Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wieslaw_J_Korzeniowski→Dzięki:)→Tak zacząłem pisać... nie bardzo wiedząc... co dalej...→Pozdrawiam:)
  2. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wieslaw_J_Korzeniowski→Dzięki:)→Ano tak:)↔Pozdrawiam:))
  3. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wieslaw_J_Korzeniowski→Dzięki:)→Staram się pisać różnie:))→Pozdrawiam:)
  4. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wiesławie_J_Korzeniowski→Dzięki za interesujący komet:) Coś w tym jest→Im więcej wiemy, tym mniej wiemy. Chociażby dlatego, że rodzą się nowe pytania, bo mają jeszcze bardziej→z czego:) A cha→Dzięki za gdzieniegdzie. Acha →podkreśliło falą więc zgłupiałem:))→Pozdrawiam:)
  5. @Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar→Dzięki:)→Tytuł specjalnie taki. Człek pochowany żywcem w trumnie. Chce wyjść i myśli o swym życiu. Także metafora, o ''zapętleniu w sieci własnej psychiki''. W życiu różnie się układa.. Ale lepiej nie tłumaczyć. Niech każdy rozumie po swojemu:)→Pozdrawiam:))
  6. budzę się nagle w ciemności ciszy ciało zdrętwiałe lepkie spocone mrok mi zdejmuje z oczu powieki chcą one dojrzeć lecz wąskie źrenice nie mogę się ruszyć choć bardzo pragnę czy to ze strachu leżę bezwładnie wyczuwam wokół przestrzeni mało duszno tu strasznie śmierdzi me ciało wolę życia na ręce kładę rozkładam wolniutko wyczuwam ściany podnoszę do góry znowu granica odbiera mi chęci do iskry nadziei zapach drewna ostry i świeży klaustrofobia dusi przytłacza budzi wspomnienia nic nie wybacza co mogłem zrobić a co nie zrobiłem siły witalne w ostatniej trwodze chcą moje ciało wyzwolić z tego z tej małej altanki skąd wyjścia nie ma co wszystko kończy albo też zmienia
  7. @Wieslaw_J._Korzeniowski Wieslaw_J._Korzeniowski→Dzięki:)↔I dzięki za wyłapanie chochlika. Dobrze, że się paskudnik nie skrył bardziej:) Pozdrawiam:)) P.S→Powtarzam pod spodem nicki, bo to takie.. bardziej ode mnie :)
  8. @CafeLatte CafeLatte→Dzięki:)→No fakt. Tak można rzec. Albo wszystko ma jakiś sens... albo nic. Też wierzę, że ma, ale lubię czasami porozmyślać, w te i wewte:)→Pozdrawiam:) @Allicja Alicjo↔Dzięki:)↔Cieszy mnie to, że zupełnie nie pokręcone. Bo czasami przesadzam:)↔Pozdrawiam:)
  9. @O_R O_R→Dzięki za dalszy ciąg:))↔Pozdrawiam:) @Wieszcz Doslowny WieszczDosłowny→Dzięki:)↔ Piękne śmiejące słowa, aż rym się zbudował:))→Pozdrawiam:)
  10. Za siedmioma dolinami i połową wyschniętej rzeki, Królestwo na łonie prześlicznej natury spoczywa. Król Miłościwy zawiaduje tą pokaźną krainą, a że robi to mądrze i roztropnie, poddani żadnych większych uwag do niego nie mają. Nawet bardzo go lubią, bo ów władca, chociaż poczucie humoru ma dość dziwne, szkody wybrykami swymi komukolwiek nie czyni. Teraz właśnie przed pałacem, tłum nieprzebrany się zjawiwszy, na dalszy ciąg wypadków niecierpliwie drepcząc, oczekuje. A całe zamieszanie z tej to przyczyny, że pocieszny władca konkurs ogłosił, umyślnych z radosną nowiną do wszystkich domostw posyłając. A zatem poddani stoją i czekają, coraz bardziej dobrotliwie wkurzeni, bo jak długo można swoje członki, oczekiwaniem tarmosić. Wtem na balkon nisko z muru wystający, władca wychodzi, by zgromadzonym zasady konkursu ogłosić. Po wiwatach wszelakich i okrzykach wielbiących, Król wreszcie przemówić może, radując się tym niezmiernie. W powstałej ciszy, królewska literatura piękna, do nastawionych ciekawskich uszu, z góry dobiega: – Kochani moi. Będę się streszczać, bo żeście zapewne zgłodnieć zdążyli, na moje słowa czekając. Otóż chce wam ogłosić, co następuje. Fala zaciekawiona po głowach wpatrzonych przebiegła, by dalej pobiec do pobliskich lasów, obijając się o niewinne drzewa, strącając nieco liści. – Otóż ogłaszam konkurs… Do góry poleciały: czapki, szale, kwiatki i różne inne przyniesione na tę okoliczność, rzeczy. – … polegający na