-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
? Czarownica Klejdra, właśnie wyrywa ostatnie kłębki włosów z kopułki szarej czaszki. Całość głowy przestała obgryzać. Z gałkami ocznymi robi w tej chwili o tak: śluummp… a następnie połyka w całości. Przez chwilę wilgotna kulka smęci w przełyku, by chlupnąć gdzie trzeba. Zbiera włosy, gdyż pragnie zrobić Jaśka. Samotna po tym względem tak bardzo, że w samotności samotność odczuwa, ale jurnego kochanka, włochatego wewnętrznie, akurat wyczarować nie może. Zresztą już teraz mało co może. Musi zrobić własnoręcznie. Albo jeszcze lepiej, żeby ktoś zrobił. Nos jej zwisa za podwójne usta. Przyozdobiony zielonymi guziołkami i trzema dziurkami na odwłoku przednim, stanowi najładniejszą część całości. Gdy coś je, cokolwiek, to musi go podnosić do góry. Wiele jeszcze główek biega w okolicznym lesie. Oddzielenie od tułowia nie stanowi problemu, albowiem podrasowana ongiś przez nią natura, wykształciła w tej okolicy: jasny gwint. Żaden nie jest ciemny po wykręceniu razem z wypustką, zwaną pieszczotliwie: łebkiem. Wtem echo leśne zostaje zbudzone do powtórki z rozrywki. Kilkakrotnie powtarza słowa wspomnianej wyżej: – Vikollasie. W te pędy do mnie. – Już jestem o Klejdro. Jam twój uniżony sługa. Co sobie życzysz, o pani? – Przytargaj mi tu zaraz, dwa ogromne liście słusznych rozmiarów. Chłopa zrobić muszę, a la kanapkę. Nie na próżno włosy z głowy darłam – mówiąc to, wysławiająca słowa, groźnie rusza lewą dziurką od nosa i pypciem na powiece ucha. – No dalej dalej. Nie guzdraj się tak. – Pragnę zauważyć o pani, że jeszcze nic nie uczyniłem. A zatem nie mogę się… jak to raczyłaś pięknie określić… guzdrać. – Miarkuj swoją mowę, ku mnie. Jam pobłażliwa, lecz nie płocha. Przywalić mogę… lub zamienić w co. – Pragnę zauważyć… – Masz szczęście, że cię lubię… a ti ti ti Vikolku. No więc, przytargasz te liścia, czy chcesz być… cuchnącym bobkiem? – Jak już to liściem bobkowym wolałbym, o pani. – Czyli… Laurą… znaczy się? – Już biegnę! Właśnie pieszczotliwie wygnany, wraca z podróży po chaszczach leśnych. Taśta za sobą dwie zielone płachty. Żyły prześwitują przez powierzchnię, ale nie Vikolcia, jeno obszarów zielonych. Faktycznie duże sobą, gdyby przyrównać do podobnych, ale mniejszych. Krople potu spływają tachającemu, przeto taplać się musi w słonym strumyczku. Żaba dostaje solą po wyłupiastych oczach i właśnie gryzie go w łydkę, bo duża jest i trochę wściekła. Rechocze zajadle, lecz niewyraźnie, wczepiona w miękkie ciało podkolańskie. Wierny sługa rzuca liście przed swoją panią a żabę głęboko w las. Ta dostaje skrzydeł i odfruwa z tego całego pomyleństwa, radosna i czerwona z wysiłku, wreszcie swobodnie kumkając. – Vikollasie. Kładź mi zaraz liść na polankę. Położę się na nim a ty złapiesz mysz. Będziesz ją trzymać blisko zielonego materiału, pyskiem do dołu i przyduszać raz po raz. I tak z nią pochylony, obrysujesz mój kształt, a ona wnerwiona na ciebie wygryzie ścieżkę, bo nożyczek nie mamy. No chyba, że mamy? – O pani. Oczywiście, że posiadamy takowe narzędzie. Wystarczy puknąć w pień. – To mogłeś powiedzieć. Po co tłumaczyłam? – Będzie na później. Gdyby ktoś ukradł. – Niby kto? – No… chociażby… Bigoś. – Ten olbrzym podobny do głąba z brakiem rozumu w środku? – O pani. Kiedyś rzekłaś, że przystojny. – W chorobie coś majaczyłam – Tak pani. W chorobie. Wszystko przygotowane. Dwa rozłożyste liście w kształcie wdzięków Klejdry, leżą na ziemi wśród rosochatych grzybów. Jeden na drugim. Tylko niezupełnie. Czarownica namiętnością stęskniona, włożyła między nie, kiście włosów powyrywanych z czaszek. Nie wszystko może wyczarować. A szczególnie uczuć. Tego nigdy nie umiała. Coś jednak umiała, w latach świetności. Zostały z tamtych czasów i teraz już się samoczynnie rozmnażają. Roślinne zwierzątka, z łebkami wkręcanymi w korpus, który stanowi łodygę. Cztery inne gałązki stanowią nogi biegające. Jest jeszcze malusienka gałązeczka zwisająca przeważnie, choć nie zawsze. To bardzo istotny szczegół, gdyż w przeciwnym wypadku biegających roślinek, by nie było. Hodowla przebiega bez zakłóceń. Dosłownie też. Najlepiej smakuje część z główki obgryziona, a tzw: włosy stanowią puszystość i miękkość. Reszta biega bez kwiatka na górze, przeważnie tam, gdzie pada deszcz. Oczu nie mają wykształconych w żadnym kierunku, więc nie muszą się martwić, że gdzieś nie trafią. Zawsze nie trafiają tam gdzie chcą. – Vikolku drogi. Dżdżownice sznurkowatą złapałeś? – Tak pani. Obawiam się jednak, że może być za krótka. – Nie sądzę. Patrzę i patrzę… a końca nie widać. – Chyba dlatego, że w ziemi schowany… lecz nie wiem, ile jej tam. – To wyciągnij całość. – A jak się poplącze w supły, nieznośnica jedna, to co? – Zaczynaj. Zobaczymy co będzie. Śllluuuup… wyciągnął jednak całą. Nie poplątała się, ale go ugryzła. Żaba odleciała w las, ale spuścizna intelektualno-gryząca, fruwać nie potrafiła. Liściowa kanapka w kształcie Klejjdry, potrzebuje jedynie zeszycia na całości obwodu. Podłużny robak do tego się odpowiednio nadaje, tylko mu się w głowie kręci, gdyż Viko obszywa jego ciałem na okrętkę. Długość się nie kończy zawczasu. Wystającą resztę zjada obszywający, żeby miał siłę na powciskanie wystających włosów. Dżdżownicę usypia odorem z ust i sprawa zakończona prawie. Nagle słyszy wrzask Klejjdry: – A tam kto łazi… z prostokątem w łapie? – Gdzie, o pani? – Jak to gdzie? Przy tobie. Jasia mi podeptał głupek jeden... i sobie maszeruje jakby nigdy nic, wpatrzony w ten pierdołek. – Ach ten. To człowiek. A ten prostokąt, to smartfon. – Smarki? – Smartfon. Ośmielam się zauważyć, że tyś o pani w latach młodości, otwarła różne szczeliny… do światów z przeszłości, przyszłości, równoległych, prostopadłych, na szagę, schowanych w strunach i mrocznych dziurach... – Naprawdę ja? Taka byłam zdolna? On mnie widzi? – Sądzę, że raczej nie. Dawno by uciekł. – Pozazdrościł by mojej urody. – Właśnie. Za chwile i tak zniknie w wychodku. – To tam też muszą? – Wychodek to wyjście z tego świata. Tak oto powstał leżący, podeptany nieco i wypchany roślinnym włosiem, Jasiu. Pozostają jeszcze do zrobienia gałki oczne z cukrowych szyszek oraz… mniejsza z tym. W zasadzie nic więcej Jasio nie potrzebuje. No chyba, że trochę rozumu. Czarownica skrawek swojego mu właśnie użycza. Porozumienie będzie łatwiejsze. Chociaż właściwie, po co? Nie o to biega. * Jestem Bigoś. Moja miłość do Klejjdry wciąż się powiększa. A ja razem z nią. Muszę do niej pójść. Poproszę ją, żebym jej wybaczył. Żywię nadzieję czymkolwiek, że na pewno się zgodzi. Ona wciąż o mnie myśli, tylko ostatnio coś się zmieniło. Zaczęła myśleć o jakimś: kurduplu Jasiu. Jego wnętrze to kupa kłaków. Jak się można w takim czymś zakochać. Zaplątać umysł w taką miłość. Ja mam przynajmniej jakiś wygląd. Od ziemi, po sam czubek. Marzę o tym, żeby ją przytulić… – A tyś kto? Czemu nic nie mówisz? – Bigoś. Jam mysz com Jasia wygryzła. Tylko ty nie pytasz o mnie… tak? ––Ktoś tu idzie i główkuje. – To jeno poeta wymyśla wiersz. Pozwólmy mu przejść do Wychodka. On nas nie widzi chyba. – Ma fajną czuprynę. – Drugiego Jasia można by zrobić. – Nie wspominaj mi o konkurencji. * Cały las trzeszczy w posadach a w nim wszystkie drzewa. Gałęzie plączą się pod nogami, szczególnie te połamane, które spadły. Krasnoludki spieprzają do grzybów, zabierają najbardziej potrzebne rzeczy i spieprzają dalej. Co jakiś czas słychać dudnienie i widać ciemną powierzchnie na tle chmur i koron. To podeszwy skórzanych butów z przyklejonymi nadepniętymi. Bigoś się zbliża. Niestety, jest coraz mniejszy. Traci nadzieję, mimo że niszczy zielony las. Ale i tak jest duży. Większy nawet lub jeszcze bardziej. Nieustannie marzy o ukochanej Klejce, jej zwisającym nosie, podwójnych ustach… ale o Jasiu marzy inaczej. Chociaż też go pragnie przytulić. * – Vikolku. Spójrz jaki on ładny. Ten mój Jasio. Duży taki jak ja. Patrzy na mnie. Nawet myśli podobnie. Tyko oczy mu się kleją. Czyżby śpiący był? W takiej chwili? – Nie jestem śpiący, tylko upał tu. Oczy mam z cukru. Ściekają mi… ale tyś piękna. – No ba. Wiem co mówię… to znaczy: ty mówisz. Pójdźmy w głąb lasu. Vikollas popilnuje dobytku. Tyś we mnie zakochany. No powiedz. Chcę to usłyszeć. – Nie ma ust. – Przecie przed momentem gadał! – To nie on. To ten pan robił sobie jaja. – Vikolciu. Jaki pan? Jakie jaja? – No czasami wnikają za bardzo. To taki jeden z kabaretu. Już go nie ma. – Mój ty Jasiu kochany. Zaraz dokleję ci usta i cośik jeszcze. – Byle nie z cukru. – Vikolciu… mówiłeś, że nas opuścił ten niegrzeczny pan z tabletu. – Tylko zakrzyknął z Wychodka... skąd znasz takie słowo? – Z czasów młodości. Mało tu różnych łaziło. Teraz sobie przypomniałam. Z a k o ń c z e n i e ≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈≈ 1→Jasiu po przylepieniu ust, przewidział na oczy. 2→Zwiał do lasu. 3→Nie mógł biedak zapomnieć wdzięków, mimo... 4→… wszystko zrezygnował z powrotu. 5→Bigoś złapał Jasia, rozpruł go i wyciągnął. 6→Akurat przechodził fryzjer ze świata prostopadłego i zrobił przysługę. 7→Czarownica Klejdra poszła za nimi. Zobaczyła Bigosia i powtórnie przylgnęła miłością. 8→Bigoś też. Duży był. 9→Zapytała Bigosia: „Co zrobiłeś z Jasiem’’ 10→Odpowiedział Jasio: „Moje wnętrze, jest teraz jego peruką na czubku’’ 11→ Dodał Vikollas: „No to fajnie. Pies ich drapał. Wreszcie trochę spokoju” 12→Namiętnie rzekła Klejjdra: „Ciebie wielkiego będę pieścić i tego tam, a ciebie: czochrać”. 13→Ze Świata Ukośnego nadleciał statek ze znajomymi obcymi i wylądował na wszystkim. 14→Po chwili się wzbił na dół i zagiął czasoprzestrzeń, ale Wychodka – między – nie spłaszczył. Obcy wysiedli jak stali na cokolwiek. Przyplątała się między nimi staruszka, co akurat przechodziła przez jezdnię w innym świecie. Pospołu z obcymi, przepchnęła rakietę na drugą stronę Wychodka. A właściwie tłukła ich parasolem, dla większego pośpiechu. Paliwo zużyli na manewr zagięcia. * – Czułek! Zerknij tam. Widzisz? – Cholera jasna. To Klejdra i reszta. – W każdym świecie, można ich spotkać. – Czy oni nas widzą? – Oby nie! Jeszcze by chcieli tu zostać. – Lepiej zwiewajmy do Czarnej Dziury, poza horyzont zdarzeń. Tam się raczej nie pojawią. – Nie byłbym tego taki pewien. * • Cholera! Hamuj! Ałć !! • Za późno. Stuknęliśmy w Punkt. • W Punkt? Ten Punkt? Czy jakiś inny? • A skąd mam wiedzieć. Teraz nie myślę, ino się boję.
