-
Postów
2 688 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Frywolne ?Przybory ?Szkolne
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
co robią, gdy zostają same oraz jakie podmioty biorą z nich przykład ?? pani cyrkiel już rozwarła swoje lśniące gładkie boki aż się cena gdzieś przedarła gdy pędzelek wetknął loki wieczne pióro wytrysnęło atramentem na ołówka wnet błękitem popłynęło przemoczona cała główka dziurka sama jest w linijce ołóweczek pnie się w górę jego koniec jest w owijce smyrnął żwawo zatkał dziurę leży z boku temperówka co się z inną wdała w sprzeczkę oddaj zaraz mi ołówka niech założy wnet gumeczkę pan kałamarz jest pękaty i tak jakoś mu się nie chce ja to tylko tak na raty mym nadrukiem cię połechcę stary zeszyt ledwo zipie bo owijka na nim siedzi zawiedziony piórnik łypie dziś go cyrkiel nie odwiedzi gumka leży nie spełniona niech mnie rysik dziabnie w szyję a pan spinacz skok wykona w mą sprężystość niech się wbije już ołówek rysik ściska popatrując na ekierkę na trójkącik patrzy z bliska no zacznijmy wstępną gierkę pan tornister pobudliwy swoim zamkiem kartkę kusi pobudzony niecierpliwy kiedy wreszcie ją przydusi ?? cyrkiel gumka i linijka piórnik spinacz i stalówka pan tornister i owijka i ołówka mokra główka wszyscy razem tu wirują szyba pęka od hałasu one chęci nie marnują umawiają się zawczasu ?? biorąc przykład z tych igraszek zegar ścienny bimba ostro aż wyskoczył z dziurki ptaszek do przyborów leci prosto przy łóżeczku na stoliku lampka stoi z żółtym paskiem chodź ty do mnie mój budziku i go kusi swoim blaskiem żal jest tylko mikrofali nie chce sama zostać biedna już się grzejnik do niej pali będzie jemu wnet potrzebna a za oknem wietrzyk słucha widząc śliczną chorągiewkę gdy pozwoli ją podmucha jej trzepotu słysząc śpiewkę piórnik patrzy swą długością na stalówkę co tam człapie myśli sobie on z lubością atramentem mnie ochlapie ?? tak przybory szkolne mają kiedy leżą na biureczku że gdy same tu zostają to figlują po troszeczku -
Zwyczajny ? Dzień ? Łąki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Dzięki:)→Gdy zacząłem pisać, to nie wiedziałem, że będzie długaśne i co napiszę:) Czasami trudno mi skończyć jak już zacznę. Masz racje→cisza nie śpi ino kusi.. albo raczej licho lub ziarenka maku... czy coś:)) Pozdrawiam...:)) -
Wykasowałem→Miasteczko Cudu→bo się dzisiaj zorientowałem, że wrzuciłem dwa razy ten sam tekst :) ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Kopciuszek z nieuzasadnioną miłością, patrzy na swoją Macoszkę, która nie jest jak ten kwiatek urocza, co się na groby sadzi. Zresztą takiej lepiej nie wkopywać. Wszystkie wokół roślinki by szybciutko zmarniały, a i nieboszczyk w grobie, musiałby ze zgryzoty obrócić swoim ciałem. Albo przesypać z miejsca na miejsce. Macoszka łazi po izbie i łazi, rzucając w meble wyzwiskami. A to jej drzwi skrzypią lub kurz nie przylega do szmatki. Innym znów razem krzyczy na garnek, gdyż się ledaco nie ukłonił, uchylając rondelek nad czeluścią naczynia. Albo co gorsza, czajnik za głośno piszczy swoim dzióbkiem, ziejąc parą po wszystkich możliwych kątach. Kopciuszek stał się kopciuszkiem, jeszcze za dziecka, kiedy to inne nieznośne bachory, zmuszały go do kopania Kopciuszkowych ciuszków. Nieustannie słyszała: kop ciuszek, kop ciuszek. Tak to do niej przylgnęło, że nawet w późniejszych latach, tę nazwę pokochała. Macoszka nadal się przemieszcza, jak gradowa chmura pod rękę z piorunem. A ona siedzi w kupie butów, gdyż co chwila dobrzy ludzie jej trzewiczki przynoszą, na wypadek, gdyby jakiś zapodziała. Nie wiedzą oni, że ona wprost marzy o tym, żeby zgubić wreszcie but. Za mąż chce wyjść. Iść na swoje. Ale nie z byle kim, jak już. Póki co musi z Macoszką siedzieć. Uśmiecha się głupio, jakby ser przed nią fruwał przez swoje dziury. Aczkolwiek trochę ją nawet miłuje, w granicach rozsądku rzecz jasna, bo jej życie uratowała. Oczywiście przez przypadek, niezdara jedna, cholerne babsko. A było tak... Ścieżyną leśną wędrowały. Aż tu nagle misiu na drogę wyszedł. Beczułkę miodu w łapkach trzymał. Zobaczywszy jednak dziewczynkę, na inny kąsek apetyt dostał. Lecz niestety, ujrzał tą drugą starszą. Natychmiast z impetem miód pojadać zaczął, by ów widok straszny, chociaż trochę osłodzić. Słodkość migiem go zadławiła i na ziemię padł, aż wiewiórce orzech z łapek wypadł, od wstrząsu tego. Przy życiu pozostał, lecz takim lelum po lelum. Kopciuszek chciała mu zrobić usta usta, ale zlękła się, że jej głowę odgryzie lub obojętnie co. A teraz siedzi w chatce i o lubym odpowiednim rozmyśla, uśmiecha się do marzeń swoich, a Macoszka jest przekonana, że do niej. Nawet w zmartwienie popada odrobinę, czy dziewczynka przy zdrowych zmysłach pozostaje, skoro się do niej kielczy. Nagle ściany ogłusza pukanie do drzwi. Tak donośne, że stado pająków, na podłogę pospadało, poplątawszy się w nici swoje. Kopciuszek otwiera drzwi. A w progu jegomość zacnie ubrany, zadaje rozsądne pytanie: – Cześć! Królewicz jestem. Bucika zgubiłaś? Bo jeżeli nie, to spadam. No więc jak. Długo mam czekać? – Ależ moje kochanie moje, staram się ze wszystkich sił… ale nie mogę zgubić. Naprawdę robię co w mojej mocy. Nic z tego. Wszystkie mam. Dzisiaj liczyłam. – To w takim razie, precz idę. Po cóż moje członki, męczyć mam czekaniem. – A to idź sobie w jasną cholerę! – dziewczę wzięło przykład ze swojej opiekunki – Nie chcesz czekać, aż zgubię… to się znajdzie inny, co poczeka z pocałowaniem ręki. Myśli, że jak Królewicz, to mu wolno nie poczekać. A sio, bo… – Bo ja się wtrącę – rzekła starsza wiekiem – I tak ci przywalę…a zresztą wiadomo to, żeś prawdziwy. A może przebieraniec jakiś... Nagle wszyscy troje zauważają starszego jegomościa, co stoi uśmiechnięty, glapiąc się w głąb izby. Dziewczę rozpoznaję natychmiast, kto to w progu drepce – O, o, Dziadek przybrany przyjechał. Witaj dziadku. Fajnie, że wpadłeś. Właśnie jestem trochę matrymonialna… a może nie. – No to idę. Jestem obrażony - rzekł Królewicz. – Obyś się o swoje berło potknął. – Chwila! Co tu się wyprawia – zapytał rozważnie Dziadek – Tak nie można gościa traktować. – Można, skoro taki – odrzekła córka ojca swego. – No to idę. Widzi to ktoś? – Synu! Nie bądź w gorącym oleju kąpany. Kopciuszek i moja córka, tak mają. Pogadajmy na spokojnie. O co w tym biega? – Za mąż chcę wyjść! Ale to już! O to biega! A on nie chce poczekać, aż wreszcie zgubię. Pacan koronny! – Co zgubisz? Wnuczko przybrana. – Pantofelek. Lub coś koło tego. – To ja go ukradnę. Zgoda? – Nie. Prawdziwie muszę zgubić. Macoszka myśli sobie: jeżeli to prawdziwy królewicz, to dałam ciała. Trzeba to jakoś załatwić. Kasa się przyda. A i rodzina zacniejsza będzie. Już wiem. Jak mogłam na to nie wpaść. Na bal ich wygonię i siebie też. Może w tym całym bałaganie wreszcie zgubi co trzeba. – O czym tak rozmyślasz, ty moja paskudna kochana córeczko? – A… nic nic… zasnęłam biedna. – Na stojąco? – zapytał chyba Królewicz. – A co? Nie można. Bo jak cię… – Córko! Dość! Gębę stul! – Ależ Dziadku. Ona mi życie uratowała. – Przypadkowo oczywiście? – Jakżesz by inaczej, Dziadku. Wdrażam plan. Nie ma co czekać – pomyślała wiadomo kto. – Posłuchajcie kochani. A może pójdziemy na bal? – A po cóż taka wredna, na bal miałaby chodzić – retorycznie zapytał dziadek. – Nie jestem wredna, tylko jestem jaka jestem, ojcze! – To jeden pies. Dziewczę popatruje z boku. Czy czasami królewicz nie dał nogi. A nóż prawdziwy. Z tym balem dobry pomysł – myśli sobie jak umie. Słyszy słowa: – Wspomnianą