wspaniałego Królestwa obiegnięciu. Dotyczy to jedynie dorosłych mężczyzn, to znaczy: kawalerów na fleku. Zamiast wiwatów zapada cisza, zjadając wszelkie odgłosy. – Powiem krótko: ten, który obiegnie całe Królestwo, będzie musiał bardzo się przytulić do mojej Córki, wycałować ją namiętnie… i tego tam… a później otrzyma: niespodziankę. Kto nie wycałuje, rozkoszy przytulania unikając, ścięty na gwałt toporem będzie, którego żeśmy w spadku otrzymali od nieżyjącego kata. – Tego tam – powtórzył tłum, aż echo guza sobie nabiło o mury pałacu. – Kto by nie chciał? – zaśmiali się przyszli uczestnicy biegu. – Ścięty? – dobre sobie! ~ – Jam wasz Król. Co wy na to? – My na to, jak na lato – zaczęli skandować zgromadzeni a szczególnie kawalerowie, myśląc o niespodziance… i dalej myśląc… i jeszcze dalej... – No to kochani moi – rzekł Król. – Jutro impreza. Baj! Po tych słowach władca powraca do wnętrzności komnaty, drzwi za sobą zamykając, w międzyczasie dławiąc się ze śmiechu, ale nie na śmierć. Albowiem usposobienie figlarne pod długim berłem, nieprzerwanie nosi. * Wszyscy kawalerowie, a nawet samotne bezzębne starsze dziadki, bieg ukończyli, bo trzeba przyznać, że królestwo w obwodzie obszerne nie jest. Uciechy było co niemiara. Takie łatwe zadanie… phi… a przytulanie i całusy będą… albo nawet… tego tam… ojejku Król przywołuje całe stado niecierpliwych, spoconych zwycięzców. Oczy, kolorowymi szmatkami nakazuje im zakryć, po czym grzecznie daje do zrozumienia, by podążali za jego czcigodną osobą. Oczywiście, asysta władcy im towarzyszy, ażeby jegomoście po odbiór nagrody krocząc, za bardzo nie poobijali członków swoich, o wystające tu i ówdzie korzenie. I stało się. Stoją bez opasek na oczach, ale jakoś żaden nie ma ochoty na królewską Córkę. Ale cóż. Musi, żeby ściętej głowy swej nie oglądać zza światów. Maszeruje każdy, raz po raz się cofając, jakby uciec pragnął. Tylko żaden mimo wszystko do rozkosznego celu nie dochodzi. No jakoś nie może. Coś go powstrzymuje. Król zaczyna się niecierpliwić, groźnie popatrując. Chociaż tak naprawdę nie wiadomo, czy w głębi ducha swego, nie jest mu wesoło. Bo przecież wiadomo, jaki to władca jest. Aczkolwiek widzieli, jak ją z dołu wyciągano. Co to za Król, który o jej śmierci, swoich poddanych nie powiadomił. Może dlatego, że nikt nie wiedział, że w ogóle ją ma. Wszyscy na cmentarzu stoją, a zgroza swoją miotłą, ich dusze złowrogo omiata. Otwarta trumna na ojczystej ziemi spoczywa, wyciągnięta na wierzch. A w środku leży: Królewska Córka. Nie wygląda ponętnie, chociaż kolory jakieś tam ma. Chociaż właściwie, w ogóle nie ma wyglądu. Wygrani są w szoku. Nie tylko widokiem, lecz przede wszystkim tym, co Król obiecał… za niewykonanie przytulania. A zatem pomału, swoją niechęć przełamując, postanawiają zadaniu sprostać, by jako żyw stąd odejść, mając to już za sobą. Wtem słyszą za sobą cienki głosik: – Witam was. Miło mi, że widzieć was mogę. Nie dziwię się wcale, że takiego tortu urodzinowego, co mój ojciec dla mnie przygotował, żeście nie zechcieli spróbować. Aczkolwiek, myślałam, że chociaż jeden z was mnie przytuli, bo z tego, co widzę, przystojni z was młodzieńcy. Ale cóż… żaden z was niespodzianki nie dostanie. Chyba wiecie jakiej? Niedoczekanie wasze. Trzeba było trupa całować… tchórze jedne:) – Wieemmy – rzekli smutno i zrezygnowani. – Kochani moi, mam zdolnych cukierników. Musicie przyznać. Wygląda jak żywa. Zwołajcie wielu innych, żeby się urodzinowym tortem poczęstowali. Ale najpierw, przed pałac go przenieśmy. Ciastko tylko źle wygląda, ale będzie smakować znakomicie. Nie powiedziałem poddanym, że mam Córkę, bo nie wiedziałem, co z niej wyrośnie. No przecież biegała wśród was. – Ojcze:)) – Bierzcie poczęstunek i idziemy. ~~~//~~~ Przed pałacem rozlegają się przerażone słowa: – Królu! Wybacz! Przez pomyłkę, nie z tego grobu, żeśmy wyciągnęli.