-
dziadzio fajkę pyka i tak sobie wzdycha gdzie ta moja stara ziemia ją zabrała ja bym sobie jeszcze pociupciał troszeczkę nagle widzi dziewczę powabne i grzeczne przyszłam po to właśnie by ci zrobić laskę sapie sobie dziadzio podpiera się żwawo domowe zwierzęta też je naszła chętka a on znów spoziera w papierach poszperał pomyślał i dziewczę ujął w testamencie laska była licha zrobiona z patyka kopnął wnet w kalendarz domem jego cmentarz dziewczę zbladło właśnie zapisał jej... laskę
-
1
-
Kraina Zapachów
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@MIROSŁAW C. Dzięki:)→A już chciałem więcej zamieścić:))→Pozdrawiam:) @zuzia Dzięki:)→No to lataj jak najwyżej. Masz racje z tą ''inną przestrzenią'' Prawdziwie patrzeć, to nie znaczy... tylko patrzeć. Coś więcej trza:) Pozdrawiam:) -
Nastał nowy dzień. Jak każdy inny. Zwyczajny. Jesteś w połowie obudzona. Siadasz na łóżku. Przeciągasz się rozkosznie całymi rękami. Patrzysz na kota. Naśladuje ciebie. Kładziesz się znowu. Nagle wstajesz, bo masz przecież silną wolę. Promienie wschodzącego słońca, włażą jakby nigdy nic przez szybę, snując się po twojej twarzy. Zakładasz na siebie, co masz założyć i odruchowo, wleczesz się do łazienki. Myjesz twarz, przegarniasz włosy i monotonnym zaspanym krokiem, udajesz się do kuchni. Pijesz herbatę, jesz bułkę {chociaż nie bardzo wiesz, co jesz, bo jesteś myślami gdzie indziej}. Po chwili wstajesz, zakładasz kurtkę, bierzesz torbę i wychodzisz z domu. Powietrze jest rześkie, wilgotne, pachnące ozonem. Lecz nawet ozon – mimo wysiłków - nie jest cię wstanie do końca rozbudzić. Masz wrażenie, że jesteś obserwowana. Prędko o tym zapominasz. Idąc w kierunku uroczego mostka, widzisz małe piórko unoszące się w powietrzu. Popatrujesz na nie z nutką zazdrości. Przechodzisz przez mostek. Nagle słyszysz jak we śnie, trzepotanie skrzydeł. To ptactwo wodne przypomina tobie, że zapomniałaś je nakarmić. Wyjmujesz z torby trochę czegoś i radujesz dziobate żarłoki. Godziny w szkole upływają bez większych niespodzianek. Wracasz do domu, kiedy jest prawie ciemno. Idziesz prosto do swojego pokoju. Rzucasz torbę do kąta, odpoczywasz, pojadasz, popijasz, uczysz się trochę {ale nie za długo}, rozmyślasz o stu rzeczach naraz i wreszcie jak stary zmęczony plęc, padasz na łóżko. Przypominasz sobie, że dzisiaj kiedy wracałaś ze szkoły, zobaczyłaś uroczego wróbelka, na którego czaił się kot. Coś tam odgoniłaś i poszłaś dalej. Nie myślałaś o tym więcej. Wtedy jeszcze nie zdawałaś sobie sprawy, jakie znaczenie, będzie miał w twoim życiu, ten mały gest człowieczeństwa. Nie wiedziałaś o tym teraz. Nie tylko o tym. * Jest wieczór. Leżysz w łóżku. Oczy masz otwarte. Nie możesz zasnąć. Ogarnia cię dziwny niepokój. Świadomość, że nie ma tu nikogo, że w razie czego, sama będziesz musiała się bronić przed wszelkimi stworami, które mogą kryć się po kątach, nie dodaje tobie otuchy. Jesteś cała spocona, obrócona do ściany. Jej żółty kolor, z lekka spowalnia, twoje skołatane serduszko. Uspokajasz się trochę. Odwracasz głowę. Siadasz na brzegu łóżka. Twoje stopy oparte są na czymś zimnym, sprężynującym i szarym. W pierwszej chwili myślisz, że nadepnęłaś na kota. Ale to coś nie miauczy i jest trochę większe. To ludzkie ciało. Jesteś tak zaskoczona, że prawie się nie boisz. Odruchowo na nim stajesz. Ciało jest puste w środku. Wydaje odgłos, jak pęknięta purchawka, znacznych rozmiarów. Wylatuje z niego powietrze. Robi się całkiem płaskie. Jak kartka papieru. W myślach nazywasz go: płaskoludem. Momentalnie robi się brzydszy niż przed chwilą. Odskakujesz od niego, bo jest oślizgły i śmierdzi. Wtedy on się podnosi. Z profilu, jest prawie niewidoczny. Strasznie szeleści, jak wściekły pergamin. Ma tylko dwoje oczu, niewiadomego koloru. Zaczyna się do ciebie zbliżać. Chodzi dziwacznie, ale coraz szybciej. Jest blisko ciebie. Pragnie cię złapać, swoją płaską dłonią. Smród staje się nie do zniesienia. Mimo obrzydzenia, doskakujesz do niego, chcąc go rozszarpać na strzępy. Ciało jest jak guma. Mocna i wytrzymała. Zaczyna się wokół ciebie owijać. Wyswobadzasz się jakoś. Uciekasz do kuchni. Zamykasz drzwi. Podpierasz klamkę, kijem do szczotki. Opierasz się o zlewozmywak...i zaczynasz pomywać, bo coś ci się miesza, od nadmiaru myśli. Po chwili wracasz do biegu zdarzeń. Stoisz oparta o ścianę. Patrzysz na drzwi. Przez szparę między progiem a futryną, wślizguje się płaskolud. Łapiesz nóż, chcą go przeciąć. Bez żadnego skutku. Jest prawie cały w kuchni. Z uwagi na to, że mieszkasz na parterze, chcesz uciec przez okno. Zaczynasz się przez nie gramolić. Z tyłu słyszysz trzask. Wiesz, że za tobą jest więcej płaskoludów. Zaczynają się owijać wokół twoich nóg. Wrzeszczysz przeraźliwie, ale nikt cię nie słyszy. Wylatujesz przez okno, prosto na miękką trawę. Prześladowcy zostają w kuchni. Nie wiesz dlaczego cię nie gonią. Od tego momentu zaczynasz myśleć nierozsądnie. Wracasz do swojego pokoju. Tu jest cisza i spokój. Kuchnia też pusta. Gdzie się to wszystko cholerstwo podziało, myślisz sobie. Kładziesz się do łóżka. Leżysz pod kołdrą. Może nikt tu wejdzie. Będzie myślał, że to jakieś straszydło, a nie zwykła ty. Słyszysz, że okno w pokoju skrzypi. Ciekawość cię dopada - a że jesteś psychicznie trochę ogłuszona odrzucasz przykrycie i patrzysz ciekawie co się dzieje. A dzieje się to, że przez okno wchodzi prawie czarna ręka. A właściwie część ręki. Od dłoni - do łokcia. Na przodzie przebiera paluchami, a z tyłu ma dwie krótkie nóżki i krótki ogonek, dla utrzymania równowagi. Wygląda trochę śmiesznie, ale zamiary ma przeciwne. Stoi na tle księżyca. Aż tak zabawnie nie wygląda. Tym bardziej, że z tyłu sika czarna krew. A przynajmniej tak wygląda. Nie możesz się ruszyć. Znowu zaczynasz się bać. Do pokoju włazi większa ilość chodzących rąk. Są coraz szybsze. Atakują cię ze wszystkich możliwych stron. Walisz je poduszką, po pięciu paluchach i nie tylko. Rąbiesz je na prawo i lewo. Szkarady są jednak paskudnie szybkie. Przebierają paluszkami i nóżkami jak wściekłe młode krokodylki. Łażą wszędzie – po meblach, stoliku a nawet ścianach. Jesteś cała porypana. Na szczęście powierzchownie, gdyż bestie nie mają zębów. Na domiar złego wracają płaskoludy. Są mniejsze. Może je rodzice napuścili, żeby nabrały wprawy. Są małe, ale bardziej zajadłe, od swoich starych. Widocznie rodzice byli za bardzo płascy. Dzieciaki są nieco grubsze. Mogą mieć nawet milimetr. Owijają się z zawrotną prędkością. Ale są małe i głupie. Atakują też dorosłe rączki. Zaczyna się jeden wielki bałagan. Wszyscy atakują wszystkich. Jedna z łapek wplątuje się w twoje włosy i zaczyna je szarpać. Machasz głową na wiele stron. Łapa się dynda jak wielki gruby warkocz. W końcu po twoim wielkim zamachu, odlatuje na ścianę, z pęczkiem twoich włosów w garści. Płaskoludy zaczynają cię obłazić, a ich obłażą drepczące zajadłe rączki. Wyglądasz jak ciemna mumia, która żyje i jeszcze walczy. Rączki odrzucasz na ściany. Gorzej z tymi drugimi. Robi się tobie coraz ciaśniej. Masz kłopoty z oddychaniem. Odczuwasz klaustrofobie, tak zewsząd zawinięta. W twojej głowie pojawiają się niepokojące myśli, że świat na którym byłaś, wysuwa się spod ciebie, jak dywan wyciągany spod nóżek stołu. Zaczynasz marudzisz do siebie samej, że jest ci przecież niewygodnie w takich okolicznościach… Nagle wszystkie atakujące siły, uciekają w siną dal. Nie wiesz co się dzieje. Kogo lub czego, tłum wojujący się przestraszył. Może wyczuli coś, co dopiero się ukaże. Kładziesz się zmęczona na łóżku. Znowu patrzysz w kierunku ściany. Tapeta zaczyna trzeszczeć i pękać. Wyłazi z niej wiertło. Wirujące i głośne. Jesteś z lekka zaskoczona. Myślałaś, że ujrzysz jakieś obrzydlistwo. A tu co? Byle żelastwo jakieś. Lecz owy wirujący świat, trzyma w rękach wielka obrzydliwa mucha, z okularami na głowie. Cofasz się, bo dąży w kierunku twojego oka. Oko to widzi, więc jeszcze bardziej się cofasz. Nagle mucha porzuca wiertło i czmycha w tył, do dziury w ścianie. Myślisz sobie: A to czemu? Z tyłu słyszysz jakiś hałas. Spoglądasz w tamtą stronę. Szuflada biurka samoczynnie się otwiera. Wypada na podłogę. Przemienia się w wieko od trumny. Zalatuje słodkawo - mdlącym zapachem. Wieko staje pionowo. Ma prawie dużo wzrostu, a na pewno nie mniej. Znowu nie możesz się ruszyć, bo sytuacja jest trochę dziwna. Wieko zaczyna sunąć w twoim kierunku. Widzisz rozległe wnętrze. Dno zakrywa lśniące lustro. Jest już bliżej ciebie. Stoi przy twoim łóżku. Z lekka się nachyla. W lustrze widzisz swoje odbicie. Trochę zmienione. W najlepszej fazie rozkładu. Wylatuje z dna, prosto na ciebie. Nie lubisz takich gości w twoim łóżeczku. Ciało jest wilgotne i wiotkie. Po kawałku rzucasz siebie na podłogę. Wieko też się przewraca. Prosto na ciebie. Jesteś pod nim. Ciemność W pierwszej chwili nie wiesz co się dzieje. Czujesz się taką: malutką, szarą, bezbronną istotką. Widzisz rozległą płaszczyznę dachów oraz ogromny komin. Nastaje świt i jest ci trochę zimno...i tak jakoś niesamowicie. Póki co nie dociera do ciebie...niecodzienność sytuacji. Stroszysz piórka, w których szeleści jesienny wiatr. Razem z podmuchami wiatru, dolatuje do ciebie – kim się stałaś. Pamiętasz jak przez mgłę niedawne wydarzenia. Lecz obecna sytuacja jest dla ciebie, bardziej niezwykła i niecodzienna. Czyż musiała być okupiona poprzednimi wydarzeniami. Może tak, może nie. Rozkosznie podskakujesz do krawędzi dachu. Bardzo się boisz. Twoje maciupeńkie serduszko, stuka głośno i wyraźnie. Przynajmniej dla ciebie. Odczuwasz strach z radością pomieszany. Nie możesz uwierzyć, że za chwilę będziesz mogła pofrunąć, dokąd zechcesz. Świadomość tego dodaje ci skrzydeł, chociaż jedne już masz. Przekręcasz łebek na wszystkie strony. Widzisz wiele różnych miejsc. Z twojej perspektywy wyglądają inaczej. Nadal stoisz na krawędzi dachu. A jednak się boisz. Cała się trzęsiesz z podniecenia. To w końcu będzie twój pierwszy lot. Wzbijasz się...lecisz...ocierasz się o cząsteczki powietrza. W twojej małej główce, fruwają różne myśli. Ojejku... wcale nie spadłam… jakie to cudowne uczucie… to jest takie… sama nie wiem. Odczuwasz podmuchy wiatru. Znowu się boisz. Patrzysz na lewe skrzydło – jest, patrzysz na prawe – też jest. To cię uspokaja. Wiesz na pewno, że nie spadniesz. Przerzucasz lekko ciężar swojego ciała na lewe skrzydło. Sterujesz ogonkiem i lecisz do parku. Zakręcasz długim łukiem, przelatując nad ścieżką. Za chwilę znika z pola widzenia. Widzisz idących ludzi. Ale oni się meczą. Biedacy. Ty jesteś radosna. Z uśmiechem na dziobku. Razem z tobą i w tobie, leci twoje szczęście. Wzbijasz się wyżej i wyżej. Robisz śmieszne fikołki. Świat wywracasz do góry nogami. Fruniesz nad swoim rodzinnym domem. Akurat twoi rodzice wychodzą z domu. Zniżasz swój lot. Siadasz na płocie. Przechodzą obok ciebie. Jakoś cię nie poznają. Nie dziwisz się. Wyglądasz trochę inaczej. Czujesz się taka wyzwolona i tak lekka. Jak małe piórko. Nie odczuwasz ciężaru dnia codziennego. Nic cię nie przytłacza, nie martwi, możesz być tu a za chwilę tam. Widzisz swoją koleżankę. Tą najlepszą z najlepszych. Fruwasz nad jej głową. Nie zwraca na ciebie uwagi. – Och , żebyś tak mogła poszybować razem ze mną. Doznawać tego co ja. Nie mam tej radości z kim dzielić. To jest takie wspaniałe. No nie! Tego nie chciałam. Naprawdę. Jakiś człowiek jest wnerwiony, gdyż zostawiłam na nim cząstkę siebie. Spiesznie odlatuję. Widzę jeszcze, że biedny ściera i ściera. Jest