Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. zaśnij odpocznij nabierz sił za chwilę poczuję w oczach to fakt w nieswoich będą bardziej bolesne kto wie może z lęku że nie tam gdzie zawsze no nic jakoś wytrzymam żebyś mogła uśmiechnąć się moim a teraz popłaczę za ciebie twoimi łzami
  2. W nocy budzi mnie wyraźne bicie dzwonów. Mieszkam w tej chacie od jakiegoś czasu i jestem święcie przekonany, że w pobliżu nie ma żadnej dzwonnicy. Wstaje z łóżka i na pół ubrany, wychodzę do ogrodu. Tu kolejna niespodzianka. Na zewnątrz niebo pełne gwiazd i błoga cisza. Cofam się do wewnątrz i dźwięki wracają. Postanawiam wejść na dach. Na środku słyszę, na obrzeżach, nie. Wracam do mieszkania. I nagle jakby chwila chaotycznego dzwonienia oraz dźwięczne uderzenie i już tylko tykanie zegara słychać. * Jako, że jestem dość dociekliwy, a wiem gdzie mieszkają, jadę w odwiedziny do poprzednich właścicieli mojego domku. Niestety, dowiaduję się od sąsiadów, że gdzieś wyjechali, jak zwykle w tym dniu, ale powinni niebawem wrócić. A zatem czekam cierpliwie, gdyż owe niebawem, trwa już z trzy godziny. W końcu wracają i cieszą się chyba na mój widok. Ja wreszcie też. Zaczynam mowę o dzwonach, lecz po chwili, starszy jegomość, przerywa wykład, bo coś mu wpada do głowy, o czym świadczy nadprogramowa zmarszczka na czole. –– Hmm… to było tak dawno, kiedy jeszcze na miejscu naszego… to znaczy pańskiego domku, stała dzwonnica. Nawet już nie wiem dokładnie, w jakim celu została zbudowana. Aha, myślę sobie, to dlatego słyszałem na środku dachu. Musiała być wyższa. Nagle świta mi genialne pytanie. Zaczynam dopytywać: –– Przepraszam za dociekliwość, ale kto był fundatorem? –– Fundatorem czego? –– No dzwonnicy. –– Czekaj pan… niech pomyślę… o matko… to przecież nasz daleki przodek, nim był. Świeć panie za jego duszą. –– A państwo słyszeli tam kiedykolwiek dzwony w nocy? –– Nie. Nigdy… ale chwila… przecież dzisiaj byliśmy na cmentarzu. Odwiedzić bardzo wiekowy grób. No wie pan, taki zarośnięty zielonym nalotem na aniołku i płycie… Domniemam, że może chodzić o grób wspomnianego przodka. Coś nie coś, zaczyna się wyjaśniać. Drążę dalej: –– A dlaczego właśnie dzisiaj? –– No jak to: dlaczego? Z uwagi na rocznicę jego śmierci. Co roku tam jeździmy w tym dniu. To znaczy w nocy. Mniejszy ruch. A poza tym, zginął o tej porze. Nie wiadomo, dlaczego po diabła wtedy dzwonił. Niewyjaśniona tajemnica, że tak powiem. –– Z poprzedniego miejsca zamieszkania, też państwo jeździli? –– Oczywiście. –– No tak. Czyli nie mogliście słyszeć bicia wspomnianych dzwonów, gdyż był w tym czasie pusty. Dzwonił na próżno. –– Niby kto? Dom? –– Państwa przodek. A ściślej, duch. Przecież mówię. –– Teraz ja przeproszę, ale… z panem wszystko w porządku? Zwolnili za wcześnie, czy jak? Bo zaczynam się martwić. –– Niepotrzebnie. Wiem, co słyszałem. –– Zapewne. ~ –– A jak on zginął? Wiadomo coś? –– Z tego co wiem, jeden z dzwonów się urwał i go przygniótł na śmierć. Ludzie zaś opowiadali, że słyszeli… spadające chaotyczne dźwięki i uderzenie. –– No cóż. Chyba to wszystko, co chciałem wiedzieć. Dzięki za rozmowę. Jakoś mi lżej. Pojadę już. Do widzenia. –– Proszę się nie przejmować, tylko za rok w nocy spać gdzie indziej. * Rok minął. Nocuję w mieszkaniu kolegi. Mam jego klucze. Hobbysta. Zbiera przeróżne dzwonki. Tylko jednego nigdzie nie dostrzegam. Taki maleńki, śmieszny. Widocznie utknął w niewidocznym miejscu. Coś kojarzę jak za mgłą, ale nie pamiętam dokładnie. Nic właścicielowi nie mówię, o całej sprawie. Mógłby dziwnie o mnie pomyśleć. Chociaż po prawdzie, jakoś nie widzę zainteresowania z jego strony, ową kwestią. A właściwie, jakąkolwiek. W środku nocy zadaje mi pytanie: –– Słyszysz bicie dzwonów? Ciemny cień za oknem, kołysze się miarowo. Szyba w oknie, zaczyna dźwięcznie drgać...
