-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Zakalcio i Kruche
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Vanilla / Huzar↔Hmm... bocianów w majtkach jeszcze nie widziałem. Ewentualnie, między majtkami, gdyby na okręt sfrunęły, a poszukiwaniu morskich żab,ludojadów:)) -
jestem bestią gorącym zwierzęciem moje trzewia są żaroodporne strawią nie wszystko lecz bardzo wiele do pracy się palą są bardzo głodne karmazynowym pyskiem pożeram co mogę strawić ziejącym żarem uwielbiam gdy mienie trzeszczy i skrzypi zapada się w mnie nic nie ocalę nadal pochłaniam zostawiam pożogę mnie tam nie parzą ludzkie lamenty wiruje światłością ciemną zabójczą strawić i zniszczyć to cel mój święty z jednej strony zabieram i wchłaniam moje wnętrzności jak gwiazdy płoną a z ciepłej dziury niczym dmuchawce popiołem szarym soczyście zioną jest mi cieplutko z rozkoszy wyje wrzątek me lico piecze soczyście deski zlatują ciało gdzieś spływa krew się gotuje lub oko rozpryśnie słyszę ja głosy wściekłości i żalu strumienie zimna me ciało chłodzą co wy tam głupie ludziki robicie wasze nogi po zgliszczach chodzą jestem uparty choć mnie tłumicie w wielu miejscach wystawiam języki czerwona z wściekłości jest moja gęba na pył przerobię te wasze krzyki ************************** cholera jasna zlitujcie się ludzie dajcie mi dożyć chociaż poranka błagam przebaczcie włóżcie mnie prędko choćby na knota małego kaganka
-
Zakalcio i Kruche
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Vanilla Vanilla↔Otóż to. A najlepiej, zjedzonym i przetrawionym we właściwą stronę. Nie tam, gdzie myśl się narzuca, siłą faktu. Dużo zależy od nas samych, ale nie wszystko. O kurczę. Filozof ze mnie. Hmm... jakoś to przeżyję:)↔Pozdrawiam:)) -
Erotyczne Jedzonka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Nata_Kruk↔Ni niby słusznie prawisz, jednakowoż, czasami się czuję, jak... niedokończona połówka:)→i też tak piszę Lub przeciwnie, za dużo mnie, w jednym i nie wiem, który "właściwy"↔Pozdrawiam:)) -
niedopieczony smutny zakalcio rozmyśla zbitym ciastem czy być tu warto wśród bab dorodnych o dziurach polukrowanych makowców z kolorowym makiem szarlotek pachnących jabłkami czekoladowych murzynków apetyczne takie wśród figur z karmelu koloru miodu wszystko słodko lśni i błyszczy a on oddzielnie nikt go nie chce bo brzydki nagle widzi kruche ciasteczko też samotne biedne w kącie zakochał się deczko a za chwile całym zakalcem wnet pomyślał życie coś warte o zgroza zgroza wrzeszczy ciastem ratujmy biegnijmy tędy kruche się toczy ku stołu krawędzi my nie od tego my ozdobą nasze pyszności wam nie pomogą wnet zakalcio zepsutym ciałem uratował ciasteczko małe a dzieci patrzą co się święci na te cuda nie mają już chęci miętoszą wszystko w jedną kupę wyrzucając jako zepsute tylko zakalcio radosny jest kruche ciasteczko wesołe też gdyż jubilat postanowił że właśnie ich ciała jako całe z wielką chęcią pragnie zjeść
-
Osiem lat, to wystarczający wiek, na wybudowanie miasta dla lalek. Nazwę ją Atlantydą, bo to podobno tajemnica jakaś. Tak pomyślała niewielka Zuzia, pewnego uroczego dnia, kiedy to znalazła porzuconą, tyci szmaciankę w kształcie ludzika. Po wielu żmudnych przygotowaniach, do których zaangażowała okoliczne dzieci, budowa z pomocą innych rąk i głów, szła jej wyjątkowo sprawnie. Aczkolwiek to ona była głównym zarządzającym, w sensie co i jak ma wyglądać. Letnia,wakacyjna pogoda też służyła pomocą. Całkiem znośna, czasem fajna, a nawet raz po raz, super, dodawała wigoru. Altanka w ogrodzie, nieco nadgryziona zębem czasu, zawalona różnymi rupieciami i pająkami oraz obrośnięta, czym tylko natura mogła opleść, idealnie się do realizacji pomysłu nadawała. * No nie – mówi Zuzia sama do siebie. – Błękitnych włosów na tle nieba, w ogóle nie widać. Muszę założyć inne, lub zmienić tekturkę tłową z tyłu. Po chwili zastanowienia, ozdabia zieloną czupryną, głowę lalki. To w zasadzie koniec budowy. Gest, który uczyniła przed chwilą, miał być ostatnim, finałowym. W tym ważnym momencie, chciała być sama, chociaż nie wiedziała, dlaczego. Jutro mają przyjść wszystkie dzieci, co pomagały. A nawet części ich rodziców, by przeciąć wstęgę, którą wyżebrała od starszej pani, która ofiarowała jej ze swojego koka, mając teraz włosy w nieładzie. Leciwemu mężowi od tego widoku, fajka wypadła i spłoszyła domek żółwia, że aż smyrnął pod szafę. Nagle słyszy za sobą kroki. Ktoś wszedł do altanki. Przebiegła gęsia skórka strachowa, po dzieckowych plecach, bo może to jakiś straszny zbój lub morderca. Odwraca się. Nie. To nie żaden zbój. Gorzej. Upierdliwy, nieznośny kolega, który cały czas, przeszkadzał w budowie. Nie niszczył, ale życie uprzykrzał, głupim dogadywaniem. Nie tylko głównej dowodzącej. Pozostałym dzieciom też. Teraz też przyszedł, ubrany jak zwykle w kraciastą koszulę i z maską błazna śmiechowego na twarzy, by na koniec powiedzieć swoje, pragnąc wnerwić doszczętnie rezolutną Zuzię. –– Ej Zuś! W tym durnym mieście, jeszcze tylko studni brakuję, żebyś się mogła w niej utopić. Hłe Hłe. Bezrozumny topielec byłby z ciebie. Oślizgła żaba. Znajda, którą nawet bocian nie chciał. Kto to