Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. Błękitne niebo, rozmywa poświatę księżyca do szarego świtu. Sprzężone pożegnalnym poplątaniem, szumią nawzajem gałęziowe pieśni. Pragną pozostać jak najdłużej w takim przytuleniu, na ile to jeszcze możliwe. Bliski wartki strumień, szemrze krystalicznie czystą wodą drzewne wspomnienia, o rozśpiewanych ptakach, ciepłym wietrze i corocznych kwitnieniach. Odpływają na zawsze, by już nigdy nie powrócić. Chore drzewo, o słojach wypełnionych przeszłością lat, skrzypi cierpieniem sęków, w prawie suchych konarach. Połamane w wielu miejscach, przytłacza brązowymi piszczelami wszelkie rozmyślania o przyszłości, teraz takiej zbędnej w krainie wszechobecnej przyrody. Wygląd skulonego szkieletu, cuchnącego na wierzchołku, lecz daleko od nieba, sprawia przygnębiające wrażenie. Szyderczy maszt żaglówki, która już nigdzie nie popłynie, gdyż jezioro dawno wyschło. Kora w wielu miejscach odpadła, niczym ciało od gnijących zwłok, odsłaniając puste miejsca oczodołów pnia. Z nieba lecą maleńkie gwiazdki niczym malutkie wróżki. Drzewna schizofrenia czy faktycznie są? Nie wiadomo. Świecą jasno, lecz co chwila jedna gaśnie. To schorowane, przygnębione nieuchronnym końcem, ogarnie dziwna, złota mgła. Widzi siebie, jako małą sadzonkę. Swoje dorastanie, mimo przeciwności losu. Liście, które na przemian, pojawiają się i znikają, na tle błękitnego nieba i ciemnych, burzowych chmur. Niedaleko stoi huśtawka. Miarowe kołysanie w porywach wiatru, jest dla tych dwóch drzew: radosne i smutne zarazem. Radosne, gdyż przypomina wahadło zegara, które jeszcze wspólny czas odmierza. Smutne, bo wiedzą, że ruch huśtawki dla jednego z nich, ustanie niebawem na zawsze i czy nawet najsilniejszy wiatr będzie ją wstanie rozhuśtać? Ptaki szybują wysoko. Wskazują coś skrzydłami. Zdrowe, kieruje gałęzie w tamtą stronę. Zabija zepsutą nostalgię. Może nie wszystko stracone. Pozostaną jeszcze razem. Chociaż kilka dni. Bo każdy taki cenny. Widzi, że coś się zbliża. Niby w wesołych, jasnych szatach. Wygląda obiecująco. Jest coraz bliżej. Konary w niektórych miejscach z lekka zielenieją barwą nadziei, która ostatkiem sił, nasącza chore drzewo, zaplątane teraz jeszcze bardziej. A zatem trwają we wzajemnym przytuleniu. Cieszy każda chwila, bo każda może być ostatnią. Czekają na nieuchronne rozdzielenie, lecz nie chcą w to uwierzyć. Prawie puste wnętrze, nie ma już w sobie dużo życia. Nawet korniki się wyprowadziły. Tylko obecność drugiego drzewa, dodaje otuchy tak wielkiej, że siłą woli jeszcze jakoś stoi. Łączyła ich do tej pory nierozerwalna nić. Niczym długa cienka gałązka. Teraz słaba i wątła, w każdym mgnieniu czasu, może nie wytrzymać naporu finalnego przeznaczenia. Zaczyna pękać w bezsilności. Prawie że słyszą złowieszcze, ciche trzaski. W końcu nie wytrzymuje nacisku czegoś, na które drzewa, wpływu żadnego nie mają. W strumieniu gaśnie wiele wspomnień. Płynie tylko woda. A nawet gdyby tam były, to dla nich niedostrzegalne. Ruch huśtawki ustaje zupełnie. Bezruch, mówi sam za siebie. Kropka nad i. Na umierającym drzewie gasną gwiazdki. Tylko jedna jeszcze słabo świeci. Swoim szeptanym, bezsilnym blaskiem, trzyma się życia. Lecz i ją pożera ciemność. W ogniskach zostaje sam popiół. Zdrowe już wie, że widziana z daleka nadzieja, tak naprawdę jest zwiastunem śmierci. Chore drzewo oparte o zdrowe, zaplątane we wspomnienia tak silnie, że prawie stanowią jeden drzewny organizm, chłonie w siebie złowieszcze dźwięki. Po chwili obydwa drzewa zostają na siłę rozdzielone. Sypie się drzewna kora. Ostatnie, wspólne żywiczne łzy. Stalowe zęby wgryzają się w martwe już teraz drewno. Żółtawe wiórki drewnianej krwi tryskają na boki. Przestało być potrzebne. Nawet desek z takiego trupa, zrobić nie można. No chyba, że jako budulec, do taniej trumny. Jedyna pociecha, że huśtawka zaczyna lekko drgać. To wiatr rozwiewa opowieść w wielu możliwych kierunkach.