  3. W spowitym mgłą kanionie, marzenia skryte pośród skał. Wariat szybuje nad nimi, lot zakłóca bliskość ścian. Uwalnia woń z kwiatów, co kolor zgubiły, zdrada bólem nie waży, ogród jest niebem w snach. Wszystko na ziemi obrazem, lecz tylko ramy ogrzewa słońce. Krwawe łzy tną zwątpienie, strzępki sumień, białe ślady niezabliźnione. Nie parzy płomień w lustrze, ciało ranią kawałki srebrzyste, ostrym końcem. Zwęglony zeszyt z nutami i czasie strumieniu, w szklanych ścianach duszy sprzecznych doznań. Światło złudnych cząstek w zaułku myśli tonie. Wydostać się nie umie. Kryształ umysłu rozbity w pył, nuci muzykę, stęsknionych pustych trumien. wariata sen na ziemi wciąż obrazem to nie ja on wie
  4. dziś pofrunąłem skrzydła mam ładne może się spełnią marzenia wszystkie na białej chmurce miękko usiadłem by moje prośby dotarły szybciej siedzę mamrotam dziwną modlitwę a ptaki tworzą podniebny zegar i co sekundę pospieszna piknie to czas upływa rozumiem teraz chmurki zniknęły lecę na ziemię tam wypowiadać ważniejsze słowa lecz tylko milczę wciąż zły na siebie bo tu już nie mam komu dziękować
  5. ? Pewnego razu żył poczciwy kat, a jego żona, wredną była. Nie dawała mu, ale dawała po gębie. Ponadto tłukła gdzie tylko. I stało się, że dla świętego spokoju, przytulił wiotką kibić za bardzo, aż okrwawiony kręgosłup z pleców wyjrzał, a zraniwszy mu dłoń, do przemycia wodą utlenioną przymusił. Ludność nie utyskiwała na postępek, jednakowoż na pogruchotanie toporem rdzenia, przewodem sądowym go skazano. Lecz szyja obwinionego tak twardą była, iż kolejnemu znajomemu po fachu, narzędzie odskoczyło chwilą ostatnią w czoło. Zatem przywołano medium, gdyż zabrakło katów na stanie z toporem. Eureka! Gdy skazaniec zjawę żony zobaczył, na złamanie karku pospiesznie uciekł.