widział, budować takie pokraki z byle czego. No ale cóż. Jaka mierna projektantka, nie wiadomo skąd, taki mierny rezultat. Niedobry, nieobyty w empatii prowokator, ma nadzieję, że rozegra się fajna scenka, w której będzie miał sposobność, jeszcze bardziej podokuczać, nikczemnym zachowaniem. Nic z tego. Adresatka milczy, niczym przysłowiowa urna. A skoro tak, to po ostatniej kąśliwej uwadze, agresor psychiczny opuszcza altankę, zawiedziony. Zuzia rozgląda się po katach, coś tam grzebie i po godzinie, wychodzi. Miasto jest gotowe na uroczyste otwarcie. Niestety. Na drugi dzień nie ma żadnego otwarcia, bo jakiś zapewne miastowy kradziej, miasto skradł, bez pytania o zgodę, z dziada pradziada, właścicielki. Wściekła Ziuzia, patrzy wokół rozżalonymi, wrzącymi gałkami w oczodołach stresowych, aż w końcu normalne łzy dławią pożar, nieodżałowanej straty. Współczujące dzieci, głaszczą budowniczkę po drgającym z nerwów, owłosionym łebku. Nawet burmistrz, przytula częścią władzy, rozdygotane serduszko. Tyle pracy na nic. Przez jakiegoś palanta – wpada w roztropną konkluzję Zuzia. Po usilnych poszukiwaniach, miasto nie zostaje odnalezione i jak z bicza strzelił, mija około: wiele, wiele lat. * –– Sąsiadko, słyszałaś? –– Wiem, ale nic nie wiem. Mówże prędko. –– Świeżo upieczonego męża, od tej naszej cudacznej, znaleziono. Podobno stoczył się na dno i popełnił samobójstwo. –– Wiadomo… młodzi… od tej? –– Tak. Kilka miesięcy po ślubie. Ludzie gadają, że coś go dręczyło. Ją też. –– Co niby? –– A bo ja to wiem. Nie jestem wcibicka, jak to niektóre. –– Podobno jakąś makietę znaleziono –– dodaje trzecia sąsiadka. –– A tak. Tego miasta sprzed dwudziestu lat, co ją Atlantydą nazwała. Pamiętasz? –– Coś jarzę. No i… –– Na środku rynku… –– Jakim rynku? –– No tym, na makiecie... stoi studnia. Taka jak u nas. A wewnątrz znaleziono szmacianego ludzika. –– Też coś słyszałam –– dosławia czwarta kuma. –– Gadają, że w kraciastej koszuli. –– No i co z tego? Mało naszych tak przyodzianych. –– E tam… nie wiadomo. Deszcz barwy rozmoczył. * Ośmioletnia Córka Zuzi, co już nigdy ojca nie zazna, wpada na wspaniały, budowniczy pomysł. Ma tylko pewien problem...
-
Erotyczne Jedzonka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Marek.zak1 Marek.zak1↔Dzięki:)↔Ano właśnie też:) Nie mogłem ciurkiem, co na myśli, bo i tak nie napisałbym wszystkich. Bym słowa nadal, na stronie układał...:)↔Pozdrawiam:) @Waldemar_Talar_Talar Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔ To fajnie, że inaczej nie można, żym zadaniu sprostał:)↔Pozdrawiam:) -
Przerwana Piosenka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Ilona Rutkowska / Sylwester_Lasota:)↔Dzięki:) Wierzę, że tak. Nie mogę inaczej, bo bym zdradził swoją tożsamość:))↔Pozdrawiam:) -
Bezhoryzont Sześcianu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Michail Michail↔Dzięki:)↔Uwagi Twe, zapewne gramatycznie słuszne, ale jednak zostanę, przy swoich, nie zdradzając tożsamości swej:)↔Jedynie 2x przezroczystość, nieświadomie. Poprawiłem. Czasami dziwne zdania, pasują do dziwności sytuacji. Nie odstają:))↔Pozdrawiam:) -
czekolada ta tabliczka ciastko gniecie ściska maca gdzie jest... taca bo tam leży rura z kremem nie chce innej za cholerę a więc gorzkie lico smutne pragnie wetknąć kostkę w dziurkę i tak w tył i w przód i zwrotnie szczekoladzić ją sromotnie miękka żwawa z glancem szneka jakoś nie chce dłużej czekać i nadziewa się na bułkę lukrem zasłać chrupką skórkę a zaś bułka z gładkim makiem siada na niej swym okrakiem a tam mały pączek w kącie pragnie smyrnąć dziś szarlotkę ale placek z rabarbarem on ogłady nie ma wcale choć murzynek jego luba syczy kremem bo się wkurza przeszarloczyć chciałby mus wejść w szarlotkę poczuć chuć aż się wnerwia słuszny lukier bezeceństwa tu jest bukiet nawet sucha kromka chleba srogo dupką dziś spoziera lecz szarlotce co się zowie zwykły placek nie jest w głowie nie ten poziom tyś wypieku mej miłości nie oczekuj ze społecznych jesteś nizin ja kruszonką sięgam wyżej aż karmelki i landrynki mordoklejki całkiem nowe podnieciła ta wypowiedź posklejały je andruty wspólnie liżą słodkie dupy nawet suchy rogal całkiem marmoladę zaraz capnie i wydusi z niej krzywizną miłość dosie lepką czystą lecz za pewny był to plan dostał kosza wewnątrz wpadł a tabliczka czekolady kolorowy maca maczek bo ponętnie i rozkosznie jej sreberko czule drapie * aż tu nagle kromka stara sfrustrowana ale jara weszła wszędzie radę dała i poczuła się znów cudnie choć zrobiła wokół burdel
-
Idę przed siebie. Słońce świeci z tyłu... i nagle zauważam, że zgubiłem swój cień. Cały czas pełznął przede mną, a teraz go nie ma. Jest mi nieswojo. W czasie poszukiwań czuję przez chwilę potworny, przytłaczający ból. Prawie nie mogę oddychać. Na pocieszenie odnajduję na jezdni zgubę. Leży i narzeka: –– Walec po mnie przejechał. Jak mogłeś mnie tak zostawić. –– To ty zniknąłeś. Na domiar złego czułem twój ból? –– Też czułem swój. –– Znowu jestem twoim początkiem. Wybaczam i rzucam na ciebie kamień. Bolało? –– Nie. –– Mnie też nie. Wracajmy. Wszystko zakończyło się pomyślnie. Tylko co rozpoczęło? Słońce z przodu… i cień z przodu.