  11. (:––?/––:) Spróbuj… półgębkiem→Za bardzo smętnie. No to… hi hi hi→Ciulowo brzmi. A co sądzisz o… chłe chłe chłe→Jakoś źle. Mam…rechocz jak żaba→Durna zabawa. To może… w duchu jeno→Czy cię pogięło? A gdyby tak… ha ha ha→Też opcja zła. No to... cha cha cha→Ta sama dur – no – ta. Już wiem… od ucha do ucha→Przykro cię słuchać A jakbyś… poważnie się śmiał→Równy sufit masz? Oj ty figlarzu… a fałszywie przymilnie→Uważaj bo rzygnę. To może zwyczajnie do ludzi… uśmiechnij się dziś. Prędzej umrę, mówię ci. No właśnie. Nie zdążył. Leży w trumnie od kilku dni. A pan mu grzebie coś przy twarzy. Za chwile uśmiechem trupa obdarzy. Już stoimy wszyscy społem, patrząc na martwe oblicze wesołe. ▄▄ ? ▄▄ ? ▄▄ ? ▄▄ ▒▒ ▒▒ ? ▒▒ ▒▒ ▄▀█▀█▀█▀█▀█▀█▀█▀█▀█▀▄ ▄▀ ?▄▀▄▀ ?▄▀▄▀▄ ?▀▄▀▄▀▄ ?▀▄ ▀██ ? █████████ ?███████████ ?█████████ ? ███▄ ▀████████████????????██████████████▀
  12. złośliwy los co jest wśród nas w jaskini mroźnej zamiast tkwić na wieki albo dłużej otchłanią czarną dusić ból nieszczęściem i zmartwieniem układać z klocków smutek i cierpienie zdobywać większe połacie pieczary wciągać tam wszystkie ludzkie koszmary a szczęście zostawiać na ziemi wśród ludzi lecz bez przesady bo im się znudzi
  13. Czeka na ścieżce. Dzień Wigilii. Las przykryty delikatnym całunem mroku. Ośnieżone świerki po obu stronach drogi, oświetlone poświatą księżyca, tworzą swoisty szpaler. Niczym wyciosane ze śniegu roślinne posągi. Minął już jakiś czas od tego wydarzenia, ale im więcej go upływa, tym jest mu trudnej. Kocha nadal ludzi, lecz jednocześnie denerwuje go ich obecność. Jakby nie cały film widział... jakby istotnych scen brakowało... tego najważniejszego aktora. Nie odczuwa fizycznego chłodu. W ogóle mało co odczuwa. Wie tylko, że po coś tu przyszedł. Tylko nie wie po co, tak dokładnie. W tym szczególnym dniu, jakiś wewnętrzny głos podpowiada, że wydarzy się coś, czego nie zrozumie. Chociaż to tylko zwykły kawałek lasu. Nawet zwierząt nie widać. Podobno dzisiaj mówią ludzkim głosem. Może mu coś wytłumaczą. O dziwo, nie odczuwa wielkiego smutku. Widocznie zamarzł w sercu na tyle, żeby za bardzo nie ranić. Zamrożony śnieg lśni na igliwiu srebrną poświatą. Nagle świerki po obu stronach, zaczynają się lekko poruszać, chociaż nie odczuwa żadnego wiatru. Jakby coś nieokreślonego, weszło między drzewa. Z gałązki, widocznej na tle księżyca, spada trochę śniegu. Na końcu drogi dostrzega nieruchomą postać. Z takiej odległości, nie może widzieć dokładnie, by rozpoznać twarz. Lęku nie ma w nim wcale. Dziwi go tylko, że pojawiła się nagle, nie wiadomo skąd. Biegnące myśli w umyśle, natrafiają na różne przeszkody. Postanawia iść w tamtym kierunku. Podejść bliżej, by rozpoznać. Gdzieś w podświadomości, rodzi się przypuszczenie, kto to może być. Nie wie jednak, jak ma na imię. Zapomniał. Nawet wyglądu za bardzo nie pamięta. Lecz idzie dalej. Księżyc nadal jasno świeci, a śnieg trzeszczy pod stopami. Wtem zdaje sobie sprawę, że im dystans się zmniejsza, to widzi ją coraz mniej wyraźnie. Nie zraża się tym. Chce być bardzo blisko. Żeby dotknąć, spojrzeć, wiedzieć na pewno. Niestety, im jest bliżej, postać coraz bardziej znika. Robi się przezroczysta. Jakby już nie należała do miejsca, w którym ją widzi. Nie chce uwierzyć w tę prawdę. Gdy zaczynał wędrówkę, dostrzegł przed nią leżącą gałąź. Teraz, gdy przekroczył granicę, nikogo już nie ma. Próba nawiązania rozmowy, nie przynosi żadnego rezultatu. A miałby przecież tyle pytań i tyle chciałby powiedzieć. Za tak wiele przeprosić. Postanawia iść do tyłu. Wszystko się powtarza. Im jest dalej od tajemnicy, tym postać jest bardziej widoczna. Gdy wreszcie wraca, do punktu wyjścia, widzi ją o wiele wyraźniej, niż za pierwszym razem, ale nie na tyle, żeby mieć pewność. Na drugi dzień, przychodzi w to samo miejsce, o tym samym czasie. Wszystko się powtarza, dokładnie tak samo. Im jest bliżej, tym bardziej prześwituje przez nią las. Mimo wszystko nie chce się poddać. Wierzy, że w końcu poczeka na niego. Chociaż trochę z nim pobędzie. Nawet gdyby mieli wspólnie intensywnie milczeć. Aż pewnego razu, odczuwa w tym miejscu, tak silną czyjąś obecność, że nawet poświata księżyca wydaje się piękniejsza, a mróz mniej doskwiera. Do umysłu, wpływają wspomnienia. Ma wrażenie, że słyszy ulubioną kolędę: ''Cicha noc''. Tę najbardziej ulubioną. Dźwięki dobiegają zewsząd. Mieszają się z padającym śniegiem i niczym małe śnieżynki w kształcie nut, lecą na ziemię. Teraz wie. Dostrzega ślady stóp. Inne od swoich. A może tylko, tak naprawdę, bardzo chce... zobaczyć, usłyszeć, uwierzyć? Kiedy następnego razu wraca w to miejsce, nie widzi żadnej postaci. Już nigdy się nie pojawia. Nawet niewidoczną obecnością. Zostaje tylko zwykła ścieżka. Cieszy się, że było mu dane odczuć tak mało, a jednocześnie tak wiele, mimo tego, że wcale na to nie zasługiwał. Solidna gałąź ugina się pod ciężarem lodu.
