-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Gdy Zakwitną Zwiędłe Kwiaty
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
ależ wróżko kwiatki są zwiędłe postrzępione całkiem pocięte gdy przytulam skrzypią wszędzie smutne są bo oblepione skrzepłą krwią moja kochana mam kwaśną słodycz dla nas zjemy za niewinne wyrwane z zakwitnięcia trzeba o nich pamiętać chcesz powiedzieć że przez to zakwitną w rajskim ogrodzie chcę wierzyć że tak wróżko będę wierzyła przy tobie skoro tak mówisz powiedz dlatego przyszłaś nie każdy musi według własnych rozmyślań ale sądzę że tam się odrodzą ochroni je miłość czysta zaistniały na łąkowym łonie lecz stał się dla nich kaźnią nie domem ktoś z zakwitnięcia wyrwał pąki porozrywał choć sądzenie jest trudne życie bywa okrutne dlaczego wróżko? bo radość i smutki zwykła rzecz a sprawiedliwość złudzeniem jest gdy słodycz narasta to bywa że robi się kwaśna a zatem zwiędłe kwiaty w fałszywej słodkości położyć to tak jak świeżość kwaśnieniem ozdobić wróżko co to znaczy nie łatwo tak wiele słowami tłumaczyć poza tym o drugim istnieniu nie mamy tyle wiedzy by myśli decyzje sądzić jak należy ależ wróżko zwiędnięcie kwiatka jest niedobre nienaturalne podłe jak sądzisz czy spotkamy się kiedyś w łąkowym niebie? nie wiem nikt tego nie wie i nie wiem czy gdy zakwitną zwiędłe kwiaty to potrafią wszystko wybaczyć wróżko ale co? każde zło? -
Ból Nadziei / Troskliwy Aniołek / Pszczółka
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Ɓօ́Ɩ Ɲɑժzíҽí Czy jestem ostatnim człowiekiem? Dołujące wrażenie, że właśnie tak jest, piecze jak wrzący metal. Świat wokół wygląda przygnębiająco. Ruiny domów, ruiny drzew i wszystkiego wokół. Niewidoczne pogorzeliska umysłów, nie są dostrzegalne, na tle różnorakich dokonań. Dobrych, złych, nijakich i pysznych jak gorzkie ciastko. Siadam na skrawku samotnych wspomnień. Jeszcze słońce czerwieni horyzont, gdy zmęczony zasypiam. We śnie widzę wielkiego owada. Rozpoznaję i pytam: – Dlaczego jesteś taka duża? – Moja wielkość, jest wielkością twojej wiary. Dzięki tobie, złożę siebie w ofierze. Może nie wszystko stracone. Budzę się. Chociaż czuję ogromny ból, to po raz pierwszy, użądlenie mnie cieszy. Bo skoro zostały pszczoły... ? ƬɾօsƙƖíաყ Ɑղíօłҽƙ Stoję na cmentarzu. Drzewa kołyszą gałęziami. Są groby. To mnie nie dziwi. Natomiast kamienny aniołek, który sfrunął i usiadł przy mnie → już tak. Widzę, że malec jakiś nieswój. Nerwowo wskazuje skrzydełkiem, a z ust mu dymi fluid słów: – Człowieku. Na miłość boską wracaj do grobu, jeśli ci życie miłe. Za wcześnie zmartwychwstałeś. Gdybyś teraz kopnął w kalendarium, zwłokami zostaniesz bez końca. – No coś ty marmurek. Chyba widzisz… jam nietutejszy. Żaden św. pamięci. – Cholera. Sorry. Myli mnie spirytusem. Pokusiło mnie… wchłonąłem trochę w strukturę. Plotę od rzeczy. Pa. * Widzę swój nekrolog. Co jest? Czyżbym za bardzo wciągnął z aniołka? Ƥszϲzօ́łƙɑ Tak się składa, że szkoła w miasteczku, jest usytuowana niedaleko wielkiego sadu. Duża ilość uli zdobi wnętrze. Lubi tam chodzić. Kocha pszczoły. Gdy tylko pogoda na to pozwala, zakłada sukienkę, w żółto czarne paski. Początkowo wzbudzała szczere zainteresowanie. Było wesoło i przyjemnie. Jednak z biegiem czasu, sielanka przerodziła się w nieustanne szyderstwa. Odzywki z dnia na dzień bardziej dokuczliwe, coraz dotkliwiej bolały. Nie skarżyła się, ale coś zaczęła podejrzewać. Zyskała pewność w sadzie. Owad usiadł na ręce. Wtedy wydała w myślach polecenie. Poleciał we wskazanym kierunku. Spełnił rozkaz. W tym pamiętnym dniu, pogoda dopisała. Bardzo wiele dzieci wybiegło na przerwę. Nic nie wskazywało na to, że coś się wydarzy. Nagle na piętrze w oknie dostrzeżono Pszczółkę. Zyskała ładny przydomek, nie adekwatny do sytuacji, z jaką musiała się borykać. Jedno z dzieci zauważyło, że dziwnie rusza rękami, jakby coś przywoływała. Wtem pojawiła się ciemna chmura. Cień przemknął po zgromadzonych. Nieustannie falując, zatrzymała się blisko okna. Pszczółka coś krzyknęła, wskazując ręką boisko. Po chwili rozpętało się prawdziwe piekło. Atak był dla wielu bardzo bolesny. Nie wszyscy zdążyli uciec do budynku. * Do naszej klasy chodzi taki jeden palant. Ma wciąż rozwichrzone włosy. Jakby piorun w niego strzelił. Mamy komu dokuczać. Świetny ubaw.-
1
-
przez gęstą ciecz zamkniętą mazistą zawiesinę rozpuszczone pływające jak pontony na skraju intensywny zapach samotnych skórek południowych owoców wlewają musisz połknąć dziwne odgłosy dobiegają zewsząd wewnątrz po drugiej stronie spadają obłoki wyrywane z nieboskłonu błękitne blizny rozszarpany horyzont * szybuje błyszczący kamień ostre krawędzie ranią oderwany w oddali ziemia gorące łzy ogień woda wybuchają pięciopalczaste ślady wyprostowanych * znowu w domu na jutrzejszym placku dojrzewa smak pomarańczy apetyt wzrasta jak dawniej ostry nóż miękko głęboko ostatnie cięcie z wnętrza leje się krew
-
Nie będzie kotletów z Diplodoka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@CafeLatte CafeLatte→Dzięki:)→To jest jeden z pierwszych dłuższych tekstów, jaki w ogóle napisałem. Teraz trochę zmieniony i... skrócony znacznie. Akurat ten, miał kiedyś szansę... ale nic z tego nie wyszło. Z mojej winy:))→Pozdrawiam:) -