-
kartka psychiki zgięta jak wiatrem drzewostan paznokciem losu przejechana doduszona * chociaż teraz niby gładka trwały ślad pozostał
-
delikatna poświata czystość sterylna przytula lśnieniem tajemnicy jeszcze z nami wirtualna nitka pulsuje odliczanie nie pozwala wylogować z więzów czasu tu i teraz dławi złudzeniem na zewnątrz noc uśpione miasto tu niby dzień blisko nieba w świetle miniaturowych neonów cichych odgłosów pozytywka nadziei z piosenką która pyta co dalej nagle ostatnia nuta podłużny jednostajny dźwięk likwidacja konta przeciwległy koniec początkowego płaczu i wszystkiego co pomiędzy * to tylko przerwa w transmisji
-
Możliwe, że ów tekst już tu jest. Ale może pod innym tytułem? ---------------------------- Góry tego roku wyglądają tak samo jak w poprzednim. Niestety. To bardzo mylące stwierdzenie. Jak się miało okazać, nie dla wszystkich. ∧?∧ To mój pierwszy wypad. Mam dużo szczęścia. Wczoraj pogoda nie dopisywała i nie miałem pewności, czy podejmie wędrówkę. Dzisiaj pięknie i słonecznie. Wymarzone warunki do realizacji marzenia. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że wszystko może ulec zmianie, w najmniej spodziewanych okolicznościach. Poczytałem odpowiednie książki i wiem, że góry mają to do siebie, że potrafią zaskakiwać, niczym kobieta na wierzchołku psychiki. Wierzę jednak, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Zdobędę upragniony szczyt. Mam odpowiedni ekwipunek z niezbędnymi rzeczami i pewność siebie w sobie. Przeszedłem już spory kawałek. Niestrudzenie i ochoczo. Mijam różnych turystów, wszystkim mówiąc: cześć. Spozieram na błękit nieba i pierzaste chmurki. Ponadto widzę dwie kozice i bace w oddali. Napakowany dobrymi myślami, kroczę raźno przed siebie. Z oddali słyszę dziwny, delikatny odgłos. Nie potrafię określić skąd dobiega. Po chwili ów szczegół, wylatuje z głowy, błądząc pośród skał niczym pijany świstak. Mija trochę czasu. Odczuwam pierwsze dolegliwości uciążliwej drogi. To w końcu pierwszy marsz, po kamieniach i krzywych drogach. Do tej pory nie miałem z tym problemu. Takich przeciwnych ścieżek, los przede mną nie układał. Słońce nadal bystro świeci, muskane białymi barankami. Szybują leniwie nad wierzchołkami. Pierzaste zeppeliny, na tle błękitnej przestrzeni, której tutaj nie brakuje, gdzie wielki człowiek, jest takim małym. Widok zapiera widok w piersiach. Podziwiać piękno, to jeszcze potrafię. Pełen wiary w przyszłość, ponownie słyszę cichy szelest. Pojawia się i znika nie wiadomo skąd. Mam nawet wrażenie, że jestem obserwowany. Olewam to. Jakieś zwidy umysłu i tyle. Wystarczy pomyśleć racjonalnie. Wędruję po dość szerokim szlaku. Z jednej strony zbocze góry, a z drugiej nic. Kciuki z lekka obtarte, wsunięte pod szelki od plecaka, sylwetka przygarbiona, lecz pełna nadziei, gdyż wierzchołek już niedaleko widoczny. Nawet zaczynam wesoło pogwizdywać, ale szybko milknę, bo wyczytałem w książce, że w górach to zła wróżba. A może chodziło o jacht? Nie mam pewności. Tak czy siak, wolę myśleć na ulubioną melodię. Tego przeznaczenie nie usłyszy. Czy aby na pewno? Na mgnienie oka, przypominam sobie pewien szczegół ze swojego życia. Jednak owe wspomnienie, szybko wybiega z umysłu, niczym przestraszona kozica. Widzę turystę przed sobą. Ponownie kłaniam się pięknie i pozdrawiam odpowiednio. Ten robi to samo, zostawiając na pamiątkę, zanikające odgłosy stukania butów. Idę kawałek, niewiele myśląc, lecz po chwili, do uszu dobiega inny dźwięk. Też z tyłu. Szlak w tym miejscu jest dość szeroki. I tak samo jak jeszcze niedawno, z jednej strony zbocze góry, a z drugiej – nic. Nie wiem, co to może być. Tak na dobrą sprawę, jestem na tyle strachliwy, że boję się obejrzeć. Teraz już słyszę wyraźnie, jakby po prawej stronie, coś z tyłu szurało na zboczu. Dźwięk coraz głośniejszy i bliższy, robi się jeszcze głośniejszym i bliższym. Powtórnie widzę innego turystę. Nie mówi nawet cześć. Ma inne myśli w głowie. Szum się nasila, niczym morskich bałwanów. Na domiar