mi przykro. Ale przecież nie podfrunę, żeby wyćwierkać przeprosiny. Mógłby nie zrozumieć. Lecisz w kierunku lasu. Masz wrażenie, że jesteś pierzastym obłokiem sunącym po niebie. Promienie słońca igrają w twoich skrzydełkach. Z gracją i całkiem sprawnie, przelatujesz między gałęziami. Nawet strącasz jedną szyszkę. Kłaniasz się skrzydłami uroczej wiewiórce i szybujesz nad łąkę. Zniżasz lot. Lecisz wśród polnych kwiatów. Nie możesz je podziwiać, bo za szybko je mijasz. Masz wrażenie, że ktoś nagle cię wypuścił, z niewidocznej blokady. Fruniesz wyżej i wyżej. Zrównujesz się ze skowronkiem. Nie chce z tobą gadać. Musi śpiewać i już. No dobra. Niech sobie śpiewa. Życzysz mu połamania wiatru i wracasz w rodzinne strony. Siedzisz cichutko w trawie, dysząc całym dziobem. Stroszysz piórka, połykasz muchę i trochę poprawia się twoje samopoczucie. Chciałabyś jeszcze pofruwać, ale czujesz się bardzo zmęczona. Nie masz sił na podniebne akrobacje. Zaczynasz przysypiać. Tracisz kontrolę nad swoim bezpieczeństwem. Mimo tego, bardziej czujesz niż słyszysz, jakiś szelest za tobą. * Czarny drapieżnik, siedzi w trawie, gotowy do morderczego skoku. Zauważasz go. Widzisz jego zielone głodne ślepia, które bacznie obserwują swoją przyszłą ofiarę. Koci język, co chwilę wyskakuje z pyszczka, oblizując cząstkę swojego pana. Zaczynasz trzepotać skrzydełkami i przeraźliwie ćwierkać. Widzisz siebie, rozrywaną na strzępy. Przeżutą na krwawą miazgę – z piórek, kosteczek i mięska. Zaplątałaś się w cienkie gałązki. Trzymają twoje nóżki i nie chcą puścić. Kocur gotuje się do skoku. Twoja mała główka, nie może pomieścić, takiego strachu. Chcesz go z siebie wytrząsnąć. Nie dajesz rady. Uspokajasz się. Godzisz się na to, że za chwilę znikniesz z tego świata. Ostatnim spojrzeniem, dostrzegasz małego wróbelka. Krąży nad nim. Odwraca jego uwagę. Jest za wysoko, żeby dać się złapać. Kot zaczyna się wnerwiać. Ktoś mu przeszkodził w spożyciu obiadu. Pragnie dorwać natręta, by dać mu nauczkę. Wróbelek nie daje za wygraną. Kota bierze szewska pasja. Miauczy wściekle, dając wyraz swojemu niezadowoleniu. Nagle podchodzi jakiś człowiek. Łapie kota. Mówi do niego: kici, kici, dobry kotek i odchodzi. To niewiarygodne, ale żyjesz. Twój wybawca podskakuje do ciebie. Wyszarpuje gałązki. Ma więcej sił. Jesteś wolna i cała. W ostatniej chwili, przyszło wybawienie. – Dzięki – ćwierkasz do niego – Uratowałeś mi życie. – Drobiazg – No nie taki drobiazg. On mógł cię capnąć. – A pamiętasz kto wtedy odgonił kota? – Kota? Ostatnio moje życie jest trochę… jakby to ująć… dziwne. Szczerze mówiąc - nie pamiętam. – Ty odgoniłaś. – Skoro tak mówisz. – To ja dziękuję. No to cześć. Nigdy już go nie spotkałaś. Taka czy inna. * Siedzisz na gałązce. Wieje lekki wietrzyk. Bujasz się na nim, razem z myślami. Widzisz nie bardzo rozbudzoną nastolatkę. Przechodzi przez mostek. Jednak przystaje. Wraca. Otwiera torbę. Robi taki gest, jakby coś z niej wyciągała. Jej ręka jest pusta. Po chwili – to nic – rzuca do rzeki.
-
zapach pieczonego chleba rozchodzi się po całej kuchni maleńkie nóżki w ubranku ze złocistego przypieczenia z radością w drobinkach maku kroczą po blacie stołu w białym puchu mąki znacząc maciupeńkie wgłębienia z postrzępionymi brzegami dolinki o zapachu zboża po zostawionych śladach podąża zapach świeżo zaparzonej kawy dosłownie przed chwilą strumień gorącego wrzątku szybował w kierunku dna budząc okruszki zmielonych ziaren miał nie lada problem z wydostaniem siebie z kubka aż w końcu wytworzył łapki które wystawił poza krawędzie wciągając się na powierzchnię teraz wędruje po gładkiej poprószonej powierzchni równolegle do zapachu chleba poprzez szparę między drzwiami a futryną wędruje zapach wędzonej szynki lekko otłuszczone ścianki umożliwiają łatwiejsze przenikanie między meblami będącymi w kuchni zapachy chleba i kawy gryzie znaczący problem do rozwiązania stoją na krawędzi stołu jak z niego zejść dumają pomieszaniem woń szynki czyni różne akrobacje w różnych kątach i zakamarkach ma trochę łatwiej jest bardziej gładka wspominając różową świnkę z wiklinowego koszyka w kształcie jabłka wychodzi zapach pomarańczy kuliste wywijasy siłą odrzutu wyrzucają kawałeczki eterycznych cząstek z mórz południowych na wszystkie spragnione takich doznań strony przysiadają w różnych miejscach nasycają wytęsknione powierzchnie dwa zagubione zapachy nadal błądzą w rozterce przy rozpadlinie między stołem a krzesłem litościwa woń świeżych kwiatów widząc ich wielki smutek przeistacza się w wirujące zielone skrzydełka utkane z zapachu cynamonu z cienką łodyżką ozdobioną dziurką sera podwieszeni na warkoczach z jedwabnych nitek w pachnącym siodełku z gęstej woni lepkiego miodu uwięzieni zostają uratowani w białej poświacie przezroczysta mgła będąca wynikiem podmuchu szybuje nad przepaścią nad którą krąży pojazd ratowniczy przez okno wlatuje rześki zapach łąki muska suszone śliwki śpiące na parapecie przy zielonym groszku by symfonii wiosennej dodać nutkę gościnnej woni na papierowym wieczku leżącym na szkiełku z czarnym pieprzem klaustrofobiczna wnerwiona okruszynka wypala małą dziurkę ostrym spojrzeniem czarnego ziarenka w konfiturach rozbudzony zapach leśnych poziomek przeciąga się rozkosznie między kleistymi fałdkami słodkiego łóżeczka w papierowej torebce wierci się woń zasuszonych kapeluszy między którymi zasnął na wieki najedzony robaczek wraz z grzybami posłuży jako dodatek do smacznej kapusty w kącie stoi pachnąca cytrynka blisko fontanny z gołym aniołkiem którego głaskają po skrzydłach wszystkie zapachy a plumpki wody zachowały pachnące wspomnienia * Do kuchni wchodzi mała dziewczynka, w atramentowej sukience. – O jejciu. Czemu jesteście takie wymieszane? Jak tylko zostawię was same, to od razu takie coś. Będę musiała znowu rozplątywać. Ach wy nieznośne… i tak was kocham.
-
Serce zacisnęło swoją pulsującą pięść na gładkim sztylecie. Drgania ostrza przekazane przez rękę mordercy, natychmiast ustały. Stało się płynne i zostało wchłonięte. Wzmocniło siłę. Król wszystkich mięśni, poczuł satysfakcję. Ciało w ułamku sekundy, skonstruowało dwa dodatkowe stalowe kości. Rozerwały skórę i wystrzeliły się prosto w napastnika. Za chwilę nie miał oczu. Przebiły mózg i wyszły po drugiej stronie. Nawet nie wiedział, że zginął. Ono zasklepiło ranę. Przykucnęło pod ścianą i czekało. Nie zdawało sobie sprawy kim jest oraz w jakim celu. Mrok spowijał zaułek. Zaczęło fazę kontrolowanego letargu. Po jakimś czasie wyszły podłużne cienie. To wygłodniałe szczury – oświetlone z tyłu słabym światłem – przyszły szukać jedzenia. Nagle rozległ się jednoczesny krótki pisk. Intruzy zostały rozszarpane na malutkie kawałeczki, trafione błękitnymi promieniami. Każdy kawałek szczurzego ciała został nim naznaczony. W pewnym momencie nastąpiło zjednoczenie szczątków. Ono zyskało wiernego sługę o wyglądzie dużego zwierzęcia, którego wygląd, trudno było określić. Nie miało to i tak żadnego znaczenia. Tylko przydatność w określonej sytuacji. Później go uwolni w określony sposób. Gdy już nie będzie potrzebny. * Takiego gęstego i cudownego zapachu, jeszcze nigdy nie doświadczył. Mały chłopczyk chłonie rajską łąkę wszystkimi zmysłami. Niby nic nowego tutaj nie widzi i nie słyszy. Błękit nieba, żółte słońce, kolorowe kwiaty, śpiew ptaków. Rzeczywiście, banalne to i rzec by można – przejedzone… a jednak ta cała okolica się czymś wyróżnia. Taką prawie nie uchwytną, harmonią współistnienia. Chłopczyk popada w taki zachwyt, że nie wiedie co najpierw oglądać i gdzie najpierw iść. Podąża przed siebie. W głąb łąki. * Budzi się z letargu. Nie pamięta dokładnie, czego dokonało. Zaułek nadal jest dość ciemny, z uwagi na usytuowanie. Sługa kuca oparty o ścianę. Z owłosionych ust, zwisa ludzka ręka w zaawansowanym stadium rozkładu. Widocznie gdzieś wygrzebał lub znalazł, gdy jego pan odpoczywał. Wszędzie cuchną resztki mięsa, kłaków, flaków, kości i skrzepłej krwi. Normalne szczury, nie widzą w nim swoich braci. Zjadają resztki. Nie odgania ich. Może on coś pamięta. Nie chce krzywdzić tych, z których powstał. Ono siedzi spokojnie. Nie myśli za bardzo, bo nie może. Coś mu w tym zawadza. Ścieżka między cudownymi kolorowymi kwiatami, jeszcze bardziej go zachwyca. Po chwili wychodzi z tego niby tunelu i kieruje swe kroki, wzdłuż czystego strumienia. Promienie słoneczne, śmiesznie migoczą na tafli wody. Nawet pajęczyny, utkane to tu, to tam, mają wygląd delikatnych anielskich włosów. Gdzieś tam wysoko, pod błękitnym baldachimem, nakrapianym białymi chmurkami, rozbrzmiewa pieśń skowronek. Zaczyna go uważnie słuchać. Coś jest nie tak z tym jego śpiewem. Ni stąd ni zowąd, niebo zasłaniają chmury… i nagle śpiew się urywa. Nastaje zupełna cisza. Słyszy bicie własnego serca. Wtem, zupełnie niespodziewanie, dostrzega w oddali, przytulną – piaskownicę. Podchodzi bliżej. Zagląda do wnętrza. Piasek ma złoty kolor. Zmiażdżona zabawka – mały samochodzik – spoczywa na drewnianym obramowaniu. Niczym na wieku trumny. Ono ze swoim sługą podąża w stronę łąki. Nadal nie wie, po co, gdzie i w jakim celu. Szczurotwór też nie wie. Odczuwa intensywny głód. A obiady wokół jakoś nie biegają. Po jakimś czasie, nękany coraz większym pragnieniem zjedzenia czegokolwiek, wyrwa jedną ze swoich łap. Jeszcze mu pięć zostaje. Teraz idzie na czterech, a w piątej trzyma szóstą łapę, obgryzając po drodze, smakowity kąsek. Słyszy głośne trzaski, gdy chrupie kości. Nie dziwi go fakt, że nie odczuwa bólu. Widocznie taka jego natura. Ono wlecze się przed nim. Nie patrzy za siebie. Wie, że wierny sługa, go nie opuści. Nagle widzi małą postać, stojącą pośród kwiatów. Złoty odblask piasku, razi dziwne oczy. Chłopiec popada w prawdziwy zachwyt. Jeszcze takiego piasku w życiu swoim nie widział. Zapomina o samochodziku. Wchodzi do wewnątrz. Ma wielką chęć na zabawę. Raz po raz znajduje zasypane i pogniecione – łopatki, wiaderka i tym podobne rzeczy. Nawet ludzką dłoń. To go nie martwi. Kolor piasku jest taki przepiękny, że mógłby w nim siedzieć do końca życia. Postanawia ulepić zamek. Podchodzi do strumyczka – którego nagle dostrzega – po trochę wody. Wlewa do piasku i miesza. Dość długo trwa, zanim powstaje wspaniała budowla. Błyszczy w słońcu, niczym złoty pałac. Wystarczy dopracować szczegóły. Szczurotwór ze swoim Panem, stoi kilka kroków za nim. Chłopiec o tym nie wie. Cieszy się widokiem budowli, której jest autorem. Majstruje przy drzwiach i oknach. Jeszcze nie są zupełnie wykończone. Małą gałązką, wygładza nieduże parapety i rzeźbi klamki. Kończy wielką bramę. Drzwi przyozdabia małymi kamyczkami. Wyobraża sobie, że błyszczące brylanty zdobią jego dzieło. Atak następuje zupełnie niespodziewanie. Z okien zamku wylatują, wirujące ogniste pętle. Na szczęście są jeszcze małe. Ale rosną bardzo szybko. Chłopiec w pierwszej chwili nie wie, co się stało. Odruchowo wyskakuje z piaskownicy, chcąc uciekać. Niestety, napotka śmierdzącą ścianę. Szczurotwór atakuje wirującego wroga. Swąd palonego mięsa, czuć wszędzie wokół, gdy ogień przypala ciało. Jedna z pętli atakuje jego Pana, który wyzwala błękitne promienie. Błyskawice bardzo szybko tracą morderczą moc. Nastaje zupełna cisza. Chłopiec jest wtulony w istotę, która wygląda obrzydliwie, okropnie a na dodatek – cuchnie... lecz ocaliła mu życie. Piasek traci swój złoty, uwodzicielski blask. Ono zaczyna myśleć. Stado przestraszonych szczurów, rozbiega się po zwykłej łące... gdzie rosną już inne kwiaty.