  2. starsza pani jest przy kasie i bogatsza będzie z czasem starszy pan co przy pieniądzach właśnie się obrączką związał znów popija małą czarną co arszenik ktoś tam zgarnął on spalony w wielkim piecu gdzieś w chałupie na zapleczu przesypała proch w szkatułkę by pamiątkę mieć na półce lecz kobieta to jest schludna rząd szkatułek trza wyrównać starsza pani jest przy kasie czy bogatsza będzie z czasem no niestety trudna sprawa bo poznała cudo pana więc popija małą czarną co arszenik ktoś tam zgarnął już spalona w wielkim piecu gdzieś w chałupie na zapleczu wsypał panią wnet w szkatułkę by pamiątkę mieć na półce ale z niego pedant gość ma szkatułek równy stos starszy pan jest dziś przy kasie czy bogatszy będzie z czasem… * inna babcia niecierpliwa panu gardło już podcina będzie miała kasy wiele i czerninę z wermiszelem ------------------------------- Bonus↔Lᴀᴛᴏ ʟᴀᴛᴏ ᴊᴜż ᴘᴏ ʟᴇᴄɪᴇ... krajobraz zielony mniej też nie tak pięknie zaiste prześwity większe spadają liście gniją trzeszczą na chodnikach wiatr niektóre w dal popycha lato lato już po lecie striptiz robi jesień
  3. kiedyś powrócą pełne stadiony zawita poprzednie nastanie nowe gdy w ciemnej koronie spopieli się diament twarze słoneczkiem opali się pięknie jak kiedyś całe nie tylko połowę
  4. Czytasz informacje→Instytut Miłości. Wchodzisz z ''matką głupich''. –– Przepraszam… czy tu miłują? –– Ten co miłuje ma przerwę śniadaniową. Przyjdzie później. Przychodzisz. –– Wrócił? –– Nie. Ma roztrój żołądka. –– A jakiś inny? –– Drugi co miłuje jest na urlopie. Będzie za czternaście dni. Wracasz. –– Przepraszam. Wrócił? –– Nie. Mordę komuś obił. Z wzajemnością. –– A pan? –– Jestem woźnym. Proszę przyjść jutro. Przychodzisz. –– Witamy najmocniej! Dzięki panu odzyskaliśmy wiarę w człowieka. –– To jakiś eksperyment? –– Eksperyment? Ależ skąd. Nie zbeształ nas pan. Okazał daleko idącą wyrozumiałość. Chłopie! Zyskałeś miłość. Przecież dobro wraca. –– No nie wiem… tak jak ja wracałem? –– Właśnie! Lepiej bym tego nie ujął. A teraz wypiszemy fakturkę.
  5. @Allicja Alicjo↔Dzięki:))↔I Dzięki za wytknięcie błędu. Poprawiłem, najlepiej jak umiałem:D Pozdrawiam:) @w kropki bordo W kropki bordo↔Dzięki:))↔Za żenujące:)↔Pozdrawiam:)
  6. po co użalać mam się nad losem innym jest trudniej mają już dosyć * cieszę się dzisiaj że mam wciąż głowę a nie na przykład tylko połowę oraz że uszy by nimi słyszeć i duet oczek by wokół widzieć członki potrzebne nosek by niuchać nogi mam sprawne gdzie chce potuptam mogę wydusić co niepotrzebne oraz wysiusiać płyny mi zbędne i jako tako wiem o co biega chyba że umysł mi się pozmienia * zatem po diabła smęcić złorzeczyć skoro z tak wiele można się cieszyć
  7. Stary zardzewiały Cyrkiel ze mnie. Wiele wydziurkowałem. Przyznaję, że pozostawione otworki są mojego autorstwa. Teraz jestem jednoosobowym Sędzią. –– Niegrzeczny Plastusiu. Zostałeś oskarżony o rozgniecenie żółtej kuleczki. Wypadła ci z kieszonki. Pamiętasz? –– Ależ Wysoki Szpikulcu. Podążała ku krawędzi stołu. Miała być zdeformowana upadkiem, a dla mnie kłopotem? Plastuś Drugi też rozgniótł, a nie ma zarzutów. Czemu? –– Miał z nią taki sam problem. Aż musiał przykucnąć … i rozgniótł. Tylko w kieszonce. Swojej! Rozumiesz? Nie jest be be dla piórnika. Dlatego zostaniesz rozwałkowany, a on... –– … a co z twoimi dziurkami, Cyrklu? –– No cóż. W zasadzie wszystko da się jakoś... rozwałkować. Nieprawdaż?