  6. ... rozbitą filiżanką znowu upadasz a jednak na całym podstawku nadal
  7. wędrowiec ścieżką podąża ślady zostawia głębokie ciężar co dźwiga osądza bo trudniej z każdym krokiem zatem przystaje co chwila zrzuca go z siebie po trochu łatwiej wędrówkę zaczynać wtem dzień utonął w mroku o świcie nic go nie męczy wielka spotkała go łaska zniknął ten ciężar przeklęty ostatnia tkwi w nim drzazga co w żyle już popłynęła lekka jak w piórko zaklęta nie musi dźwigać on teraz dotarła wreszcie do serca
  8. na ciszy pięciolinii we wnętrzach wiolinowych trumien wyśpiewane martwe raniły nuty fałszując sens krzyżyków teraz zimne obojętne w bezgłośne zaklęte brzmienie mówisz że w naszej piosence umarły słowa a może... jeszcze nam warto choć nucić melodię próbować
  9. To chyba bardziej proza, niż wiersz. ------------------------------------ Zapewne pamiętasz. Wierzę, że tak. Powtarzałam żeś moją ukochaną piekarnią, a ty mówiłeś, do szpiku kości spocony, piecyku mój najdroższy węglowy. Wkładałeś we mnie długie pieczywo, chociaż raz po raz zdarzały się bułki. Żartowałeś wtedy, że coś nas z nimi łączy. Przedziałki. Dwie połówki tego samego. Ogrzewałam twój wkład, w naszą gorącą miłość. We mnie z oczywistych względów, było więcej żaru. Piekłam ze wszystkich stron. Rosło. Pęczniało. Aż rozrywało foremkę. Rumieniłam się z pożądania. Parowałam wilgocią, a piekarnia z namiętną czułością, pulsowała wykładziną z płytek, na których w końcu osiadł biały lukier. Przez szparkę szybował wspólny zapach pieczonego chleba. Niczym zabłąkany ptak, zwiedzał wszystkie kąty, poprószone białym pyłem. Jakby ktoś mgłę ozdobił brokatem z cząstek świtu i lśnienia jutrzenki. To były szczęśliwe dni. Lecz kiedyś natrafił na mąkę śmierdzącą trupem. Nie wiem, czy my to sprawili, czy tylko chichot losu, został za bardzo przypalony. Możliwe, że jedno i drugie. Nie przyszło nam do głowy, by kupić nową. Próbowaliśmy coś upiec. Pomimo. Lecz z pełnego ciepła chrupiącego rozkładu, wypłynęły niczym jelita z brzucha, warkoczyki cuchnących robali. Rzygaliśmy we dwoje, zielonkawą breją z ciepłych kluseczek, ścieląc nimi podłogę. Wtedy ostatni raz trzymaliśmy się za ręce. A później nastąpiło finalne poślizgnięcie. Trudno coś zmienić w trakcie upadku. Szczególnie na wznak, gdzie nie wiadomo, co jest z tyłu i w co się uderzy. Zrodziliśmy w naszych umysłach gnijący zakalec. W końcu przestałam piec twoje wkłady. Mam teraz serce żaroodporne. Chłodem złamane. Ty mi podałeś kromkę chleba. Twardą jak kamień. ** –– Kochanie. Wstawaj. Przygotowałem śniadanko. –– Czyli co? –– Bułeczki z przedziałkiem i pomidorkiem. –– Ufff…
  10. Tekst metaforyczny, rzecz jasna. byłam twoim ukochanym kałamarzem wtykałeś we mnie swoje pióro * od kiedy? dobrze wiesz pojawił się pierwszy kleks