złego, słońce zakrywa ciemna chmura i wiatr przybiera na sile. To coś z tyłu jest o wiele bliżej. Zbyt blisko, by pozostać w niepewności. Czuje przeraźliwy chłód. Muszę się odwrócić i spojrzeć do tyłu. Zupełnie mnie zatyka. Kilka metrów przed sobą, widzę zakrwawiony przód śnieżnej lawiny. Czytałem o tym zjawisku, lecz ta jest inna. Na domiar złego te szkarłatne, brudno czerwone plamy. Groźnie faluje na boki, jakby gotowa do skoku. Wyraźnie dostrzegam, drgające nerwy pod pulsującym śniegiem. Sprawia wrażenie gęstej i ciężkiej. Jednak co chwila unosi przód, wychyla się w moim kierunku i wisi chwilę nade mną, by za moment, trochę się cofnąć i przyjąć poprzednią, przyczajoną pozycję. Dźwięki jakie wydaje, to jakby kompilacja wszystkich złowieszczych duchów gór. Mogę uciekać jedynie w kierunku wierzchołka. To jednak nic nie daje. Słyszę z tyłu, złowieszcze ocieranie o szlak. Znowu jest bliżej. Ściga mnie uparcie, lecz póki co nie robi krzywdy. Bawi się jak kot z myszką. Uciekam ile sił wystarcza, widząc przed sobą, ciemny, pulsujący cień. Czuje pierwsze płatki śniegu. Więcej i więcej, choć niebo znowu błękitne. Przystaję na chwile. Raz kozicy śmierć. Muszę odpocząć. I tak nie mam gdzie uciec. Spoglądam do tyłu ponownie. Widzę jak śnieżny potwór spada do przepaści, z odłamkami skał. Hałas jest przerażający. Mam teraz wolną drogę. Rezygnuję z dalszej wspinaczki. Nie zdobędę wierzchołka. Chce jak najszybciej wrócić do domu. Mam dziwne wrażenie, że biała zjawa, chciała ze mnie wyssać na światło dzienne, jakieś zapomniane wspomnienie. Słońce ma barwę krwi, a czerwone łzy, ściekają po ścianie horyzontu. Tak to w tej chwili widzę. Schodzę dość szybko. Pragnę jak najwcześniej opuścić te przeklęte góry. Dopiero teraz sobie uświadamiam, że mogłem przecież zginąć. Tylko dlaczego ten potwór, nie zepchnął mnie do przepaści. Przecież mógł to zrobić z łatwością. Wędruję szerokim szlakiem, między dwoma zboczami gór. Prawie że biegnę, na ile jeszcze sił wystarcza. Nie chce za szybko, bo mógłbym się przewrócić i uderzyć głową o jakąś skałę. Żywię obawy, że w końcu prześladowcę, szlag trafi na szlaku. Nagle gdzieś wysoko, dostrzegam białą plamę. Jest malutka, ale z każdą chwilą, większa. W pierwszej chwili wmawiam sobie, że to jakiś szybujący ptak. Niestety. Jednak powróciło, by znowu mnie gnębić. Zjeżdża z góry niczym morderczy anioł. Nie bardzo jest gdzie uciekać. To znaczy szybciej, niż teraz. Jeszcze nie wiem, jaka jest wielkość bestii, ale przypuszczam, że znacznie większa, niż poprzednio. Zwały śniegu suną po zboczu… i nagle zmieniają kierunek. Są na szlaku, kierując się w moją stronę. Mam odciętą drogę. Próbuje wchodzić wyżej, ale to coś, wspina się za mną. W końcu powracam na szlak. Bo cóż innego, mogę zrobić. To mi pozwala. Widzę białe, lecz mroczne myśli. Wielu spraw już nie zdążę załatwić. Pulsuje nade mną, a jednocześnie jestem wewnątrz. Ogromne, mroźne serce. Ze sklepienia kapią krople wrzącego śniegu. Drapieżnik, który za chwilę rozszarpie zdobycz. Zapewne po to stworzył kolistą ścianę wokół. Żebym miał pewność, że nie można uciec. Co prawda próbuję, ale powierzchnia, wbrew pozorom, jest twarda jak skały, po których biegłem. Odczuwam przeraźliwy chłód, że aż mi gorąco w płucach ze strachu. Wspominam schab w zamrażalniku. Raczej nie zdążę zjeść. Nagle słyszę w głowie, dziwne, chłodne dźwięki, niczym wilgotne cienie słów. No nie – myślę sobie. – Kupa myślącego śniegu, chce do mnie zagadać. A niby skąd wie, po jakiemu? Poliglota, czy co? Zupełnie mi odwala. Tym bardziej, że realność otoczenia, jakby rozmyta duszącą klaustrofobią, sprawia, że nie bardzo wiem, co jest grane na nerwach. Zimno jak cholera. Jedyny pewnik w tym chaosie. Najchętniej, bym leżał na ziemi i zasnął w mroźnej kołysce. Jednak ostatkami woli, pragnę jeszcze pożyć, zanim przeznaczenie, całkowicie ją zamrozi. Chociażby kilka chwil, aż nadejdzie ta ostatnia, która zablokuje jutro. Puki co, szelest wirujących płatków śniegu, formuje we mnie sens