  8. postaraj się zrozumieć fruwać nie umiem wyrwałem skrzydełka tobie skruszony we krwi klękam wybaczysz mi prawda powiedz znośniejsza każda chwila gdy widzę że i ty się nie wzbijasz
  9. Epizod w Kosmosie Pięcioletni chłopczyk siedzi na obramowaniu piaskownicy. Bierze wiaderko. Jest miękkie jak gorący wosk, a on zapada się w drewnianą deskę. Zaczyna głośno płakać. Nie może wytrzymać bólu. Nogi stają się gęstą mazią. Cisza łez wchłania ostatnie chwile. W dolinie umiera wspomnienie miasta. Domy sprawiają wrażenie żywych istot. Bezkształtne ciała, wyzwalają plastyczne odgłosy zapadania. Bulgocząca plama, która była chłopcem, nie słyszy już tych dźwięków. Planeta Ziemia przeobraża się w chaotycznie wymieszaną masę wszystkiego, co jeszcze tak niedawno, żyło lub po prostu istniało. * –– Chyba żeśmy trochę przedobrzyli z tym rozpuszczalnikiem zła i wszelkiej niesprawiedliwości. Nie sądzisz? –– Sądzę. –– Hmm… przecież chcieliśmy pomóc. Tyłem do Grobu Ostatnio, w księżycowe jasne noce, odczuwam tęsknotę. Dlatego chodzę na cmentarz i siadam na ławeczce przed grobem, tyłem do pomnika, bliskiej mi za życia osoby. Słyszę wtedy za plecami szelesty, a że księżyc świeci z tyłu, to widzę czarny cień przed sobą, by po chwili poczuć: dotyk zimnej dłoni. Nigdy się nie odwracam, by nie spłoszyć tej kojącej obecności. Jestem starszą kobietą. Chodzę na cmentarz, bo wiem, że go zobaczę. Mam świadomość parafrazy: nie pożądaj obcego młodzieńca, siedzącego tyłem do grobu. Dlatego, w ramach pokuty za grzech cudzołóstwa, omiatam grób... ale moja żądza jest silniejsza... i w końcu dotykam policzka.
  10. skaranie z tym próbuję i nic jak babcie kocham aż mi wstyd albo sznur za słaby lub pętla walnięta to znowu chwiejny hak wieszać mam się strach żeby tak siła wyższa pomogła jakoś dzisiaj ho ho ho to jest to pukanie do drzwi uszy zdobi już nie wiedziałem co mam robić puk puk mogę wejść a kto tam? to ja wujek covid
  11. Musiał go zabić. Unicestwić raz na zawsze. Tyle mi krwi napsuł – pomyślał sobie – że została we mnie sama woda. Stał blisko ściany wysokiego czteropiętrowego budynku. Obmyślił plan bardzo dokładnie. Wiedział na sto procent, że pojutrze właśnie o tej godzinie, on tu będzie stać. Dokładnie w tym miejscu. Znał aż za dobrze jego zwyczaje. Przychodził tutaj tkwił jakiś czas i na coś się gapił. Nie obchodziło go, na co tak patrzył. To był nieistotny szczegół. Nie miał żadnego wpływu na jego plan. Miał natomiast wpływ: przełącznik czasu. Najnowsza nowinka w ich świecie. Co prawda, można go było użyć tylko dwa razy w całym swoim życiu, ale taka ilość w zupełności wystarczy. Zresztą wykorzysta tylko jedną. Na skraju dachu, dokładnie nad tym miejscem, stała stara kamienna figura. Była tak zniszczona, że trudno było określić, co właściwie przedstawia. Wiele razy zgłaszano, że stoi tam na słowo honoru i w końcu komuś na głowę spadnie. Przyznawano racje, że tak... słusznie mówicie, ale nic w tej sprawie nie zrobiono. I bardzo dobrze – pomyślał sobie. Wystarczy, że ją popchnę o właściwej godzinie. Jego zakichana mściwa mózgownica, pęknie jak dojrzały arbuz. Wyleci z niego całe pieprzone zło. Zostanie wdeptane w płytki chodnikowe. Rozmazane na wszystkie strony. Aż wreszcie przetarte w nieszkodliwy pył. Przecież będzie stał dokładnie pod nią. Cztery piętra niżej. Następnego dnia wszedł na dach. Spojrzał na nią. Stała na samej krawędzi. Teraz, z takiej perspektywy, wydawała się o wiele większa. Biały gołąb, który na niej przysiadł, by dołożyć swoją lepką cegiełkę, chwiał się razem z nią w porywach wiatru. Podfruwał co chwila, jakby pełen lęku, że zabierze go ze sobą w swoją ostatnią podróż. Obiekt do likwidacji miał tam stanąć dopiero jutro. Z przyczyn rodzinnych nie mógł tak długo zwlekać. Dlatego teraz tu był. Niebawem jego zegarek wskaże właściwą godzinę. Wiedział, że nie będzie problemu. Wystarczy silnie pchnąć. Zmieniacz czasu był włączony. Tu na dachu było dzisiaj. Tam na dole: jutro. Dochodziła godzina zrzutu. Sekundy się wlokły jak w gęstym syropie. Nie musiał patrzeć w dół, czy na pewno tam stoi. Był tego pewien. Zawsze stał. Spojrzał jeszcze raz na zegarek. Rozhuśtał ją. Chwiała się coraz bardziej. Biały ptak sfrunął na jego rękę. Jakby chciał mu coś przekazać. Po chwili odleciał. Wreszcie nadszedł upragniony moment. Za chwilę będzie po wszystkim. Jego utrapienie zniknie raz na zawsze. Będzie mógł spokojnie żyć. Zrealizuje swoje marzenia. Bez żadnych dokuczliwych przeszkód. Jeszcze tylko jedno zbawcze pchnięcie. Trochę mocniejsze, by zakłócić rytm w kierunku przepaści. Poleciała. Odruchowo otarł pot z czoła. Nieopatrznie włączył: zmieniacz czasu. Znalazł się cztery piętra niżej. Na chodniku. Wczoraj. Na linii jej lotu. Chwilę przedtem nim go zmiażdżyła.