-
Królewicz Krasnalek i Siedem Śnieżynek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@CafeLatte Dzięki:)→No w sumie tak →lub w innej rybie:))→Słuszne słowa:) To jeno taki przykład był:)→A co mi tam.→Znowu Pozdrowię:) -
Królewicz Krasnalek i Siedem Śnieżynek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@CafeLatte CafeLatteiu→Dzięki:)→Szczerze mówiąc, czasami jest... deczko męcząca:)→Coś za ''utratę'' czegoś:) Tak jak w życiu. Jak coś zyskujesz, to jednocześnie coś tracisz. Siedzisz w domu na krześle, to tracisz... siedzenie na łące, na drzewie i gdziekolwiek indziej:)) Pozdrawiam:) -
Królewicz Krasnalek i Siedem Śnieżynek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@kwintesencja Kwintesencja:)↔Dzięki:)→Ciutkę namieszałem jakby:)→Pozdrawiam:) -
Słuchaj Wiatru / Szybując
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Na melodię: ''Love Me Tender'' - E. Presley słuchaj wiatru dzisiaj znów tuli cię do snu jutro powie jak masz śnić ty zaufasz mu nie zabieraj pięknych chwil tam gdzie ciemność lśni kusi ciebie złudnym dniem proszę uwierz mi kiedy ranią słowa twe budzą nowe łzy zaufała tobie dziś zawiodłeś znów ty nie zabieraj pięknych chwil tam gdzie ciemność lśni kusi ciebie złudnym dniem proszę uwierz mi tamten czas nie płynie już rzeką dalszych spraw cierpień bólu pytań też czy to wartość ma nie zabieraj pięknych chwil tam gdzie ciemność lśni kusi ciebie złudnym dniem nie pozwala śnić Na melodię→''Blowin' in the wind" - Bob Dylan szybujesz pod niebem lecz nie wiesz czy stąd powrócisz do miejsca twych snów słowa uplatasz w radości i łzy odpowiedź kołysze wciąż wiatr a gdyby tak wzlecieć ponad swój lot dostrzec horyzont swój czas uwierz ty znów by rozdział twój mógł odnaleźć swych cennych kilka słów zaufaj tym skrzydłom co niosą cię w dal choć nie wiesz co szykuje los zapytaj gdzie ciernie dno albo cud odpowiedź kołysze wciąż wiatr a gdyby tak wzlecieć ponad swój lot dostrzec horyzont swój czas uwierz ty znów by rozdział twój mógł odnaleźć swych cennych kilka słów -
Królewicz Krasnalek i Siedem Śnieżynek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@zuzia Dzięki Ci→Zuzia:)→A zatem miło mi:)→Nie ustawaj w tańcu z marzeń→Pozdrawiam:) -
Królewicz Krasnalek i Siedem Śnieżynek
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Stary Król, Krasnal Pierwszy Od Końca – marudny jak zardzewiałe podeszwy od butów – zahacza nogą o wystającą z brody brodę i leci twarzą w stronę kamiennej posadzki. Dolatuje mężnie do końca, żłobiąc nochalem bruzdę w kamieniu, gdyż kamień twardy, lecz nos bardziej. Nadal nie ma humoru. Wcale. Brękoli i gdera od dłuższego czasu. Nie ma co zazdrościć biedakowi. Walnął tak niefortunnie, że spadł z wczoraj do jutra. A dzisiaj miał tyle do zrobienia. Wiele zaległych spraw, będzie od tej chwili leżeć odłogiem, niczym szczere nagie pole. Póki co nie może wrócić, gdyż pieprzony honor, nie pozwala na tego typu sprzeczność. Skoro nie zauważył wczorajszej brody, musi pozostać w dzisiejszym jutrze. Do zgniłych strzępków muchomora – klnie na krawędzi akapitu. Jeno w duchu, żeby narrator nie słyszał. Upadek komplikuje umysł, wzmacniając natężenie gderania. Widocznie podczas lotu, zawadził o przeszkodę z niewłaściwej strony lub fałdy mózgu nieco wygładził. Musi temu jakoś podołać. Na domiar złego zbrzydł bardzo, ale o zgrozo, ucieszony takim widokiem. Podobnie jak małe dziecko cieszy gówienko, z którego z miłością w serduszku, lepi mamę i tatę. Na dodatek zauważa, że spłodził dorastającego syna. Matki potomka nie pamięta. Odeszła lata świetlne, ale chyba nie w zaświaty. No to jakim musiał lub musiała być? Paskud jeden lub ona zołza… lub nawzajem. Od jakiegoś czasu lubi przesiadywać przed lustrem. Pyta ciągle o to samo, pocierając brodawkę na nosie i gdzieś jeszcze, ale o tym miejscu nie wypada wspominać, bo jeszcze przed dwudziestą drugą. – Lustro! Tyś cholerna kupa szkła. Mów zaraz. Kto jest najbrzydszy w całym królestwie? – W jakim królestwie? – Moim. Mówię przecież. Kto jest najbardziej ohydny na świecie? – Powtórka starcze. Nawet→jest→ zdublowałeś… durny nieortografie. Jeszcze splagiatujesz i pójdziesz do kozy. – W dupie mam kozę! – Z rogami? To współczuję. – Przestań marudzić. Pytam kto ma twarz podobną do… – … wszystkiego, co najgorzej wygląda? – O właśnie. Z ust mi wyjąłeś. – Niczego ci z ust nie wyjmowałem. Niby co? – Jajco! Nie mogłeś lustro tak od razu. – W ramach moich usług przekomarzanie wskazane. – Czyli to nadal prawda. Nie ma piękniejszego w brzydocie swojej, ode mnie. – Nie powiedział… bym…. A Królewicz Krasnal to pies? – Do skapciałego grzyba. Zapomniałem. Ma gorszą facjatę od czegokolwiek? – Chwilę… coś mi odbiło… jakiś obraz nieświeży. – Zapewne ja. I dobrze. Tak mam być. – Ale mi cuchnie z… – Durne lustro. Niby z czego? Mam cię stłuc? – Spoko facet. Jesteś brzydszy od wszystkiego na świecie. – A Królewicz Krasnal? – Hmm… to jedyny wyjątek… ale tylko jeden. * Królewicz Krasnalek jest zamyślony po samą zasłonkę na twarzy. Nakrycie prześwituje trochę, więc mniej więcej wie, w którym kierunku kroki kierować. Przez pomyłkę spogląda w Królewskie lustro. A w ogóle, skąd ojciec przytachał to ohydztwo? Tyle czasu miał spokój. Tylko listy do siebie pisali, z jutra do wczoraj, ale tatko i tak o wszystkim zapomniał. Nawet o tym, że ma syna, który przez niego zbrzydł jakimś cudem. Na domiar złego, jeszcze bardziej. Teraz mnie wygna z zamku na zbity pysk. O właśnie! Nie tyle zbity, co na mordę okropną, że już więcej nie można. Syn zgadł. Prorok jakiś czy co? Jakby czytał w myślach rzewnie wspomnianego. Faktycznie wygnał, bo lustro cały czas obstawało przy swoim. A samo było brudne i obsrane przez pająki i muchy przed śmiercią. Niechlujne takie, że nawet odbicia śmierdziały. Zwierciadło intrygant w spleśniałych ramkach, rzeźbionych zębami kotów, psów, szczurów i służącego, który w wolnych chwilach, był zboczonym kornikiem. Tak myśli Królewicz Krasnal, gdyż wnerwiona dusza w mroźnym ciele, stoi ponadto w lesie na śniegu, lepiąc bałwana do towarzystwa. To zawsze jakaś alternatywa. Wyobraża sobie, że ojciec tak bardzo żywi miłość do syna, że specjalnie dla niego, jest kupą śniegu. Kawałki łez stukają o twarde buciki i rączki, gdyż mróz daje popalić. Nie wie biedak, co ma począć. – Ale my wiemy – słyszy chór słodkich głosików. – Zgadniesz, ile nas? – Kogo? – No nas. Przecież mówimy. – A ile was? – To my pytamy. – Nie znam odpowiedzi. Jak powiecie, to odpowiem. – Nam nie musisz. Wiemy ile nas. – To po co pytacie, dupę mi zawracacie i marchewkę ojca nadwyrężacie? – Temu tu? Nie ma marchewki. Przed chwilą zając zjadł. Nie słyszałeś jak chrupał? – Nie. Jakieś glosy mi zagłuszały. – Dupek. Czyli bałwan to twój ojciec? Nic dziwnego, że nie potrafisz odpowiedzieć na proste pytanie. Wystarczy policzyć. * Wilkowi spieszno. Zaraz przyjdzie Szkarłatny Kapciuj z utrzaśnietą flaszką wina. Takim narzędziem może zrobić krzywdę, jeżeli nie wtranżoli babci, zgodnie z proroctwem literackim. Babcia właśnie czeka i wrzeszczy: – No dalej… rozszarp mnie… kupo kłaków wyliniałych… góro smrodu ze wszystkich stron. Bestia z ochotą jest sprowokowaną. Zaczyna pożerać niecierpliwą w potrzebie. Rozpruwa pazurami brzuch, odrywa rączki nóżki i papiloty. Są skruszałe ze starości. Łatwo wyrwać. Szarpie też pozostałe członki starszej kobiety, a nawet wszystko czochra niewychowany i uszy urywa i głowę i krew tryska na całą chałupę. Nawet pająki dostają po oczach i trup myszy zawinięty w muchołapce. Wilk jeszcze brzuch rozcina i rozkłada na boki, jakby makowiec na święta przygotowywał. Wyrywa jelita grube, chude, średnie i wszystkie pozostałe obiekty, co tam są... i po chwili dyszy spracowany. Lecz zapomina biedak o jednym. Że w bajkach wszystko możliwe. Głowa babci, chodząca na czymś, rzuca na kark wilka, lasso z własnego jelita i na domiar złego wchodzi prosto do pyska. Zwierzę pada podwójnie uduszone, a głowa wyłazi, zbiera siebie po kątach i po chwili cała babcia leży w łóżku, nie zdając sobie sprawy, że zrobiła zamieszanie w bajce. O reinkarnacji może tylko wilk pomarzyć, bo nawet w bajkach nie wszystko jest możliwe. * Stary Krasnal Król, przygnębiony dzisiaj. Ładnieje. Także sumienie jakieś brudne, bo zaczyna używać. Łezki spływają po coraz – jako takiej – twarzy. Mimo wszystko smutna dusza smęci. przyzwyczajona do towarzystwa brzydoty. Patrzy w lustro. Tym razem nie widzi siebie, tylko bałwana i syna gadającego do kupy śniegu. Wzruszenie odbiera mowę, dlatego płacze rzewnie, myśląc autooskarżycielsko: co ja najlepszego zrobiłem. Nie dosyć, że wygnałem dziecko na pastwę lasu, to jeszcze mu na głowę od tego padło. Z tej zgryzoty Stary K, roztrzaskuje lustro w drobne makówki i przyrządza napój, który pozwoli chociaż trochę o troskach zapomnieć. * Szkarłatny Kapciuj widzi babcie w łóżku. Nieżywy wilk ani drgnie. Przechodzi ponad śmierdzącą mielonką, futra, mięsa i kłaków i daje sobie łyka z gwinta, odrywając przy okazji kawałek wargi nachalnym szkłem. Leżącej nie musi pytać, dlaczego ma wielkie zęby. Bo ich nie ma. Sztuczna szczęka spoczywa na stoliku, z przygryzionym kwiatkiem i truchłem myszy. Znowu popija spory łyczek. Jest co prawda niedużą dziewczynką, to