak pnie wielkich drzew. Nagle słychać dziecięcy głosik: – To główka naszego Antosia tam do góry. Ale w dechę. Nagle zaczyna się cały tłum pytań i opinii. – Antoś! A tobie co się stało? – Ty na prawdę jesteś taki duży, czy tylko udajesz? – Ja nie mogę. Co za nogi. Gdzie ty buty kupisz? – Tyś jadalny czy trujący? – Wyglądasz jak część: wesołego miasteczka. – Ciekawe, czy twoi rodzice cię poznają? – Daj się pokrajać. No nie bądź taki. Obiadu starczy na cały rok. – Tylko nie gadaj, żeś robaczywy. A fuj taki Antoś. Nawet duży. Bigantoś jest smutny. Myślał, że będą go wszyscy podziwiać, szanować. To wtedy by nawet, o zemście zapomniał. A tu figa z makiem. Nie będziesz proroczym grzybem, w swoim lesie. Czas na początek gry. W tym samym momencie, nie wiadomo czemu, bierze go w posiadanie perlisty śmiech. Głośny i wyraźny. Jego krajanie, też zaczynają. Tylko, że im to szkodzi. Nie mogą się powstrzymać. Rechoczą jak stada rozczochranych żab... i przy tym umierają. Padają normalnie nieżywi. Radosne pląsy, rozsadzają ich ciała. Na domiar złego, Bigantoś zaczyna chodzić. Gdzie tylko chce i po czym zechce. Już po chwili słychać zgrzytanie łamiących się kości i pluskanie mięsistych purchawek. Miażdży ich swoimi nogami. A ma czym. Są duże i wyraźnie przylegają do podłoża, z wkładką, między jednym a drugim. Przeżyci chcą uciekać, ale Antoś się rozkracza. Kapelusz jest niżej a nogi po bokach, mają większy zasięg. Na dodatek żywym ludziom nie przestaje być wesoło. Słychać: jęki, spazmy radości, płacz i nieustające mlaskanie. To wcale nie takie proste i wymaga pewnej wprawy, by się śmiać i jęczeć z bólu, równocześnie widząc, jak wielka stopa, wystrzeliwuje z ciebie flaki w fontannie krwi. A zatem z tego wniosek, że jest coraz bardziej: wilgotno, czerwono i cuchnąco. Ogromnie nogi Bigantosia, ślizgają się na szczątkach, które nadal ryczą ze śmiechu i jęczą jednocześnie. A to już nie jest zabawne. Jeno obrzydliwe. Niektórym jednak udaję się uciec, poza zasięg wielkich chodzących filarów oraz skutków zabójczej radości. Wymieszania nie ma końca. Jest śmiertelnie i boleśnie wesoło. Ludzie mają teraz tę zdolność we krwi. Nie ważne, czy żyją, czy nie. Antoś nagle odchodzi. Wraca na skraj miasta. Musi odsapnąć po trudach zemsty, obcierając nóżki o nóżki, by pozbyć się: kawałków mięsa, wiszących skórek i wystających kości, co mu wlazły w stopy. Nie jest to dla niego łatwe zajęcie, zważywszy na to, że mało co widzi. Kapelusz zasłania. Tak na dobrą sprawę, nie wie na czym stoi. A łapki ma za małe, żeby pod brodą, wygrzebać dziurę na wylot i zobaczyć chociaż trochę, co się na dole wyprawia. Ale reszta mieszkańców, co uszła z życiem przez most z zawiedzionej śmierci, niewątpliwie wie na czym stoi. Obrady trwają już dość długo i nagle ktoś sobie przypomina, o przepowiedni w Księdze Big Coś Tego Tam. Mniejsza o przepowiednię, ale Księga za pewne kryje przepis, jak się Grzyba pozbyć. Na szczęście Poszukiwana Rzecz, służy jako tapczan w domku do lalek i mała dziewczynka, pozwala ją zabrać, za lizaka i skrzydła wróżki. Wszyscy wspólnie ją otwierają i czytają, co tam stoi. W tym czasie, DużyAntoś, powtórnie szykuje się do zemsty. Jest lżejszy, bo pozbył się szczątków trupów z dziesięciu kończyn. Będzie mu łatwiej. Nie skończył roboty i to go martwi