  14. Gdybym wiedział tyle co nie wiem, byłbym geniuszem. ––––––––––––––––––––––––––– U kanibali – Mamo! Dzisiaj przyrządzisz na obiad: mądrego czy głupiego? – Ależ dziecko! To nie istotne. Tak samo smakują. – A co jest istotne? – Właściwe przyprawy. ?<––––––~//~––––––––>? choć twoja moc jest ogromna nie zawsze spełniasz życzenia człowiek zgnębiony strasznie żegna cię pełen zwątpienia lecz co to byłby za pan Bóg chyba jakaś podróbka gdyby go łatwo pojęła ludzka myśląca główka człowiek jest nawet zdolny bardzo wysoko podskoczyć ale swojego rozumu nigdy on nie przeskoczy wierzący w to że nie wierzy z przekonań swych i niegroźny także jest godzien szacunku lub wielkiej miłości choćby lepiej innych nie sądzić po głowie znacząco się pukać ktoś dobrem bliźnich wałkuje lecz Bogu przestał on ufać może jest przekonany że pan Bóg zło mu dostarczył zawiódł się srogo i cierpiał błagał lecz nie otrzymał za krzywdy mu wyrządzone jego winą obarczył nie znamy przecież my jego planów na ludzkim padole co dla nas okaże się lepsze gdy życia nadejdzie koniec a może za różne cierpienia po stokroć będzie nagroda wieczna nie nudna ciekawa że ktoś pomruczy do siebie za mało cierpiałem a szkoda nie pan Bóg każe zło czynić to człowiek wali po mordzie gwałci morduje poniża jakby pracował w akordzie od dawna jest rzeczą wiadomą wewnętrzny głos nam to powie że najgroźniejszy na świecie drapieżnik to właśnie człowiek trzeba być bardzo zimnym albo diabelnie gorącym bo wszak takiego letniego chłodny i wrzący odtrąci zgnije światowe cielsko lub spłonie zostanie popiołek czy będzie to człeka każdego ostateczny już koniec? lepiej zwłok nie spopielić wetknąć w całości do grobu bo jeszcze kochane robaki pomrą nam biedne z głodu lub lepiej organy przekazać wiekiem ich nie zamykać wtedy na człeka podrobach bliźni poskacze pobryka nie może zniknąć materia bo coś innego wzbogaci lecz informację co niesie można na zawsze utracić spalona książka w ognisku nie zginie popiół zostanie lecz nie da się z niego zrobić rozdziałów i wznowić czytanie no chyba że jakaś siła co mocy ogarnąć się nie da zasadę tę przezwycięży czytanie wznowi jak trzeba jak mogło powstać coś z pustki można się zgubić w tym wątku albo Coś dało początek albo nie miało początku jeżeli się wszechświat rozszerza to nie w czymś jak sobie zechce dopiero się powiększając tworzy on czasoprzestrzeń za dużo pytań mam w sobie odpowiedź gdzieś mi umyka a może musiałbym zaufać po prostu bez żadnych pytań dopiero gdy człowiek ten pyłek znajdzie się w śmierci potrzasku czas nie będzie miał władzy ani w ciemności ni brzasku zerknie czy słusznie nie wierzył zrozumie wiele nie wszystko lub pojmie że jego niewiara była największą pomyłką tak czy inaczej przed kosą może przypuszczać on tylko albo też ludzkość przeminie nie pójdzie nigdzie w zaświaty w kosmosie będzie materią a wszechświat w dalszym istnieniu nie zauważy tej straty
  15. w szarej krainie gdzie świt zasmucony cierpieniem i żalem ostatnich dni mały chłopczyk siedzi nad rzeką miłość zabrała wstęga błękitna nie miała litości wzburzona i zła dziecko płacze a w każdej łezce wspomnienie o matce w tęsknocie śpi ~~~ wtem jedna z nich zlatuje na ziemię w zielonym tunelu szybuje w ciszy w kierunku rzeki dobrocią pchana wpada w nurt rwący wartki głęboki miesza się z chłodem ciepło oddając choć zimno odczuwa i lęk ją ogarnia szuka tam matki kochanej duszy ~~~ dziwna przemiana w niej się rodzi zaczynam żałować uczynku swego bardzo ja wtedy źle postąpiłam topiąc miłość w swoich odmętach kryształem czystym będę od teraz chłopiec uśmiechem łez jej wybacza słysząc na falach płynące słowa: spójrz we mnie dziecko i nie rozpaczaj w mojej toni odbija się niebo
  16. To jeno metafora czegoś. -------?/------ zapleśnij zapleśnij grzybeczki słociuchne żarłocznym tyś krasnoludkiem zrobiłeś serek na swoją miarę zjadłeś dużo choć wnętrze małe lecz pragniesz więcej zapleśnij jeszcze przecież masz chętkę o fajnie ekstra jesteś wielki w gorsecie dumy szczelnie zamknięty potężniejszy drugi i trzeci w zawiści się pręży z lilii wodnych upleć tratwę popłyniesz w chwale nie tak jak dawnej no nie krasnalku uważaj na szczura on twego rozmiaru wcale nie kuma wielkości jego dałeś początek właśnie wtranżala tłusty kąsek * zapleśnij zapleśnij krasnalki hurtem tyś przecież żarłocznym malutkim szczurkiem...