imprezę mój ojciec wyprawia, jakby ktoś pytał. No co… ktoś zapyta? – A po co już – rzekł dziadek. No to idziemy na bal – zakrzyknęli całą kupą jak jeden mąż. Na balu Kopciuszek za czorta nie mogła zgubić pantofelka. A starała się jak mogła. Wszyscy inni gubili. Nawet niektórzy po dwa na raz, a po pijaku nie tylko buty, lecz całe odzienie. Biedna Kopciuszek oczka spuszczać musiała, chociaż raz po raz zerkła, jak warto było. Ale nawet w takich okolicznościach, bucika zgubić nie mogła. Zdejmowała, rzucała nim w tańczących, kładła w nieznane jej kąty… i nic. Zawsze widziała go z powrotem, na ślicznych stópkach swoich. Macoszka też pomagała, kradąc bucik z nóg. Królewicz też się starał. Nawet sam król ojciec, gdzieś go schował, ale po chwili, znowu były na jej nóżkach. A zatem ręki dać nie mogła. Martwiło ją to wielce. Tym bardziej, że już wiedziała, że Królewicz prawdziwy, a teraz jakaś inna go capnie, co potrafi zgubić. A zatem zbliżamy się do końca bajki, bo jak długo można to ciągnąć, zanudzając poddanych. Wreszcie trzewiczek zadział Dziadek. Zgubę znalazła szwagierka króla. Zakochała się w dziadku, od pierwszego przymierzenia. Pobrali się. Nie byli skąpi... Chyba wszyscy żyli długo i szczęśliwie
-
Tekst dopasowałem do własnej melodyjki. spójrz na tamten brzeg gdzie marzenia lśnią proszę powiedz mi zabiorę cię stąd w koralikach z łez co wzruszeniem tu popłyniemy dzisiaj tam do krainy z naszych snów w szaro złotych dniach miłość sił potrzebnych da każda chwila cenna jest by z niej radość czerpać chcieć życie krótkie czasu tak niewiele chociaż wiatr w oczy dmie nućmy razem piosnkę tę nie odfrunie żaden dzień w zapomnianą nocy czerń na jutrzenkę słowo dał z kropel świtu kwiat
-
Stoi na brzegu dachu. Noski białych ślicznych bucików wystają poza krawędź, nieznacznie się kołysząc w dół i w górę. Czerwona błyszcząca sukienka w białe groszki oraz niebieska czapeczka z żółtą kokardką, dodają dziecku bajkowego uroku. Dziwnie to brzmi w sytuacji, która w tym miejscu zaistniała. Jest prawie nieruchome. Dla ludzi na dole, sprawia wrażenie, sparaliżowanego strachem. Na szczęście wiatr wieje prosto w twarz. Tworzy jakby sprężynującą ścianę, która nie pozwala na niebezpieczne wychylenie, umożliwiające przekroczenie granicy, bez możliwości powrotu. – Mamo. Ono za chwilę spadnie. – Mam nadzieję, że to nie nastąpi. Wyobrażam sobie ciebie, jak tam stoisz. Chyba bym umarła z rozpaczy. – Ale póki co żyjesz, więc na wszelki wypadek, stańmy w innym miejscu. – Jak tak można dziecka nie pilnować. To ja nawet mojemu kotu, nie pozwalam wejść na dach. Biegnie po schodach jak oszalały. A przed nim jego serce spocone ze strachu, co mu prawie z piersi wyskoczyło. Czy zdąży uratować, czy przybiegnie za późno, by zobaczyć: osamotnione ślady. Sekundy się dłużą niemiłosiernie z każdym następnym nadepnięciem. Jakby stopnie były coraz szersze, oblepione czymś lepkim, wstrzymującym bieg. Jego białe odzienie, wiewa na wszystkie strony. Trzepocze niczym ostatnie podrygi uwięzionej nadziei. Omiata poręcze z łuszczącej farby, zakłóca światło zza brudnych kloszów i rujnuje drgające pajęczyny. Jeszcze jedno piętro, jeszcze tak niewiele... i wejdzie przez właz... i wszystko będzie jasne. Lub ciemne. Wielu ludzi stoi na chodniku. Wszyscy patrzą w jeden punkt. Ta niewielka postać, w każdej chwili może rozpocząć swój ostatni lot. Pionowy, bez żadnego wyboru. W jedną, ostatnią stronę życia. W niektórych umysłach zalega przekonanie, że mogli by wejść na dach. Zaryzykować pomoc. Ale z drugiej strony, stoi na samej krawędzi. Każdy hałas z tyłu, mógłby je przestraszyć. Tak samo długa drabina przystawiona do ściany. Bo niby skąd wiadomo, co za światy sączy wyobraźnia do świadomości przestraszonego dziecka? Przed czym uciekło aż tak wysoko? Wiadomo, lęk może paraliżować. Stępiać zbawienne działania. Chociażby takie, jak kilka kroków w tył. Jakie kształty i dźwięki, mogą się stać dla niego najgorszym potworem. Przecież tak niewiele brakuje, do pełni nieszczęścia. – Przepraszam! Czy pan może wie, dlaczego tamten sklep jest zamknięty? – Który? – No ten, który wskazuje. – A skąd mam wiedzieć. Proszę mi głowy nie zawracać. Tu się ważą losy dziecka. – Bo tak sobie pomyślałem oglądając... – A idź pan. Żeby w takim momencie, głowę zawracać. Czyżby ludzkie uczucia były panu zupełnie obce? Na szczęście właz nie jest zamknięty na kłódkę. Zdejmuje drabinkę z haka. Dosięga nogą najniższego szczebla. Po chwili wychodzi na zewnątrz. Nie jest zimno, ale też nie ciepło. Płoszy parę gołębi. Odlatują obrażone. Zakłócił rozkoszne gruchanie. Ma to głęboko gdzieś. Dla niego najważniejsze jest to, co widzi. Jeszcze. Na szczęście zdążył na czas. Ono stoi nadal na krawędzi, lekko się kołysząc. Jego myślobieg działa na wzmożonych obrotach. Nie ma co krzyczeć. I tak nie usłyszy. Nie w takim stanie w jakim jest. On o tym wie. Przecież tyle czasu poświęcił. Wiele miłych wspomnień tkwi głęboko w nim. I teraz miały by zlecieć w przepaść. Marzy o tym, żeby znowu przytulić tę małą postać. Spogląda w niebo szukając ratunku. Cholerne deski. Kto wymyślił taki dach. Są w nieustannym, z lekka falującym ruchu. A na ich końcu widzi swoje dziecko. Wyraźne kształty, jak kolorowa chorągiewka, zasłaniają część wieżowca, stojącego na horyzoncie. Musi podchodzić rozważnie. W przeciwnym wypadku, za bardzo rozkołysze podłoże, co może spowodować nieodwracalny koniec. Znowu patrzy w niebo. Prawie zaczyna się modlić. Na nic to wszystko. Na tle błękitu, dostrzega ciemną chmurę. Na jej tle krążą czarne ptaki. Szybują ciężko, nie zawsze tam gdzie chcą. Wiatr spycha je na boki. Skrzydła ugrzęzły w gęstym syropie przeciwności. Zdaję sobie sprawę, że podmuch się wzmaga. Przybiera na sile. Na dodatek zmienia kierunek. Jak śmiercionośna wirującej otchłań, uderza w plecy. Nie tylko jego. Zaczyna padać deszcz. Dziecko nadal stoi jak sparaliżowane, Wygląda trochę inaczej. Nic dziwnego. W takiej nawałnicy, on też ma inny wygląd. Małe piórka, niesione cząsteczkami powietrza, szybują nad dachem, niczym srebrzyste wróżki. Niektóre przysiadają na czerwonej sukience. Niestety... jest ich za mało, żeby w razie czego zahamować spadanie, lądując wspólnie i bezpiecznie na ziemi. To co teraz widzi naprawdę go przeraża. Tym razem on stoi jak skamieniały. Nie wie, czy to przypadek, czy przeznaczenie. Czarny ptak siedzi na białej czapeczce. Jego pazury weszły miękko w podłożę. Nieustanie przebiera nogami, spychając głowę w kierunku przepaści. Nie tylko głowę. Wiatr jest coraz silniejszy. Dopomaga ptakowi w jego monotonnym dreptaniu. Też usiłuje zepchnąć dziecko ze śliskich już teraz desek. Nie wie, co ma robić... to są ostatnie chwile, w których cokolwiek można zrobić. Podejmuję desperacką próbę. Przestaje myśleć o możliwych skutkach tego, co czyni. Podchodzi bardzo szybko, gnany podmuchem z tyłu. Słyszy miękkie dźwięki kropel. Stukają jakby bębniły o wieko tekturowej trumny. Ptak nie odlatuje. Jeszcze bardziej wzmacnia swoje działania. Jest bardzo blisko celu. Prawie na wyciągnięcie rąk. Nieopacznie nadeptuje na chybotliwą deskę. Upada do przodu. Łapie dziecko. Trzyma je kilka szczęśliwych sekund. Niestety. Jest bardzo śliskie. Znika za krawędzią. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Ulica pustoszeje. Zostaje kilka dzieci. Muszą się spieszyć, zanim ktoś posprząta. * Długo nad tym rozmyślał. W końcu doszedł do wniosku, że był to zwykły psikus... albo też... ktoś to zrobił z podłej zawiści. Jest w końcu najlepszym w okolicy Artystycznym Cukiernikiem.