pytania. Dobiega do mnie, jakby się wygrzebał z zaspy. –– Pamiętasz zimę w waszym miasteczku? –– Kto pyta? –– A pamiętasz, co robiłeś dzieciom? –– Dzieciom? Kim ty jesteś? Czemu mnie więzisz? –– Przypomnij sobie. Chyba wiesz, że czasami złe szczegóły, mają wpływ na dalsze życie. Lubią wracać. Nie w formie zemsty, lecz nauki na przyszłość. –– Nauki? Kim do cholery jesteś? Wyjdź z mojej głowy, albo zabij. –– Wiesz, nawet wierzę, że wtedy o tym nie pomyślałeś. Miałeś po prostu zły dzień. Jak wiele innych. –– Zły dzień? O czym ty pierdzielisz? Nie widzisz, co się dzieje. Za chwilę będę soplem lodu. –– Czy wiesz, jak to wpłynęło na te dzieci. Co później przeżywały. Ile się napłakały. –– Napłakały? Przeżywały? Pytam ponownie. Kim jesteś? Dlaczego masz czelność, mieszać mi głowie? Niczego złego nie zrobiłem. –– Pomyśl. Była zima. Wiele dzieci, które błagały, żebyś tego nie robił. –– Cholera! To o to chodzi. O jakieś głupie dzieciaki. Wnerwiały mnie tą swoją zabawą i tyle. Przecież za chwile, mogły następne… –– Następne, też zniszczyłeś. –– I przez to ten cały cyrk przeżywam? Przecież nikogo nie zabiłem, nie okradłem, nie… –– Przeproś je za to. Ja to im przekażę. Wybaczą tobie. Znasz powiedzenie: poza krawędzią przebaczenia? Wtedy już nie ma odwrotu. –– Przeprosić? Za taką głupotę? Nigdy w życiu. To one powinny mnie przeprosić! Mnie! Rozumiesz? Działały mi na nerwy, jak mało kto. –– Bo ciebie nie miał kto nauczyć. Dlatego zazdrościłeś. Tak? –– Co ty chrzanisz! Brakuje ci piątej śnieżynki. Wynoś się z mojej głowy. Daj mi wreszcie święty spokój. –– Cały czas staram się dać. ∧?∧ Mroźne, zadaszone półwięzienie, w kształcie nie do końca złożonych modlących dłoni, gdyż pojawiło się jedyne wyjście, które zdaniem mym, nie stwarza optymistycznej prognozy na przyszłość. Dostrzegam turystów. Przechodzą przez ściany, idąc dalej. W ogóle mnie nie zauważają. Tylko mały chłopiec, kiwa na pożegnanie. Może dzieci potrafią dostrzec więcej. Czuję silny powiew wiatru. Stoję przylepiony do tylnej ściany. Tam gdzie zwieńczenie nadgarstków. Nie mogę uciec, albo raczej nie chcę. Przede mną jasna plama jedynego wyjścia. Widzę błękit nieba, wierzchołki gór oraz szybujące ptaki, ale jakieś to wszystko inne. Poza pojmowaniem. Malutki wobec ogromu, wypychany przez mroźne dłonie na zewnątrz, poza krawędź zrozumienia... wiem gdzie jestem, ale nie wiem, gdzie będę.
-
1
-
z krwawego kanionu wyjmujesz ostrze nerwowo kapie czerwienią ból topnieje połać lodu na wrzątku zardzewiała przeszłość wyparta balsamiczne płatki dekorują stabilne dno trampolina nieczynna nie spadasz ale też nie wzlatujesz * wciąż powraca doskwiera dołuje nie chce zniknąć pomimo że na dłoni cień brzytwy tylko
-
1
-
Oblodzony Płaskowyż
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@puszczyk Puszczyku↔Dzięki:)↔Z długością cieni, to różnie. Nie wszystko zależy jeno od wielkości góry. Jeszcze ważne, jaki ma układ ze Słońcem. Czy lśni wysoko, czy nisko→za:))↔Pozdrawiam:) @Gosława Gosława↔Dzięki:)↔Mnie czasami się nie podobają własne teksty, bom roztropny nieraz. Nie chce spocząć na laurach lub choćby, liściu bobkowatym:)) Też Pozdrawiam, jakom żyw jeszcze :)) -
Ścieżki ludzkie różne są, lecz mecz dawno skończony. Wynik znany. Tylko dla nas, tu i teraz, wciąż za mgłą.
-
Siedzi oparty o jabłonkę. Tęsknota rozszarpuje serce, które nie pamięta, za czym tęskni. Srebrne włosy oświetlone poświatą księżyca, są jaśniejszym punktem sytuacji. Słabo widoczne cienie niewielkich drzewek, jeszcze bardziej potęgują melancholijny nastrój. Delikatny wiatr pojawia się nagle. Oczy początkiem zaśnięcia, sklejają powieki. Krawędzią świadomości, słyszy niepokojący szelest. To pewnie jabłka spadają. Dźwięki na granicy snu i jawy. Gęsto utkany całun w mózgu, tłumi wspomnienia, lecz tęsknotę zostawił na wierzchu. Słyszy ciche kroki. Po chwili czuje czyiś oddech. Widzi ją. Poznaje. Częstuje go owocem. Tylko dlaczego ma taką cienką rękę. To nic. Ważne, że jest. Przytula gałązkę z jabłkiem do policzka.