jednak jakby nie było, strudzona drogą. Proponuje babci, że pójdą w okolicę bałwana, bo tam impreza jakaś chyba, a w pobliskim zamku światło blazuje w oknach do świecenia. Widocznie Miłościwy Czasem, ma trudności ze snem. A skoro tak, to jakaś przyczyna musi być. * No ba! No jest! * Królewicz Krasnalek z lekka spłoszony stoi. Co ma liczyć? Chwila… –– duma chwilę. –– To ja gadam z kupą śniegu? Aż tak mroźno nie jest, żeby szare komórki pokrył szron. – Wiemy, co pomyślałeś, paskudzie jeden. Nie jesteśmy żadną kupą!! Królewiczu od siedmiu boleści!! Nie mogłeś policzyć? To chyba nie takie trudne, nieprawdaż? – No to świetnie. Siedem boleści spotkałem… – … jak możesz tak mówić niewychowany ty. Lumpie też. – Nadal was nie spozieram. – Bo stoisz do nas tyłem... głąbie. – Akurat. Stoję przodem do przodu. – No dobra… ale nie tego, gdzie jesteśmy. Obróć ciało, palancie! – Tylko nie… nadal was nie widzę. – A szkoda. Urocze z nas Śnieżynki. – To stańcie… proszę… na tle gęstych drzew. – Przecież stoimy. – Na tle zaspy śnieżnej. Dlatego was nie widzę. – Aleś ty mądry. – No ba! * W pobliskim strumyczku (no tak, strumyczku, bo to bajka przecie) dogorywa rechocząca żaba. Tak bardzo i wyraźnie, że nawet bocian podniebny coś słyszy. Ląduje przy katastrofie i tonącą ratuje. Ma już obiad blisko dzioba, a tu masz… królewna nagle. A on też Królewiczem, bo uratował żabę, a taki był warunek. – Wiesz ty mój… bocianie. Pieniążków nam trzeba… sorry, kochanie. To nie ta bajka jeszcze. – Nie wiem, o czym kumkolisz, ale wiem, że blisko bałwana… – … jest impreza. – Skąd wiesz, ty moja śliczna. – Złota Rybcia powiedziała. Smutna, bo wypłukana ze spełniania życzeń. – Aaa… na to chodźmy. Siedem Śnieżynek maszeruje na bok. Na tle lasu, Królewicz Krasnalek, wreszcie dostrzega całe stado. Siedem zimnych gadających (szkoda, że nie piw milczących). Pulsują podniecająco, podskakując radośnie. Ust nie mają (to czym gadają) nic nie mają. Całkiem nagusieńkie, ale jakoś niepowabne zbytnio. – Co to ma być? –– pyta grzecznie. – Ojejciu! To my. Radość nas… cholera… rozgrzewa, że wreszcie nas widzisz. Przepraszamy za niestosowne słowa, ale to z nerwów, że nas nie zobaczysz. – Trzeba było nie stać na tle zaspy. – No wiesz… ale mimo wszystko, lubimy droczenie. Szczególnie z takim pięknym młodzieńcem. – Pięknym? Aż o taką szyderę was nie podejrzewałem. Jestem brzydki jak pupcia zgniłego skunksa. – Dlaczego nie powiedziałeś: dupa, skoro tak? – Bo do kurwy nędzy, nie jestem aż tak popierdolony, żeby używać wulgaryzmów. A wy mi tu piździcie jak pojebane. – Ależ Królewiczu. Tak nie przystoi mówić. To w końcu bajka dla małych dzieci. – Rozsądni rodzice, czytając pociechom naszą bajkę, będą używać synonimów w tych miejscach. – No tak… oczywiście… nie ma sprawy. * Gdzieś tam w głębi lasu, siedzi ciepło ubrany, autor tej bajki. Teleporter stoi obok, a piszący zgłodniał. Postanawia streszczać bajkę, skończyć głupoty i powrócić na czas, chociażby na kolację. Wystukuję: Krasnalek… * … nie bardzo wie, co jest grane, ale chociaż wie, że nie wie ( albo raczej ma nadzieję ) że z tym lustrem jest coś nie tak. Ładne przerabia na brzydkie, a brzydkie na ładne. Tylko czy na pewno, zawsze tak jest. Skoro jednak mówią, żem ładny, to uwierzę. Lżej na sercu. No właśnie. Chyba zakochany ze mnie gnom… tylko w której… bo mniemam, że to zaczarowane Księżniczki, albo co. – Co tam znowu brzęczysz –– słyszy cienkie głosiki. –– Coś ci wystaje ze spodni. – No wiecie co! Nic mi nie wystaje. – A właśnie, że wystaje. A nawet zwisa. – Niby co? – Proca. – Proca? A po co ją wziąłem? –Nie wiesz? Żebyś do nas postrzelał. Ta w którą trafisz, Księżniczką będzie. Z mięska, krwi, kości, dziurek... i czego tam jeszcze. – A jeżeli trafię więcej? – Nie ma takiej opcji. Nie w tej bajce! * – Babciu! Ruchy ruchy. Nie zdążymy na strzelanie! – Wojna znów? Psed chwilą walcyłam. Mam dosc! – Jaka tam wojna. Może na wesele zaproszą? – Moje? Nawet scęki nie wziełam. – Nie twoje. Ich. – Ach: ich. A jus se balam. * Stary Krasnal coś przeczuwa. Że niebawem gości będzie cała chałupa, a on przy okazji pogada ze synem, jak krasnal z krasnalem. Wszystkie lustra zniszczył. Nawet te bez odbić. Z tymi to już zupełnie nie wiadomo. Chociaż same ramy, są czasami gorsze od zwierciadła. * – Kochana Żabunio. Hycaj szybciej. Bo nie zdążymy. – To weź mnie na barana. – O właśnie! Jeden cap idzie. Już go capłem… siadaj wygodnie… poczekaj… gdzie tak pędzisz. – No jak to gdzie. Szybciej biegnij za mną, kochanie. – Do siedmiu ropuch. Że też skrzydła mi nie zostały. – Durny wierzchowiec… ale capie... fuj! – Hurrrra! Zad capa jest większy. Doganiam cię, kochanie. * Królewicz wyjmuje procę. Z drugiej kamienie. Też zabrał. Kładzie na skórzane siodełko jednego z nich i celuje. Pocisk leci… leci… leci... bo z dala musi... i nie trafia. Sytuacja sześć razy tak sama. Nagle leci… leci… leci... potrąca ptaszka, ale nie zmienia toru lotu… nadal leci... i trafia. Białą kurzawa jak diabli. Śnieżny puch szybuje na wszystkie strony. Mgła opada i Królewicz dostrzega… dziewczę urodziwe trochę. A obok... sześć takich samych. – O kuźwa! Ale piękne jesteście –– rzecze urzeczony, gdyż po tym co widział w lustrze, wszystko jest piękne. –– Tylko która z was ta prawdziwa? – Hmm… coś poszło nie tak. – Ale nadal masz części rodne? – Rodne? Chyba chłodne? – No przecież słyszę, co mówię. – Wątpię – Jesteś o śliczna w siedmiu osobach? – Nie. Jestem ja. A te tu… phi… to podróbki. Po tych słowach zamieć jak diabli. Wszystko wymieszane... a nawet czerwieni deczko. Na szczęście przychodzi obleśny stary dziad z jabłkiem i zaczyna się sumitować: – Moja stara przeprasza. Zachorowała. Dała jabłko do przekazania. Powiedziała tylko, żebym nie ugryzł w drodze, bo nie doniosę. – Dawaj w tej chwili jabłuszko –– wrzasnęła siódma Śnieżynka. –– To dla mnie. Faktycznie. Jest dla niej. Teraz Królewicz ma pewność, że to ta prawdziwa. A co z podróbkami? Nie wiadomo. O tym nie stoi w bajce. Od razu całe zjada i zasypia, chrapiąc na cały las. Wiewiórka spada ze strachu. No dobra. Pospałaś sobie, nabrałaś sił, wydobrzałaś, wypiękniałaś chyba… teraz cię pocałuję * A do zamku zbliżają się goście: Babcia, Szkarłatny Kapciuj, odczarowana Żaba na capie, Odczarowany Bocian, co klekocze cały czas, o braku skrzydeł oraz inni, by stać pod oknem. Ptaszki im powiedziały, że impreza dobiega końca, a finał i tak będzie miał Król Krasnal Senior na głowie. Jadła naszykował tyle ile trzeba. Nie jest skąpy, żeby częstować tylko tym, co mu z brody skapnie. * – No wstawaj leniuszku. Nie widzisz, że już świta. Zakochałem się w tobie, a tyś we mnie. – Też coś… skąd ta pewność… mów mi zaraz, bo ogryzkiem przywalę. – Przecież zjadłaś całe. To dlaczego zostało.? – A skąd mam wiedzieć. Autora tej całej hecy zapytaj. – Gdy spałaś, poszedłem na skraj lasu. Spojrzałem na łąkę. Nadal siedzi wśród kłosów złocisto – modrakowych i coś tam sobie grzebie… chyba tekst. Tylko taki jakiś cienki, gdy popatrzeć z przodu. Jakby ktoś odciął połowę wzdłuż… – To raczej tobie odcięto połowę mózgu, że takie dziwności wygadujesz! – No naprawdę. Z boku to nawet wnętrzności widać. – Ooo… chce zobaczyć. Wiersz napiszę. – Nie można przeszkadzać. Już mówiłem. Coś tam grzebię. I też mówiłem, że chyba tekst jakiś… o nas może. – Mam gdzieś, gdzie sobie grzebię, ale zimę mamy. Zapomniałeś? A ty pleciesz bzdury o kłosach złocistych. Żebyś chociaż wianki... zerkałeś nie tak jak trzeba. – Co widziałem, to widziałem. No i co… kochasz mnie? – Właśnie autor pisze, że… tak. – A sama od siebie. – Hmm… – Dobre i to. – Dupek. – Chodźmy do zamku. Goście czekają. Telepatycznie odczuwam dobrą zmianę. – Dobrą dla kogo... a twojego... ojca... weźmiemy? – Dziwna odwilż nastała. Poczekaj. Przeleję go do wiaderka. Będzie na herbatę lub kawę. – A ty byś wolał na co? Na bimber! Gadaj w tej chwili, pókim dobra. – Urocza jesteś. A czy dobra… nie wiem. – Ale ja wiem. Skąd masz wiaderko? – Autor wrzucił do tekstu. Nie widziałeś, jak strąciło dzięcioła w połowie puknięcia? – Tego tu? Co stuka o twardą ziemię i marudzi, że za duże to płaskie drzewo, jak na jego możliwości? – Nie. To grabarz z bajki równoległej gdera. Nie nasza. Chybaś całkiem nie rozbudzona? – Przecież wiem, co widziałam… czubku. – Znowu urocza. * Uczta jest znakomita, bo i goście znamienici. Świeżo Upieczeni, będą żyć długo i czasami szczęśliwie. Niestety… na poprawinach, dokładnie o północy, zahaczają o podwinięty dywan i szybują wszyscy do wczoraj.... a stamtąd poza krawędź tekstu... lecz nadal lecą, aż na koniec strony i dalej na łąkę. Autor słyszy ♪♪♪♪♪♪ nadlatujący szum, ale na ucieczkę jest za późno. Tym bardziej, że jeszcze pisze. Spadają na autora, rozgniatając swoje ciała i jego, na kłosach już nie złocistych, jeno czerwonych, wilgotnych modrakach. Grupa→0. Trupy na miejscu. * Jestem drugą połową autora. Na mnie nie spadli. Tą bardziej: subtelną, delikatną, zefiryczną. Tamta połówka to czubek, wariat jakiś. Cały czas mam z nim problem. Właśnie piszę, że cofam bajkowy czas. Tylko nie wiem, czy podołam. Ten łobuz tak namieszał, że nawet siebie uśmiercił. Czyli jakby trochę mnie. Trzaśnięty niemożliwie. No ale… próbuję. Oj… chyba się udało… tylko muszę pilnować, żeby inaczej zakończył… trudna sprawa... ** Stary Król, Krasnal Pierwszy Od Końca – marudny jak zardzewiałe podeszwy od butów – zahacza nogą o wystającą z brody brodę i leci twarzą w stronę... -