  12. Tekst do melodyjki ========== zbudziłaś się dziewczę zanucę ci śpiewkę bo przecież to chyba już rano los w tyłek cię kopnie na deszczu znów zmokniesz a krople duszę ci zranią ~ spozieraj z uśmiechem co daje pociechę lecz nie wiem czy to ci pomoże bądź silna gdy płaczesz podumaj inaczej że zawsze może być gorzej ~ nie łatwo jest tobie gdyż bunt masz ty w sobie bo los ciebie nieźle pogonił i może tyś przez to tak słodką dzieweczką choć z sercem także na dłoni ~ szkatułką poszybuj wśród kwiatów i przygód wirując w niebieskich migdałach świetlistym promieniem pomaluj ty ziemię w myślach go przecież zabrałaś ~ nie przejmuj się jednak tyś moja choć wredna gdy zaśniesz niech znów ci się przyśni że jesteś aniołem nie jakimś potworem pomarzyć można o wszystkim
  13. już parowóz parą chlusta iskry wiercą się z komina mruczy jęczy bąki puszcza tory skrzypią dudnią koła ogień bucha świszczy dyszy a kolejce jedno w gwizdku kiedy wreszcie szczyt zaliczy słychać trzaski między sadzą jakby szkielet żebra kruszył diabli wzięli jeden wagon tory skrzypią dudnią koła ogień bucha świszczy dyszy a kolejce jedno w gwizdku kiedy wreszcie szczyt zaliczy odleciało znów kółeczek chociaż trochę jeszcze stuka też wagonów już to wiecie tory skrzypią dudnią koła ogień bucha świszczy dyszy a kolejce jedno w gwizdku kiedy wreszcie szczyt zaliczy parowozik w siódmym niebie bo już blisko jest wierzchołek wszystko zgubił nawet nie wie że nie skrzypią też nie dudnią ognia wcale i nie dyszy no niestety już za chwilę szczyt samotnie wnet zaliczy
  14. biedny rolnik przywiązany do roli wcale na los nie biadolił dlatego przeznaczenie nie było wredne wiedziało iż szuka połówki tak mu potrzebnej ujrzał anioła bogatą śliczną dziewkę w prześwitującej sukience stała na rozleglej glebie żyznej gdy tak spozierał wyobraził sobie jej hektary
  15. Prolog – ponoć. *~~~~~~~~~~~~~~~~~~* – Babciu! Co tam robisz w łazience? – Zęby myję. – W buzi czy na ręce? – Na ręce mi nie wyrosły. A szkoda. Bym wiedziała co gryzę. – No wiesz, o co mi chodzi. – Mam je jak na dłoni. – A nie pomyliłaś z dziadkowymi? – Przecież dziadek nie żyje. – Ale szczękę zostawił. – Nie pomyślał. Gdyby zabrał, to by robaczki chrupał. A tak, to mu nudno. – Babciu! A fuj! Z tobą gadać, to jak grzywkę rekina czesać. – Żeby ci tylko grzebienia nie ugryzł. – Czy ty byłaś kiedykolwiek poważną babcią. – Tak. W grobie. – W grobie? To ja już lepiej sobie pójdę. – Poczekaj. Żartowałam. I ty mi tutaj rączek nie rozkładaj. – Bo jak z tobą gadam, to mi od tego szczęka opada. – Uważaj!!! Trzymaj!!! Bo stuknie o podłogę i po niej. Ale wysoka i cienka. Nie ma co. – Babciu :) *~~~~~~~~~~~~~~~~~~~* Chałupa przyozdobiona wszystkim co udźwigną ściany. Kolorowe łańcuchy, barwne papierki, kawałki szmatek, lampiony, a malowane uśmiechy rozkwitają na rozłożystych jak wierzby płaczące, parapetach. A nad nimi jeszcze bardziej słoneczne buzie. Okienka pootwierane, gdyż w środku duszno i parno jak jasna cholera, ale za to radośnie wesoło i z przytupem. Chociaż nie przez wszystkie dziury w chałupie powietrze leci swobodnie. W niektórych widoczne są pocieszne leciwe twarzyczki w uroczych kapelusikach z motylkiem, z których tu i ówdzie, wystaje fajka. To znaczy fajki wystają z innych, bardziej obrośniętych siwymi brodami. Nie chodzi o inny gatunek motyli. Z wnętrza dobiega na wszystkich nutkach, ożywczy wiosenny walczyk: Nad pięknym mądrym Dziadkiem, a za chwilę zapewne: „Nad piękną jeszcze mądrzejszą Babcią” Na budynku doczepiona do dwóch kijów od szczotki, faluje w powiewach ciepłego leniwego wiatru i rytmu muzyki: długa biała wstęga, na której – chcąc nie chcąc - też musi falować kolorowy napis: „Coroczny Bal Starszaków” Sala jak budynek na zewnątrz, przyozdobiona podobnie. Girlandy płyną pod sufitem niczym węże litościwe, co to nikogo