-
srebrzysta poświata uchyla drzwi do szarego świata blisko przepaści idzie człowiek ominął wiele drogowskazów by nie zgubić drogi podeszwy kołyszą wędrowcem tracą przyczepność gwiazdki śniegu siadają na oczach on na nicości chwytają go białe skrzydła podąża dalej wlokąc ciężar za sobą upada znowu wisi na rękach w prześwicie przeznaczenia dłonie spychają ciało na dno przepaści gdzie pośród stosu zwłok leży kolejne ciało anioła kikuty skrzydeł chłoną obraz strony księżyca
-
Subtelny zapach przysiadł na płatkach odpadającej rdzy. Ugina ją lekko ciężarem życia. Cuchnące powietrze, nie może przebić tego typu zapory. Pozostawia jedynie trwały ślad, jaki robi palec wciśnięty w świeżo upieczony placek, lub miękkie, lepkie zwłoki. Pomieszczenie tak doskonale kwadratowe, że wszystko wewnątrz sprawia wrażenie kanciatych. Podłużne łóżeczko zrobione z delikatnych gałązek wikliny, stoi na podwyższeniu uplecionym z gęstych kawałków światła, dokładnie na punkcie przecięcia przekątnych. Wewnątrz spoczywa lalka. Ciało stworzone ze świeżych kwiatów, sklejonych złocistym miodem, nakryte przezroczystym lśnieniem snu, drga niespiesznie cichą poświatą świtu. Na obrzeżach prostokątnej plecionki, przysiadły pszczoły wyrzeźbione z wosku. Obok, na zardzewiałej ławce, siedzi biały szkielet ozdobiony różnorodnymi kulkami z kolorowego kleju nasączonego popiołem. Idealnie kuliste, nieskończenie powtarzalne w każdym kierunku. Z każdej wystają wskazówki zegara. Cała reszta mechanizmu schowana wewnątrz. Nieustannie słychać miarowe tykanie, niczym pulsowanie krwi, wśród suchych, oskórowanych gałązek Cztery ściany, częściowo zasłonięte siedzącymi, emitują nieznaczne prześwity bieli z ledwo odczuwalnym, drganiem wiatru. Postacie trzymają cukrowe świeczniki. Emitują czarne światło. Ciemne smugi szybują z wolna w różne strony. Minione oczy spoglądają do tyłu. Patrzą w głąb głowy. Z tyłu prześwitujący wizjer. Płaszcze z przezroczystej stali, ograniczają znacznie ruch. Krzesła stanowią obraz holograficzny. Nadzwyczaj wytrzymałe, z łatwością podtrzymują ciężar. Nie ugina obrazów. Wszechobecne lustra, odzwierciedlają po stokroć wszystko. Szkielet zdejmuje z siebie kolorowe ozdoby. Rzuca wysoko pod sklepienie. Niektóre tam zostają, przyczepione do sufitu. Inne spadają na podłogę. Każda postać chce złapać jak najwięcej. Stal robi się plastyczna. Umożliwia poruszanie. Kaleczą dłonie ostrymi sekundami, o srebrzyste skalpele wskazówek. Niektóre ranią z późno, by w przyszłości otrzymać wzmocnienie. Krew skapuje jednostajnie w rytm tykania zegarów. Kleisty czas, póki co przylepiony do jego upływu, nie ma zamiaru pożegnać domku przemijania. Z łóżeczka wstaje kwiatowa lalka. Kropelki miodu spływają po słodkich płatkach. Wirują wśród lepkich cząstek, a te z kolei przytulają krągłe ciała do smug ciemnego światła. Całość przypomina leżącą choinkę. Postacie nie gaszą świeczników. Jeszcze mają nadzieję, że ciemność zdąży im przypomnieć, jak bardzo może być jasno, a światło wyjaśni chociaż cząstkę tajemnicy mroku. Gęsty zapach sączy woń wokół kwadratowej sali, niczym stado symfonicznych obrazków, wziętych z wystawy na łące. Szkielet teraz przezroczysty, a krzesła nabierają nowych stabilnych cech. Pod sklepieniem, kulki obleczone błękitem, za chwilę będą białe. Nie muszą już spadać, by zmienić swój sens. Z lalki startują niektóre kwiaty. Szybują w okowach rozłożystych przekątnych. Przelatują nad centralnym punktem, by wylądować na woskowych rzeźbach. Wytapiają kształty życia na podobieństwo pszczół. Miodu nie muszą zbierać. Był tu od zawsze. Tak samo jak postacie, szkielet i cokolwiek jeszcze, z których zniknął popiół. Pochłonęło go sklepienie, będące zwieńczeniem grudek czasu, gdzie każda jest mniejsza od poprzedniej. Lecz czuć jeszcze rozkład. Tak zupełnie nie zniknął. Rozkład czego? Ściany teraz na pół przezroczyste. Posmarowane białym lukrem mgły. Za nimi majaczą jakieś kształty. W sklepieniu pojawia się otwór. Ogromne oko spogląda z góry, lecz tylko na chwilę. Zostaje okrągły cień. Kropla kryształowo czystej wody, spada na skrzyżowanie przekątnych, rozbryzgując ciało, na wszystkie możliwe strony. Krzesełka pustoszeją. Obrazy znikają. Kwadrat jednoczy się z kołem o tym samym polu, a dowolne kąty, podzielone na trzy równe części promieniami światła, pulsują możliwością. Łóżeczko też opustoszało. Lalka szybuje wysoko, pod samo sklepienie, niesiona zwierciadlanym podmuchem i wiecznie powtarzanym oddechem echa. Urzeczona widokiem, spogląda przez poziome okno. Pomimo, że z większym zrozumieniem (o wiele dalej, oraz niewątpliwe wyraźniej, widzi wokół całe połacie sześcianów), to i tak nie pojmuje całości, bez względu na to, w którą stronę patrzy. Jakby widok miał amputowany horyzont.