@Marianna_ Dzięki Marianno za Obrazek.Jakby – mimo wszystko – rozświetlony diament nad ludzkim miastem. W razie problemów. Bo zawsze jakieś są. W guście mym:)→Pozdrawiam:)
-
Gモロ州モイ尺ノ凡→Զ spoglądam na kartkę białą czystą narzędzia klasyczne cyrkiel ołówek oraz linia coś ze mną nie tak do siebie nawijam lecz bije się ciągle z tą głupią myślą że nie zdołam spełnić marzeń no nic gładką dziewiczą szpikulcem dziurawię aż siódme poty płyną z czoła kap kap nie tak miało to być w bezsilności błądzi wciąż mowa więc kombinuje psychicznie inaczej niewiele widzę bo prawię płaczę cholera jasna problem gnębi czy potrafię wszystko zazębić no nic wariatowi mnie się pierdzieli na równe części dowolny kąt pragnę podzielić lecz wiary nie tracę do siebie szepcę tyś czubek w marzeniach nie zwątpisz w trysekcje
-
Damian był pięknym trzydziestoletnim mężczyzną i w wolnych chwilach pracuje na zbieraniu puszek po piwie i później je sprzedawał mając pieniądze na dokarmianie ptaków lubi przyrodę. Pewnego razu jego dziewczyna była z niego dumna, bo dał pewnej starszej kobiecie i ona mu odpłaciła jak tylko najlepiej umiała. Ładna też była mimo wieku co miała sporo powiedziała do niego a on usłyszał, bo mówiła głośno, bo wszystko tak robiła. – Nie każde złoto jasno błyszczy Damianie – powiedziała a on pokiwał ze rozumieniem głową bo słuchał jej uważnie chyba. – I nie każdy co wędruje błądzi i Damian znowu pokiwał potakująco. – Czemu mi to mówisz – zapytał Damian, gdyż był ciekawy spieszył się na zbieranie puszek, bo jego ptak marniał co go hodował. Kobieta jednak nie odpowiedział tylko wstała poszła sobie i siedzi teraz gdzie indziej, ma spokój od wkurzających Damianów co nie rozumieją, co się do nich mówi zawczasu przestała myśleć na ten temat. Damian też sobie poszedł zmartwiony do domu, bo zimno się zrobiło a gdy marzł to zobaczył swojego ptaka co wyjrzał z klatki szukał Damiana po całym mieszkaniu chociaż stał. Damian poszedł na spotkanie ze swoją dziewczyną o blond oczach i rumianym tyłku. Poszli do niej do mieszkania na łóżko co od razu tam wchodzą na pościel. On jej zdjął wszystko z wieszaka i kazał się nakryć bo zimno było przytulili się w sobie. Ona zapytała chociaż chciała być goła: – Nie podobam się tobie? – Pokiwała znacząco piersią w jego kierunku lewą też chociaż schowane były pod. – Nie każde złoto jasno błyszczy – odpowiedział Damian ale mu się spieszyło więc wyszedł z mieszkania. – Nie każdy kto wędruje błądzi – zawołała ona chociaż ubrana to się nie wstydziła tylko wybiegła za nim w korytarz by dać mu po ryju. – Bo ci jajo urwę – dodała groźnie bo umiała od wczoraj tak mówić. Dostał on dużo razy i krzyczy przerosił. Poszli do lasu. Damian zapomniał o dokarmianiu dostał morderczych chęci bo w głowie mu się miesza od wszystkiego albo jeszcze więcej. Zaszedł ją od tyłu, gdy sikała w krzakach po grzybach. Powiedział do niej: –Nie każde złoto jasno błyszczy twoja skóra jednak tak. Podniecasz mnie a ona błagała żeby jej darował i darował bo nagle umarł i teraz śmierdzi długo go nikt nie znajduje w leśnej głuszy. Ona nic nie powiedziała tylko wzruszyła ramionami i poszła się dokończyć bo przerwał jej Damian i leży nieżywy a ptaki mu oczy wydziobują wszystkie.
-
¬««¬««¬ stęskniona bucinka wędruje przez las zelówki ma łzami zakryte jej luby but piękny ze skóry on jest na grzyby się wybrał z koszykiem nie wrócił kochany choć nocka ciemna co stwory wypłasza przebrzydłe cierki runiaki sękory lelusie krasnale wampiry oślizgłe nagle z oddali śpiew słyszy rzęsisty aż uszy jak zając nadstawia podchodzi jak stoi wnerwiona srodze zerkając co luby porabia ten ze stworami tańcuje niepewnie grzybki wciąga on zelówkami kochanej bucinki paskud nie widzi choć zalana wściekłymi łzami stwory zlęknione zerkają w jej stronę trącając winnego w cholewkę spoziera biedak na lubą kochaną co butem zapewne go trzepnie prorok był jakiś bo tak jak przewidział bucinka go całkiem zdeptała skutecznie bardzo bo wrzasnął on prędko przepraszam ja kuźwa ałałaj!! ¬««¬««¬ ඣඣඣඣඣඣඣඣඣඣඣ
-
Zapach Chleba
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Dzięki:)→A zatem jestem spokojny, że większość lepszych, od gorszych:))→Też Pozdrawiam serdecznie:) @MIROSŁAW C. Dzięki:)→No cóż. Czas płynie w jedną stronę:)→Pozdrawiam:) @CafeLatte Dzięki:)→W takim razie smacznego Tobie życzę:)→Słusznie rzekłaś w dalszej części komcia:)→Pozdrawiam:) -
@Marianna_ Akurat zerkłem:)→Dzięki za poprzedni, z ogrodem i za ten:)→Bardzo w mym guście:))→Pozdrawiam:)
-
Pomysł→powtórek→zaczerpnąłem z Dziadów→A. Mickiewicza→jakby ktoś nie wiedział:)) Jasno wszędzie, głośno wszędzie. Co to będzie? Strasznie będzie. W lęku ciało me spowite. Przyjdzie żegnać tutaj życie. Nagle słowa płyną mi tu: ?Pʀᴢᴇsᴛᴀń sᴛᴇ̨ᴋᴀć, ᴋᴀsę sᴢʏᴋᴜj? Ale przecież sami wiecie. Jasno wszędzie, głośno wszędzie. Co to będzie? Strasznie będzie. ?Fᴀʀᴍᴀᴢᴏɴʏ ᴅᴜʀɴᴇ ᴘɪᴇᴘʀᴢʏsᴢ. Pʀᴢʏsᴢᴌᴏść sᴡᴏᴊᴀ̨ ᴍᴀsᴢ ᴘᴏʟᴇᴘsᴢʏć? Rozumiem, ale sami wiecie. Jasno wszędzie, głośno wszędzie. Co to będzie? Czy w ogóle... bo za chwilę wykituję. ⭐️Oj ᴄᴢłᴏᴡɪᴇᴋᴜ ᴍᴀᴌᴇᴊ ᴡɪᴀʀʏ. Cʜᴌᴏń ᴢ ɴᴀᴅᴢɪᴇᴊᴀ̨ . Nᴀs ʀᴇᴋʟᴀᴍʏ!⭐️
-
––?/–– Stoję na moście, w ostatni chłodny wieczór. Czuję pod sobą jednostajny szum rzeki. Światła latarni, z lekka przyćmione wilgotną mgłą, migoczą nikłym blaskiem na wilgotnej wstędze czasu. Drgają niczym maleńkie, złote gwiazdy, w kształcie świeczek na urodzinowym torcie, płynącym po niebie. Tyle tylko, że owe niebo, nie jest w tym miejscu gdzie trzeba, lecz tam na dole, gdzie spadają rozkołatane myśli. Prawie że widzę jak lecą w dół, znikając między zodiakami. Mówiąc prosto z mostu, przyszedłem tu po to, żeby skończyć ze sobą. Popełnić samobójstwo. Za dużo różnych spraw, wygładziło fałdy mózgu, nie tak jak trzeba. Ostatnio miałem sen. Siedzę w pokoju na zwykłym krześle. Odruchowo spoglądam, czy nie przypadkiem elektryczne. Wspominam frytki, które jadłem ostatnio. Nie, to nawet zwykły taboret. Wtem ciszę zakłóca mokry, śliski szelest. W pierwszej chwili nie wiem, co jest grane. A to gałki oczne dokonują obrotu, o sto osiemdziesiąt stopni. Zaglądam w głąb siebie do czeluści umysłu. Przeraża mnie to, co tam widzę. Świeżo wypraną ze wszelkich emocji podświadomość, wiszącą na sznurze nad wodospadem. Po chwili przeistacza się w popiół, którego rozwiewa wiatr. A gdzie świadomość? Tylko strzępki wystające z jakiegoś stwora. Wszelkie inne odczucia dokładnie wymieszane. Dostrzegam małego chłopca. Stoi na przegniłym moście. Ciemne chmury wiszą nad głową. Nie mogę rozpoznać jego twarzy. Nagle mostu nie ma. Dziecko do rzeki, lecz nie tonie. Trzyma niebieską wstęgę zwisającą z nieba. Wtem błyskawica rozświetla sen. Chłopiec znika. * Stoję oparty o mokrą żeliwną balustradę. Wyczuwam chropawe wybrzuszenia. Nie lubię mieć podrapanych dłoni. Szczególnie przed śmiercią. Zmniejszam nacisk. Ciało wychylam do przodu. Owiewa mnie zimny wilgotny powiew, jak oddech śmierci. Rzeka faluje, niczym wielki płaski wąż. Niedługo spadnę na jego grzbiet. Przebije płynące istnienie. Poczuję zbawczy chłód. Zobaczę przez cienką, prawie przezroczystą skórę, zamglone światło. A później ono zgaśnie. Przynajmniej dla mnie. Światu dużo nie ubędzie. Nawet nie zauważy zniknięcia, ale za to ja zaznam błogi spokój. Wszelkie lęki i zmartwienia wypłyną ze mnie. Już nie będzie bolało. * Przechodzę przez balustradę. Tym samym odwracam siebie w kierunku tej drugiej, po przeciwległej stronie. Aż się wzdrygam, gdyż blisko mnie, stoi czarna postać. To takie nagłe i niespodziewane, że nie wiem, co mam robić. Jeszcze bardziej zaciskam dłonie na balustradzie. Na domiar złego zaczyna padać. Ciemny typ, ubrany w nieprzemakalny płaszcz, nie wygląda obiecująco. Woda spływa z ciemnego, śliskiego okrycia. Nie dostrzegam twarzy, gdyż do połowy zakrywa ją kaptur. Stoję jak sparaliżowany. Najchętniej bym puścił żelastwo i poleciał tyłem w dół. Ale nie mogę. Żeliwne pręty, uwięzione w stalowym uścisku zdrętwiałych palców, nie mają ochoty na rozstanie. Zdenerwowanie, tylko wzmacnia siłę nacisku. Błyszczące kropelki deszczu, spływają po lśniącej powierzchni, tego niby płaszcza. Hipnotyzują mnie. Wodzę za nimi wzrokiem. Nawet zaczynam je liczyć. Byle tylko nie patrzeć w głąb kaptura. Z dłoni kapie krew. Wyobrażam sobie, jak każda maleńka cząstka, leci w dół prosto na migoczącą gwiazdę, tworząc na kilka sekund, miniaturowy, czerwono złoty wulkan, niesiony falami rzeki. Postać chwyta mnie za rękę. O dziwo, wcale nie jest zimna, jak dajmy na to u trupa. Nawet ciepła i przyjazna. Delikatna, lecz ścisk ma piekielny. Nie odczuwam bólu. Raczej coś w rodzaju… błogiego otępienia. Mimo tego dostrzegam, że drugą ręką podnosi kaptur. Otępienie mija całkowicie. Wraca lęk i ciekawość równocześnie. Co za chwilę zobaczę. Może tym razem, wstrząśnięty widokiem, już na pewno polecę w dół. Ale nie. Przecież mnie trzyma ręką. Wreszcie zdejmuje kaptur całkowicie. W czasie owej czynności mam zamknięte oczy. Ale cóż. Nie mogę tak stać w ciemnościach, bo to jeszcze gorsze. Takiej ładnej dziewczyny