-
Zwyczajny ? Dzień ? Łąki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Ulk Dzięki:)→Tak. Ma sens→Zawarty w Twoim komciu:) "ale z drugiej strony z jakąś taką wolnością... "" Trafione w... 9,5→żeby nie zapeszyć:) Pozdrawiam:)) -
Zakończenie powinno się składać z wyrazów z pierwszego wersu. Powtórki nadają→śpiewnego rytmu? płyń ~ ze mną dzisiaj błękitną ~ rzeką rzeką ~ bo płynie przez piękną ~ krainę krainę ~ co z dziwów przeróżnych ~ słynie słynie ~ też z innych rzeczy ~ wspaniałych wspaniałych ~ tak bardzo że warto ~ patrzeć patrzeć ~ uważnie by brzegi ~ zobaczyć zobaczyć ~ zielone krzaki i ~ drzewa drzewa ~ tam ptaszki lubią ~ pośpiewać pośpiewać ~ w słońcu a także ~ nocą nocą ~ gdy gwiazdy jasno ~ migoczą migoczą ~ ciszą srebrnego ~ księżyca płyń ~ ze ~ mną ~ rzeką ~ błękitną ~ dzisiaj
-
Zwyczajny ? Dzień ? Łąki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@umbra palona Sorry:)→Hmm→chyba trochę przesadziłem z tym... zapewnieniem:) -
Zwyczajny ? Dzień ? Łąki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@umbra palona Dzięki:)→Raczej różnie piszę.To chyba akurat bardziej dla dzieci. Zapewniam, że nie wszystkie teksty me, wywołują→zazdrość:))→Raczej przeciwnie może być:)) Pozdrawiam:) -
? dwa różowe zajączki ozdobione wstążkami z powietrza jadą na owieczkach z chmurek słoneczko im przyświeca maciupeńkie krople rosy ozdobą dla kwiatków migoczą dla wiosny ścieżka dotyka horyzontu migające światełka śmiesznie widoczne na łąki początku ? jadą biedronki na zielonych pasikonikach figlarne kropeczki podskakują gdy wierzchowiec pomyka na fruwających kolorowych motylkach między zwiewnymi skrzydełkami siedzą tycie larwy nawet jest ich kilka w kropelkach wody rozrzuconych po trawie całej widać różne dziwy te większe i małe ? zamyślony strumyczek szumi cichuteńko szuka źródła co dało mu piękno dywan z kwiatków szybuje zwiewne dmuchawce potrąca biegną na cząstkach powietrza spłoszone jakby tycie marzenia supełki wiatru i chabry białe obłoczki rzucają na ziemię cząstki niebieskie lądują na trawie figlując pociesznie ? skowronek fruwa gdzieś wysoko na strunach z dźwięków utkanych między nimi wirują nutki małe trochę spłoszone że zajączki je obgryzą z muzyki całej śliczną nocną lampkę żabka wyplata z cieni marzyła o takiej właśnie chyba że zechce na coś wymienić samotna kropelka rosy czeka na malutkim listku tęskni za delikatnym deszczem doczeka się wreszcie nie może być inaczej bo się biedna zapłacze ? paskowana pszczółka zbiera do dziurawej kobiałki nektar słodki wycieka on przez tycie dziurki na motylkowe skrzydełka zlepione są biedne kropelki wody komuś potrzebne myją delikatnie czułości nie żałują by motyl mógł znowu swobodnie pofrunąć biedronka jadąca na pasikoniku gubi nagle kropki pociesznie suną na zielonych zjeżdżalniach żabka widząc takie dziwy wpada ze śmiechu do wody potrąca malutką rybkę a ta jest bardzo fajna a nawet się trudzi bo wyjątkowa i umie mówić ? strumyczek jest w siódmej wodzie bo odnalazł swoje źródło wieczorna lampka oświetla śpiącą zieloność światło przylepione do wilgotnej powierzchni żabiej skórki. ze zmęczonych motylków zsiadają nie zmęczone larwy grzecznie dziękują za przejazd myśląc o swoim przeobrażeniu ? pierzaste owieczki chmurkowate odsłaniają ciemnawe niebo wieczór kładzie się do snu pod kołderkę z nocy ustaje leciutkie falowanie ożywczy wiatr jest strasznie śpiący musi się trochę zdrzemnąć jutro będzie znowu owiewać by tylko za dużo nie pozwiewał ? teraz wszystko zakrywa plecionka z marzeń o następnym dniu zrodzona nutki z pogryzioną muzyką też poszły spać nawet cisza zasnęła jutro znowu obudzi się łąka bez wiecznej roz-łąki zakwitnie dzionek poranka kolorem rozsunie nocy ciemną zasłonę ? ᵈᵉᵏᵃᵒˢ ᵈᵒᶰᵈᶤ <o(͜͡~͜͡ ͜͡*͜͡•͜͡•͜͡*͜͡~͜͡)o<<((( ~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜
-
Bieg Królika
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Karina Westfall Co ja napisałem:)→Mam nadzieję, że jak trzeba → teraz:) Kiedyś pomyślałem, że przecinki powinno się stawiać tylko wtedy, gdy – ich brak – zmienia sens zdania. Jeżeli nie zmienia, to po co stawiać:)→Czasami mam dziwne pomysły:) Też Pozdrawiam Serdecznie:) -
na skraju czasu zwłoki zegarów gniją sekundy godziny minuty rdza niszczy tarcze wskazówki w rozkładzie z czasem też zniknie mechanizm zepsuty tylko raz po raz w zaległej ciszy słychać budzik jak dzwony z nieba no dalej człowieku przestań się lenić życie trwa nadal wstawać trzeba
-
Metalcio
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Dzięki:)→Żeby gdzieś podejść cichutko, to miałby malec problem. Ewentualnie... buciki uplecione z ciszy:) A swoją drogę, szkoda, że nie ma→nagrywarek snów →Bywają bardzo ciekawe:)) (z funkcją blokady reklam)→Pozdrawiam:)) -
Bieg Królika
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Karina Westfall Dzięki za wskazanie→Z interpunkcją, to u mnie ciężko→Poprawiłem.→Ma nadzieję, że jak trzba:) Pozdrawiam:) -