nie ukąszą, tylko jeszcze do tańca zachęcą swoim podstropowym dyndaniem. Żaróweczki różnej maści, kolorowe, białe i migające, omiatają świetlistą miotłą całą roztańczoną radochę, a stanowią ją z całym należytym szacunkiem: staruszki i staruszkowie całkiem jeszcze na fleku. Babcia z dziadkiem, dziadek z babcią, dziadek z dziadkiem, babcia z babcią, albo dylu, dylu, w kółeczku, na przemian kto? Babcie i dziadki. Wszyscy wiercą dziury w parkiecie, tuptają i skaczą, a w tym całym rozgardiaszu nie jedną żwawą babcię dziadek za tyłek tarmosi, albo babcia gdzieś tam rączkami błądzi. Lecz te całe wygibasy nie z żadnej rozpusty pochodzą, jeno z tej rzewnej romantycznej muzyki, co to przypomina o młodości dawno minionej i raz na zawsze przebrzmiałej. Ale co tam. Falujący tłum ma to w głębokim poważaniu. Pyski roześmiane, rozmowy, chichotki, wycie, pogniecione paluchy, urwane szpilki i niejedno ucho pogryzione... lub ta czy inna szyjka z niebieskimi żyłkami, przyozdobiona... Nagle cisza. Orkiestra przestaje grać. Babcia między bębnami siedzi, w ręce pałkę dziadka trzymając, co to na drugich bębnach rytmem walił. Druga przy basowej ledwo zipie i nie na struny spoziera, czy ilość właściwa, tylko gdzie indziej. Trzecia, patrząc przed siebie, na organach dziadka błądzi, bo grali razem na dwie ręce i tak im zostało. A przygłuchy dziadek wokalista, trzyma mikrofon w ustach, bo go z fajką pomylił. A ta cała cisza, z oniemiałości i zachwytu pochodzi Na progu, oświetlony lampionem stoi: dziadek. Ale nie jakiś tam zwykły. Prawdziwe cudo. Anioł w dziadoskiej skórze. Tylko jakiej? Pięknej i przystojnej. Babcie mężate, wdowy i panienki jeszcze, po równo tęsknotą i spoglądaniem, oczęta swoje przyozdabiają. Niejedna krówka by takich oczu maślanych pozazdrościła. A amant nic. Jeno stoi. Z uwagi jednak na to, że i dziatwy też tu trochę przybyło, wnuczek wspomniany na początku, tarmosi swoją Babcię cicho mamrocząc: – Babciu! Tyś wdowa. Dziadek stamtąd nie wyskoczy. Zobacz jaki przystojny. Stary, a młodość z niego wystaje. Całkiem sprawny, a może i bogaty. No dalej. Rusz tyłek. Zagadaj. – A gdzie tam taką jak ja, taki jak on będzie chciał. Może mieć babciów na pęczki. Wystarczy, że machnie laską. – On nie ma laski...ależ Babciu. Trochę wiary w siebie. Nie jesteś byle co!!! No chyba, że jesteś? – Nie dowidzę trochę, przecież wiesz. – Tym bardziej będzie dla ciebie piękny. No idź. Niczym nie ryzykujesz. Najwyżej da ci kosza. – Mało to koszy mamy w chałupie. Jeszcze jeden ma się walać po kątach i kota płoszyć. – Babciu! Bo cię inne wyprzedzą. Też łypią w jego stronę. Nawet dupki zaczynają wznosić i udka odsłaniać żabie. – To one mają żaby w sukienkach, na talerzu? – Ależ Babciu! Tu nie biega o głupie płazy, tylko o twoją świetlaną przyszłość. One niby jedzą, ale nie wiedzą co robią z wrażenia, które większe i większe. Tym bardziej kuj żelazo póki możesz, bo jak młotkiem w paznokieć przywalisz, to już będzie za późno. Zostaniesz sama z palcem. Nagle babcia słyszy głos: – Piękno kobieto! Dla mnie jedna jedyna. Cudo chodzące. Wdowa tyś? – Babciu! On ciebie pyta. – Mnie, naprawdę? - mówiąc to oczka spuszcza i rzęsami z zakłopotania trzepoce. – Śliczna kobieto. Idę do ciebie. Chcę pogadać o naszej wspólnej przyszłości. Śliczna kobieta cała w strachu. Chciała by, lecz lęk rozkoszny odczuwa. Taki przystojny, że już więcej nie może. Nagle myśli inaczej. A co!! Ja pokraka jakaś?! Niech o mnie walczy, skoro jestem powabna. Ale żadnemu dziadkowi do bitki nie spieszno. Szczególnie tym, co jeszcze mają żony. Wszystkie siedzą i tylko ziewają, bo muzyczki nie słychać. Nawet z cybuchów wylatuje senny dymek w kształcie szczęki. – Stoję przy tobie, o ty piękna. Rączkę pocałować mogę? – Tylko proszę uważać, bo ma zęby i ugryźć może – ostrzega wnuczek. – A co tam zęby kochanie ty