Rodzina mnie dzisiaj wysłała w daleką przeszłość, w celu przyprowadzenia Diplodoka na święta. Żywego, żeby dysk nie wyskoczył od dźwigania znaczącego ciężaru. Mamy wiele gęb do wyżywienia. Wystawiają dziobki nad stół, jak pisklęta w gniazdku. Na dodatek bardzo zjadliwe i zawsze wskazujące na spożycie, poprzez ruchliwe żuchwy, oczekujące, że niebiosa ześlą strawę. Widocznie tym razem nie ześlą. Włażę do przeszłości i od razu uderzam w ścianę. – Cześć, Diplodok mnie wołaj! Głupi ssak! – słyszę po mojemu. Do jasnej kredy – myślę sobie. – Nie dosyć, że nie wyginęły, to jeszcze umieją mówić zrozumiale. – Jam jest człowiek! – krzyczę pospiesznie z patosem. – A ja mogę cię nadepnąć. I co ci z tego przyjdzie? Głupi ssak! – Powtarzasz się Dipcio. Papuga też powtarza, nie wiedząc co i po co. Ojej, myślę spłoszony. To nie Dipcio, tylko Tyrciu. Bogato wpadłem w potworną biedę. No nic, muszę być twardy jak wyschnięta guma do żucia, bo jeszcze pomyśli, że to ja skamienieje. Tu na miejscu, zaraz! – Głupi ssak! – No już dobrze, w porządku. Słuchaj Tyrcio… jakie masz ładne ząbki, główkę, tułów zgrabniusi. No wiesz… ja tylko chciałem zaprosić Dipcia na święta. – Potencjalnie pokrajanego? – ryczy wszystkimi zębami. – A gdzie tam potencjalnie. Żartowniś jestem. No co tak podnosisz łapkę? Przecież wiesz, że twoja wielkość, przyprawia mnie o małość. Nie bójcie się. Nie chce was bić. Wasz czas jeszcze nie minął. Będziecie występować w filmie oraz jako skamieniałości. Nie otwieraj tak gęby, bo ci plomba wyleci. Macie tu dentystę? No wiesz… tego co pluje, żeby znieczulić obiad przed posiłkiem? Pozdrów go ode mnie. – Bo cię zamknę – słodko mruczy Tyrcio. – A gdzie, jeśli można wiedzieć? Masz taką słodką buzię i ogonek, takie tycie łapki i takie większe z tyłu. Jak taka mała świnka. – W paszczy. – Co w paszczy? – W mojej paszczy cię zamknę. – Miedzy zębami, wzdłuż czy w poprzek? Bo gdyby wzdłuż, to jeszcze miałbym szansę. Pamiętam jak kiedyś, podczas meczu… no wiesz… kopciu kopciu piłeczkę. – Tyrciu, co on gada? – wtrąca autentyczny Dipcio. – Kopciu kopciu? To jakiś nowy gatunek? Usiądę na nim. Co mówisz? – Ty i tak ciągle siedzisz, padlinożerco liściasty! Masz tyłek, gdzie nie widać końca, bo tłuszczem zarośnięty. – Co się czepiasz Reksio? Mówisz o tych kilku liściach, które spadły z drzew. Wcale nie jem padniętych, tylko co wiszą, gdy je zrywam. – A co będzie ze mną? – wrzeszczę jak głupi do sera. – Zostanę wreszcie zjedzony, czy nie? Nie lubię niedomówień przed obiadem. – Powiedziałeś, że chcesz wiedzieć na czym stoisz – czule wtrąca kwestię Reksio. – W rzeczy samej. – Otóż dowiedz się, że stoisz na moim ogonie. – A ty masz ogon? – Raczej tak, skoro na nim stoisz. Nieprawdaż? – Mógłbym stać na innym. Pamiętam, że kiedyś stanąłem szczurowi na ogon, a on mnie ugryzł w rękę. – Ogon? – dziwi się Dipcio – Jaki tam ogon! Drugi szczur zaczął podskakiwać, bo tego pierwszego chciałem pogłaskać. – Pogłaskać? To ty głaszczesz wszystkie ssaki? – tym razem dziwi się Tyrcio. – Tylko te, którym nadepnę na ogon. Odszkodowanie za krzywdę. – Odszkodowanie za krzywdę, powiadasz. Słyszysz Dipcio, co on gada do gada? – Słyszę. – I to cię nie rusza? – Nie. – A co o tym myślisz? Czy się nad tym zastanawiasz? – W tej chwili nie, bo jem. Trudno mi się skupić, na dwóch kwestiach naraz. – To przestań żuć zielsko, bo w mordę zdzielę, twój mózg przy końcu. – Mózg?! Tylko mnie nie strasz! To jest to coś, czego nie ma u ciebie? – Ojej! Jednak myślisz, skoroś ripostowaty. – Szukam liści. – On jest Dobroczyńca! – wyjaśnia Tyrcio. – No i co z tego – dziwi się Dipcio. – Znowu żresz!!! Nie wytrzymuję jurajskiej konwersacji. Z tej to przyczyny, wrzeszczę czym popadnie, byle głośno: – Kim niby jestem!? Chwileczkę, co tu jest grane? Wczoraj zabiłem muchę i złamałem pająkowi palec, a przedwczoraj wydłubałem kornika ze starego skrzypiącego dziadka, tak że biedak zupełnie zdechł na śmierć. Jaki ze mnie dobroczyńca? – Biedny dziadek. – Cholera! Tyrcio! Z fotela wydłubałem. – Aż tak głęboko się zasiedział? – Gwiżdżę na pająka i stare dziadki – skrzeczy Ptrecio, co akurat sfrunął. – Wykorzystajmy Dobroczyńcę. W razie niestosownych uwag z jego strony, polecę z nim, by po chwili lecieć bez niego. Rzucę gościa na wypustki Stegcia. Jak wejdą w głąb zadu, to od razu zmieni zdanie. – Zwiń skrzydła i siedź cicho, bo ci z dzioba świder zrobię! – nie wiadomo kto wrzasnął. – Tylko się nie pozabijajcie – tym razem ryczę ja. – Macie wyginąć przez meteoryt, choroby, oziębienie klimatu, trzęsienie ziemi i co tam jeszcze nadejdzie. A chcecie wyginąć z padołu przed własną śmiercią… i głupotę? Jaszczury! Łby do góry! – Żadne do góry – posmutniał nagle Tyrcio vel Reksio – Co mu się stało – chyba myśli Dipcio. – Coś go gryzie. Czyżby odważny problem. Jaki z niego Król, to każdy widzi, ale jest nam bliski. Nawet niektórym ostatecznie. Taki mamy klimat. – Coście tak posmutnieli – przerywam ciszę myślenia. – Tyrcio, co z tobą? Nie roń łez. Jeszcze nie płoną paprocie. Dipcio, daj mu chusteczkę. – Chyba jedynie liść nadgryziony. Straciłem apetyt i więcej do mnie dociera. Domyślamy się, o czym Tyrcio wie, ale informacja z pierwszej paszczy, jest bardziej wiarygodna. Jego pytaj. – Reksio, o czym wiesz? Bądź grzeczny. Powiedz co cię trapi. – Jest mi wstyd. – No nie wstydź się. Jesteś groźnym jaszczurem. – Tak? – Jak babcię kocham! – Ja swoją zjadłem. Przez pomyłkę. Naprawdę! Wyplułem co się dało, ale już nie chciała biegać. – Wierzę ci, ale i tak jesteś groźny, a nawet straszny. – Nie robisz mnie w skamieniałe jajo? – Skądże znowu. Takiego dużego wszyscy się boją – co przeżyją. No powiedz… co cię trapi? Co przytłacza w otchłani smutku, twoją gadzią duszę. Wyjaw tajemnicę waszemu Dobroczyńcy. Gadaj co wiesz, zawzięty uparty jaszczurze, bo pójdę precz! – Nie unoś się tak nade mną. Poddani słyszą. Proszę. Spadnij. – No