Jestem Naczelnym Śledczym. Tak na mnie mówią. Nie cierpię kiedy to słyszę. To mi się w jakiś sposób kojarzy z małpami. Chociaż przeciwko małpom nic nie mam. Całkiem sympatyczne zwierzaki. Najbardziej lubię patrzeć jak wcinają banany. Prawie widzę uśmiech na ich twarzach. Są właściwie bardzo przydatne. Podobne do ludzi. Na szczęście nie do wszystkich. Z rozmyślań wybijają mnie słowa, mojego zastępcy, a zarazem najlepszego kupla. – Kolejny trup, szefie. Zwłoki ozdobione tak jak zwykle. Jest wielkim pedantem. Wszystkie szczegóły zachowane. – Nie wątpię. Facet wykonuje dobrze swoją robotę. – Co ty pierniczysz! To już szósta ofiara. A my stoimy w miejscu. – Fotograf zrobił zdjęcie, czy znowu miał trudności. – A jak myślisz? – Wdrapywał się na drzewo. Zgadłem? – Tak. Inaczej w kadr by nie zmieścił. A tak w ogóle dlaczego ciebie tam nie było. – A po co? Żeby oglądać ciągle to samo. Wiem dokładnie jak on działa. A poza tym, od czego wy jesteście. W wydziale śledczym pracuje od niedawna. Z zamiłowania jestem wielbicielem przyrody. Najbardziej fascynują mnie owady. Zrobiłem setki zdjęć. Nawet tym pokracznym i obrzydliwym. Doprawdy fascynujący świat. Ale cóż. Praca pracą. Musimy z czegoś żyć. Samotnie wychowuje słodką córeczkę. Jest największym skarbem. Chociaż z żalem muszę przyznać, że ostatnio mnie trochę zdenerwowała. Malowała obrazek i poplamiła sukienkę czarną farbką. Niby nic takiego. Mała plamka, ale bardzo widoczna. Trochę na nią nakrzyczałem, ale zaraz później tuliłem chyba z godzinę, nieustannie przepraszając. W końcu mi przebaczyła. Nawet założyła sukienkę w kwiatki, a nie tą drugą w ciemne groszki. Moja mała kochana córeczka. Życie bym za nią oddał. Znowu ktoś zakłóca rozmyślania. To nasz nadworny fotograf. – Szefie. On zakłócił porządek rzeczy. Nie zwróciłem na to uwagi. Trzymałem się gałęzi, żeby nie zlecieć, lecz inni powinni zauważyć. – Pomylił się? To niemożliwe. A o co chodzi? – Szef o tym doskonale wie, ale jeszcze raz powtórzę. Jak zwykle zwłoki leżały plecami do góry, a na nich wielkie czerwone skrzydła… no takie rozłożyste. Wokół pełno drzew. Stąd ujęcie całości, tylko możliwe z góry… jakbym pstrykał fotkę rozgniecionej biedronce… – O tym to ja wiem. Mów wreszcie do cholery, co nie tak? – Ilość kropek. – Jak to? – Poprzednie zwłoki miały: pięć, a te mają: siedem. – Siedem!!? Co ty chrzanisz? Nie mogą mieć siedem. On się nigdy nie myli. – A pamiętasz, co było napisane na pierwszych zwłokach. – Oczywiście: „Zabiję siedem szkodników. Tyle ile kropek ma biedronka” – A zatem, zgodnie z jego rozumowaniem, jest to ostatnie morderstwo. – Dlaczego? – To pokręcony psychopata, ale...dokładny. Nie zabije, bo by musiał na skrzydłach dokleić: sześć kropek. Poprzednio: pięć, później: siedem, a teraz: sześć? Nie, on tego nie zrobi. To by zakłóciło jego… porządek rzeczy. A tym samym... już go nie dorwiemy, skurczybyka. Nie przyzna się do błędu przed samym sobą. A tym bardziej przed światem. – Chyba masz racje. Nie mogę w to uwierzyć. – W co? – W gówno! Cholerny świat. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Siedzę na łące z córeczką. Jest pełnia lata. Słoneczko wesoło świeci na niebie, jakby się bawiło w chowanego z białymi chmurkami. Tak bardzo ją kocham. Muszę chronić za wszelką cenę. Wspominam doniczkę z kwiatami, która stoi na parapecie w dziecinnym pokoju. Kiedyś stałem z córką przy oknie i pokazywałem jej maleńkie mszyce. Tłumaczyłem, że chociaż są takie malutkie, też na pewno chcą żyć. Ona mi wtedy powiedziała: ależ tatusiu, na pewno są jakieś groźne zwierzęta, które mogą je pożreć. Wytłumaczyłem, że to tak jak z ludźmi. Też są biedni i słabi, których silniejsi zabijają. Dodałem, że tak nie powinno być. Te biedne mszyce, teraz są tutaj bezpieczne, ale gdyby… – Tatusiu! Co ja najlepszego zrobiłam. Jak mogłam? Jestem wstrętna! – Córeczko. Co z tobą? Uspokój się. – Naprawdę nie zauważyłam. – Ale co się stało? – Rozgniotłam paluszkiem. – Co rozgniotłaś? – Biedronkę. – Umyj natychmiast rączkę! Bo jeszcze zakażenia dostaniesz. Tak bardzo chciałbym cię ochronić przed złymi ludźmi. – Tatusiu, nie rozumiem co mówisz? Ludzie są fajni. – Oczywiście. Nic się nie bój. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Szef jest zdruzgotany. W takim stanie jeszcze go nie widziałem. Chyba skończy w psychiatryku? Chociaż… nie ważne. – Co ty chrzanisz!? W jakim psychiatryku? – Nic nie wiecie? – A niby skąd? – Znaleziono siódmą „biedronkę’’ – Sześcioma się nie przejął… i nagle siódma zwaliła go z nóg? – Bo tą siódmą jest jego córka. – Coś ty… jego córka? Co ty za brednie opowiadasz! – Niestety to prawda. Szef jest nie do gadania. Ciągle na lekach uspakajających. Jakby mu życia ubyło. – Chyba to cię nie dziwi? Sam masz córkę i gdyby... – Przestań. – Wiadomo coś więcej? – Wersja jest taka, że jakiś drugi pojebaniec, postanowił dokończyć to, co zaczął pierwszy pojebaniec. Wybrnąć za niego z „honorem”. – Wybrnąć? Z honorem? – Pamiętacie? Z tymi kropkami? Byliśmy przekonani, że już więcej nie zabije, bo ją „szóstką” nie zaznaczy.To by zakłóciło jego idealny plan. Musiałby się „wstydzić”, że tak powiem. Pierwsza ofiara miała jedną kropkę, druga…To były wtedy liczby kolejne... – To wiemy...ale jak ten drugi psychol… to ominął? – Jego córeczka leżała tak samo, jak wszystkie poprzednie ofiary: twarzą do ziemi. Oczywiście skrzydełka były mniejsze. Była w końcu dzieckiem. Fotograf nie musiał wchodzić na drzewo… – Oszczędź nam tych wszystkich szczegółów… domyślam się, że zostawił wiadomość. Tak? – Tak. – Czyli jaką? – „Są biedronki bardziej wyjątkowe. Z dwiema kropkami.” – Tylko tyle? – Tak. – A na skrzydłach ile było? – Jedna.