  17. @MIROSŁAW C. MIROSŁAW C. ↔Dzięki:)↔Tak to bywa:)↔Czasami można coś powtórzyć, ale elementy układanki już są nieodwracalnie inne. Niby podobnie, ale nie to samo:)↔Pozdrawiam:)
  18. @Konrad Koper Konradzie Koper→Dzięki za ""Nie"→Tylko nie wiem→Co nie? To była taka zabawa→Kto szybciej przeczyta, bez jednej pomyłki:))↔Pozdrawiam:)
  19. ––––?/–– zamglone światła krzyk wnętrza ciszy muzyka budzi ze snu poczwarkę wierzy że ktoś ją znowu usłyszy na horyzoncie gdzie nieba sploty tam ślady tęsknot dawno zdeptanych zespala skrzydłami biały motyl tworząc z wiatru ten czas pamiętny gdzie zapach kwiatów chwile jednoczy nowym obrazem w kryształ zaklętym –––?/–– czy skrawki światła mam odkleić z blasku tego co zwabia magią może lepiej tam gdzie są cienie nasączyć umysł znów rozwagą a gdyby zabić smak w pokarmie zdeptać co w ustach sens nadaje lub przeciwnie przestać się lekać przełknąć z wiarą gorzki kawałek siedzieć jak kiedyś na huśtawce rozkołysać pod same niebo łańcuchy trzymać odpowiednio rozhuśtać siebie na całego nie rzucać słów na wiatru powiew wśród drzew zaginą niespełnione lepiej zatrzymać ciernie róży zapach przemienić w kwiaty nowe
  20. Odzyskuję przytomność na gzymsie. Na zewnątrz budynku. Coś uciska moje nadgarstki. To pętle ze sznura. Tak samo dolne części moich nóg są nim owinięte. Wiatr by szeleścił w moich włosach, gdybym je miał. Schylam głowę. Dostrzegam malutkich ludzików i autka jak zabawki. Rześki poranek budzi świat ze snu. Przy moim bucie dostrzegam małego pieska. Nie wiem jakich jest faktycznie rozmiarów. Z mojego punktu widzenia – mniejszy od buciowego noska. Nie jest mi zimno, aczkolwiek mam drgawki. Staram się nie myśleć o tym , na jakiej wysokości umieszczono moje ciało. Póki co - jakoś żywe. Gzyms jest lekko pochyły i trochę oblodzony. Jestem rozkrzyżowany między dwoma oknami. Drugie końce sznurów znikają w prostokątnych wnękach. Podobnie jest z drugimi więzami, wstrzymującymi moje stopy. Czuję, że zaczynają się ślizgać w dół. Ku przepaści. Błagam w myślach - te nieznane siły - dzięki którym tutaj stoję, żeby mnie nie oswobadzały z ratujących pętli. Nie spełniają prośby. Oswobadzają. Głupki jedne. Od razu jedna noga zaczyna mi się smykać. Cofam ją do tyłu, a ona z chwilę – w przód. To ja znowu do tyłu, a ona znowu w przód. To cholerne szuranie zaczyna mnie wnerwiać. Serce chce ze mnie wyskoczyć, ale na szczęście zostaje we mnie. Dalej mnie bije nieustannie za to, że byłem taki nieuważny. i dałem się wpakować jak porąbany, w tą całą kabałę – na stojąco. Zostawili mnie na lodzie i poszli sobie. Sznurki trzymające moje ręce są… ale to wszystko. To znaczy – nie za mocne. Mam prawie pewność, że gdybym na nich zawisł, to tylko na krótki czas. Podyndał bym trochę i basta. A później to już bym leciał, jak sokół na betonową płaską mysz. Póki co jakoś stoję. Na nogach - traktory. A zatem mam nadzieję, że postoję jakiś czas – przy życiu. Może coś wymyślę. Wiatr się nasila. Kilka metrów na prawo ode mnie, skrzypi zardzewiała antena. Jak stara cmentarna brama, z huśtającym się na niej – grabarzem. Nie dziwię się wcale, że takie optymistyczne myśli, wlatują jak jaskółka, do mojej rozkołysanej głowy. Jaka sytuacja – taka wyobraźnia. Zastanawia mnie tylko jed… {O kuźwa! Znowu się smykam. No dobra. Stoję nadal}...no. Skąd się bierze ta dziwna mgła wokół mnie.Właściwie jest od początku. Spoglądam na obie strony i w dół. To co w dole widzę dokładnie. Mam nawet wrażenie, że – za dokładnie. Ale po bokach, z tą widocznością trochę nie ryktyk. Na kilka metrów, a później – to umarł w butach. Tak samo jak patrzę w górę. Też białawo. No cóż - mówię na głos – Pal to licho. Zamiast aniołków – białe misie wokół mnie – fruwają. Z tym fruwaniem to rzeczywiście wykrakałem. Na domiar złego, pętle na nadgarstkach