a sumienie wgryza się jak robak w kapelusz. W Księdze jest napisane: ''Każda wchłonięta przez Wroga dziewica, zmniejszy jego objętość o kubik a i wysokość zmniejszy" Znając Antosia, to się skusi. Jak już będzie mały jak normalny mieszkaniec, należy go zagonić do Czekoladowej Trumny, gdyż w życiu za dużo jadł czekoladowych cukierków i to mu widocznie zaszkodziło. Następnie wiekiem znienacka przykryć i nie dać uciec. Wtedy cały zestaw go zniszczy, lecz jeszcze nie ostatecznie. Później należy trumnę włożyć do dużego kociołka, czekoladę z zawartością rozpuścić, a następnie Antosia wypić. Jeżeli ktoś puści pawia, to Antoś ożyje, w najmniej spodziewanym momencie. To co wyżej ktoś musi odczytać, gdy całej reszcie Słodki Biguś będzie zagrażał, po spożyciu dziewic i beknięciu" Więcej słów nie ma, bo resztę Księgi, rezolutna dziewczynka pocięła na włosy dla lalek. * Z dziewicami nie ma problemu. Dostaliśmy potrzebną ilość od cukiernika. Antoś i tak nie będzie widział co wchłania, bo mu kapelusz zasłania. A że słodkie lubi, to tym bardziej. Sami weszliśmy pod niego, żeby być w sytuacji zagrożenia, tak jak Księga nakazała. Żeby spełnić warunek. Nie atakuje, bo jest za bardzo rozpasany dziewicami. * Dziesięć wielkich filarów otacza nas kolistym więzieniem. Nie możemy w żaden sposób wyjść poza granice okręgu. Niby nic złego tym razem się nie dzieje, lecz sytuacja jest jednoznaczna i napięta, jak lepkie nici, rozwieszone między okrągłymi kolumnami. Drgają nieustannie, nerwowo, obrzydliwie. Odstraszają każdego z nas. Sam ich widok, skłania do wymiotów. Na tyle skutecznie, że możemy tylko czekać, aż Księga zostanie odczytana, przez małą dziewczynkę. Bigantoś rzeczywiście powraca do małych rozmiarów. Jest nawet mniejszy od nas. Odczytanie zadziało. Chcemy go rozszarpać, w ramach wspólnej integracji w okowach zemsty za naszych, ale w końcu dochodzimy do wniosku, że lepiej wypełnić czynem słowa. Czekoladowa Trumna stoi na środku placu. Tylko MałyAntoś nie chce w nią wejść, aż mu smarki lecą od płaczu. A domniemamy, że ma z własnej woli. Popatruje na ziemię, jakby czegoś szukał. Można się domyśleć, czego. Niestety. Nic tutaj nie wyrosło. Sam beton. W końcu ktoś wpada na pomysł, by wrzucić czekoladowe cukierki na dno czekoladowej trumny. Podziałało. Wszyscy jako żyw, wiekiem Antosia przykrywają. Później chyżo myk, wkładamy gorzką trumienkę do kociołka, który dynda nad ogniskiem i gdy jest rozpuszczona jak dziadoski bicz, nadzienia już nikt nie zauważa. Tylko czekoladę o trochę innym smaku. Wlewamy nabierką do kubków i wypijamy Antosia za zdrowie Antosia. W końcu nie jesteśmy barbarzyńcami. A przecież moglibyśmy. Mało to naszych rozdeptał na wesoło. Chociaż niektórych nie żałujemy. Ale rozbawić potrafił do nieżywego. To trzeba mu przyznać. Tylko nie wszystkich. Nie wiemy, czemu? Może nie mieli poczucia humoru? Od tego czasu, będziemy żyć długo i szczęśliwie. Po kilkunastu latach w owym miasteczku – Mamo! Coś tobie powiem. Karuzele przyjechały. Są na łące. Lub coś podobnego. Sama już nie wiem. Jest lekka mgiełka. Nie widzę wyraźnie szczegółów. – Naprawdę słonko? Masz tu parę groszy. Biegnij tam, to sobie pojeździsz. Tylko uważaj, żebyś nie spadła. – Już nie muszę biegać. Poczekam. – Poczekasz? – Właśnie zaczynają iść w kierunku miasta.