moje. Jestem zakochany w tobie od dziesiątego wejrzenia. Poprzednie dziewięć spojrzeń zużyłem na muchę. W końcu zatłukłem bestię. Takim żwawy i z krzepą za pan brat. O innych sprawach nie wspomnę, bo dziatwa słucha. – Aleś pan odważny – mówi Babcia. – A ja nawet kiedyś kurczaka… Wtem drzwi otwarte, paskudny przeciąg i zamieszanie. Wiele rzeczy fruwa to tu, to tam. Babcie, dziadki i małe dzieciątka, co prawda nie szybują, ale są wymieszane. Nagle znowu cisza. Wtem Babcia dostrzega na podłodze sztuczną szczękę. W tym miejscu, gdzie stało: przystojne cudo. To na pewno jego, ale jestem trochę niedowidząca. Jak go biedna odnajdę. Skąd będę wiedziała, że to on. Wnuczek jakby czytał w jej myślach. Rzecze do Babci: – Musisz każdemu szczękę przymierzyć. Gdy będzie pasować, to będziesz wiedziała, że to ten. Mam szczególnie na myśli, obcych. Innym starszym kobietom, żal bardzo Opuszczonej w Miłości. Zaczynają polowanie na okoliczne dziadostwo. Nie tubylców. Babcia siedzi na krześle ze szczęką w ręce, a inne, te bardziej bystre, szarpiących się dziadków przyprowadzają, którzy wcale nie chcą tu przyjść. Nogi sztywne zapierają o podłogę, a ręce ich, futryny od drzwi łapią. Lecz Pierwsza Armia Pomocnych Staruszek jest nieustępliwa. Niektórym na siłę szczęki wyrwać pragną, by babcia miała możliwość wetknięcia i przymierzenia. Przecież mógł mieć zapasową, cwaniak jeden. Kolejny biedak, jakiś mizerny kruchy dziadek wierzga na wszystkie strony. Aż mu z rozpaczy włos na łysinie raptownie wyrósł. Lecz babcia szczękę do ust jemu wtyka, nie patrząc nawet, czy ją gryzie lub czy tamtej już nie ma, żeby mogła być ta. Aresztant coś tam bełkoce, z uwagi na to, iż połowa szczęki mu z gęby wystaje, kalecząc ojczysty język. Tłumaczenie ze słuchu: – To jest moja szczęka od urodzenia, do jasnej cholery!! Proszę jej nie szarpać! I mi tu nie dłubać w plombie brudnymi paluchami, bakteriami z innych dziadków moje zęby szczując! Łapy przy sobie, trzaśnięte babsztyle. Podłubcie sobie w nosie psychopatki jedne! Połamania paluszków życzę! Wiedźmy zatracone! Gdy uzyskam swobodę działania, to przysięgam: stos rozpalę! →Koniec tłumaczenia. W końcu jednak zaprzestają procederu. Wyrwać nie mogą. Wypuszczają delikwenta na wolność. Pozostałe dziadki ze sztucznymi, to mają normalnie przesrane. Tłum zawziętych staruszek wokół, które go trzymają, a jedna szczękę wyrywa, żeby Opuszczona w Miłości, mogła mu wetknąć swoją, co trzyma w ręce. Do tej pory do żadnej gęby żadna nie pasuje. Nagle słychać stuknięcie. To następne sztuczne zęby z kolejnego dziadka wypadły, bo biedaka drgawki nerwowe wzięły w swoje posiadanie, niczym listka osiki jadącego na kocich łbach. Pies zęby porywa i wybiega na ulicę. Mała dziewczynka, widząc zwierzątko, krzyczy zdziwiona: – Mamo, ten piesek ma dwie szczęki. – Różne są rasy piesków, złotko. Kupić ci takiego? – Nie, dziękuję. Wolę z jednym pyskiem. Będzie mniej bolało przy ugryzieniu. *~~~~~~~~~~~~~~~~~~* Zakończenie opowieści jest prozaiczne. Tak bardzo, że aż mi głupio o tym pisać. Przystojnego dziadka nigdy nie odnaleziono. W końcu Babci zaświtało, że szczęka owszem, by pasowała, ale do ust, które już setki razy miętosiła swoimi. Tylko tam ich lepiej teraz nie wkładać, z uwagi na higienę osobistą. Babcia będąc w łazience, omyłkowo włożyła do kieszonki: szczękę męża swego zamiast chusteczki, gdyż była trochę niedowidząca. Na parkiecie w całym tym zamieszaniu... z kieszonki jej wypadła. Była przekonana, że to szczęka tego cudaka przystojniaka. Przez to: przekonanie, tylu niewinnych dziadków, cierpieć, wrzeszczeć i ochrypnąć musiało. * Przewody w sądach są coraz dłuższe i wiszą do dziś. Jest ich dużo. Strasznie poplątane. Trzeba było zatrudnić elektryka na etat. Niektórzy starsi sędziowie mają niestety... na nieszczęście dla wielu babć... sztuczne szczęki.