  11. Porusza się płynnie i jednostajnie. Ma co prawda chwilę zwątpienia, ale szybko wraca do fazy początkowej: nie myśleć za dużo. Coś się może przegrzać i nie działać jak trzeba. Pokrzyżować wszystkie plany. A przecież ma zadanie do wykonania. Zielona trawa, przesuwa się po gładkich bokach. Dostrzega przed sobą przeszkodę. Grzebie w zapisie. Już wie. To kamień. Jedna z istot tego świata. Musi wniknąć świadomością. Poznać wewnętrzny świat. Odmienny od tego z którego przybyła. Podąża do celu wytrwale, bez większych emocji. Nagle coś jest nie tak. Musi skręcić. Wyminąć. Przecież tego nie chcę. Dlaczego więc musi? Jest bardzo blisko. Dostrzega szarą, wypukłą ścianę. Słyszy cichy zgrzyt, gdy ociera ciałem o twardą powierzchnię. Może być niewidzialna. To się jednak wiąże, z przeraźliwym bólem. Odczuwaniem nie znanym na tym świecie. Tylko w nagłych przypadkach, stosuje przydatną metamorfozę. Cierpi wtedy strasznie, ale jest bezpieczna. Kamień zostawia w tyle. Widocznie ma inny cel do osiągnięcia. Zupełnie niespodziewanie, zanurza się w dziwnie rozrzedzonej materii. Znowu przeszukuje zapis. To woda. Może tym razem wniknie świadomością. Pierwsza próba nie dała oczekiwanych rezultatów. Coś kazało ominąć wnętrze kamienia. Dym wylatuje z jej metalowych wnętrzności. Przestaje racjonalnie myśleć. Chciałaby stąd uciec, lecz nie może. Ta istota trzyma ją w płynnym uścisku. Gdyby tylko mogła przeniknąć do jej umysłu, to by wiedziała, jak temu zaradzić. Podejmuje desperacką próbę. Jest niewidoczna. Nie odróżnia się od istoty, w której przebywa. Na nic to wszystko.Taki sam wygląd wcale nie pomaga. Wie, że za chwilę, zepsuje się do reszty. Dlaczego musiała wjechać w tę: istotę, omijając kamień. Przecież tego nie chciała. # * – Bój się boga! Dziecko! Przestań się pastwić nad tą maszyną. – Ależ mamo... – Wyłącz mu świadomość. Natychmiast! To najnowszy model. Niech przyjdzie do siebie. – Mamo. To niesprawiedliwe. Panel Sterujący leżał przed drzwiami. – Widocznie ojciec zapomniał schować. – Nie moja wina. – Dobrze wiesz, że to nowy członek rodziny. A ty się nim nieodpowiedzialnie bawiłaś. Tylko ja z ojcem, mogę go odpowiednio wychować. – Nie moja wina, że wleciał do kałuży. – A właśnie twoja. Za bardzo ingerowałaś. Pozbyłaś go wolnej woli. – Ale... – Nie ma żadnego ale. Jestem zmuszona zastosować wobec ciebie karę. – Mamo! Tylko nie to. – Nic ci nie będzie. Zostaniesz na jakiś czas zdemontowana, rozłożona na części. Może to cię nauczy, jak w życiu postępować. – Ale później złożysz mnie na nowo. Obiecaj. – Boli mnie... coś nie tak. – Mamo! Co z tobą? Co się dzieję? – Zasilanie mi pada od tego wszystkiego. Podłącz mnie szybko! Proszę! – ... – Na co czekasz? – Obiecaj, że mnie nie rozłożysz! – ... – Obiecaj! – ... – Obiecaj! – O
  12. @corival Corival↔Dzięki↔Ano. Słuszny komentarz, w znaczeniu tekstu. Czasami tekst, jak życie... lub odwrotnie. Co właściwie na jedno wychodzi:)↔Pozdrawiam:)
  13. po cóż różo kolcami ranisz tak delikatne płatki twe zapłaczą rosą przez gęstą szarość sącząc łzy swoje na świtu mgłę nie płacz łąko że kwiaty więdną magiczną wodą tej nocy śnisz jesteś dla nich nową kolebką snem twoim ciało o brzasku lśni rześki strumyk wstążką srebrzystą marzenia owija nurtem swym białe motyle nutki formują z oddechu łąki tu wiatr się skrył przytulić ciernie do nagich dłoni czerwone maki ujrzeć w nich może jutrzenka źródłem nadziei rozwodni ciemność do jasnych dni
  14. @Gosława Gosława↔Dzięki:)↔Gdy zaczynałem pisać tekst, to nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób zakończę. A czasami mam odwrotnie (także w prozie). Dopada mnie zakończenie i dopasowuje, tekst, by wyniknął z niego taki finał. O tyle łatwiej, że człek wie, do czego dąży, chociaż nie zawsze koniec jest... jednoznaczny:)↔Pozdrawiam:)