już dobrze. Przepraszam. Jesteś cacy, ale powiesz, prawda? A może tak na uszko. Tylko żebyś nie odgryzł razem z głową. No co? Sztama? – No dobrze. Na uszko tak. Widzę, że ogromna głowa, zbliża się do mojej, maciupeńkiej, tyci tyci, do prawie niczego. Otwiera paszcze. Mam wrażenie, że stado pokrzywionych zębów, niczym stado wygłodniałych sępów, tańczy mój łabędzi śpiew, a ja widzę na każdym z nich, bardziej ciemną niż jasną, oznakę jurajskiej władzy. Taką mlaskającą i krwistą. Goreje we mnie paskudna obawa, że te głupie jaszczury, bawią się mną i za chwilę zostanę pożarty, przeżuty, pokrojony i zmielony. W takim stanie nie przyprowadzę Diplodoka na święta, goście nie przyjdą, nie dostanę prezentów, a w ich głowach zaświta nieprzyjemna nadzieja, że ujrzą mnie dopiero jako skamieniałości, w rękach uczonego faceta, który z wielkim poświęceniem i oddaniem, odkurzać będzie skamieniałego członka, do niczego nie podobnego, delikatną zwiewną miotełką, jak skrzydełka aniołków, oraz ich chóralne śpiewy... Ssak. Wylatuję z myśli, jak z katapulty. – Ssak? Co za ssak? Jaki ssak? Ja jestem ssak! – Ssak żyje. Ten Mały Złośliwiec. Nie taki jak ty. Wstydziliśmy się przyznać. Pomóż nam go wypłoszyć z naszych czasów. Taki jest mały, że bez względu na to gdzie nadepniemy, to i tak nie trafimy. – Ale jak? – Co jak? – Mam go wypłoszyć? – Nie wiemy – posmutniały ich twarzyczki. – Jeżeli go wygnasz i jemu podobnych gości, to ty sam nie zaistniejesz A wtedy co z nami będzie, na wypadek podobnej awantury. A niech to. Rozklejamy logikę czasoprzestrzenną. – I co z tego. Ja i tak nie będę wiedział, że mnie nie ma, chociaż mogłem być. A wy sobie jeszcze pożyjecie. – A trzęsienie ziemi, meteor i zarazy, to co? – mruknął Ptercio. – Co wy sobie do jasnej kredy wyobrażacie!? Mam zatrzymać trzęsienie ziemi i chuchać profilaktycznie w przestrzeń, żeby się klimat nie oziębił. Siatkę ochronną nad wami rozwiesić. Szczepionki w dupki powciskać. Takie wielkie jaszczurki, a takie bojące. Nie wstyd wam? Musicie się same bronić, a ja co najwyżej wytropię Małego Złośliwca i pogadam z nim po dobroci albo odwrotnie. Nie o to chodzi, że nie chcę wam pomóc, ale pomyślcie, czego ode mnie oczekujecie. Na pewne sprawy wpływu nie mam, a na inne – po przemyśleniu – jest mi głupio mieć… jestem w końcu ssak. – No ba. – Co za ba? Chcecie mieć podane niewymarcie na tacy, jak ciasteczka na talerzyku? Czy o to wam chodzi? Tylko na tyle was stać? Zachowujecie się jak dzieci. Gorzej! Jak niemowlaki! A może smoczki wam przynieść, co?! – Tak tak, smoczki. Ojej, będzie nas więcej – skrzeczy Ptercio. – Nieznośny głupi Ptercio – też wrzasnąłem. Po wygłoszeniu właściwej reprymendy w stronę Ptercia, oraz wewnętrznie poirytowany, gadzią przewrotnością, idę do budki telefonicznej, by przekazać rodzinie wiadomość, że mam sprawę z futerkiem, co nie znosi jajek i muszę jeszcze chwilkę zostać – albo trochę dłużej. Oczywiście nie rozumieją, o co mi właściwie chodzi {ja też bym nie rozumiał}, ale tłumaczę, że wytłumaczę później. Teraz nie możemy wyginąć. – wrzeszczę do słuchawki. – Tyrcio, Dipcio, Stegcio i Ptercio też nie mogą – wysławiam się nadal. Odkładają słuchawkę. Widocznie dzwonią gdzie indziej. Dręczy mnie nadzieja, że być może, wszystko zakończy się pomyślnie. Chociaż nie jestem tego taki pewien. Jest tak jak myślałem. Mały Złośliwiec siedzi pod wystającą skałą i ryje świat jak popadnie. Podchodzę bliżej i walę prosto z mostu, by sobie nie ubzdurał, że płochliwy jestem jak zając, na nie swojej między: – Sio ssak stąd!!!. Ruchy ruchy!!! Podczas wypowiedzi, tupię nogą i wyszczerzam zęby, żeby dać do zrozumienia, że to nie jakieś bzdury, tylko odważne poczynania, mające swój cel. A ssak nic, ryje nadal. – Precz stąd! – powtórnie tupię nogą, złowieszczo się uśmiechając, jak kiedyś do zębowej szczoteczki. Nagle widzę, że ssak przestaje ryć. Staje słupka, maszeruje do pobliskiej skrzynki, wyjmuje butelkę piwa, kładzie się na ziemi, zakłada nóżkę na nóżkę, dłoń wtranżala pod główkę, drugą trzyma butelkę, która wystaje z pyszczka… i po prostu chla. Przerwa przedśniadaniowa. Ani mnie widzi, ani słyszy. Robi swoje. Chla i już! Wnerwiam się doszczętnie. Dosyć mam pobłażliwego mediatorstwa. Podchodzę do ssaka, by kopnąć go w tyłek, wyrwać butelkę i wychlać resztę. Tak też robię, jak pomyślałem. Stoję teraz pod drzewem, popijam piwo i otrząsam się z napiętych nerwów, jak młynarz ze zbytecznej mąki. Taki mały brzdąc, a taki złośliwy. Piwo mu w głowie, dinusie chce wyplenić, a mleka ma pod nosem, jakby mu w tym miejscu, krasnoludek bożą krówkę wydoił. Nagle widzę, że ssak zmierza w moim kierunku. Nie zwracam na niego uwagi. Gdyby przyszło co do czego, złapię az futerko i wytrząsnę złe maniery. Dam mu nauczkę. Jeszcze mnie popamięta! Ssak podchodzi bliżej, a gdy jest całkiem blisko, pluje na mój but i odchodzi. Robi metr ode mnie, tego swojego słupka, znacząco tupie lewą nóżką, łapką podpiera ten swój przemądrzały boczek, główkę z ryjkiem jak kreska kieruje w prawo, patrząc na błękitne niebo i widać od razu, że jest wnerwiony na cały świat. Taki mały, a na cały świat. Coś takiego! Otrząsam się z nerwów, jak jesienne drzewko, co przed chwilą miało liście a teraz ma mniej i odzywam się w te słowa: „No dobra stary. Bądź łaskaw wytrzeć swoim ogonkiem, twoją plujkę z mojego buta, a nie rozwalę ci skrzynki z piwem. No co, głupi? Idziesz na to? Nie – odpowiada Mały Złośliwiec. Co i tak nie ma większego znaczenia, bo właśnie spada meteoryt. Duży. Ciężki. Ciekawe, czy w nas trafi?