w życiu swoim nie widziałem. Od razu mam gdzieś samobójstwo i przełażę przez balustradę na most. Wiem, brzmi to trywialnie, a nawet niepoważnie, lecz działam odruchowo, bez zastanowienia. Jest bodziec, to do niego legnę. Ona uwalnia moją rękę. Spogląda na dziwnie, ale za razem cudownie. Jej oczy... mam wrażenie, że chce mnie nimi wchłonąć. Wyobrażam sobie ogromną źrenicę otoczoną tęczówką, do której skaczę z wysokości, jak do wielkiego jeziora. Czekam na słowa. Może coś wyjaśni. Jestem zdany na milczenie, bo mi od tego niebiańskiego widoku, mowę odbiera. Nagle przestaje padać i wychodzi słońce. Słońce? Wieczorem? Coś tu chyba nie tak z tym światem. Czyżbym dostał świra i tak naprawdę leżę w zamkniętym pokoju na łóżku u czubków, przywiązany pasami, żeby mnie ktoś nie pogryzł, gdybym ja zaczął pierwszy? Co ja plotę, myślę sobie, na tyle ile pozwalają okoliczności. Słyszę słowa: – Od teraz musisz o mnie cały czas myśleć. W przeciwnym wypadku zniknę. – … – Powiedz, że zrozumiałeś… albo chociaż kiwnij głową. Kiwam głową. Zresztą nie tylko. Wszystkim kiwam, bo mi zimno. Muszę się rozgrzać. Nawet zaczynam skakać jak żaba, mlaskając strasznie buciorami. To skutkuje tym, że mogę jako tako mówić. Nawet zadawać pytania: – Kto jesteś? – A kto pyta? – Niedoszły samobój, ochlapany wodą – wyjaśniam prawie czytelnie. – No to jeszcze raz. Chcesz być moim… no wiesz… tego tam? – Tego tam? Aha. No chyba – nie bardzo jeszcze jarzę. – Przyjacielem? – A ja myślałem, że… – Mam misję do spełnienia Misję, myślę sobie. No chyba wypełniła już misję, nie dając na spokojnie popełnić samobójstwa. Tylko czy chciałem tak naprawdę? Sam już nie wiem. Słyszę słowa: – Myślisz o mnie? – No ba. Też pytanie. – To nie przestawaj. – A jak przestanę, to co? – Spróbuj, to zobaczysz. Spoglądam na lampy, balustradę od mostu, kałuże po nogami, myślę o różowych migdałach, motylkach bielikach na główkach kapusty, spadających żołędziach, wnerwionych wiewiórkach, śmierdzących, przemoczonych skarpetkach, krzakach słodkich malin, parówkach w majonezie... nagle słyszę: spójrz na mnie. – A niby gdzie jesteś? O cholera! Tyś półprzezroczysta. Łącznie z ubraniem. Widzę przez ciebie drugą stronę mostu. Naprawdę znikasz. Poczekaj, proszę. Już ponownie myślę o tobie i wszystkich szczegółach ciała, co akurat nie stanowi dla mnie problemu. Mam wrażenie, że mózg mi skwierczy, smażąc filety z myśli. No no fajnie! Widzę, że wracasz do normalności. Nic przez ciebie nie dostrzegam. Zasłaniasz wszystko, co popadnie. No już dobrze. Mam zamiar myśleć o tobie nieustannie. A mogę na chwilę przestać? – Do pewnego momentu. Jak zupełnie zniknę, to już nie wrócę. – Ale co to za misję masz do spełnienia? Chyba jakimś wyjaśnieniem uraczysz. W końcu dzięki mnie istniejesz – Nie istnieje dzięki tobie, ale dzięki tobie mogę istnieć nadal. – Kim ty właściwie jesteś? A może to jakaś wariatka? A ja drugi czubek? Mam halucynacje, że ją widzę półprzezroczystą. a ona jest przekonana, że naprawdę można przez nią oglądać przęsła mostu oraz inne zabytki. Powtórnie słyszę głos: – Pamiętasz dobrze swoje dzieciństwo? – Dzieciństwo? A tobie co się stało, że wyjeżdżasz z moim dzieciństwem? Sorry. No… w zasadzie… najbardziej to, co frajdę sprawiało. – Łobuzem byłeś. Nie zaprzeczysz. – Ale nie groźnym. Takim tyle o ile, na ile pozwalały okoliczności. O co jej chodzi. Moje dzieciństwo jest dla niej ważne. Ale dlaczego. Nie przypominam sobie takiej ładnej. Raczej miałem szczęście do… – Zapomniałeś o mnie, kiedy wyrosłeś na dużego. A ja cały czas byłam w Przechowalni Snów. Tam nie musiałeś o mnie myśleć. – Chwila. Gdzie byłaś? W przechowalni czego? – Snów, baranie jeden! Też sorry! – Nadal nie wiem, kim jesteś? – Częścią twojego snu. Śniłeś o mnie często, gdy byłeś małym chłopcem. Tak bardzo mnie… polubiłeś… że twój sen, przeniknął do rzeczywistości, lecz tak naprawdę dopiero teraz. – No tak. Wszystko jasne. Jesteś z moich snów. Jak mogłem o tym nie pomyśleć. Ale głupiec ze mnie. Ciamajda jedna niedouczona. Co ja w szkole robiłem? Wiesz co… wracaj do pokoju bez klamek. – Nie wierzysz mi? To mnie akurat nie dziwi. – A ty byś uwierzyła w takie coś, będąc na moim miejscu? – A gdzie tam! – A ja mam uwierzyć. Tak? – Tak. – No jasne. Nie ma sprawy. Ona mnie coraz bardziej wnerwia, ale też ciekawość pobudza. I nie tylko. A jeżeli to prawda. W jakiś pokręcony sposób... jest to możliwe. – Pamiętasz małą dziewczynkę, której uratowałeś życie. Wpadła do rzeki. Niedużej. Chciała ratować małego pieska. Otoczyła go opieką, bo jego matka, zginęła po kołami samochodu. Pamiętasz? – Nic nie pamiętam. Ale skoro tak twierdzisz. Chwila… chcesz powiedzieć, że tą dziewczynką byłaś ty? Z mojego… jak twierdzisz… snu? – Nie. To nie byłam ja. Wtedy jeszcze siedziałam w twoich snach. Ale ją znałam. Byłam częścią ciebie. Widziałam, jak ją ratujesz. – Chcesz powiedzieć, że jak spałem, to ją uratowałem. Czyli… lunatykowałem, robiąc dobre uczynki, bo za dnia miałem co innego w głowie. – Też, ale nie o to chodzi. Śniłeś o mnie tyle razy, że w końcu przeszłam z krainy snów do twojej… prawie świadomości. Nie wiedziałeś, że jestem z tobą, nawet jak nie śpisz. Rozumiesz? – Nie. No nie! Co ma to wszystko znaczyć? A może nadal śpię. Lub co gorsza zwariowałem do tego stopnia… – Czekałam w Przechowalni Snów, bo w jakiś sposób wiedziałam... – A dlaczego nie we mnie, że zapytam? – Bo byś nie mógł normalnie funkcjonować. Nie chciałam być zazdrosna… lub coś w tym rodzaju… pogmatwać twoich doznań, życia zmieniać… nie potrafię wszystkiego wytłumaczyć… sama dokładnie nie rozumiem, o co w tym biega. Wyszłam z twojej głowy, by prawie od razu trafić do Poczekalni Snów. – Prawie? – Spotkałam tę małą dziewczynkę. Podarowała mi niebieską wstążeczkę na pamiątkę. Miała ją przyczepioną do tego pieska… ale powiedziała, że to prezent. – A w tej… Przechowalni Snów… nie nudziłaś się. Tyle lat? – To było coś w rodzaju letargu. Czas dla mnie nie istniał. Naprawdę wielu spraw sama nie pojmuję. – A co było twoją misją? – Uratowanie ciebie, głupolu! To chyba jasne. Za to, że tamtą dziewczynkę… – Chwileczkę. Jak już stałem bezpieczny na moście, to powiedziałaś, że masz do spełnienia misję. Tak? – Tak. – A co jest tą drugą? – Nie mogę powiedzieć. Pomyśl. – A dlaczego byłaś taka… w czarnym czymś. O mało co, a bym zleciał nie tylko z mostu, ale dodatkowo z przerażenia. – Miewałeś różne sny. Nie tylko takie słodkie... jak ja. Nie mogłam inaczej. – Aha! Jeszcze jedno. Dałaś do zrozumienia, że nie istniejesz dzięki mnie. Przecież cię wyśniłem. No to jak to nie? – Twój sen to za mało. Zaistniało coś więcej. Ale faktem jest, że bez ciebie nie było by naszej rozmowy. – Co więcej? – Nie wolno mi powiedzieć. – A skąd wiedziałaś, że właśnie dzisiaj przyjdę na most, by skończyć ze sobą? – Twoje emocje mnie… jakby to powiedzieć… obudziły. Szczegółów nie znam, jak to wszystko zadziałało. Tak naprawdę bardzo mało wiem. A na pewno za mało, żeby wszystko wyjaśnić, tak do końca. Naprawdę mi przykro. – Możesz wrócić do Przechowalni Snów? – Nie. – Dlaczego? – Nie wiem. Tak to działa. – Czyli będziesz istnieć, dopóki będę o tobie myśleć. Tak? – Tak. – Zależy ci na tym, żebym o tobie myślał? – Bardzo – A jak przestanę? – To zniknę na zawsze. – I już nie powrócisz do moich snów? – Nie. – Dołożę wszelkich starań, żeby o tobie myśleć. Zależy mi na twojej obecności przy mnie... też bardzo… tylko rozumiesz... nie mogę nic obiecać. To trudne zadanie, cały czas o kimś myśleć. Nawet jak krótkie przerwy są możliwe. – Wiem. Rozumiem. Nie ma sprawy. – A jeżeli umrę. To też znikniesz? – To też umrę. – Wierzysz w życie po śmierci. – Nie wierzę… ale ono wierzy we mnie. Głupie, co? – Skąd w tobie ta pewność ? – Żebym wiedziała, to bym uwierzyła. – Czyli można założyć, że tam istnieje… być może dalsza droga… bez żadnych obaw, że jak przestanę o tobie myśleć, to znikniesz. – A jeżeli tam nic nie ma? – To znikniemy razem. ≈≈≈≈≈≈≈≈//≈≈≈≈≈≈≈≈ – Kochanie spójrz! – Gdzie? – No tam na moście. On przełazi przez balustradę. – O cholera… faktycznie... – Tak sobie myślę, dlaczego skoczył? Bez żadnego wahania. Nawet nie postał chwili na drugiej stronie poręczy. – Widocznie przyszedł z takim zamiarem. – Szkoda człowieka. Z jakiegoś powodu musiał bardzo cierpieć, kiedy spadał. – Tego nie wiemy. – Podejdźmy do tego miejsca. Idą w tamtym kierunku. Światła latarni spowija mgła, lecz mimo tego, widzą to miejsce wyraźnie. Czyżby to było przewidzenie? Są coraz bliżej. Oczywiście jest puste. Podchodzą do balustrady. Spoglądają w dół na ciemną rzekę. – Spójrz kochanie. Jednego życia mniej. Utonął wśród gwiazd na niebie. – Na niebie? – Takie skojarzenie. – Mam dziwne wrażenie, że nie jest tam sam. – Tego też nie wiemy. – Wiesz, to miejsce jest dziwne. Może to tylko wytwór naszej wyobraźni. – Że niby skoczył, a tak naprawdę była to… jakaś gra cieni... – Może. Sam już nie wiem, co myśleć. Odczuwają lekki powiew wiatru. Jest im nieswojo, lecz nie jest to lęk. Raczej stan, który trudno określić. Jakby weszli do wnętrza tajemnicy. Nagle ona czuje lekkie muśnięcie na stopie. Coś delikatnego, zwiewnego jak sen... . Na balustradzie, zaczepiona o chropowate żeliwo, powiewa niebieska wstążeczka.