  15. jestem z tobą w ogrodzie w powiewie wiatru śladach na trawie pamiętasz piłam ziołową herbatę ty niezgrabnie plotłeś wianek mówiąc pachniesz sokiem wiśniowym miałeś czubek nosa pobrudzony miodem wokół zakwitał czas w białych kwiatach jabłoni jeszcze tyle miał wydać owców trawa była śliska od rosy ozdobiłam kamień czerwonymi nitkami za wcześnie zerwane spływały ku ziemi tak wiem spojrzałeś wtedy w niebo kołyszę cię teraz w ciszy między światami tobie pewnie niewygodnie przepraszam kochanie nie mnie przeciąć sznur
  16. Tubylcy wiwatują z zapamiętaniem. Nic dziwnego. Za chwilę w naszej osadzie, odbędzie się coroczny wyścig: Spowolnionych Ślimaków. Jego szczytnym i dumnym, chociaż nie jedynym celem, jest rozluźnienie stosunków międzyludzkich. Stanowią bowiem istotny problem w moim społeczeństwie. Wódz, czyli ja, wybrałem już dobrowolnych uczestników. Stoją pod rząd na początku metrowej bieżni. Czekają zniecierpliwieni i z wolnej woli muszą być chętni. Na horyzoncie majaczy meta. Podchodzę do pobliskich klatek. Dźgam oszczepem kilka lwów. Donośne ryki robią za wystrzał startera. Wystartowali. Zasada jest prosta. Kto przekroczy metę jako ostatni, zostanie zwycięzcą i niczym więcej. * Jak zwykle bieg wlecze się jak flaki z olejem, w otoczce dopingujących okrzyków. Jednakowoż każde znieruchomienie, chociażby na nieskończenie krótką chwilę, jest równoznaczne z dyskwalifikacją, której zastosowanie, może być także sprowokowane, muśnięciem linii mety jako nieostatni. Zatem każdy zerka z obawą na innych, czy czasami nie zostali w tyle, jednocześnie nie ustając w drodze. Ponadto samo poruszanie ciałem nie wystarczy. Liczy się wyłącznie parcie do przodu, bez najmniejszej próby cofnięcia. * Jestem wodzem, więc popatruję na spokojnie, myśląc sobie, czy zwyczajowy zwyczaj zwycięży. To znaczy, czy staną w końcu wszyscy przed metą, gdyż żaden z uczestników, nie będzie chciał przekroczyć jako pierwszy. Nie. To niemożliwe. Ki diabeł. Jak on to zrobił. Czyżby nikt nie zauważył? Właśnie ślimaczy się na środku bieżni, a reszta zgodnie z moim proroctwem, przystaje w nieskończenie krótkiej odległości od linii końcowej, na nieskończoną krótką chwilę. Moje schowane przyrządy natychmiast przewinienie wyłapują. Przegrani padają sztywno na ziemię i nie mogą się chwilowo ruszać, by nie utrudniać. W tym samym momencie, rozbłyskuje nad nimi obszerny napis: Dyskwalifikacja + uczestnictwo w poczęstunku. Nasz ukochany Wódz, chce wam w ten sposób podziękować, za wzięcie udziału. Czas wyścigu się przeciąga, a mnie razem z przybocznymi, spieszno do realizacji przydatnych aspektów demograficznych oraz innych. Wrzeszczę do buszującego na bieżni, że ostanie pół metra, może pokonać sprintem. Prędkość już nie ma znaczenia. I tak będzie zwycięzcą. Tłum go ponagla, lecz on idzie wolniutko, niczym zraniony ślimak ze smutno zwieszonymi czułkami. Jakby nie wierzył w bezpieczny finał, gdyby nagle przyspieszył. Może wyczerpany trudami podróży, lub tym, na co się napatrzył, gdy był częścią obserwujących. * W tle słychać znane żyjącym dźwięki. Tradycyjne po każdym wyścigu. Aż stalowe pręty drgają.