-
wdepnąłem w gówno na szczęście jeszcze widzę bliźniego szedł trochę wcześniej cieszy mnie kupa na jego butach spoglądam na nie z tak wielką chęcią że rachu ciachu wlazłem w następną bliźni już dawno buty wyczyścił ja ciągle śmierdzę jak skunksa wytrysk ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈• u sąsiadów ładne kwiaty a nam same chwasty rosną zaraz prędko pobiegniemy podepczemy fajnie mocno po co sąsiad ma się cieszyć skoro nam bez kwiatów smutno nadmiar szczęścia mu zaszkodzi jeszcze umrze biedny jutro on jabłonkę ma przed domkiem połamiemy ją przepięknie ale najpierw na gałązce przyczepimy zawisienkę
-
–//––– jeszcze wczoraj szybowałaś nad łąką ćma stukająca o horyzont lecz nie było w tobie lęku światło zamglone i wiele pytań kwiaty już zwiędły nawet ten jedyny który zabrałaś ze sobą wznieś się wyżej nasącz błękitem spójrz na ziemię tam ciebie nie ma lecz nadal jesteś nadszedł świt mgła spowija myśli poświatą jutrzenki rany i kapiącą krew pośród wielu dróg wyschnięta rzeka na spękanym dnie dostrzegasz ślady uchroniła ciebie nie pozwoliła utonąć lecz popłynąć też się nie dało
-
Piosenki→Schody do Umysłu / Perłowy Sen
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Moondog91 Monndog91→Dzięki:)↔Słowa są dopasowane w miarę możności, do melodii, więc nie mogę zmienić. Musiałbym napisać na nowo:)↔Pozdrawiam:) -
Nie Znikniesz
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@AOU AOU→Dzięki:)→To taki przeinaczony mój dawny tekst. Żeby było po 13 sylab, jeżeli słusznie policzyłem:)) Adasiowy. No faktycznie. Coś takiego! A to dopiero!→Pozdrawiam :)) -
Nie widzą siebie nawzajem i nie wiedzą gdzie mieszkają. Inne zmysły napędzają życie. Pojęcie pionu nie istnieje. Jak powstał ich świat i jak wygląda? Kim oni są? Też nie mają pojęcia. Poruszają się przylgnięci do podłoża. Wszystko takie jest. Doskonale płaskie. Nie wystaje poza świat. Ma jedynie grubość nałożonej farby. Kiedyś owa kraina, była Wielkim Białym Płótnem. Nad nimi pusta przestrzeń, którą trudno sobie wyobrazić. Dotyk, zapach, wzajemne rozmowy oraz coś, co po prostu trudno zrozumieć, ułatwiają trochę egzystencje. Aczkolwiek ciała nie mogą się na siebie nakładać. Tak samo jak cała reszta. Jedynie stykać bokami, niewyobrażalnie płaskimi. Do swoich domów, mogą wchodzić jedynie ustalonymi ścieżkami. Przesuwanie po ścianie, jest oczywiście niemożliwe. Wyobraźnia im nie wystarcza, żeby wyrobić sobie pojęcie, o wyglądzie świata, którego zamieszkują. Są jednak krótkie chwile, kiedy widzą przebłyski otoczenia, lecz niewyraźnie i jakby za mgłą. Dzieje się tak wtedy, gdy jedno z nich wykrusza się z podłoża lub jest bardzo wytarte, prawie niewidoczne. Wtedy jest Wielkie Święto. Wielkie Coś, włochate na końcu, zbliża się do świata i maluje nowego osobnika, na miejsce tego, którego już nie ma. No właśnie. W jaki sposób mogą określać słowami, to wszystko, co istnieje poza ich wyobrażeniem. Tego też nie wiedzą. Część malująca, w przekroju kołem, sprawia wrażenie ogromnego walca, składającego się z tysięcy cienkich nitek. Są mokre, a zatem błyszczące. I właśnie w nich, mogą widzieć jak za mgłą, zarysy samych siebie i otoczenia, spoglądając z ukosa na odbity obraz. Nie daje to jednak możliwości stwierdzenia, co tak naprawdę widzą. Nawet wtedy, gdy malowany jest większy obiekt i przestrzeń odbijająca jest większa. Tym bardziej, że tego typu czynność przebiega bardzo szybko. Kiedy postać już istnieje i zaczyna się ruszać, Wielkie Coś szybko znika. Zostaje znowu nad nimi absolutna pustka. Nastaje kolejna tak zwana: noc. Po przebudzeniu, nie wiedzą w pierwszej chwili, na co patrzą. Zdają sobie jedynie sprawę, że wszystko jest nie takie jak wczoraj. Szczególnie gdy spoglądają przed siebie. Widzą wielkie ilości kolorowych ruszających się kształtów. Jakby ktoś nad nimi rozwiesił ogromny obraz z ruchomymi postaciami. Dopiero po bardzo długim czasie, gdy ich mózgi dostosowały się do nowej sytuacji, zdają sobie sprawę, że patrzą na samych siebie. Widzą świat w którym żyją. Muszą tylko spoglądać w górę. Nie wiedzą skąd, ale przychodzi im na myśl, że jakaś ogromna siła o wielkich możliwościach, rozwiesiła nad nimi ogromne lustro, równoległe do ich świata. Wreszcie wiedzą, gdzie żyją, w jakim otoczeniu, jak wyglądają, jakich mają sąsiadów. Cieszą się i wiwatują. Na dodatek zwierciadło posiada przydatną właściwość. Dostrzegają siebie jakby spoglądali z góry. Gdyby cokolwiek pisali, napisy można by normalnie odczytać. To bardzo ułatwia postrzeganie tego co czynią. Radości i zachwytów nie ma końca, lecz po jakimś czasie, kiedy pierwsza euforia mija… zaczynają dostrzegać różnice… A im więcej różnic, tym więcej waśni się rozprzestrzenia. A ten ma ładniejszy domek lepszą farbką wybudowany, a sąsiad solidniejsze ciało, takie z utwardzaczem. W tym sadzie drzewa się nie łuszczą, a w innym liście odpadają. Jeszcze inny drugiemu terpentyną zalatuje. To dziecko z farbek wodnych, a inne z plakatowych. W jednym miejscu ślad po pędzlu widoczny, a obok sąsiada wszystko ładnie wygładzone. Nerwowość jest coraz większa. Im więcej obrazów dociera, tym konflikty się potęguję. Ktoś zechciał pomóc. Uszczęśliwić. Dał im możliwość, której jeszcze nigdy nie mieli. A może rzeczywiście owa Siła była przekonana, że lustrem polepszy. Zobaczą wreszcie świat w którym żyją. Będą wiedzieli jak się poruszać i co jest ważne, a co mniej. Niestety. Poszło niezgodnie z oczekiwaniami. Tylko nieliczni, po prostu nie patrzą w górę. Żyją tak jak kiedyś. Jakby lustro nie istniało. Nie jest im łatwo. I nie wiadomo, co lepsze. Zaczynają walczyć między sobą. Tym bardziej, że w lustrze widzą kogo tłuc. Oczywiście słowo: tłuc jest trochę nie na miejscu. Okazuję się, że odwieczna tradycja zabraniająca nakładania się na siebie, przestała obowiązywać. Osobniki z grubszej warstwy farby, włażą na te z bardziej cienkiej. Wydrapują te pod spodem, z podłoża. Inni znowu nasuwają się na ściany domów, by sąsiadowi życie uprzykrzyć. Niektórzy z nerwów, dostają łuszczycy. Mieszają się z innymi obrazkami. To całe zamieszanie rodzi wiele pustych wydrapanych miejsc. Wielki Pędzel nie nadąża malować nowych osobników. A jeżeli nawet, to wychodzi mu koślawo. Jest bardzo nerwowy. Koślawe nie chcą być koślawe. Mają pretensje do wszystkich w koło. Zawiść zaczyna wrzeć. niczym gotująca się farba. Niektórzy psują swoim ciałem okoliczne obrazki, żeby były tak samo brzydkie jak one. Nie ważne, czy żywe, czy nieożywione. Wielki Pędzel jest tak roztrzęsiony, że uderza w lustro. Powstaje ogromne pęknięcie. Część świata wraca do punktu wyjścia. Nie widzą samych siebie, ale inni dostrzegają ich i to niezwłocznie wykorzystują. Powstaje wielki chaos. Już nie jest tak pięknie jak kiedyś. Niestety, pęknięcie się niebezpiecznie powiększa. Znowu następni nie wiedzą jak żyją. A ci co jeszcze mają lustro nad głową, coś jednak widzą. Wreszcie dostrzegają swoich największych wrogów. A przynajmniej tak ich w myślach nazywają, bo nie wypada tłuc za nic. Wiedzą jak się do nich dorwać. Zdrapać do gołego płótna. Do ostatniej nitki. Same pozostając warstwą farby. Pęknięć w zwierciadle jest tak wiele, że wszyscy zdrapują wszystkich, nie wiedząc, czy to przyjaciel czy wróg. Słychać nieliczne głosy nawołujące o spokojne przyleganie do podłoża, ale na nic to się zdaje. Walka jest tak zacięta, że lustro zaczyna niebezpiecznie drgać, wpadając w rezonans. Na dole odbywa się prawdziwa wojna. Taka zajadła, że w płótnie powstają dziury. Wiele istot jest przedartych na pół lub dosłownie na strzępy. Niektóre części wojujących farb, wylatują przez rozdarcia w płótnie, w nicość. A że wojuje większość, to i niewinne kończą tak samo. Rezonans doprowadza do tego, że ogromne lustro rozpada się na kawałki, które zlatują na obraz. A właściwie na resztki, co z niego pozostały. Mieszają się z lepkimi cząstkami farbek, które jeszcze tak niedawno, były żyjącymi istotami tego świata. Ostre odłamki tną płótno na strzępy. Wszystko spada, w trudną do określenia rzeczywistość. Nie ma już obrazu ani lustra. Tylko zapach świeżej farby, gdzieniegdzie pozostał.