-
gdy ptaki zlęknione szybowały o poranku a w białych mgłach tulących świt rozedrgany obraz jutrzenki był ledwo widoczny przezroczysta noc niewidoczna lecz prawdziwa unosiła się nisko na łąką kryjąc w sobie ciemną stronę księżyca dlatego odczuwały lęk krążąc nad koroną drzew prosząc wiatr by nie zwątpiły w dalszy lot z końcem dla początku bez końca w wietrznym przemijaniu niekończących się chwil
-
Na kotka wołam Pętelka, a na pieska Guzik. To są moi przyjaciele. Śnię o nich w każdą noc. Bawię się z nimi w różne zabawy. Kotkowi wiewam kłębkiem nici. Fajnie łapką popycha a nawet mruknie czasem. Pieskowi daje kawałek drewienka, a on myśli, że to kość i śmiesznie obgryza. Pętelka i Guzik są jeszcze bardzo młode. Takie nawet młode, jak ja jestem mała. Kochałam tak bardzo, lecz mi dzisiaj umarły. Najpierw kotek a później piesek. Mama do mnie przyszła. Powiedziałam w czasie płaczu, dlaczego jestem smutna. Obiecała, że przyszyje do mojej sukienki wyjątkowy guzik, skoro tamten zgubiłam na wciąż i będzie znów jak dawniej. Ścisnęłam ją za szyję, mówiąc dziękuję. Ona też płakała, ale sądzę, że z radości, że przestanę się martwić. Mam już na sukience ślicznie przyszyty. Dałam takie same imiona. Na kotka wołam Pętelka, a na pieska Guzik. Mama jednak nie płakała z radości. Dzisiaj słyszałam, bo natężyłam ucho, że niedługo chyba umrę. Tak powiedziała pani doktor. Później przyszła i pochwaliła za ładny guzik. Pogłaskała mnie po głowie i spojrzała tak jakoś, a ja przecież wiedziałam, dlaczego. Głupia nie jestem. Dzisiaj pomyślałam, że po co mam być smutna. Prędzej umrę ja niż oni. Chociaż rodziców jest mi żal i wszystkich, co mnie pokochali, nie wiedząc, że na krótko. Tak sobie kombinuję, że może znowu się spotkamy, kiedy już będę w ładnym świecie, gdzie nawet Pętelka i Guzik będę prawdziwie żywi i pozostali na których będę czekać. Powiem im, nie musicie się bać, tu nie ma śmierci, umarła na wciąż. Nie powiedziałam mamie o podsłuchanej rozmowie. Jeszcze bardziej bym ją zamartwiła. Niech myśli, że nie wiem. Dzisiaj znowu o nich śniłam. O Pętelce i Guziku. Odżyli na nowo. Póki co w moim śnie. Znowu kotek popychał kłębek a piesek gryzł drewnianą kość. Może ostatni raz, byłam z nimi w czasie snu w szpitalu. Nie wiem sama. Jestem za mała, żeby wiedzieć na pewno. Dzisiaj im powiedziałam, nie martwcie się, nie zostaniecie sami. Obiecuję, że zabiorę was do nieba.
-
Ażurowa Ściana
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@MIROSŁAW C. MIROSŁAW C.→Dzięki:)→No fakt. Możemy być w różnych sensach:)→Pozdrawiam:) @CafeLatte CaffeLatte→Dzięki:)→Chciałem, żeby był taki... niejednoznaczny jakby:)→Pozdrawiam:) -
Da się czytać razem lub każdą osobno jako tako sensownie. uciekałem jak wariat gdzieś tam w lesie w promieniach słońca krasnale mnie goniły na gałązkach i runie machając kapeluszami gardło chciały dorwać głodne i zmachane zbliżały się do mnie jak krwiste wampiry biegły miniaturki maluszki kochane
-
凡Ż凵尺ロ山凡 Śㄈノ凡几凡 pętle codziennych życiowych zdarzeń z różną mocą kradną oddech a człowiek myśli czy znów dam radę tak zwyczajnie albo podle między cegłami życie przeciskasz czasem dławisz ważną sprawę pragniesz zwyczajnie znowu zapytać jeszcze warto? się okaże zaprzestań tęsknot co duszę ranią niemożnością czegokolwiek gdy mgły ponownie biel światu dadzą zyskasz siły by zapomnieć