zaczynają się robić… wspomnieniem. Nagle coś mnie dziabnęło w dłoń. Pomyślałem w pierwszej chwili, że to niedźwiedź mnie capnął. Ale gdyby rzeczywiście, to już bym wisiał na jednej ręce. To tylko jakiś ptak, zaczyna się do mnie dobierać. Z jednej strony się denerwuję, że nie mogę go odgonić, bo mam ręce przywiązane. Z drugiej jestem rad, bo gdybym miał je na wolności – to bym spadł na zbity pysk. Albo nawet nie tylko na swój, ale jeszcze na cudzy, gdyby się akurat nawinął pod końcówkę lotu mego. Patrzę w dół. Obraz jest niesamowicie wyraźny. Chyba już tego pieska w tym miejscu widziałem? Stało się. Więzy mnie opuściły. Słyszę jedynie, stuknięcie sznurka o gzyms. A ściślej mówiąc dwa stuknięcia. Z jednej i drugiej strony. Przyciśnięty jestem do ściany z całą mocą. Dłonie trzymam płasko na chropowatym murze. Wiatr znowu się nasila. Antena jęczy mój łabędzi śpiew. Kojarzy mi się, ze szuraniem powroza na wieku trumny. Na szczęście nie wracają do mojej głowy dziwaczne myśli. Tylko takie jak te – wygładzone. Ale wraca ptaszek. Pociesznie kiwa łebkiem, siedząc mi na nosie. Stoi bokiem. Jego spokojne oko widzi moje przestraszone. Na domiar złego z bliskiej odległości. Chyba nie muszę mówić o czym myślę. Na wszelki wypadek, oglądam wszystko - co tylko mogę – dla spokojności - na zapas. Mam dylemat. Bo nie chce bestia odlecieć. Jeżeli zacznę machać rękami, żeby upierdliwca przegonić, to na mur- beton spadnę. Pozostając nieruchomym, mogę stracić wzrok wraz z oczami. Spokojnie, bez nerwów, wydziobie moje wilgotne gałki. Może jeszcze zrobi kupę, do mojej dziurki w nosie – i odleci w siną dal. Zaczynam z lekka dygotać. Nie tylko od wiatru. Ptaszek siedzi jak najęty. Z tyłu zaczyna mnie uwierać jakaś wystająca cząstka. Chyba grudka tynku. Jeszcze ją diabli nadali. Akurat w takiej chwili, w której się ważą moje losy. Nagle wrzeszczę na całe gardło. Może się się ptaszysko przestraszy. Ale gdzie tam. Muszę gębę szybko zamknąć, bo zaczyna mi się ładować do środka. A co uduszonemu, po wzroku. Nawet najlepszym. Od tego hałasu, noga mi się ześlizguje. Na szczęście tylko jedna. Druga składa się jak scyzoryk mojego pierworodnego dziadka. Pierwsza dynda nad otchłanią a na drugiej ja przykucnięty dygocę. Dłonie pospiesznie dociskam do mego tyłu i jakoś wolniutko – wolniutko, powracam do postawy pierwotnej. Myślę sobie – no to po sprawie. Widzę jednak, że ptaszek siedzi na antenie, trzymając w łapce parasol. A obok siedzi biała myszka i gra na grzebieniu. Zaczynam podejrzewać, że coś ze mną nie tak. To ze strachu – myślę sobie. Co tu się wyprawia – krzyczę na cały głos? Czy ktoś lub coś robi ze mnie głupka ! ? Głupka nie – słyszę słowa z tyłu – Ale gościa z większą kasą – to tak. Jaką kasą – myślę sobie - Co do kuźwy nędzy się dzieję? Spoglądam cały czas pod górę i na boki. Boję się spojrzeć w dół. Przecież wiem na czym stoję. Ptaszka nie widać. Poleciał sobie. No niech pan na litość boską, spojrzy w dół – słyszę ten sam głos - Proszę się nie obawiać. Już po wszystkim. Spoglądam. Widzę ciemność. To jeszcze gorsze, niż tamto. Bo nie wiadomo jak głębokie Ciemny, bo wyłączony – znowu słyszę – To tylko ogromny ekran. Leży płasko. Ulica była na nim wyświetlana. W pętli, rzecz jasna. – Na jakiej wysokości się znajduję? – zaczynam pytać jak nie zdziwiony {to chyba z tego szoku} – Około jednego metra. Obraz jak żyleta. Przyzna pan? – Rzeczywiście. Zostałem nabrany. Ale jak tam się znalazłem. Bez mojej zgody? – Przecież pan się zgodził, wziąć udział w programie. Podpisał pan odpowiednie papiery. Proszę się uspokoić. Dokładnie rozejrzeć. Mgły już nie ma. To duże studio telewizyjne. – Ale nie wiedziałem w jakim? – Co w jakim? – Programie wezmę udział. – Pan wybaczy. Gdyby pan wiedział… – Zostałem uśpiony? – Można tak rzec. – Jak wypadłem ? – No nie mógł pan… – Nie o to pytam. – Znakomicie. Naprawdę. – Przepraszam, że zapytam z czystej ciekawości. Jak się wam udało wytresować ptaszka? – No wie pan… jakby to powiedzieć… wleciał nagle przez okno… – To nie był wytresowany!? To mógł mi wyżreć gałki !? Albo zrobić kupę do nosa !? – No przecież pana widzę. Nie stracił pan wzroku. – Ale mogłem stracić. – Jakoś to panu wynagrodzimy. Za każdą niewyjedzoną gałkę – z osobna. Proszę się uspokoić… – Uspokoić ? Zaraz panu usiądę na nos i powyżeram… – Proszę mnie zrozumieć. Jak się zaczęła scena z ptaszkiem… – …. to oglądalność diametralnie wzrosła. O to chodzi? – O to. Ma pan racje. Krótki epizod, ale świetny. Wyłupie, nie... – Żądam dużo więcej kasy, albo… – Dostanie pan. A proszę jeszcze pomyśleć o reklamach. – Na przykład czego, pytam się? – Chociażby... pożywienia dla domowych ptaszków. ………….???? …<<<@0000 ………..00000 ………….000;;;{{ ………...))))(((((((((( ……… ((((((())))))))))))<<<<<< …………...((((((((((((( ……………. 0……0 ………………0……..0 ‘’’’’’’’’’’’’’’’’’’’’''''(((‘’’’’’’’')))””””
  21. Pomiędzy Mamusia powiedziała, że należy kochać zwierzątka, bo są dobre. Mam chęć zapytać, czy na pewno wszystkie, ale akurat wydłubuję oko z lalki, bo nieładne, więc nie mam czasu. Widzę wielkiego pieska. Dobrze, że zabrałam ostry nóż. Głaszczę, lecz jednocześnie dźgam w brzuszek. Chcę wykroić mięsko. Sprawdzić, czy będzie mi smakował, lecz on sprawdza mnie w rączkę. Dzisiaj usłyszałam, że nie wszystkie zwierzątka są dobre. Widzę dzieci. Biją kotka kijkami. Podchodzę. Tłukę też. Leżę w łóżeczku. Słyszę jak dziadek tłumaczy mamusi, że nie wyjaśniła tego, co jest pomiędzy. Może jutro rano się dowiem, co tam jest. Teraz zasypiam, przytulając urwane uszko misia. Moja Ukochana Stanowczo za długo zwlekałem z decyzją. Muszę w końcu powiedzieć, że ją kocham. Kupiłem nawet prezenty. Śliczną żółtą sukienkę, z fikuśnymi falbankami. Dodatek stanowi gustowny kapelusik, koloru świeżej wiosennej trawy, oraz delikatny naszyjnik z bursztynu. No i oczywiście pierścionek zaręczynowy, z oczkiem w kształcie czterolistnej koniczynki. Widzę wyraźnie okazały uśmiech. Wszystko pasuje jak ulał, do szczupłej sylwetki. Pięknie przyozdabia. Nie protestuje, gdy wkładam pierścionek na szczupły paluszek. Delikatny zgrzyt, zakłóca nastrój. Pod sukienką ma błękitny biustonosz. Najmniejszy rozmiar. Nie było bardziej płaskich. Czas na finał. Tak długo czekałem. Zapalam świeczki w pustych oczodołach. Przecież musi widzieć, jak wyznaję jej miłość. Ławka w Lesie Jestem w lesie. Nagle z tyłu czuję drgania. Jakby czasoprzestrzeń na harfie zagrała. Odwracam się. Na ławce siedzi cud dziewczyna. Nawet anioł byłby brzydalem, gdyby siedział obok. Nie siedzi. Dlatego siadam ja. Chce pogadać. Doznaję szoku. Piękność jest kamiennym posągiem. Wstaję. Znowu jest żywa. Lecz teraz patrzy inaczej. Zamykam oczy. Gdy otwieram, ławka jest pusta. Siadam. Powtórnie odczuwam drgania. Stoi przy mnie. – Dlaczego mnie nie pocałowałeś? – Miałem całować kamień? – Gdybyś wyszedł poza swoje… Nie wiem dlaczego, ale zaczynam płakać. Słyszę słowa: – Widzę łzy. Na pewno ci zawadzają. Nie mogę odpowiedzieć. – Nie martw się. Mam dłuto i młotek. Zaraz je odrąbię.
  22. ?? do dziupli zajrzał ptaszek oj ścianki tu wilgotne szybciutko trzeba zwiewać bo mam już piórka mokre lecz zwierzak to ciekawy zagląda coraz śmielej uczciwie trzeba przyznać tych zajrzeń ma już wiele zmęczony jest biedaczek facjatę ma niepewną bo właśnie zauważył raz jasno a raz ciemno choć z drugiej strony ćwierka szczęśliwość go rozpiera on zmężniał wydoroślał już nie jest mały teraz ponadto słyszy z dali mruczenie i wzdychania to pewnie las w euforii ptaszkami śpiewa z rana wtem wewnątrz coś buzuje powstrzymać może ledwo aż nagle sru trysnęło mu z dziobka ptasie mleczko ??