-
Tekście! Mój ty kochany! Niech nikt cię nie nęka Stracić ciebie o zgrozo to wielka udręka Juści dla mnie Dziś twe zdania widzę na stronie Na tym biało-czerwonym ojczyźnianym łonie Choć zachłannie myślą dziwaczne durne ludy Żwawo stanę do boju karmiąc siły wprzódy Orężem akapity tudzież dusze drukiem Na ekranie ojców naprawiać chce zepsute Kompa tutaj kładę na łonie zbóż złocistych By nie targał mącił wiatr wrogi porywisty A później na miedzy pośród krzewów zielonych Tam krew maków ojczystych wolności stęsknionych Z obcych sadów wiśnie rzucają cię pestkami Walczysz atak odpierasz twardymi spacjami Nagle swobodne góry strumyczki szemrzące Bociany orły i pszczoły miodem pachnące Interpunkcja łodyżki stokrotek kołysze Nie muszę cię ja chronić gdyż lęku nie słyszę Pod baldachim błękitny promienie złotawe Ekran już bez kajdan na blask jutrzenki kładę * Odpocznij pod niebem Tam kwiaty wróciły kwitnące Nie znikniesz na wieki Podziękuj nie mnie Łące
-
Nie wiem skąd przybyli. Atakują ze wszystkich stron. Wgryzają się w ciało. Tworzą cienkie rządki z wirującą kolczatką. Cholerne świdrujące kreski. Słyszę wilgotny szelest. Te jeszcze na zewnątrz, chwytam całymi garściami i rzucam na podłogę. Rozdeptuje. Słyszę jak pękają. To nic nie daje. Większość z nich zdążyła wejść w rękę. Wciąż przybywają nowe. Nieustannie. Płynące szare rzeki. Otaczają mnie ze wszystkich stron. Nieustanny skrzypiący szelest, jest nie do wytrzymania. Czuje je wewnątrz ciała, lecz o dziwo, nie odczuwam bólu i nie widzę żadnej krwi. Mam wrażenie, że płyną w żyłach w kierunku serca. Pulsuje ze strachu niczym zwierzątko w potrzasku. Skóra nieustannie faluje. Szara i chropowata. Są bardzo żywotne. Dalsza walka nie ma sensu. Zaprzestanie przyniesie więcej korzyści. Lepiej stać się nimi, wchłoniętym przez miliony żarłocznych punkcików. Przeżuwają nie tylko ciało, wnętrzności, ale także psychikę. Mam zupełnie inne myśli. Szybsze i dokładniejsze. Wiem co dla mnie najlepsze, a co może mi zaszkodzić. Czuję wewnętrzną przemianę. Jestem nią. Nieustannie drgającym. Setki z nich wylatuje z ust. Nie mogą się pomieścić, ale wracają. Uparcie dążą do celu. Wiedzą, że ich pragnę i oczekuję. Wchodzą do oczu. Przez moment jestem ślepy. Nawet zaczynam się bać. Zupełnie niepotrzebnie. Teraz widzę o wiele lepiej. Krystalicznie wyraźnie. Z samych siebie utworzyły nowe oczy, a w nich drgające źrenice. Robię się coraz większy. Włażą do uszu. Słyszę o wiele dokładniej. Nieustający świdrujący szum, jeszcze przed chwilą cholernie mnie denerwował. Teraz jest balsamem. Płynącą muzyką. Zmieniłem się. Już nie jestem tym samym, co na początku. Ciało i psychika są nowe, lepsze, bardziej wytrzymałe. Jestem nimi, a one mną. Muszę znaleźć więcej do mnie podobnych. Takich jak ja. Też staniemy w rządkach. Większych. Ogromnych. Potrzebujemy żywności. Nowych ciał do zawładnięcia. Nasze moce przerobowe znacznie wzrosną. Nauka nie poszła w las, ale jej owoce tak. Będzie łatwiej polować na grubą zwierzynę i na tych śmiesznych bezbronnych ludzików. Jesteśmy głodny. Dużo nas, cholernie dużo. Drgających olbrzymów. Mali wielcy tego świata, nie mogą mnie powstrzymać. Żadna bomba nam nie zaszkodzi. A nawet gdyby, to tylko na moment. Od razu wracam do pierwotnego kształtu. Nigdy się nie mylimy. Powroty zawsze są do macierzy. Na początku biliśmy słabe. Mało odporne. Można mnie było zmiażdżyć byle butem. Lecz w miarę wchłaniania kolejnych ciał, nasza odporność wzrastała. I wzrasta nadal. To jest ważne. Wziąłem ten świat w posiadanie. Żywe istoty już nam nie wystarczą. Zresztą niedużo zostało. Żywię się wszystkim. Nie ważne czy ma w sobie życie, czy nie. Pochłaniamy co popadnie, co staje mi na drodze. Kształty nasze są początkowe. Olbrzymich ludzi. Nie byle ludzików. Są we mnie. Jestem wieloma, składających się z milionów. Idziemy ciągle do przodu. Zostawiam za sobą puste przestrzenie. Więksi i większy. Coraz bardziej doskonali. Moja empatia jest przeogromna. Zrozumieliśmy ludzkie potrzeby i tęsknoty, jak żadne inne organizmy, przybyłe na tą planetę. Wchłaniać za bardzo już nie ma co. To cholernie dołujące. Miliony moich mózgów myśli intensywnie, jak wybrnąć z tej cholernej sytuacji. Dochodzę do wniosku, że musimy zacząć pożerać własne ślady oraz samych siebie. Postanowienie wprowadzamy skrupulatnie w życie. Poczucie psychicznego komfortu nieustannie wzrasta. Ciało jest większe i potężniejsze. Pochłaniamy wszystkie jeziora i wszystkie morza. Zauważam, że obszaru pode mną ubywa. Nie martwi nas to. Pragnę być jeszcze bardziej potężny, władny i absolutnie panować nad światem. Niby wszystko takie cudowne i wspaniałe, ale niektóre nasze maleńkie ciała, wyrażają obawy, czy aby postępuję słusznie. Nawet przytaczają maksymę tych śmiesznych minionych ludzików… o nie podcinaniu gałęzi, na której się siedzi. Nic dziwnego, że w nas takie niedorzeczności. Może nie wszystkich dokładnie strawiłem i pokręcone ludzkie myśli w nas pozostały. Na szczęście jest ich mało. Nie zakłócają naszej wędrówki i moich pragnień. Pochłaniamy świat konsekwentnie i metodycznie. Bardziej rozumny, rozsądni i rozważny. Tyle genialnych umysłów w nas siedzi. Różnorodnych, a takich samych. Oprócz wspomnianych kilku milionach wyjątków. Nie przeszkodzą nam. Nie powstrzymają. Jeszcze trochę i stanę się jedynym władcą tego świata. * O kuźwa! Chwila. Jakiego świata?