-
Bieg Królika
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Wilhelmina Józefa Dzięki:)→Ale żeby zaraz że... genialne. Na to przystać nie mogę... aczkolwiek miło słyszeć. Nie przeczę nawet:) Pozdrawiam:) -
Niemożliwe do spełnienia marzenia, niczym zimne, nieczułe kamienie przesiąknięte ostrymi cierniami zawiedzionych pragnień, wycinają z umysłu plasterki jaźni. Okrągłe osobowości krążą w wieloświatach roztrzaskanych ścian, otwartych pustką klatek. Zardzewiałe klucze straciły moc sprawczą. Zabrakło kierunków, możliwych stron. Każdy drogowskaz wskazuje prawdziwą drogę, nie zawsze w chcianym kierunku. Wokół nieskończenie wiele horyzontów na horyzoncie, zakrytych złudzeniem. Ziarno rozpycha łokciami wzrastania ciemną glebę przeciwności. Korzenie rozłożystych drzew zagradzają drogę. Ożywcza woda wsiąka głęboko. Zatapia wzmacnia lub płynie obok. Słońce opromienia blaskiem, daje ciepło lub pożar lasu, gdy trafi na szkiełko porzuconych okularów. Chciały zobaczyć więcej i więcej lub niebezpiecznie za mało. Bieg królika trwa nieustannie. Zostawia ślady których już nikt nie szuka. Szybciej i szybciej nagłabać marchewek, kapuścianych łbów. W końcu ziemia okrągłą jest. Można biegać na okrągło po bezdrożach planetarnego umysłu. Nawet wzbić się ku gwiazdom. Komecie ogon urwać. Doczepić do własnego tyłka. Szybować w kosmosie. Poczuć moc, przegapić wiele, lecz być kimś. Spoglądać z góry, by w końcu zostać przesypanym do urny własnego zapętlenia, gdzie już żadne gwiazdy nie zmieszczą się w zmarnowanych chwilach, których nie sposób przeżyć na nowo. Tam biały karzeł śmieje się szyderczo, w jaskini wyciosanej w osobliwości. Otworzyć czaszkę, przewietrzyć umysł. Wyszorować pumeksem z brudów. Zamknąć, by przeciąg nie nawiał ponownie. Kontynuować. Nie zapomnieć o myśleniu. Mieć nadzieje, że wszystko chociaż przeminie, ma jakiś sens. Na chwilę się zatrzymać, by zrozumieć sens biegania. Chociaż jeszcze tak wiele... Jest wciąż smugą tajemnicy, na jednokierunkowej wstędze czasu.⌛
-
Jednak →Love Story w Wc→podmieniłem - póki co - na inny tekst. °°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°°° Donośne człapanie solidnych papci z grubymi podeszwami, obija żółtawe ściany korytarza wnerwionym, ziewającym echem. Nic dziwnego, że kroki są ciężkie niczym dupki słoni. Pani Woźna ma przecież całą szkołę na głowie. Szczególnie późnym popołudniem, kiedy budynek jest opustoszały. Pragnie wszystko dokładnie posprawdzać, zaglądając w liczne: zaułki, skrytki i pokoje. Bardzo kocha dzieci, chociaż czasami są nieznośne. Nie chce, żeby na drugi dzień rano, wyszedł z kąta jakiś nadliczbowy stwór. Właśnie przechodzi - tylko nie stwór lecz ona - obok pokoju nauczycielskiego. Kątem oka spod szkiełka okularów, dostrzega światło między futryną a drzwiami. Są lekko uchylone. –– Dziwne – mruczy sama do siebie i myszy, która akurat przebiega. – Nie powinno być żadnego światła. Przecież nauczyciele nie gaworzą, bo ich tam nie ma, by świecić przykładem. No cóż – tym razem cicho myśli, by nie spłoszyć ewentualnego intruza. – Koniecznie muszę tam zajrzeć. Jestem odważną kobietą – mówi do muchy, co akurat siedzi na futrynie. – Mucha nie zaprzecza, że nie jest, tylko spokojnie pindaczy swoje skrzydełka. To Pani Woźnej dodaje animuszu. Dusi klamkę i wchodzi do pokoju. Ciekawe to pomieszczenie, aczkolwiek pojęcia nie mam, jak mnie tutaj wsadzili. A to na czym tkwię, to pewnie obiekt zwany: stołem. Słyszę jakieś szmery na korytarzu. Ktoś głośno człapie i nawija sam do siebie. Czyżbym tak szybko nauczył się ich języka, że nawet rozumiem, co prawie nie słyszę. Tak się zastanawiam, czy ten cały eksperyment, da tym istotom wiele radości. Nie chcemy próbować na swoich. Lepiej na cudzych. Mniejsze ryzyko, gdyby coś poszło nie tak. Mam jednak wątpliwości, czy mój widok jest właściwy. Czy nie za bardzo symbolizuje niespodziankę. No cóż. Nie moje zmartwienie. Wyżej postawieni tak zdecydowali. Nawet bardzo wysoko. –– Spójrz kochanie. –– Gdzie? –– No jak to gdzie? Tam. Gdzie okno wystaje ze szkoły. –– Ty… wiesz co, jakby ktoś kogoś mordował. Widzisz te cienie? –– Mordował? Ty się puknij w głowę. –– To po co mi kazałaś patrzeć? –– Nie marudź. Na żartach się nie znasz? –– Nie. –– To potwierdzenie, czy zaprzeczenie? –– A skąd mam wiedzieć. Powiedziałaś dawno temu. –– Głupek… ale i tak cię kocham. –– Tylko jak jestem głupi, czy jak trochę myślę… też? –– Hmm. –– Aaa… no tak. Pani Woźna patrzy na coś co siedzi na biurku. Przypomina trzymetrowego, zgarbionego klauna, ale nie jest pewna, czy to człowiek czy kukła. Rusza się jednak, więc rzeczona pragnie uciec, chociaż twarz tej istoty rozpromienia uśmiech. Nie można rzec, że od ucha do ucha, bo uszu nie ma. Niestety, zamknęła za sobą drzwi. Musi otworzyć. Czy zdąży zwiać przed atakiem tego czegoś o wyglądzie nie z tej ziemi. Nie zdąży. Dopada ją przy wejściu. Czuje równocześnie kolorowy zapach ciała i tworzyw sztucznych. Jej twarz jest niewielka na tle obszernego uśmiechu. Nagle stwór cicho do niej mówi a ona go rozumie. Między szpalerem wykrzywionych radością zębów, toczą się słowa prosto do umysłu: –– Za chwilę radośnie stracisz przytomność. Moje ciało stanie się twoim, a twoje: moim, by poznał wasze potrzeby w tym zakresie. Gdy odzyskasz czucie w psychice, będziesz w innym miejscu a twój świat dzięki wam - nam, będzie inny. Oczekuj podziękowań od swoich, jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem. Nie zapomnisz moich słów. Cała chwała spadnie na ciebie. Ich roznoszone dobro, będzie niezniszczalne przez cokolwiek. Poranek jest podobny do wczorajszego. Słoneczny a jednocześnie rześki. Jeszcze tylko czterdzieści pięć minut. Właśnie cały tłum dzieciaków biega na boisku. Za chwilę przedostatni dzwonek na lekcje… a później ostatni w tym roku… i zaczną się upragnione wakacje. Dzieci nawet nie zdają sobie sprawy, ilu ciekawych przeżyć będą świadkami, których właśnie początek zaczyna się pod budynkiem. Tam gdzie nikt ostatnio nie zaglądał. –– Podobno ta szkoła ma dziwną piwnicę. –– Każda na swój sposób jest dziwna. –– Słyszałem… że przyciąga złe moce… i kogoś tam zamordowano. –– Zamordowano? Masz racje. Twoje myślenie. –– Coś mnie niepokoi. –– Mnie też. Twój stan. Póki co eksperyment przebiega pomyślnie. W zasadzie wszystko idzie zgodnie z planem. Początek ma zaistnieć w miejscu owianym złą sławą. Mimo, że owe stwierdzenie nie kryje w sobie symptomów pewności, nadaje się znakomicie. Dla zmyłki. W końcu pragną im pomóc a dla siebie mieć różne sytuacje dla badań. Pani Woźna odzyskuje świadomość, co jej pozwala być w szoku. Nie poznaje siebie oglądając swój dziwaczny wygląd. Co prawda strachliwa nie jest, ale to co widzi w zakurzonym lustrze wiszącym na żeliwnych drzwiach ogromnego pieca, nie jest jej obce. Już to kiedyś widziała… w pokoju nauczycielskim… tylko było większe… i coś do niej powiedziało. Nagle wie… co. Strach do niej wraca. Tym bardziej, że drzwi od pieca samoczynnie się