-
babcia wytrwale ciasto ugniata dzieciaki patrzą z kąta gdzieś w tyle śpiewnie formuje zarysy chleba w gorącą paszczę włoży za chwilę w cieplutkim świecie rumiana skórka ciasto się cieszy swoim wzrastaniem kromki chrupiące wciąż połączone w kształcie bochenka jeszcze schowane wśród apetytu zapach szybuje nosy stęsknione odwiedza właśnie mleko leniwie kapie w kubeczek jak krople rosy zrodzone brzaskiem piec tak rozgrzany jak dziadek jurny co ciućkał śliwki na spirytusie za chwilę babcia z niego wyciągnie leci famuła głodna biegusiem śmietana tańczy w przeistoczeniu w masełko cudne pachnące rześkie na świeżym chlebie rozmazywane za srebrnym nożem sunie niespiesznie mała dziewczynka pajdę tarmosi twarzyczką wcina rumiane kęsy popija mleczkiem co kapie z brody oczy się śmieją chciałaby więcej słychać chrupanie oraz mlaskanie zaiste uczta wspaniała piękna tylko szwagrowi bo był zachłanny gdy nadgryzł kromkę wypadła szczęka
-
Ȥɑթɑϲհ Śաíեմ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Maja Cyman Dzięki:)→No to jestem uspokojony, dobrym słowem:))→Pozdrawiam:) @Sylwester_Lasota Dzięki:)→Słuszne prawisz:)→Cały jestem przeważnie→przekombinowany:) Pozdrawiam:) -
Pokichaniec Pierwszy i Testament
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@CafeLatte Dzięki:)→No wiesz... jak tak różnie piszę:)→Miło, że się Tobie podobało. Co do książki, to dopiero po mojej śmierci. Jak będę→sławny i bogaty:))→Żyć nie umierać:) Pozdrawiam i też Miłych Dni życzę:) -
Pokichaniec Pierwszy i Testament
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Jestem Pokichańcem Pierwszym i ostatnim w naszej rodzinie. Tak mnie kiedyś matka nazwała, jako że najwięcej robiłem w pieluszki. Bracia i siostra, nie mieli takich zdolności, dlatego do dziś wołani są zwyczajnie, po imieniu. Aczkolwiek jeden brat już nie, bo nie żyje. Pragnę wam opowiedzieć historię, która ściśle się wiąże z moimi bliskimi. Zastrzegam jednak, że nie wyjaśnię wszystkiego do końca, w takich czy innych kwestiach. W miarę możności postaram się streszczać, byście dotrwali do końca. A jeżeli nie, to też pogniewany nie będę, bo po prostu nie potrafię w ten sposób. Nie wiem, jak to się robi. Proponuję cofnąć czas, do tamtych zdarzeń. Siedzimy wszyscy przy okrągłym stole. Na najważniejszym miejscu – przy pogryzionej nodze, ale to już inna historia rodzinna – siedzi Dziadek. Obiecał, że dzisiaj odczyta testament. Rzeczywiście. Wstaje. My odruchowo też. Macha ręką, że możemy siadać i dodaje, że na swoich dupach. – Ależ Dziadku. Takie słowo. Przy nas? Gdy się ważą losy... – Cicho tam. Gdy mówię, to nie chcę słyszeć żadnych dźwięków. Dotarło? – Później pogadamy – mówi Babcia. – Tak kochanie – przytakuje Dziadek. – No co z tym testamentem? Jesteśmy ciekawi. – Niewątpliwie. – Ojciec przestań o pierdołach ględzić, tylko mów do rzeczy. – Z wami wieczne problemy. Chcę odczytać pókim żyw, bo zaś będzie mi trudniej. – Raczej wcale. – Cisza tam. Trochę szacunku wobec starszego człowieka. – Ależ my Dziadka szanujemy. Szanujemy? – Taaa – zawołali wszyscy zainteresowani. – Mogę zacząć. Czy łaskawie mi pozwolicie? – Jakże by inaczej. Otwiera kopertę, strasznie nią szeleszcząc. Aż nam ciarki po plecach przeszły. Znowu odruchowo wyciągamy szyje, żeby zajrzeć, co tam stoi. Nic z tego. Mamy za krótkie. Dziadek zaczyna czytać: – Cały majątek, a jak wiecie jest tego dużo, przepisuje mojemu wnukowi: Pokichańcowi Pierwszemu. No i się zaczął cyrk: – Tylko jemu? Pokichaniec ma wszystko dostać. Jak tak można? – Czy to nasza wina, że nam z dupek mniej leciało? – Dlaczego on? Taki sam popapraniec, jak jego Dziadek...itp – Spokój – wydarła się przyczyna zamieszania. – Jest pewien warunek. Bez tego nic nie dostanie. – Dlaczego najukochańszy Dziadku, nic? – pytam ja, niedoszły obdarowany. – Bo tak mi się podoba. Na czym to ja stanąłem? – Na Zasranym Pokichańcu!? Tylko on? Dobre sobie! Boki irytacji zrywać! – Posłuchajcie warunków, matoły jedne. – Słuchamy. – Pokichaniec Pierwszy otrzyma cały mój majątek, łącznie z nocnikiem, jeżeli po mojej śmierci, będzie ze mną spać lub leżeć w swoim łóżku, przez dziesięć dni. Sprawa dotyczy nocy. W dzień nie musi mnie wąchać. – Dziadku, to straszne. Przy twoich nieżywych zwłokach. – Tak. Inaczej figę bez maku dostaniesz, a nie majątek. Przytulać mnie nie musisz. – Pokichańcu, wytrzymasz! Dziadek nie będzie nachalny. Jakoś się wszystko ułoży! – Raczej rozłoży – dodaje Babcia – Babciu, nie strasz Pierwszego. Nie dostanie i się z nami nie podzieli. Podzielisz się? – Oczywiście. Dobry ze mnie człowiek. To co złe wykichałem jako dziecko. Tylko żebym przetrzymał. – Żadnego zatykania nosa. Kamera będzie nieustannie włączona. Będziemy cię co noc obserwować. To znaczy nie: ja. Rodzina i tak zwani: Obiektywni Obserwatorzy, których wyznaczę. – Mam spać przy zapalonym świetle? Nie lubię tak. – Polubisz. Jeszcze jedno – dodaje Dziadek. – Z uwagi na moje dziwne właściwości… – Cały czas mamy z nimi do czynienia. – ...nie życzę sobie po śmierci, żadnych lekarzy do aktu zgonu. Dwaj wyznaczeni przeze mnie ludzie, zaniosą zwłoki do pokoju Pokichańca i położą do łóżka. Będę tam leżeć przez pięć dni, biedny i samotny. Dopiero w szóstym dniu, zacznie się odliczanie. W czasie wnoszenia ciała, żadnej rodziny przy tym nie może być. Najlepiej jak się wyniesiecie na ten czas z domu. Akt zejścia i pochówek po sprawie, czyli najwcześniej po szesnastu dniach od mojej śmierci. Wszystko jasne? Warunki znane? – Tak – zawołaliśmy radośnie. – Bo cóż innego nam pozostało. Teraz będę skracać, w miarę możności. Po jakimś czasie Dziadek zaniemógł. W drugim dniu, jeszcze bardziej, a w trzecim, znalazł się w moim łóżku. Po pięciu dniach wchodzę do pokoju. Widzę kamerę pod sufitem. Bacznie mnie obserwuje. Noc pierwsza. Na pewno cała rodzina wpatrzona w ekran, jak sroka w gnat. Będą mieć nocki popsute. Ale skoro chcą kasę, to niech sobie zapracują, chociaż oglądaniem. A co ja mam powiedzieć? Mnie jeszcze wąchanie dochodzi. Kładę się przy Dziadku, tak na boku, plecami do niego. Mam trochę stracha, żeby mnie zimną trupią ręką, z tyłu nie macał. Do niego wszystko podobne. Co z tego, że nie żyje. Z nim to różnie. Noc dziesiąta - ostatnia. Odór nie do wytrzymania. Chciałbym stąd zwiać, lecz trzyma mnie łapami majątek. Nie mogę zatkać nosa. Obserwatorzy obserwują. Zresztą co by to dało. Nic. Kładę kołdrę na głowę. Sto razy gorzej. Albo tak mi się wydaje, bo pod tą samą leży dziadek. Prawie na niego nie patrzę. Nawet na dobrą sprawę, nie wiem jak wygląda. Otworzył bym okno, ale też nie mogę. Kasa przez nie wyleci. Jeszcze trochę muszę wytrzymać. W moim pocie, który mnie zalewa, uwiły sobie gniazdko, całe chmary cuchnących cząsteczek. W końcu zasypiam odurzony. Rodzina wpatrzona w ekran. – Mamo! Spójrz na dziadka. Nie wygląda jak trup. Kiedyś takiego widziałam na obrazku. – Córeczko! Co ty oglądasz? Dziadek się rozkłada… – Naprawdę? Jakoś tego nie widać – dodaje ktoś. – Bo jeszcze za wcześnie, głupolu. – Za wcześnie? A Pokichaniec śmierdzi jak zaraza. Gada ciągle o smrodzie, – Może się rozkłada wewnętrznie. A na oko nie widać. – Co wy chrzanicie za głupoty. – Ależ spójrz kochanie. Jak żywy. – Mamo! Zobacz! Dziadek wstaje! – Co!? – O cholera! Porąbało go czy co? – Zawsze wiedziałem, że z moim starym, coś nie tego. – wtrąciła Babcia – A Pokichaniec śpi jak odorem uśpiony. – Dziadek wyciąga kartkę i kładzie na stole. Wychodzi z pokoju. Trzaska drzwiami. Wyszedł na ulicę chyba. Czort go wie, gdzie polazł. – Biegnijmy do pokoju. Przeczytamy co napisał. Czytają napis odurzeni, z chustkami przy nosach: Letarg to moja specjalność. Akurat tym się nie chwaliłem. Tylko ci dwaj wiedzieli. Pokichaniec gówno dostanie i wy wszyscy razem z nim. Nie leżał przy moich zwłokach. Dosyć miałem z wami ambarasu. Albo wy ze mną. Co na jedno wychodzi. Nie szukajcie mnie. Pod łóżkiem zostawiłem prezent. Mam kasę, to jakoś wszystko klapnęło gdzie trzeba. Zostawiłem wam trochę, na tą okoliczność. Powinna wystarczyć na powrót. Pa! Zaglądamy pod łóżko. Mała wnuczka świeci tam kolorowym lampionem. Zapomnieliśmy, że z nami przyszła. Mówi do nas: – Ale fajne mięsko. Nawet kościa widać. – Nie mówi się: kościa, tylko kości – poprawia ją mama. -- Dziecko! Jakie kości? Zaglądamy pod łóżko, a tam...a ku ku... leży mój brat, co jakiś czas tamu, odszedł z tego świata. Ten co mniej kichał w pieluszki. Poznaliśmy go po nieco brudnawej żółtej marynarce, w kiedyś kolorowe motylki. Ciekawe, jak to Dziadek wszystko urządził. No tak. Miał szmal. Zawsze był trochę dziwny. Na cholerę, mam tą zwisającą pościel po bokach. – Teraz dopiero widzę, że nie dał sobie wprawić dwóch nowych zębów – biadoli bratowa. – Miał tendencje do kłamstw. Już ja go znałam. Wszystkie rodzinne członki, mają potężny wzwód złości. Wściekłość staje na baczność, podpierana okrągłymi kamyszkami: zawodu i żalu, po tak dotkliwej stracie. Gdy jakoś dochodzimy do ładu psychicznego, po nieodżałowanych pieniążkach, chowamy mojego brata tam, gdzie go wyjęto. Są pewne ceregiele z tym związane, ale rozkładamy banknoty i jakoś daje się załatwić. Pokój wietrze i wietrze. W końcu, po długim czasie, ostatni skrawek „cuchnącego powiewu” brata, wylatuje przez okno. Gołąb, co akurat sfrunął na parapet, przestaje gruchać, ale zaczyna: ćwierkać. Pierwszy raz mam do czynienia z takim zjawiskiem. Widocznie, coś mu zaszkodziło. Po jakimś czasie dostaje wiadomość od członka rodziny. Dziadek odszukany, w jednym ze swoich domów. Ciężki sufit na niego spadł, gdy smacznie spał w swoim łóżku. Ciało dosłownie zmiażdżone. Na pewno nie żyje. Jest nas tutaj więcej członków. Mamy przygotowane wiaderka, łopatki i ściereczki. Pozgarniamy dziadka do tych pojemników, a pościel nad nimi, wykręcimy. Pragniemy przywieźć wszystko, co można nazwać: dziadkiem, żeby w należytym porządku, zachować warunek testamentu. Wyrzucimy całość na twoje łóżko, wejdziesz tam po pięciu dniach, poleżysz przy tym dziesięć nocek i majątek nasz. Głowa do góry. Jeszcze nie wszystko stracone. Nadzieja umiera ostatnia. -
Ȥɑթɑϲհ Śաíեմ
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Maja Cyman Dzięki:)→Nie wiem wprawdzie, co znaczą dwa→ę→ale chyba nic złego i nie muszę się bać:)) Pozdrawiam:) @Waldemar_Talar_Talar Dzięki:)→Mnie też miło to słyszeć:)→Pozdrawiam:)