  17. @Antoine W Antoine W↔Dzięki:)↔Zdaniem mym, nie wszystko musi współgrać ze wszystkim. W życiu też tak jest. Ile mam ob?↔Nie mam pojęcia. Lata temu miałem ostatnio:))↔Pozdrawiam:)
  18. delikatny cuchnący chrobotaniec za ścianą zaśnięcia pazury wydziergane z nieznanej przyczyny lęku ranią podświadomość zrywają ostatnią nitkę łączącą z zewnętrzem pod sklepieniem umysłu gniją kolorowe gwiazdki spadają strzępki zwęglonego lśnienia inny dźwięk stukających trupiocegieł ze spleśniałym nalotem nieuniknionych zdarzeń tworzy ciemną jamę z rozkładem cieni nie możesz uciekać strach wycisnął całą tubkę na katafalk z twardych grudek popiołu leżysz rozkrzyżowany przyklejony dodatkowo przebity szpilką jak martwy motyl z urwanym szybowaniem przeszła miękko przez calutki wczorajszy obiad * to wychodzi z otworu szelest i darcie materiału szmaciana lalka trzyma igłę z nawleczonym oślizgłym jelitem bardzo cienkim różowawym jak krem ciastka tortowego pocerowany uśmiech ze skrzepłej krwi ukazuje resztki dziąseł czujesz nurkujące ostrze w galaretce źrenicy jakby chciało zaszyć widzenie wspomagając się ciemną plamką gałkę wyjmuje łyżeczką wydzierganą z włóczki utwardzonej krochmalem ze sproszkowanych zadów starych ropuch ściekają z niej warkoczyki spazmów bólu po dyndającym nerwie wzrokowym kolejny uśmiech skrzypi trelem białych i czerwonych krwinek z nutką ob oraz flagą uplecioną z wianuszka wiolinowych żył słyszysz ciche bulgoczące melodie kiszki grają żałobnego marsza w karawanie brzucha a serce pulsuje hymnem państwowym to szmacianek patriota wymierza karę za niewłaściwą ścieżkę snu też kochasz ojczyznę ale nie tak i nie teraz barwne gałganki stają się nagle sztywne stężeniem pośmiertnym skalpela słyszysz trzaski usztywniania a w bezzębnej jamie wyrastają ostre zęby czujesz słodki odór stęchłych zbutwiałych szmat są silne rozwierają twoją szczękę wślizgują się pod kopułę podniebienia dławią oddech reszta przygniata wokół ciężarem klaustrofobii i duszności większość szmaciozwłoka wygryza tunel poprzez pępek i znika w czeluściach torsu mości się i wierci we wilgotnych flakach wywraca żołądek na lewą stronę nabija sobie guza o żebrowany sufit dureń chciał rozprostować gałganki stając nieroztropnie słupka dodatkowo charczy wierszem niech to szlag durny świat gdyż nieznana pestka z treści utkwiła mu w przełyku ostatkiem sił grzebie w szmacianym gardle jednocześnie rozszarpując nikłe wnętrzności szansy przebudzenia
  19. nie może tak dłużej być wciąż wieszają na mnie psy zrzucił na nich zwierzątka uszkodził wielu zadaniu sprostał poczuł rychło wiarę w przyszłość zaprzestano procederu tego powieszono jego
  20. Przygarbione starością, skrzypiący kościotrup, przykryty siwym lukrem. Gałęziowe piszczele, dźwigają szczątki zgniło zielonych skórek, a chropowata otrupina, odsłania zepsute miejsca oczodołów pnia. Na wierzchołku stado kruków. Skrzeczą przeraźliwie, oblepionymi zgnilizną piórami, wskazując kierunek. Coś się zbliża. Wygląda obiecująco. Jednak wrzaski ptaków temu przeczą. Nie chce wierzyć skrzydlatym trupiokrakaczom. Przepowiednia głosiła, że zostanie ślicznie ozdobione. Może nawet przyjdą oglądać, pod pajęczyną lśniących gwiazd. Będzie potrzebne. Chmura odsłania słońce. Gałęzie ronią łzy wzruszenia. Jeszcze trochę i usłyszy dobrą nowinę. Stalowe zęby, podrzynają pomarszczone gardło. Żółtawe wiórki drewnianej krwi, tryskają na boki, ostatnią chwilą. A niedaleko… szkółka leśna przykryta śniegiem, czeka na wiosnę.