otwierają a wewnątrz płomienie. Kawałki lustra leżą na podłodze. W jakiś dziwny sposób, tańczą w nich języki ognia. Czuje, że z tym pokracznym ciałem, które musi dźwigać, jest coś bardzo nie tak. Cząstki zwierciadła zaczynają się dzielić na mniejsze a te z kolei na jeszcze mniejsze. Wnikają w ciało. Części z tworzywa zaczynają pęcznieć. Ma wrażenie, że wewnątrz niej coś powstaje. Wiele czegoś. Jeszcze więcej. I jeszcze. Robi się gorąco i duszno. Poci się czerwony nos i coraz bardziej plastyczny uśmiech. Nagle drzwi od pieca się zatrzaskują. Po kilku sekundach, znów są otwarte. I tak na przemian. Jakby się śmiały żeliwno-ognistą paszczą. Z napęczniałego ciała zaczynają wybiegać jakieś małe istoty. Po chwili jest ich cała piwnica. Po jakimś czasie jeszcze więcej. Niektóre przedostają się przez zamknięte drzwi i ściany. Są maleństwa bardzo silne i wytrzymałe. Z jednej powstają dwie a z dwóch cztery. Ciało klauna już nie musi produkować. Rozmnażają się same. Pozostało im tylko wykonać zadanie. Pani Woźna jest świadoma, co się dzieje. Widzi w kącie chaotyczną mysz. Jeden ze stworków dotyka szare ciało, które po chwili śmieje się jak do sera… lecz sera nigdzie nie ma. Nagle gryzoń nieruchomieje. Za wielki wysiłek dla małego serca. Nie przeżyło radości, obleczonej w wesołą mysz. Skołowaciała kobieta–klaun, patrzy uważnie na niewielkie stworki. Wzrok dostaje szansę, zagłębienia się w kolejnym szoku. Wszystkie mają wygląd Pani Woźnej, tyle tylko, że półmetrowej. Niektórym nosy podtrzymują okulary odpowiednio mniejsze. –– Szefie! Nie można było normalnie rozmnożyć, bez tego całego... przedstawienia. –– Masz racje. Można było. Nie znamy jednak ich obyczajów. A nóż byliśmy obserwowani. –– Chce szef powiedzieć, że w taki sposób wyglądało bardziej… normalnie? –– Właśnie. W porównaniu z tym, jak by mogło wyglądać po naszemu. –– Rozumiem. –– Szczerze wątpię. Dzyń, dzyń, dzyń… zwiastuje właśnie koniec przerwy. Dzieci radośnie wbiegają do szkoły, pierwsze stado na parter a drugie na piętro. Pani nauczycielka stoi przy drzwiach i udaje, że groźnie patrzy. Dostrzega tylko różnorodne smugi obok siebie. Odgłosy kroków roznoszą się po całym korytarzu, potykając się o wszechobecny gwar. Szczególnie tabuny biegnące na wyżą kondygnację, tuptają głośno i wyraźnie. Pod budynkiem szkoły też słychać kroki. Tyle, że mniejsze. Eksperyment czas zacząć. Drzwi od starego pieca znowu się samoczynnie otwierają. Widać jak płomienie wesoło podskakują. Będą podniecać radosny żar. Tak dla zmyłki. Gdyby ktoś obserwował. –– Z racji tego, że to ostatnia lekcja przed wakacjami, nie będę wam głowy zawracać nauką. Spójrzcie za okno. Co za ładny dzionek. Ile rzeczy może was prawdziwie cieszyć… –– Proszę pani! –– Tak, słucham. –– Na półce za panią coś siedzi. –– Wiem. Tam wiele rzeczy siedzi. –– Ale to się rusza. Jest wesołe i podobne do naszej… W tej samej chwili Śmiechujek ląduje na pani nauczycielce. Odskakuje i biegnie w kierunku dzieci. Panią ogarnia śmiech ze wszystkiego co widzi. Nawet w kawałku kredy widzi członka młynarza. Pada na podłogę, nie mogąc się przestać śmiać. Ma silne serce. Po chwili leży tylko i dyszy. Nie bardzo wie, co się stało, ale jeszcze podryguje z radości, widząc plamę na suficie. Stworek dotyka wszystkie uczennice i uczniów. Salwy śmiechu wybrzuszają ściany. Dzieci nigdy nie przypuszczały, ile śmiesznych rzeczy mają wszędzie wkoło. Prawie wszystkie leżą na podłodze fikając nogami, a niektórym zabawne łzy z oczu kapią. Mała Zuzia kielczy się radośnie do pomidora wystającego z bułki. Jaki on jest zabawny. Jedno z dzieci łamie rękę. Kolejna salwa śmiechu. Po chwili wszystko mija. Każdy Śmiechujek ma w sobie określoną moc, którą musi podładować, ale jest ich więcej. Dużo więcej. W tym czasie mogą rozśmieszać inne. Coraz większe gromady biegają po pustych korytarzach. Za drzwiami toczą się leniwie lekcje. Kto by teraz myślał o nauce… lecz za chwilę myślą o czymś innym. Śmiechujki wyłamują wszystkie drzwi. Wpadają do klas. Pan nauczyciel gubi okulary i nie wie co się dzieje. Dotknięte dzieci, śmieją się z niego przeraźliwie. Małe Panie Woźne figlują po wszystkich półkach, by skakać z góry i włączać optymizm. Nauczyciel też bardzo radosny. Jedna z uczennic nabiła sobie guza. Co za wesolutki guziołek. Poszkodowana chichocze perliście. Właśnie kolega naderwał ucho. Leci śmieszna krew, mieszając wesołe krwinki. Po chwili stworki uciekają. Muszą się doładować. W klasie już nie ma porządku, tylko humorystyczny nieład. Eksperyment trwa. –– No i co szefie. Jak sądzisz? Są zadowoleni? U nas też będą? –– Widać, że niby tak… chociaż miałem nadzieję… że bardziej. –– Nasi dopiero dochodzą do wprawy. –– Hmm… coś mi tu nie gra. Sądziłem… –– Co? –– Nic. Obserwujmy. Stało się to, czego można było oczekiwać. Śmiechujki zaatakowały miasteczko. Nie ma sensu opisywać, wszystkich skutków ich radosnych poczynań. Jest tego za dużo. Paniki też. Nie można temu w żaden sposób zaradzić. Są niezniszczalne i bardzo, ale to bardzo silne. Zamieszanie jak cholera. Tir leży przewrócony na drodze. Wewnątrz żywy kierowca, chichra się wesoło, zerkając na wystającą kość z nogi. Chyba musiało go coś rozweselić podczas jazdy. Strażacy pragną go wyciągnąć, lecz nagle na ich metalowych czapkach, pojawiają się Panie Woźne. Niedoszli oswobodziciele, wierzgają w spazmach śmiechu. Piła jest włączona. Tym razem obywa się bez ofiar. Stalowe zęby tną wesoło powietrze. Strażacy to widzą i kwiczą wprost z uciechy. Tir nie leży zupełnie na asfalcie. Coś jest pod spodem. Całkiem żywe i nie zgniecione. Wyłazi spod ciężaru i skacze na okolicznych gapiów. Po chwili wszyscy rechotają z wypadku. Takiej hecy dawno nie widzieli. –– Pani Helenko! Co pani tak siedzi po ciemku… ojej chwila… pani wygląd mi się kojarzy z obecną sytuacją. No nie… na pewno się mylę. A może jest pani chora? –– Czy na tej waszej planecie, nie można na spokojnie wspólnie pokierować działaniami? –– Na... naszej planecie? Działaniami? Wspólnie? Dobrze słyszę? Mamy w szkolę dochodzącego psychiatrę. To nic złego. Coś na pewno zaradzi. Nagle pytający zostaje dotknięty do śmiesznego. Zaatakowanemu jest bardzo wesoło. Za wesoło. Ma słabe serce. Nic już nie powie. No cóż. Szkoda… lecz każdy eksperyment wymaga ofiar. Natomiast do piwnicy nikt nie zagląda. A nawet gdyby, to kogo by obchodziła… jakaś kukła klauna. W szkole zbiera się tłum mieszkańców. Wszystkich łączy jedno: śmiali się... lub będą się śmiać. Chociaż właśnie teraz jakby się uspokoiły. Nigdzie nie widać biegających Śmiechujków… lecz stojących lub siedzących na drzewach, dachach, parapetach, samochodach, włazach od kanalizy… jak najbardziej. Jakby czekały na podjęcie zmasowanego ataku. Jeden nawet przeciera szmatką okulary a jeszcze inny wydłubuje kurz z miniaturowej szczotki. No pewnie. Po co mają się nudzić. –– Czy nie rozumiecie, że one są niezniszczalne. Nie można ich nigdzie zamknąć a co gorsza złapać… bo wiadomo co wtedy. –– A