  16. @Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)→To ja też:)) Wzajemnie całą gębą, jakom żyw jeszcze:)) Pozdrawiam:)
  17. @ais Aisiu→Dzięki:)↔Ty też uważaj na wszystkie strony, w strasznym lesie. Byłoby szkoda Ciebie:)↔Pozdrawiam:)
  18. @Jacek_K Jacek_K↔Dzięki za sforę uśmiechów:))↔Rytmiczny Avek:))↔Chyba coś śpiewa:)) Pozdrawiam:))
  19. Na melodię→"Stary niedźwiedź mocno śpi" Dla nieco starszych dzieci. --------------------------- stary smutas smutno śpi jak tu z takim smętnym żyć my go wnet zbudzimy śmiechem przywalimy to się ocknie ra-do-sny w figlach będzie nam sko-czny oj niemrawo rusza się tylko jakiś dziwny jest dać mu hamburgera mamrocze cholera znowu zaśnie biedny tu aż normalnie brak mi słów no nareszcie zbudził się z tej radości pragnie jeść najpierw pierwsze dziecko napoczął on deczko chce wyłapać inne też bo wyspany i ma chęć Zuzia mówi słuchaj ty on mi fajnie odgryzł rzyć a Frankowi głowę Jasiowi w połowie krew chlupoczę błyszczy lśni nam zabawnie z takim być nasz wodzirej ciągle je jest wesoło lecz nas mniej jeszcze puluś Zbysia by nam wciąż nie sisiał ale w końcu pożarł mnie przez to urwał się mój śpiew
  20. zɑթɾzҽsեɑń թɑեɾzҽղíɑ ա ցաíɑzժყ ҍօ ҍęժzíҽsz ᴊɑƙ եҽ ƙɑɾłყ ϲօ ƙíҽժყś ղíʍí ҍყłყ Ɩҽթíҽᴊ sօҍą ҍყć ղíż ƒɑłszყաíҽ Ɩśղíć
  21. na terenie tajemnych lasów wędrowcze uważny bądź roztropny głowę wokół karku miej zawczasu a najlepiej zwiewaj stąd biegniesz dróżką obok drzew gdyż tak łatwiej doprawdy zbiec aż tu nagle w runie szelest nie przegapisz jest ich wiele lecz takie małe że gdzie nadepniesz to nie trafisz obejdą cię ze wszystkich stron pod nogawki lub sukienkę wgryzą się w każdy ciała kąt by wsiusiać truciznę chętnie tego przeżyć nie możesz gdy cię dopadną krasnoludki sromotnikowe
  22. @lich_o Lich_o→Dzięki:))↔Szczerze mówiąc, nie lubię tłumaczyć tekstów swych. Czytelnik może mieć lepszą interpretację, niż to, co ja miałem na myśli:)) Żebym wiedział, że za kropki serducho, to bym wrzucił same kropki:))→Pozdrawiam:)
  23. @Konrad Koper Konrad Koper↔Dzięki→Pozdrawiam:)
  24. @Oxyvia Oxyvia↔Dzięki:))↔Polna dróżka się do tego przyczyniła, po której kiedyś szedłem w słońcu:)) Pozdrawiam:)
  25. Dziwne zjawisko zaczęło się nagle i niespodziewanie. Ludzie w większości zagadani o przyziemnych sprawach, przestali zwracać należytą uwagę na groby, przy których stali. Dopiero po jakimś czasie zauważono, że coś jest inaczej niż powinno być. Powstał szum, a nawet rozgardiasz. Każdy każdego pytał, ale nikt nie odpowiadał z jakimś wyraźnym sensem. To czego doświadczali nie było niczym szczególnym, lecz samo zjawisko, znacznie odbiegało od tego, co znane i zrozumiałe. Wychodziło poza ramkę znanej rzeczywistości. Na domiar złego nie wszyscy widzieli to samo. Występowało pod trzema postaciami. Bez żadnych, jak by się mogło wydawać, obowiązujących reguł. Można powiedzieć… ogólny chaos. A zatem były groby, gdzie w zniczach migotały czarne płomienie. Na innych pomnikach, wylatywały na zewnątrz bez zmiany koloru, szybowały chwilę, by w końcu wniknąć do wnętrza grobu. Jeszcze inne nagrobki stały się przezroczyste. Wszelkie ozdoby sprawiały wrażenie, unoszących się w powietrzu. Nie zauważono gdziekolwiek wypadkowej zjawisk. Ludzie reagowali różnie, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach. Wielu