  21. @Justyna Adamczewska Justyna Adamczewska↔Dzięki:)↔No w sumie... przestroga może być czasami... nie tym, co kryje jej sens. Różnie w "sadzie bywa":)↔Pozdrawiam:)
  22. Kwaśny Miód ujrzałem tysiące zwiędłych niewielkich pąków wyrzuconych poza ogród chociaż głód dokuczał nie mogłem przełknąć chleba z miodem był kwaśnym zwątpieniem niemożliwością poznania łąki na horyzoncie dotykały nieba pochyliłem się dotknąłem jednego z nich poczułem na dłoni krople rosy lecz suchy szelest samotnej parodii zapachów gdy promień słońca rozdarł zasłonę z ciemnych chmur delikatnie przygarniał niepewność a wiatr zakołysał snem o zakwitnięciu w czystym krysztale błękitu Pięciolinia pozwól ciemności jasno świecić cienia możliwość jej odebrano czy ma zapłonąć ogniem zakryta zostać zwęgloną kochaną za mało złudna słodycz co miłość dławi zabija gorycz balsamem cała zrywać owoce choć dłonie parzą bólem wzmocnienia gdy umysł oszalał zranione nuty krwawej bieli muzyka pulsem rytmem ożywczym na pięciolinii kluczem otwarta ciszą nie wzgardzi roztańczy zmysły
  23. pσsłucɦɑj tu ɗɾzewɑ z ƙɑżɗą cɦwilƙą ƙwitƞą ziɱą ƞie wiσsƞą tʮlƙσ cσ z tegσ ɱɑɱ ɱieć? pɾzestɾσgę bʮś ƞie zɑƙwitł wstecz
  24. Pierwszą, trochę dziwną sytuacją w owej krainie, która rzuca mi się w oczy. No właśnie. Misie, a właściwie jeden. Widzę białą chmurkę na zielonym niebie. Zmienia pierzaste kształty, wiercąc się na wszystkie strony, aż nagle słyszę zdecydowany ryk białego niedźwiedzia. –– Zaraz cię zjem, ludziu –– misiuje paszczą. –– A takiego –– odczłowieczam swoją, pokazując środkowy ząb. Pragnie nieznośnie na mnie skoczyć, gdyż zrobił przysiadł startowy na tłustym zadzie, zapewne w celu spożycia mej skromnej osoby. Nie może jednak, gdyż promienie słoneczne, plotą trzy po trzy ogrodzenie, okrążając niedźwiadka, klatką. Zniewala go prętami, a ponadto łańcuszkami przelatujących puszek, z konserwami fok wewnątrz. Szamocze futrem, wygina pręty z apetytem, aż kłaki wychodzą na zewnątrz oraz małe morsy z odstających uszu, z nadgryzionymi ślimakami. Możliwe, że misiu już teraz głuchy, jak lodowy pień. A wspomniane morsy właśnie wystukują wielkie kropki na nieboskłonie, wiadomym alfabetem. Stukanie płoszy coś, lecz nie wiem, co, a jedna z krop, ćmi krągłością słońce. Wrze całkiem wściekle, wywołując burze oraz wnerwione plamy. Na chwilę mrok ogarnia wszystko lub nawet więcej. Nie wiele myśląc, zwijam ciemnego paskuda w rolkę i wyrzucam do prostopadłego świata, schowanego w strunie gitary z chwytami. Pragną mnie złapać, rozczłonkować gryfem i zaprosić misia na obiad, wreszcie po ludzku przyrządzonego. Lecz nagle wstęga rzeki, powstaje z koryta, a jej ruchy są bardzo płynne. Po chwili