-
Piosenki→Schody do Umysłu / Perłowy Sen
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Na ile potrafiłem, teksty dopasowane do linii melodycznych: ''Տեɑíɾաɑყ Ƭօ Ӈҽɑѵҽղ'' → Lҽժ ȤҽթթҽƖíղ→[początkowy fragment] "Dziewczyna o Perłowych Włosach"→Omega nie masz sił błądzić znów pośród myśli niechcianych uwierz tam gdzieś za mgłą niedaleko stąd sobą bądź póki czas nie zatrzyma twych marzeń poza kres skalnych ścian wzlecieć ponad poza kres skalnych ścian pośród wzgórz inny wzrok stamtąd jest w oderwaniu szybuje i zrozumiesz swój błąd złudne tło no więc czas wspiąć się tam po tych stopniach tak stromych że aż wrócić byś pragnął bo nie łatwo ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈≈•≈•≈• {część instrumentalna!} na brzegu marzeń widzę twą twarz perłowe włosy kołysze czas lecz może słowa twoje tu są a ty daleko gdzieś tam za mgłą roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę jesteś tam wiem pójdę w blasku twych słów do twojego snu na skraju brzasku uśmiechasz się a może tylko uwierzyć chcę sukienka z kwiatów księżycem lśni naprawdę jesteś czy mi się śnisz roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę jesteś tam wiem pójdę w blasku twych słów do twojego snu {część instrumentalna} roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę jesteś tam wiem pójdę w blasku twych słów do twojego snu w oddali słyszę twój cichy śpiew może tam jesteś i cóż że wiem choć idę ścieżką wciąż jestem tu tańcem znaczona śladem twych stóp roztańcz tajemnic sen wskaż mi drogę jesteś tam wiem pójdę w blasku twych słów do twojego snu *| ̲̅d̲̅e̲̅k̲̅a̲̅o̲̅s̲̅ ̲̅d̲̅o̲̅n̲̅d̲̅i̲̅ ̲̅|* -
Odnaleźć Piosenkę
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Rastu Rastu→Dzięki:)↔No fakt, Czasami mi się zdarza zrozumiale. A czasami sam nie bardzo rozumiem, co napisałem. Różnie bywa:)) →Pozdrawiam:) -
AOU↔Też Ciebie Pozdrawiam:))
-
Spiralna Wioska
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@CafeLatte CafeLatte→Dzięki:)→To jeden z tych tekstów, którego zacząłem pisać, mając jeno zarys fabuły, łącznie z zakończeniem. A czasami, wiem jaki będzie koniec i ''dopasowuję'' tekst:)) Póki co spokój na niebie. Chociaż... hmm... słońce kwadratowe... to trochę dziwne... a niech to... ktoś czułkiem puka w szybę... zielonym... Pozdrawiam i życzę miłego dnia, bo nie wiem co będzie... -
W Zaułkach Wiatru
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@lich_o Lich_o→Dzięki:)→Coś mi ten wyrazbył za krótki. Spozierałem jak sroka w gnat, ale się nie zorientowałem:)) Pozdrawiam:) -
W Zaułkach Wiatru
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_Suchowicz Jacek_Suchowicz→Dzięki:)↔Mnie chodziło o ''duchowy'' kamień wirujący w materialnym kamieniu:) Czasami stosuje za duże skróty myślowe i jest jak jest:))→Pozdrawiam:) -
[Prolog] Gdy teraz na spokojne o tym myślę, dochodzę do wniosku, że tak naprawdę sami byliśmy sobie winni. Pojawiły się nagle nie wiadomo skąd i akurat w pobliskim lesie. Otacza nas pierścieniem drzew. Wioska położona na ogromnej polanie, nie może zachwycać jakimś szczególnym i zaplanowanym rozmieszczeniem domów. To raczej taki swojski i przytulny chaos. Mamy za to coś, co zasługuje niewątpliwie na pochwałę. A mianowicie swój symbol, który stanowi: spirala w najróżniejszych wydaniach. Można ją dostrzec na: drzwiach, ścianach, kołyskach, czajnikach, a nawet na szczoteczkach do zębów, jeżeli ktoś takową posiada. A poza tym wiele ozdóbek wiszących i stojących ma właśnie taki kształt. Dlaczego? Trudno stwierdzić. Nikt nie pamięta. Może ma to jakieś znaczenie. Wracając do tego o czym wspomniałem na wstępie, na początku nic nie wskazywało na to, że stanowią jakiekolwiek zagrożenie. Takie po prostu ciekawostki przy zbieraniu grzybów. Jedno jest niewątpliwie pewne. Wielu naszych straciło życie. Chociaż nikt ich nie zabił. Sami się zabili. [Jakiś czas temu] Wioska zakryta cichym całunem nocy, rozjaśnionym nieco srebrzystą poświatą księżyca, tudzież nikłym blaskiem gwiazd, zapada właśnie w dziwny rodzaj snu. Nie wszyscy zdążyli wejść do swoich domów. Wielu śpi na zewnątrz. Nie wiedzą, że przebudzenie nastąpi w trochę innej rzeczywistości, która w początkowej fazie wiele nie zmieni. Tymczasem gdzieś wysoko, nad ich dotychczasowym życiem, kształtują się obiekty ledwo widoczne na tle ciemnego nieba. Skanowanie tych dziwnych istot, wobec których mają pewne, ściśle określone plany, przebiega bez najmniejszych zakłóceń. Potrzebny materiał do budowy ich ciał, który ma symbolizować znaną rzecz występującą na Ziemi, przekazywany jest w niezrozumiały, nietypowy sposób. Wspólną świadomość z możliwością osobnego myślenia i wypowiadania tubylczych słów, zyskają dopiero wtedy, gdy już będą spoczywać bliżej celu. Bardziej zespoleni z tym, co mają w planie zrobić. W końcu po to tu przybyli. W tej chwili skanowanie przyjmuję bardziej skomplikowaną formę. Kopiowanie zawartości ludzkich umysłów nie jest sprawą prostą, nawet dla nich. Ale bez tego ich misja nie miałaby żadnego sensu. Szary świt poranka otwiera nowy dzień, niczym pustą księgę z jedną wielką niewiadomą. Ptaszki ćwierkają wesoło a kolorowe kwiatki tulą w sobie krainę różnorodnych barw. Na tle czystego błękitu nieba, niewidoczny pasterz, pilnuje białych pierzastych owieczek. Płyną wolniutko, niczym leniwe pierogi w niebieskiej wodzie. Na skraju lasu jedno drzewko jest złamane. Mała dziewczynka o imieniu Zosia, biega w kółko przed domem z koszyczkiem w ręku. Buzia jej się nie zamyka, gdyż śpiewa radośnie: mamo, mamo, pozwól mi iść do lasu nazbierać grzybków, proszę, proszę, proszę... Mama stoi na progu dziwnie zamyślona. Popatruje na swoją córkę, jakby chciała ją akurat dzisiaj zobaczyć... więcej. – No dobrze. Możesz iść. Co ja już mam z tobą zrobić. Chyba wiesz, które zbierać? – Pewnie że. – No przecież wiem. Tylko wracaj prędko i nie idź za bardzo w głąb lasu. – Ależ mamusiu. W naszym lasie nie ma żadnych drapieżników. Sama mówiłaś. – Wiem. – A zrobisz z nich obiadek jak przyjdę. – Z drapieżników? – No co ty mówisz mi. Z grzybków. – Oczywiście. Już od teraz możesz się cieszyć. Stoją na swoich miejscach. Dziwny to dla nich świat. Ale trochę już go poznali. Poprzez Wielki Skan. Także sposób porozumiewania się tych dziwnych istot. Ich jest inny. Nie muszą słowami. Tutaj, wśród wysokich rzeczy są trochę zasłonięci. Dla lepszego klimatu ich działań. W końcu przybyli po to, żeby nadać większy sens. Niedawno nad wioską przeszła potężna ulewa. Dlatego staw blisko lasu, napełniła dodatkowa woda zmieszana z piaskiem. Mimo wszystko nie jest brudna, lecz do dna daleko. Mieszkańcy zaczynają być dziwnie podenerwowani. Jakby im coś odebrano, jednocześnie zostawiając. Ich podświadomość została naruszona. Po tej szczególnej nocy, jeszcze żaden z nich nie poszedł do lasu. Nie odczuwają takiej potrzeby. Jedynie Zosia, pragnie grzybkami sprawić radość, sobie i swojej rodzinie. Koszyczek przez nią niesiony, ostukuje rezolutnie wszelkie krzaczki a nawet ściółkę leśną. Dziewczynka maszeruje już jakiś czas. Wbrew przestrodze matki, coraz bardziej się zagłębia w leśne knieje. Skupisko drzew jest dość znaczne. Z uwagi jednak na to, że słońce jasno świeci nie zakłócone gęstymi chmurami, tutaj na dole jest całkiem przyjemny... klimat. Świetliste promienie, węższe na górze, a szersze na dole, buszują ciepło między wszelką