-
Tajemnica Możliwości Świtu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Leszczym Leszczym↔Tak kiedyś zacząłem pisać ciąg myśli, ale nie chciałem przesadzić w ilości:)) Pozdrawiam:) -
Cmentarna Wyliczanka
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Annuszka Annuszka↔Dzięki:)↔No przecie nie można, takim płochym ludziem być:))↔Pozdrawiam:)) -
Twój ślad błądzi wciąż przy mnie. Kolejny już raz pytam niebo o sens. Jeśli możesz to proszę powiedz, gdzie naprawdę jesteś. Chyba nie wątpisz, że są chwile w których próbuję cię odnaleźć. Wiem, to przecież niewykonalne. Tak dosłownie. Gdzie twój świat. Skąd mam to wiedzieć. Wybacz. Ja tylko tak. Chyba mnie znasz na wylot. Czasem pytam za dużo a innym razem olewam co ważne, parodią sensu namiastek. Tak bardzo chciałbym cię zrozumieć nie bacząc na to, czym obdarzył mnie los. Wcale nie gniewam się na ciebie. Nie potrafię nawet, lecz czasami trudno jak cholera, więc proszę powiedz gdzie te twoje niebo, w zwątpieniu chwil. Wiem, że nie dźwigam więcej niż mogę unieść. Chcę wierzyć, że każdy ma swój ciężar, dopasowany do możliwości. Rozumiem to, ale czasami tak po prostu brakuje zwykłych ludzkich sił. Póki co, zdarza się ciemność w środku dnia. Dlaczego każesz mi błądzić. Po omacku natrafiać na to, co rujnuje umysł niczym żelazna kula, ściany samotnego domu. Czy mam życie zostawić, uciec sobie stąd? Tylko dokąd, skoro nawet śmierć tego nie zapewnia. Tak się nie da. Zniknąć zupełnie. Tu i tam. Absolutnie. Jeżeli mnie słyszysz to musisz przyznać, że w tej kwestii nie miałem wolnej woli. Taka niestety prawda. Nie mogłem zdecydować przed swoim narodzeniem, czy chcę zaistnieć na tym świecie. Takim a nie innym. A może jednak podjąłem decyzję w jakiś niepojęty sposób, tylko nie jest mi dane o tym pamiętać. Myślę czasami poprzez pryzmat cierniowych marzeń. W tej krainie mego snu, chcę uwierzyć, że wydarzy się cud. A z drugiej strony widzę w zwierciadle nadziei cień, taki prawdziwy, że aż oczy bolą mnie. Czy bywa tak, że to co zasłania światło, jest ważniejsze od blasku, który może oślepić. Dręczą myśli te, czy to znowu nie sen. A jeśli nie? Czy ujrzę kiedyś świt poza zrozumieniem, lecz mimo wszystko pojmując gdzie jestem, dlaczego i jaki to ma sens? Nie tylko dla mojej świadomej tożsamości. Dla każdej. Jako myślącej odrobiny Universum. Takiej małej jak punkt.
-
jesteś w ogrodzie błędnym obojętnym wzrokiem taksujesz sadzonki marzeń wypadało by podlać tylko czym susza w tobie choć jeszcze dna nie widać napluj chociaż własną plujką zawilgocisz zawsze jakiś wysiłek i co naiwniaku wierzysz że doceni spójrz a jednak wyrósł ładny kwiat jak marzenie zabierz ze sobą tu zwiędnie na popiół teraz jeszcze pachnie przejdź przez zamknięte drzwi we śnie wszystko jest możliwe dopóki się nie obudzisz
-
1
-
Siedzę na nim nieruchomo, bo przez chwilę myślę i nie chcę, żeby mózg był rozproszony logistyką ciała. Przyduszony mną też w bezruchu. Różnica między nami taka, że ja mogę, a on nie może się poruszyć, z racji przynależnej tożsamości. Poza tym, to przerwa w konwersacji. Nie jestem wariatem. Nawet nie mam certyfikatu z tego tytułu. Chociaż niektórzy sądzą, że jednak mam, tylko nie wyjmuję na pokaz, by słoneczny kolor nie zmatowiał lub ktoś nie ukradł z zawiści. Na przykład tych dwóch, co przystanęło i zapytało: „Dlaczego pan rozmawiasz z samym sobą? ” Odrzekłem nie samotnie, tylko z naglącą irytacją w czeluściach strun głosowych, że nie sam ze sobą, tylko z Rowem Przydrożnym. R i P wypowiedziałem z dużych liter, przez szacunek dla podłużnego rozmówcy. Tylko ten jeden raz. Później będę nawijać z małej, żeby nie popadł w samouwielbienie. Po tym wspomnianym wyjaśnieniu, nie życzyli sobie lumpy jedne, kontynuacji rozmowy, tylko zabrali dupy w troki, bez pożegnalnych ozdób. Żeby chociaż środkowy palec pokazali w ramach gestu na rozstanie. Tacy niekulturalnie wychowani. Zgroza. Co za czubki czubate. Nawet – że mną – napisałem z kropką nad daszkiem. Tak mi nerwy popuściły. Ale jest edycja, to może poprawię. Żeby tak w życiu była, gdy potrzebna. –– Popuściły akurat na mnie –– słyszę rozmówcę nawiązującego rozmowę po przerwie. –– Nie dosyć, że mnie przygniatasz śmierdzącą dupą, to jeszcze przerwę robisz, jakbyś nie wiedział na czym siedzisz –– widzę wściekle buzujące kępki trawy. –– A ja tak lubię z tobą gadać. Wstydź się ludziu. –– Jesteś doprawdy upierdliwym rowem –– mówię