  23. Dekaos Dondi

    Ballada o Ględziole

    ględzioł glundział glęgolędnie glunglił glanglał glungoglał ględził gludlał glingoględnie gluglał glaglał glanguglał gilglu galglu gluglu glęgi gląglał glingu glingą glę glagu gagu gluga glenki ględzioł glągnął glęgoglę gigla ględzioł glungą glundzie glundzia glądzia glugla glą glinglunglają glangląglądzie glunglunglową glungę… swą
  24. Zupełnie nie wie jak się tutaj znalazł. W krainie, której wyglądu nie potrafi określić. Składowych nigdy nie widział. A zatem całość, w pewnym sensie, jest poza jego postrzeganiem. Po prostu mózg jeszcze takich obrazów nigdy nie przetwarzał. Nie ma wprawy.Jednak coś niecoś dostrzega. Na tyle, żeby wiedzieć: co. Białą postać w bieli. Właśnie tak ją w myślach określił. Lecz twarzy dokładnie nie widzi. Słyszy pytanie: – Wiesz dlaczego tu jesteś? – A gdzie tam – odpowiada zmieszany. – Część twoich wspomnień zostało wykasowanych. Za chwilę zostaniesz poddany testowi. Będziesz sędzią. – Sędzią – pyta ciekawie – A za ile? – To bez znaczenia. Pójdź za mną. – A muszę? – zaczyna się droczyć. – Musisz. No i poszedł. Na skraj krainy. Zobaczył coś w rodzaju łąki, a na niej ogromny ekran. Taki najnormalniejszy w świecie prostokąt. W tle… jakby gdzieś daleko… niby… jasne, szare i ciemne drzwi. Wtem rozbłysło co miało, a on, chociaż nie bardzo chciał, zaczął oglądać film. Do pewnego stopnia widział co widzi. Człowieka. Zachowywał się nieszczególnie. Itp… lub nawet gorzej. Nagle ekran niespodziewanie znikł. Usłyszał proste pytanie: – Co o nim sądzisz? – O ekranie? Spoko jakość. W domu takiego nie mam. – To już nieistotne. O rozrabiace co myślisz? – Co myślę? Dobre sobie. Paskud ze wszystkich możliwych stron. – Rozumiem. No i… – Co… no i? – Jaka kara, byłaby dla niego najlepsza? – Najlepsza? Chyba najgorsza? – Jak zwał, tak zwał. – Dla takiego łajdaka? Szkoda słów. – Hmm… a jednak zdecyduj. Proszę. – No powiedzmy… niech powtarza wciąż to samo zło, przypiekany żwawym ogniem. Aż do usranej śmierci. – Taka jest twoja wola? – No przecież. – Do usranej śmierci nie da rady. Zastanów się jeszcze. Może byś jeszcze raz obejrzał. Mogłeś coś przeoczyć. Nie dostrzegłeś, że tak powiem… wszystkich za i przeciw. No wiesz… może takie małe przebaczonko by się zdało? Co ty na to? – Przebaczonko? A co ja mam z tym wspólnego? Mnie nie dokopał. – Pomyśl. A jeśli żałował? – Nad czym tu rozmyślać? Ten obleśny cham miałby czegoś żałować? Durnia ze mnie robisz? Nie wstyd ci? Wiem co widziałem. Ma otrzymać karę na jaką zasłużył. – Jesteś pewien? – Jak tego, że nie wiem, o co w tym biega. – Czyli taką jaką dla niego wybrałeś? – To chyba oczywiste. Nieprawdaż? – No cóż. Skoro tak uważasz, to proszę… chodź ze mną za ciemne drzwi. – A czemu za ciemne, a nie za jasne? – Wyczerpałeś limit pytań. – A w ogóle muszę tam iść? – O rany… aleś upierdliwy. Musisz, bo taka moja wola. Dowiesz się na miejscu. Zrozum. Wszystko ma swój czas, ale już nie tu. Rozumiesz? – Nic nie rozumiem! Co jest za drzwiami? Po co mnie tam prowadzisz?
  25. Jestem Trollem jestem trollem i trollem zostanę uwielbiam mącić i robić zamęt kłaść różne kije w jedno mrowisko mącić zaśmiecać i mieszać wszystko kto mi co zrobi anonim jestem mnie takie hece do życia potrzebne kiedyś dostałem bardzo po dupie teraz innym przywalę przyłupię wcale nie jestem durnym idiotą tylko się zgrywam wiadomo po co żeby się poczuć lepiej w psychice tego najbardziej ja sobie życzę nie boję się diabła i mam gdzieś boga nie poratował gdy była trwoga po co mi na co złudzenia jakieś lepiej się czuję gdy robię drakę przecież dawno w miłość zwątpiłem a niech to cholera a jednak żyję uwielbiam w nocy tak sobie śnić że wirtualnie to jestem kimś piszę pierdoły mam taką władzę takie skrzywione jak ja wciąż same a jeśli to wszystko jest nieprawdą bawię się tylko spychając na dno ale najlepiej to kosztem cudzym żebym się tylko w tym nie pogubił a jeśli jestem jednak balsamem tym zajebistym by paćkać ranę a że czasami juzera wkurzę jak się zamyślę zapomnę tudzież co ja nawijam co ja tu gadam jestem trollem z dziada pradziada jedna z rodziny była trollicą dlatego do dzisiaj została dziewicą a protoplasta co wisi na ścianie zatrollował się biedak amen co będzie ze mną to nie wiadomo kiedyś słyszałem że coś mam z głową może niebawem palnę se w łeb by w niebie lub piekle trollować też Idę po Wodzie ślicznie tutaj tak mokro czyściutko zepchnę do morza popłynę łódką długo średnio albo też krótko bałwan mnie ściga z pianą na gębie za dupę tarmosi a łaj tak wszędzie ryczy paskudnie wściekły jest chyba jeszcze małego mi pourywa albo poszczuje mnie wielorybem topię się nagle trzeba stąd spływać dostrzegam postać z rogami złotą błyszczy i wabi nie bądź idiotą chodź prędko miły dawaj po falach ty nie utoniesz życie jak znalazł ta postać dziwna albo też zjawa tak sobie myślę ktoś robi se jaja lecz zajebiście po toni idę chyba jednak ze strachu rzygnę przecież nie jestem zapchlony fiutek albo co gorsza bezmyślny głupek wlokę się nadal pomoc potrzebna a diabli nadali topię się jednak rybki śpiewają łoj tra la la la durny był człowiek przekąską dla nas rekin szczękami myśli prostuje głupi czy mądry równo smakuje
×
×
  • Dodaj nową pozycję...