gdyby do żelaznych klatek? –– Do żelaznych klatek. To lepszy żart od ich śmiechu. –– Słusznie mówi. Pamiętacie jak się dały zagonić do skarbca w banku. Drzwi zostały zamknięte. I co? I gówno. Obraz z wewnętrznej kamery był jednoznaczny. Wisiały poziomo nad podłogą i zaczynały szybko wirować… aż w końcu te radosne wiertła, przedziurawiły nie tylko drzwi, ale też ściany. Dyrekcja banku i pracownicy, mieli ubaw po pachy. Już dawno nie było im tak wesoło. –– W takim razie, jako przewodniczący zebrania, pytam was: a co możemy? –– Na pewno możemy się śmiać. –– Ale śmieszne. –– Trzeba znaleźć sposób, żeby same z siebie zaprzestały i odeszły. –– Na wieki, czy gdzieś? –– Najlepiej jedno i drugie. –– A skąd się w ogóle wzięły? –– Zabawne pytanie. Niby skąd mamy to wiedzieć. –– Dlaczego teraz nie atakują? –– Ciekawe, czy ich można rozśmieszyć? –– Właśnie. W piwnicy jest bardzo duszno. Z czerwonego nosa kapią krople potu. Pani Woźna jest na rozdrożu dwóch światów. Wie, że to ciało czymś kieruje, lecz jednocześnie współgra z innym, będącym gdzieś w szkole. Martwi ją tylko, czy to się kiedyś skończy. Ten wymuszony śmiech. Nie uczestniczy w wydarzeniach, lecz zdaje sobie ze wszystkiego sprawę za pośrednictwem cudzego ciała. Wtem dzieje się rzecz niepokojąca. Ogień w piecu przygasa i tylko cicho szumi, jak pijana mucha. Pijana mucha? Co się ze mną dzieje. Pani Woźna / Klaun – zaczyna z lekka drgać, od ledwo wyczuwalnych, niepokojących spazmów. Coś niebywałego. Dosłownie całe stada Śmiechujków, zmierzają w kierunku szkoły. Jeżeli kogoś dotykają, to tylko przypadkowo… ale już bez takich efektów, jak jeszcze niedawno. Co prawda, wesołość słyszalna… lecz tylko tu i ówdzie… jakby od niechcenia. Wtem, zupełnie niespodziewanie, Miniaturki zaczynają się gromko śmiać. Tak przeraźliwie głośno, że trzeba uszy zatykać. Otaczają całą szkołę gromkim chichotem. Ludzie stoją przed nimi, mimo wszystko ich nie dotykając, chociaż w niektórych zemsta buzuje. Nagle przed wejściem pojawia się postać. Pani Woźna jak żywa. W pełnej klasie… tzn: krasie. Stworki zbliżają się do niej. Ona je chłonie w siebie, przy salwach ich gromkiego śmiechu. Chichoczą na zewnątrz i wewnątrz niej. Cała postać podryguje wesoło, lecz mieszkańcy milczą jak zamurowani. Powiększa się bardzo. Jest już wyższa od szkoły. Ma w sobie coraz więcej swoich podobieństw. Pochłonęła je wszystkie. Rechocze ogromnymi ustami, wyzwalając tumany wiatru, miętosząc chmury i zgromadzonych. –– Mamo! Dlaczego nasza Pani Woźna jest taka duża, że aż sięga do nieba? –– Co?… co mówisz dziecko… pewnie zjadła za dużo obiadku. –– Czy ja też jak zjem dużo obiadku, będę się mogła bawić chmurkami? –– Tylko żebyś później umyła rączki. Ogromna postać unosi się nad szkołę. Coraz wyżej i wyżej. Odgłosy śmiechu zanikają wysoko w nieboskłonie. Po chwili już nic nie słychać. Cisza taka, jakby maki zasnęły. –– Cholera, Szefie! Co się stało? –– Sitka. –– Sitka? Nie kumam. –– Zaczęły wchłaniać śmiech, którego były przyczyną. –– Tego typu sytuacja, nie miała prawa zaistnieć! –– Widocznie miała, skoro zaistniała. Coś w przygotowaniach poszło nie tak. Za mała wiedza na temat… trzeba to na spokojnie przeanalizować... podjąłem decyzję o natychmiastowym przerwaniu eksperymentu. –– Ale… dlaczego… mimo własnych korzyści, chcieliśmy im przecież pomóc. –– I sobie. –– Nie można zaprzeczyć. –– Tak sobie myślę… –– … u szefa to normalka... –– … taa… czy ktoś ich zapytał, czy tego chcą? –– My nigdy nie pytamy. Dobro to dobro. Po co pytać? –– Hmm… Tłum nie odchodzi. Czeka... jakby przeczuwał, że to jeszcze nie koniec i coś się wydarzy. Nagle przed szkołę wychodzi trzymetrowy klaun. Takiego widoku nikt się nie spodziewał. Na pewno ma schowane szczudła – myśli wielu. Po co tam był? Mało mieliśmy wesołości. Kolorowa postać zmienia się znacząco i raptownie maleje. Czerwony nos szybuje w podmuchach wiatru, w kierunku tablicy z napisem: „Dyrekcja szkoły życzy wesołych wakacji.” Po krótkim czasie, spada całe opakowanie i zupełnie wsiąka w ziemię. Zgromadzonym ukazuje się Pani Woźna w normalnym rozmiarze. Widać na jej twarzy wielką ulgę. Dzieci do niej biegną, serdecznie witając. Wiedzą dziecinnym zmysłem, że to ona, autentyczna. Dorośli też podchodzą. Nawet sam dyrektor cmoka ją w rękę, aż musi skołowana, na ten czas odstawić szczotkę. Wiwatów nie ma końca. Prawdziwej wesołości i radości – też! Bo chcą. * Gdzieś głęboko pod ziemią, nasionko uśmiechnęło się... jakby do nasionka. -------------------------------------------------------
-
–––//––– pani robotka i pan robotek brzęczą wesoło jak zęby złote długo trybiki smutek zaprzątał lecz dziś skończyli dziciulka montaż biegną już kumy choć zardzewiałe skrzypią blaszki głośno wspaniale by na korpusach z radości lśniących wydrapać gratki narzędziem tnącym wesoło człapie mały metalcio choć w dupce śrubka uwiera bardzo lecz jego baniak wcale nie smęci nawet do złomu uśmiech wyświetli aż nagle kiedyś o nocce ciemnej iskrzy coś w głowie czary najpewniej nagle z zawiści i innych przywar zmieniony umysł na gorszy chyba * zatroskane roboty wszelkie mówcie dlaczego było tak pięknie przecież mieliście z niego pociechę owszem lecz teraz stał się człowiekiem
-
Smażalnia Myśli
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Nata_Kruk→Z chochlą też ciekawie zaiste. W ogóle mieszanie ''obiektów'', co się nie powinno mieszać→też ciekawe:) Np→Słodki słuch albo głośny wzrok:) -
@Nata_Kruk Dzięki:)→Aha... to zawsze lepsze niż amputacja→cokolwiek znaczy: reputacja:) Bo to przecie pojęcie→względne:)
-
@Nata_Kruk Dzięki:)→Hmm... w czymkolwiek może się kryć→cokolwiek... A to zawsze pewne ryzyko →lecz za to mniej nudno. A tak w ogóle co znaczą te ''zielone plusy''→bo jestem w tym zupełnie zielony :)→ale nie z UFO:)
-
Niesamowity żar ze słońca wycieka, na wszystko, co promieniami swymi spryskać zdoła. Spocone ptaszki, szczelnie jeszcze w dziuplach schowane, o wstawaniu za bardzo nie ćwierkają, chociaż poranek figlarnie w dzioby zagląda, łaskocząc włochaty wzgórek na podniebieniu, jeżeli takowy posiadają. Tu i ówdzie, na leżakach, tłuszcz spływa z bywalców tych ciepłych okolic, kapiąc jednostajnie na suchą, sztywną trawę wyczekującą. Niektórym wszystko jeszcze zwisa, innym już nie. Błękitne niebo z podwieszonymi barankami, dla wszystkich jednakowy baldachim stanowi. Właśnie jeden z leżących, oczy swe otwiera, by na słoneczko spojrzeniem rzucić. Oślepia go za bardzo i nagle nie dostrzega, co się wokół na świecie dzieje. Człek to jednak pozytywny, do załamań nie skory i w te pędy, rzeźbiarzem postanawia zostać. Ma już nawet plan, jak to czynić będzie. Ludzie mu za pewne pomogą. Mało to ich w potrzebie wspomagał, dla obopólnych korzyści? No niemało. Dużo. (Pierwsza próba) Gruba, ociosana kłoda, na sztorc przed jego chałupą stoi. Tak przynajmniej rękami wyczuł. Obok, by za daleko chadzać nie musiał, krasnal gipsowy na trawie spoczywa. Zawzięty w swym postanowieniu Rzeźbiarz, co