filozoficznie, gdyż przed chwilą próbowałem myśleć i cwaniak ze mnie. -– Uważasz, że jak masz długość, to musisz mieć automatycznie: szerokość. Akurat. To nie takie proste w życiu. Postaw się na moim miejscu. –– Postaw? To już przechodzi wszelkie pojęcie. –– Gdzie, kochany rowie? Nie widzę. –– Boś durniejszy ode mnie. Żeby tak do rowu zagadać. Postaw się! –– dostrzegam pulsowanie kamienia na dnie, pełnym reprymendy. –– Dobrze, że dostrzegasz. Zaraz cię walnę, w ten głupi łeb człowieczy –– faktycznie, coraz bardziej wnerwiony. –– No dobra. Przyznaję. Poniosło mnie. Chyba się nie gniewasz, co? –– Oczywiście, że tak, ale póki co, gniewanie odstawiłem na poczną półkę, podwieszoną pod sklepieniem umysłu i przywiązałem sznurkami podświadomości oraz wstążkami z wyobraźni, żeby nie spadły, bo znowu musiałbym gniewnym być. –– Co z tobą? –– pyta rów, a ja wyczuwam autentyczną troskę w głosie. –– Aż tak pokrętnie, jeszcze nigdy nie gadałeś. Nawet narracje wtrącasz nie do swoich kwestii. Przecież rozmawiasz ze skromnym, przydrożnym wyżłobieniem. To czemuś taki spięty. Wyluzuj. Nie musisz mieć kompleksów lub się chwalić elokwencją. Nawet nie jestem melioracyjny. O kuźwa. Nawet nie jest melioracyjny. Tak nisko upadłem, siadając. No nie. Tym razem się wywyższam. W sumie fajny gościu. Taki zarośnięty w stronę horyzontu. Nie to co ja. Tylko pozazdrościć. Jego chyba coś gnębi. O cholera. Zaczyna padać deszcz, chociaż cebra nie widzę. To nic. Może rześka woda, ostudzi myśli, bo za bardzo skwierczą, niczym przypalane na masełku. Nadal leje i leje. Zacina na prawo Nadal zacina na prawo Muszę do niego zagadać, bo mnie okłamał. Swojego najlepszego przyjaciela. –– Widzę rowie, że teraz jesteś rzeką. –– Żadną rzeką –– wrzasnął zbulwersowanym nadbrzeżem. –– Nadal rowem, tyle że wilgotnym. –– Akurat wierzę. A z rzeką to jeszcze nie rozmawiałem. Nie umiem rzecznego. I nie wiem, czy chcę umieć. Ocyganiłeś mnie. Jednak jesteś rowem melioracyjnym. –– Jakim melioracyjnym. Pogięło cię? Przydrożnym, żeby samochody nie buszowały na polu. –– Głupiś. Jak się rozpędzi, to przefrunie. –– A właśnie, że tyś głupi. Mam dużo drzew cieci, na brzegu. Prawdopodobieństwo, że przeleci nad... ale przestańmy gadać o głupstwach. Tęsknię. –– Ty? A za czym może tęsknić rów? –– No jak to za czym? Tyle rozmyślałeś, a drzwi mądrości zaryglowane masz. Tęsknię za Rówenią. –– Aaa… za tą po drugiej strony jezdni. Nie mogłeś od razu przejść do użalania? Przecież ona już dawno leży obok ciebie. Stykacie się. O… tam dalej. Nawet przerwy nie widać. Jesteście jednym rowem. –– Przeskoczyła? Przypełzła? –– Czy ja wiem. Może. W naszej sytuacji, wszystko możliwe. –– Hmm. –– To rowy umieją hymhać? Kuźwa. Jest mi jego doprawdy żal. Tyle czasu są razem, a on nawet o tym nie wie. Chyba deszcz wszystko zakrył. –– Kochany rowie. Poczekajmy, aż wyschniecie. Wtedy zobaczysz jej dno i uwierzysz. –– Dno? Co mi durniu wmawiasz. Że tak nisko upadła? To z ciebie wariat, bo ze mną rozmawiasz. –– Spoko. To nic złego. Dno jest tożsamością rowu, a moje dno, to już niekoniecznie… to znaczy… tego tam. –– Znowu mi tu sraczysz filozofią? –– Żebyś wiedział. Szkoda, że nie rozmawiam z górą. Wystaje i widzi szerzej. –– Też jestem górą, tyle że do wewnątrz. –– Taa. Wstaję rozżalony i zaczynam odchodzić. Miałem nadzieję na terapeutyczną pogawędkę, a czego się doczekałem. Mam gdzieś, że przestało padać i woda szybko paruje. Zostawiam bezczelnego konwersanta. Niech teraz dogaduje drugiej połowie rowu. Tej swojej tam Przecież nie będę siedział i podsłuchiwał, jak na siebie nacierają. Może i jestem wariatem, ale pełnym kultury i obycia. Chociaż już mi przechodzi. Kiwam na pożegnanie, krzycząc: –– Tylko nigdzie nie odchodźcie. Jutro przyjdę was zaręczyć. –– Dręczyć? –– Z a r ę c z y ć. –– A, to fajnie. Będziemy czekać. Te okrągłe betonki mogą służyć za obrączki. Dziś prawdziwych wariatów, na kilku źdźbłach trawy, policzyć. Mieliśmy farta. –– Dzięki, lecz płakać wzruszony nie będę, bo później wyschniecie. –– Nam już teraz nawet deszcz nie straszny. I burze. I błyskawice. I pioruny. –– Cieszę się. Do zobaczenia. ** –– Kochanie. Rzuć okiem przez okno. –– Rzuciłem, złotko me. –– To zapewne widzisz naszego synka. Co tam robi taki przykucnięty? Wołałam na obiad, a on ani myśli przyjść. Chyba mnie nie słyszy. –– Kopie rowek łopatką. –– Aaa… to nie może na chwilę przestać. –– Hmm… pójdę z nim pogadać.
-
1