roślinnością. Różnego rodzaju pyłki szybujące w ich wnętrzu, nadają im bardziej wyrazisty, subtelny kształt. Tylko ptaków nie słychać. Matka odczuwa pierwsze symptomy lęku. Przecież miała iść tylko na brzeg lasu. Dlaczego jej pozwoliła. Teraz dopiero odczuwa jakby szóstym zmysłem, że coś wisi w powietrzu. Nagle Zosia przystaje. Nazbierała już trochę grzybów, ale chce nazbierać jeszcze. Wyczuwa, że coś biegnie w jej stronę. Nie wie co, bo krzaki zasłaniają. Trochę jest zdenerwowana, dlatego nie może się ruszyć. Wtem, kawałek przed nią przebiega mała sarenka. Za chwilę następna... i następna. Dziewczynka jest dziwnie pewna, że musiało je coś wystraszyć. A źródło strachu jest tam skąd przybiegły. Odczuwa lęk, ale też wielką ciekawość. Postanawia sprawdzić, co przestraszyło zwierzątka. W wiosce spore zamieszanie. Nie tylko dziewczynka poszła do lasu na grzyby. Inni też poszli. Lecz wielu po to, żeby jej szukać. Niektórzy szybko wracają, by oznajmić, co tam zobaczyli. Że niby stoją gdzieniegdzie w poświacie słońca, w różnych miejscach, a ich widok jest bardzo szczególny. Niektórzy nawet twierdzą rzeczy niebywałe. Nikt im nie chce wierzyć. Zosia raźno maszerując, rozgarnia wszelakie roślinne przeciwności, drugą ręką trzymając koszyczek. Odgarnia różne gałązki i zwisające pajęczyny. Właśnie jeden pająk zleciał jej na sukienkę. Strzepnęła go na ziemię. W pewnym momencie, drzew zaczyna być mniej. Z lekka oświetlone zachodzącym słońcem, skrywają między sobą tajemnicę. Zosia stoi oniemiała, w pierwszej chwili nie wiedząc na co patrzy. Widzi kamienne figury, trochę zniekształcone, okryte prześwitującym obrazem. Jeżeli chodzi o wygląd, to ani to człowiek, ani kamień. Takie coś pomiędzy. Najbardziej dziwnie wyglądają twarze. Jakby zakryte szarym, nieco przezroczystym lodem. Nie wie natomiast, że figur jest dokładnie tyle, ile mieszkańców wioski. Nie dostrzega wszystkich. Pozostałe stoją w innych miejscach. Mają wielkość ludzi. Wielu zmierza w kierunku lasu. Muszą sprawdzić, zobaczyć, wiedzieć. Prowadzi ich tych paru, co wróciło i opowiedziało. Nie bardzo im uwierzyli. Że jakieś tam... figury... no nie. Toż to jakieś bzdury zapewne. Zosia chodzi między kamiennymi postaciami. Nie odczuwa już lęku. Wie, że mama będzie się denerwować ale ciekawość jest silniejsza. Jednak w pewnym momencie znowu przystaje wystraszona. Figura jest dziwnie znajoma. Wielkość też. Patrzy przez chwilę i pod delikatną maską szarości kamienia... dostrzega i rozpoznaje swoją twarz. Teraz dopiero patrzy dokładniej na pozostałe. Podchodzi do ''siebie'' bardzo blisko. Dotyka po raz pierwszy ''kamiennego'' ciała. Nie jest zimne, ale też nie ciepłe. Takie w sam raz. Ciekawość nasącza umysł. Przykłada ucho do tajemniczej powierzchni. Stoi w ten sposób dłuższy czas. Ma wrażenie, że z wnętrza dobiega cichy szept. To wzbudza w niej nieokreślony lęk. Już chce odejść, lecz nagle słowa są całkowicie zrozumiałe. Słucha uważnie. śliczna zosia przy stawie stała w głębokiej wodzie ujrzała słoneczko serduszkiem całym blask pokochała gdy jej szeptało choć do mnie dzieweczko Dziewczynka przez to że rezolutna, zadaje pytanie, czy może komuś wierszyk powtórzyć. Przez chwilę słyszy jakieś, jak jej się wydaje, nerwowe szmery. Nagle głos mówi: ''O kuźwa. Nigdy w życiu. Zaraz wduszam guzik. Dzięki. Zosia też grzecznie dziękuję za informacje. Teraz z kolei w lesie wielkie zamieszanie. Figury wzbudzają coraz większą ciekawość, ale też podświadomy lęk. Wielu jednak po tym, co powiedziała Zosia, też przykłada uszy do tych dziwnych ciał. Właśnie jeden zaciekawiony, słucha kamiennego szeptu: stoisz cicho pod gałęzią pętla zwisa ci nad głową załóż dyndaj wesolutko przyjdą ciało twe zabiorą Są też tacy, którzy za żadne skarby nie chcą do końca słuchać owych szeptów, odczuwając dziwny niepokój. Odchodzą po pierwszym słowie, lub w ogóle nie zbliżają się do obiektów. Tym bardziej, że rozpoznają własne twarze. Każdy może, ale tylko siebie. Przykładając ucho, do ''kogoś innego'' słyszy tylko ciszę. Owe głosy zostają im dziwnie w głowach. Wyrzucenie ich na zewnątrz jest niemożliwe. Jak czarne ptaki, krążą pod sklepieniem umysłu, wydziobując w nim nieodwracalne dziury. Chociaż to co usłyszeli, w sensie samych słów, było nawet przyjemne i ładne. Figury są nie do ruszenia. Jakby ich ciężar był nieskończony. Nie można ich zniszczyć żadnym ziemskim sposobem. Wszyscy ci, co słuchali, zaczynają tego żałować, chociaż nie wiedzą dokładnie: dlaczego. Żaden człowiek nie może powiedzieć innemu, tego co usłyszał. Nawet gdyby chciał. Jak się miało okazać, na całe szczęście. Matka spotyka swoją córkę na skraju lasu. Łzy szczęścia wypływają jej z oczu. Zosia dźwiga koszyczek pełen grzybów. Mimo tej przygody miała czas nazbierać. Biegnie w kierunku mamy, co sił w nogach. Już z daleka wrzeszczy radośnie, bardzo podekscytowana. Aż jej tchu brakuje: – Mamo, ty wiesz co ja widziałam. Takie fajne kamienne figury... no mówię ci. Nawet jedna powiedziała mi wierszyk. Ale nie mogę powtórzyć. – Wierszyk? Powiedziała? – No tak. Mówię przecież... wiesz co mamo, zabierz koszyczek, idź do domu i zrób obiadek. – Jak to? Co dopiero cię odnalazłam i już chcesz ode mnie uciekać. – Muszę przytulić coś bardzo pięknego, całkiem z bliska. Koniecznie. No proszę. – A co to jest? – To tajemnica. Nie mogę powiedzieć. Muszę lecieć, bo niedługo zniknie. Jest głęboko schowane i błyszczy. – No dobrze. Ale przyrzeknij, że jak tylko przytulisz, to zaraz wrócisz. – Przyrzekam, mamo. ~ Na stole talerze. Na nich duszone ziemniaczki, z sosem i grzybkami. Obiad jest zimny i nieruszony. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Wioska zakryta ciemnym całunem nocy, rozjaśnionym nieco srebrzystą poświatą księżyca, tudzież nikłym blaskiem gwiazd, zapada właśnie w dziwny rodzaj snu. Nie wszyscy weszli do swoich domów. I już nigdy nie wejdą. Słowa stały się rzeczywistością na różne sposoby. Nie czas i miejsce na wymienianie wszystkich. Bo cóż to zmieni. Zostały tylko niezniszczalne ślady w lesie. Teraz na wieki przeklęte. Nieznana mieszkańcom przepowiednia, mówiąca o tym, że nieszczęście będzie się spiralnie powiększać, nie miała na szczęście miejsca w pełnym zakresie. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Myśli przekazują wzajemne informacje. – Przecież chcieliśmy im pomóc. Rozweselić. Ich życie takie monotonne. – Masz racje. Tylko żeśmy nie pomyśleli o sile naszych umysłów. – Szczerze powiedziawszy, te opowiastki były całkiem fajne. – To fakt. Ale coś poszło nie tak. – Może Wielki Skan miał za duży zasięg? Nie tylko wioskę załapał. – Dobrze, że chociaż włączyłeś funkcję: nie powtarzaj. – Dzięki tej małej dziewczynce. Gdyby nie zadała pytania, to bym o wduszeniu guzika zapomniał. A wtedy... – ...byśmy wioskę wyludnili, jakby sobie zaczęli wzajemnie przekazywać opowiastki. Nawet tym, co by nie chcieli słuchać. Uratowała co najmniej kilkaset osób. – Niektórzy z nas, słowa nie rzekli. – Bo wielu nie odnalazło: siebie. Też dlatego. – Taa... powinni jej pomnik postawić. – Nigdy się nie dowiedzą, że to: ona. – A swoją drogą Wielki Skan musimy dać do przeglądu. – Przecież widzieli, że inni giną. A robili to samo. – Nie musieli naszych słów wprowadzać w życie. – W życie? Jaja sobie robisz? Sugestor za silny. Taka prawda. – A mimo wszystko nie musieli. My im tylko bajki opowiadali.