chwila do jegomościa podchodzi, dłońmi go obmacując, wszędzie. Kształty w myślach zachowuje i takie same w kłodzie, wydłubać się stara. Narzędzi ludzie tyle nazwozili, że pod nogami złowieszczo zgrzytają, więc uważać musi, by się nie przewrócić i swego członka jakiegoś, nie nadziać na ostry szpikulec. Po kilku już stuknięciach, małego palca brakuje, lecz nie przejmuje się tym za bardzo, bo wierzy, że trening mistrza z niego uczyni, tym bardziej, że ma jeszcze dziewięć na zbyciu. Stuk puk twardo w drewno, stuk puk miękko w palec i coś się z kłody wyłaniać zaczyna. Jeno krasnal coraz bardziej mizerny, gdyż prawie całą farbę Rzeźbiarz z niego wytarł, obmacując go doszczętnie, ze wszystkich możliwych stron i w dostępnych zakamarkach, a nawet poziomo do ziemi, krótko lecz dokładnie, ruchem posuwisto zwrotnym, spoconą dłonią przesuwając. Zapracowany taki, że nie wyczuwa, iż tłum się wokół zebrał, z zaciekawieniem jego poczynania obserwując. Słowa z tętnicy dobrego serca dla niego płyną, krwawymi radami: – Trochę na lewo. To usta, a nie nos. – Broda się rozwidla za bardzo. Mordę węża rzeźbisz? – Ciutkę w prawo, bo trzecie oko pan wydłubiesz. – Panie... nie znowu w tą stronę. Już i tak nie ma trzech palców, a pan nie przykleisz. – No coś pan.To ma być kapelusz, a nie durszlak! – A gdzie ubranie. Gołego pan robisz. Tu dzieci biegają. A i starszy oczka spuści. – Uważaj pan! Palec! – Uważam... – Na swój, ale nie na mój. Paznokieć mi czarny ucieka. – To przywiąż! Rasisto jeden! – Matkości świata. Urżnij pan natychmiast to małe stojące. Nieznośny deprawator. – To jeno gałązka. – Ja ci dam gałązkę, zboczeńcu! – Cichaj babo. Jak na niewidomego, to i tak dobrze mu idzie. Nie poddał się chłop. – Właśnie widzę. Za dużo. To ma być krasnal? – A on krasnala rzeźbi? – Spójrz pan na bok. Zobaczysz co rzeźbi. Stoi i pozuje. – Jakiś nieruchawy. – Bo z gipsu. – Mimo wszystko... leń. Nagle słychać donośny głos: – Coś ty narobił nicponiu. Takiego mam brata, co to drzewa przed chałupą niszczy. Jak ono będzie rosnąć, takie powycinane. – Niech pani na niego nie krzyczy. Nie dosyć, że się nie poddał, to jeszcze go pyskata siostra tłamsi, kłody pod talent rzucając. – Cieszy mnie to, ale po co przyrodę niszczy. Kornik jakiś czy co? Odzywa się rzeźbiarz: – Spoko. Jak widzę... – Panie! To ty widzisz? Ja nie mogę. – Głupiś. Tak tylko się mówi. Musicie przyznać, że ładnego wyrzeźbiłem. Mnie się podoba. – Podoba? To? – Ojejku. Dajcie panu rzeźbiarzowi spokój. – Ale to nie jest krasnal. – Ale coś jest. – Drzawe pugryziuna przaz wściakła, pijena bubry. Tek tu wyględe. – A pani od czego na mowę padło? – Tu z narwów jązyk mi sią plęcza. Na chwilę. – Nic dziwnego! Pani się na sztuce nie znasz. A brat taki zdolny. Jeszcze słynny będzie. – Do domu. Ale mi zaraz. Oddawaj dłuto i młotek. Długo mam czekać? – Siostrzyczko. Tylko bez nerwów. Zobacz ilu ludziom się podoba. – Głupiś jak pień przydrożny z prostymi słojami. – Proszę nie obrażać brata. To wrażliwy artysta. Jeszcze ze zgryzoty, nic więcej nie wyrzeźbi. Nie dosyć, że nie widzi, to jeszcze mu los zieloną siostrę napatoczył. – Ale to było jedyne drzewo w naszym ogródku. Resztę bobry zagryzły. – A widzi pani! Zostawiły dla brata. Przeczuły, że ma artyzm w rękach. – Przesadza pan. Jakby nie było, siostra głupsza od bobra nie jest. Moja krew. (Próba druga) – Proszę mi dłoni między uda nie kłaść, bo moich kłaczków i tak pan nie wyrzeźbisz. – Kto wie, panienko, kto wie. Mam bardzo delikatne dłutko. – Och, doprawdy. No cóż. To proszę macać, skoro pan musisz. Jam nie taka znów płocha. – To dla rozwoju sztuki, rozumie panienka. – Och, och, dla sztuki. A może by jeszcze do czego? – O cholera! – Nie zwykłam słuchać takich słów, w czasie poznawania rozwoju. Niewinnam jeszcze. Przeprosin się domagam natychmiast, bo inaczej, gołą stópką będę zmuszona w nerwach o klepisko stuknąć lub w jajka pana kopnąć. – Przeprosin, panienko? A co ja mam mówić, skoro dłoni wyplątać z tego gąszczu nie sposób. Takie twarde, że ręce mi ponacinały. A jajka siatką uzbrojoną mam otulone. – Ja winy za to nie ponoszę. – To prawda panienko. Przyznać muszę. Sam na drutach dłubałem. – Nie narzekaj panie rzeźbiarzu. Matula i ojciec taką gęstą mnie zrodzili. A cóż to widzę. Spodnie w jednym miejscu przesadnie wykrochmalone. Sztywne, uniesione takie. Jam stuknę, to płasko będzie. Ojejciu! Przeciwnie! Aż mi dłoń podniosło. – Waćpanna pyskata, a mnie po ręce krew cieknie, chociaż jakoś wyplątać zdołałem. A pracy mam jeszcze dużo. Kształty namacane w drewno przelać muszę. – To ze mnie cieknie, głuptasku. – Chyba, że tak. (Smutna rozmowa z Rzeźbiarzem) – Coś pan ostatnio nie rzeźbi za dużo. – Jestem trochę nie dysponowany. Ale na dniach mi przyjdzie. – A co się stało. – No wie pan... mąż jednej z pozujących, w mojego Wacusia przywalił. – To pan masz czeladnika? Nie wiedziałem. Taki sam zdolny jak pan? – Czeladnika? E tam... no tak, jest cały czas ze mną. Wszędzie go zabieram. – Coś mało dla ludu widoczny. – Nieduży jest. Wstydliwy. Rozumie pan? – Owszem. Nie nalegam na dalsze wyjaśnienia. Ochrona danych osobowych. Przestrzegać należy. Ojciec ''Rodo'' czuwa! Po odpowiedniej kuracji, kariera Niewidomego Rzeźbiarza na sile przybiera. Wielu chętnych ludzi pozować pragnie, by swoją podobiznę w ogródku postawić. Rzeźby niecodzienny powab mają, że aż trzeba tabliczki fikuśne przyklejać z wyjaśnieniem, kto to lub co to. Sława na świat świat się rozchodzi. I to jest niestety - by się wydawało - wspaniałej kariery artystycznej początek końca. (Niedokończona rzeźba) Do Afryki go zaproszono, by wśród plemienia wyrzeźbił wodza, gdyż na rynku wioski, chcieli rzeźbę postawić. Wódz jednak poszedł nad rzekę, bo tam do macania zapragnął stanąć. Reszta wioski w to samo miejsce artystę zaprowadziła. Ustawiono kłodę i narzędzia podano. Pan Rzeźbiarz co chwila spocony podchodził i zawzięcie w kółko, co popadnie macając. Ludność się rozeszła do zajęć swoich, bo za czorta w tym, co wyłaniać się w drewnie zaczęło, wodza dostrzec nie mogli. Pomyśleli, że jak wrócą, to rozpoznają. Pech chciał, że wodzowi siku się zachciało. Oddalił się w ustronne miejsc, bo wstydliwy był trochę i przy obcym, nie chciał moczem paprotki zmaczać. Pan Rzeźbiarz, nie świadom tego, znów się nawrócił, by pomacać ponownie. W tym jednak czasie, krokodyl z rzeki wyszedł i na miejscu wodza, ustawił swoje ciało, by odpocząć. Nagle ktoś spokój mu zakłócił, macając podłużną, ząbkowaną twarz. Po chwili przestał.
-
ostrze zwątpienia w mózgu szeleści myśli swym tańcem uniki czynią w rytmie serca nadzieja przygrywa cienie śmierci czy wreszcie miną sen na kawałki tnie stal srebrzysta w umyśle rzeźbi rany głębokie na parkiecie swe ślady zostawia lecz sztylet myli krok za krokiem podświadomość już pobudzona wzmacnia ego co zła się pozbywa taniec trwa nadal lecz nie dla niego szelestu nie słychać w krwi dogorywa
-
gaszę słońce każdego dnia czy zgaśnie dla mnie gdy zgasnę ja?