pstrykało fotki. Niestety. To co miało naprawdę zdziwić, zdziwiło dopiero wtedy, gdy niektórzy ludzie, z tylko im znanych powodów, postanowili opuścić cmentarz. Okazało się, że szybko wracają. Z ich relacji jasno wynikało, że na zewnątrz jest… wymarłe miasto. Nie widać żywej duszy. A zatem więcej życia na cmentarzu, niż tam. Wielu miało swoje pomysły na wytłumaczenie sytuacji. Każdy był inny, często negujący wrażenia pozostałych. W końcu ustalono, że jednak trzeba wyjść poza mury okalające. Przecież nie można tutaj wiecznie siedzieć. Tym bardziej, że przy niektórych grobach, ludzie zaczęli umierać i każdy się bał, że może być następnym. Gdy już wszyscy byli na zewnątrz, ujrzeli przed cmentarzem rozległą łąkę. To akurat nikogo nie zdziwiło. Zawsze tu była. Zdumienie wywołało zupełnie co innego. Tym razem musiało być wielkie, biorąc pod uwagę odległość. Po drugiej stronie łąki, wznosiła się wysoka biała ściana. Chociaż nie zupełnie biała. Zauważono naklejony czarny kwadrat, a na nim wiele białych kółek. Nikt nie wiedział, skąd o tym wie. Nagle każdy uświadomił sobie, że niektóre kółka są otworami w kwadracie i widać białe tło, a pozostałe są namalowane na czarnej powierzchni. I znowu wszyscy jednakowo pomyśleli, co było im dane. Oczywiście wielu odruchowo rzuciło się w kierunku zjawiska, żeby podotykać i nie zgadywać, tylko wiedzieć. Niestety. Po pierwsze, coś im nie pozwalało biec a po drugie, nawet gdyby dobiegli, to budowla była za duża, by bez odpowiedniego sprzętu, macać całą ścianę. Powtórnie „usłyszano” polecenie. Jeżeli dziesięciu zgadnie, jak to z tymi kółkami jest, to wszystko będzie tak jak przedtem. Łącznie z tymi, co leżą martwi przy grobach. Dało się słyszeć bardzo wiele głosów, lecz nikt nie zdołał odgadnąć, które są wycięte, które namalowane… a może wszystkie wycięte lub namalowane. Głos „powiedział’’ po raz ostatni: „Wystarczy, że jedno z was zgadnie.’’ Na szczęście ktoś odgadł. Oczywiście o żadnej wdzięczności dla wybawiciela – nawet gdyby takowa gdzie nie gdzie zaistniała – nie mogło być mowy. Po pierwsze nikt nie zauważył kto trafił, w tym całym rozgardiaszu słownym, łącznie z tym, któremu udało się zgadnąć. Po drugie – po odgadnięciu – ściana momentalnie znikła. Po trzecie, wszystko wróciło do zdarzeń sprzed omawianych zjawisk, z zachowaniem pamięci o tym co się wydarzyło. Po czwarte, wszelkie nagrane telefonami filmy, były tylko... pustą łąką. To samo dotyczyło grobów w czasie trwania zjawiska. A zatem jak zwykle w takich okolicznościach, jedni twierdzili, że wszystko działo się naprawdę, drudzy obstawali przy zbiorowej halucynacji a jeszcze inni od razu pojechali na obiad, bo zgłodnieli. Po jakimś czasie – mimo że sprawa nabrała rozgłosu – trochę przycichła i w końcu prawie o niej zapomniano, gdyż jedni drugich do swoich racji i tak nie przekonali. Tym bardziej, że do tego typu zdarzeń już nigdy nie doszło. *** –– Ojejciu! Co za fajowa sukienka. Gdzie kupiłaś? Też taką chce. –– Nigdzie nie kupiłam. –– Nie mów, że ukradłaś. –– Nie ukradłam. –– Ktoś ci podarował? –– Znalazłam zapakowaną w biały papier w czarne groszki. –– O… to jak sukienka… tylko odwrotnie. –– Dziurawa trochę. Muszę zaszyć. –– No ale gdzie ją znalazłaś? –– Na łące przy cmentarzu.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...