-
w zaułkach wiatru tańczą kamienie na przekór temu co w nas jest wciąż bliżej nieba patrzą na ziemię w skalnych cząstkach wirują też tak nieprzerwanie bez horyzontu poza czasem wszelakich chwil przy złej pogodzie a także w słońcu choć nadzieja nie zawsze lśni spowite w cierniach są tajemnice w nich empatia ze skrzepłej krwi w przeistoczonym kręgu zakryte czy ofiarują nowe dni
-
Odnaleźć Piosenkę
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jacek_Suchowicz Jacek_Suchowicz→Dzięki:)→Też Dzięki za wychwycenie. Zmieniłem→czy coś nie tak, bo→póki jest czas→chyba lepiej brzmi→a jest się nie powtarza. Pozostałe →też.→→Ładny wiersz. Taki →zwiewny→wiosenno→muzyczny→Pozdrawiam:) -
Odnaleźć Piosenkę
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Franek K Franek K→Dzięki:)→Fakt. Miało być 5/5/5/4, tylko przegapiłem. Dzięki za wychwycenie. Poprawiłem. Swoje błędy zauważyć chyba najtrudniej→Pozdrawiam:) -
– Co tu się wyprawia, do jasnej korony. Jesteśmy Słuko. Służby Koronne. Proszę się w tej chwili rozejść. Zachować odpowiednią odległość. –No co pan. Durnia ze mnie robisz. Ja tu sam stoję. Jak mam się rozejść? – Proszę mi tu nie pyskować spod maseczki. A jak za chwilę tłum przebędzie, żeby pocieszać samotnego. – Jaki tłum? Gdzie? – Chociażby tam! – Nic nie widzę. – Bo jeszcze go nie ma, ale za chwilę może być. To nie lepiej dmuchać na zimne. Rozejść się na spokojnie. Bez rozpychania. Pókiś pan sam sterczysz. – Cholera… hmm… ma pan racje. Już się rozchodzę. Fajnie. Swobodnie. Nawet machać rękami po mojemu mogę. – No no. Tylko bez przesady proszę. Wirusy słyszą. – Mówi pan? – Nie tylko mówię, ale wiem co. – Faktycznie. Fajnie się rozchodzić samemu. Rozpychać się nie potrzeba. – A widzi pan. Słuko dba o swoich obywateli. Zawsze ma racje. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Obywatelu. Zapomnieliście? – Niby ja? Niby o czym? – Dzisiaj wybory głowy. Są i nie są równocześnie. A wy tak sobie swobodnie chodzicie i co? – Co co? – W żadnych was nie ma. To przejaw niewłaściwej postawy obywatelskiej. – No jak to. Uczestniczę przecież. – Wy mi tu głupot w mądrość nie wciskajcie. – Ależ naprawdę. Biorę udział, w wersji tej, której nie ma. – Tak? To w taki razie zwracam… – Tylko nie na mnie proszę. Dosyć już na mnie zwracano. – ...honor. – Wie pan co. Tak sobie myślę, że skoro to takie wybory… kwantowe… są i nie są, to się dziwię, że nie zarządzono 50% ciszy wyborczej. – Pogadam z przełożonymi. – Że zapytam… przez co? ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Panie, co pan tak łazisz z klapką na muchy? Jesteśmy Słuko. Muszę pytać. – To na wirusy. Najpierw walę po koronie, a gdy spadnie, to już później łatwej paskuda zabić. Mniej pewny jest. A póki ma diabelstwo na głowie, to myśli, że mu wszystko wolno. – No coś pan. Wariat jesteś. A gdzie takie można kupić? – A ile pan da? – A ile mam? – Skąd mam wiedzieć. Zresztą mogę jedną ofiarować za darmo. – O! – Trochę wybrakowana. Koron nie strąca. Ale wie pan… w razie czego można z pięści w mordę przywalić. – Nie wiedziałem, że mają. – Mają, mają. Ja też nie wiedziałem, dopóki nie przywaliłem. – Ale to takie małe. Jak takiego trafić? – Celnie. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈• – Halo, halo, jesteśmy Słuko. Stoją panowie za blisko siebie. Proszę się rozejść na dwa metry. – Człowieku. Spójrz w nasze maski. Jest odległość odpowiednia między nimi? No jest. – A co mnie tam wasze facjaty obchodzą. Rozpiętość przestrzeni między brzuchami, jest mniejsza niż dwa metry. – Przecież nie gadamy brzuchami, a poza tym, z nich wirusy nie wyskoczą. – Wyskoczą, nie wyskoczą. To tylko wichrzycielskie spekulacje. Trzeba się było tyle nie obżerać, w dobie pandemii. Sami sobie zgotowaliście ten los. Mandat wypiszę. Monitoring już panów łyknął. – To przez kwarantannę. Z nudów. No dobra. Wciągniemy brzuchy. – Żadnego wciągania i fałszowania obywatelskiej postawy. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Ludzie. Gdzie się pchacie dwójkami? My służby… – Wiemy. Cicho być. – A nie możecie, jeden po drugim do sklepu po zakupy wchodzić? – Lepiej poza niż w kupę. Czy pan nie widzi, co tu na kartce stoi? Wchodzą po dwie osoby. – Ależ panowie. Niekoniecznie równocześnie. – My popieramy sprawiedliwość społeczną. Czemu on ma być pierwszym, a ja ostatnim, skoro kartka, też zachęca do równouprawnienia? – Jakim ostatnim? Tylko drugim? – Wcale nie, bo ostatnim. – W międzyczasie, chyba już weszło i wyszło... z dziesięciu. – A co nas to obchodzi. Oni to już inne zgromadzenie. My mamy swoje rozgrywki. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈ – Co pan tak po ciemku w masce chodzisz. My jesteśmy Słuko. Jeszcze się pan przewróci i kłopot będzie. Teraz w szpitalach pierwszeństwo jest. Zostanie pan na bruku i co? Wilka można złapać. – Pierdoły pan gadasz.. chociaż fakt. Różne zwierzątka, o różne lasy i podwórka dbają, ale przecie nie mam maski na oczach, tylko na nosie i gębie. – Co z tego. Może się zesmyknąć. – Do góry? Na oczy? No coś pan. To jakieś anty grawitacyjne pieprzenie. – A jak pan stanie, na ten przykład, na głowie, to co? Smyknie się jak nic. I co wtedy? Wywrócisz się pan i kłopot będzie. – Cholera, to już gdzieś słyszałem. A niby po co ma stawać do góry nogami. Mało tu wokół na głowie postawione. Jeszcze ja mam dokładać swoją cegiełkę. – Dobra, dobra. Nie bądź pan taki do przodu. Ja już swoje wiem, – Niby co? – Że pan by chętnie cegłę komuś na głowę rzucił, zamiast dać potrzebującym.
-
1
-
Odnaleźć Piosenkę
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@beta_b Beta_b→Dzięki:)→Czasami w prostych słowach, można wyrazić więcej:)↔Pozdrawiam:) @M.A.R.G.O.T MARGOT↔Dzięki:)↔Też tak sądzę, że aż tak źle nie jest:)↔Pozdrawiam:) -
zachować w sercu naszą piosenkę bo tak naprawdę wciąż jeszcze brzmi były dni trudne ale też piękne i tak po prostu chciało się żyć aż nagle krawędź się zatrzymała a cała reszta leciała w dół i nagle wszystko się pomieszało choć było ciepło czuło się chłód może by trzeba frunąć wysoko żeby zobaczyć czy coś nie tak szerszy horyzont księżyc i słońce byle nie zwątpić póki jest czas albo też pobiec na dziwną łąkę gdzie kwiaty zwiędły lecz nadal są może zakwitną jeśli uwierzyć że gdzieś tam czeka ten pierwszy ton