ogromny rozszalały diabeł w kształcie młyńskiego koła, szaleje niczym pijany chomik, co biega w środku. Trzyma w trzeciej łapce parasol, bo pozostałymi przebiera się w białą mysz. Jest ich coraz więcej. Nagle pyk pyk znikają, tylko białe dymki z ogonkami po nich zostają. Wielkie obszary wodne, nadal bulgoczą po łukowatych bokach, a ryby oprócz gadania, zyskują możliwość śpiewania, strasznie fałszując historię, łącznie ze mną. Aż skołowane raki, biegają do przodu. –– Tra la la –– rybują wesoło. –– To już lepiej gadajcie –– ludziam ustami. Wtem zyskuje pewność, że cała planeta się spłaszcza niemiłosiernie, robiąc siebie nie w konia, jeno w dysk. Zatem biegnę z ciekawością podwieszoną do gałek ocznych, na kraniec świata. Siadam na krawędzi. Dostrzegam przede mną bezmiar kosmosu i dwa walczące wspólnie, słoiki truskawkowych konfitur. Wyrzucają ze słodkich wnętrz, różowy gęsty mus, by zakleić przeciwnikowi nalepkę, żeby stracił tożsamość i nie wiedział co jest grane na wszechświatowych harpiach. Nagle dostaję odłamkiem bitwy. Zawieruszoną szypułką z dyndającym, cukrowym barankiem. Wierzga rogami tak aż mechaci własną wełnę. Widzę też wirującą galaktykę spiralną, opaćkaną słodką mazią. Jest blisko mnie. Czuje podmuch i muskające gwiazdy na twarzy zauważam kometę z reklamą: „Pij piwo, póki ci nie ucieknie, tak jak ja.” Póki co, przywala mi ogonem prosto w dziurkę od nosa, tak figlarnie, że zaczynam chichrać jak głupi do ciała niebieskiego. –– Cha cha cha –– chacham sobie. Chachanie przerywa supernowa. Bezczelnym wybuchem taśta śmiech, aż go zmienia w zwykły półgębek. W tle zwisających stóp, majaczy błękitna planeta. A zatem jestem tu. Daleko od domu. Sytuacja się raptowne zmienia. Czuję za sobą ciężkie stąpanie i łapczywe sapanie. Jestem przekonany, że to biały niedźwiedź. A to tylko pan ze skarbówki. Pragnie podatku od możliwości podziwiania dziwów. Płacę kartą zbliżeniową do białego karła, ale za bardzo, bo ją przegryza zgryzem, wyciosanym z bieguna południowego, aż się biedny konik przewraca. Rozjeżdża go spychacz, a mnie chce zepchnąć z krawędzi świata. Kieruje nim mucha o trzech skrzydłach, a wielooczne oczy niczym kiście winogron, zwisają po bokach, oblane czekoladą, płynnym karmelem i musem jabłkowym, z ledwo zipiącymi robaczkami. –– E tam… w zwykłym sadzie, było spoko. A tu co? –– marudzi pierwszy. –– Tu nawet pytanie: co, nie ma sensu –– dodaje drugi. –– Nie dodaje trzeci, gdyż wpadł pani szofer w oko. Na szczęście atak spychacza uniemożliwia linijka. Przecina jadącego agresora ostrą dziurką, bo pragnie zmierzyć długość moich wspomnień, tęsknot i różnych innych głupot. Jakoś nie może tego zrobić, bo ryby przeraźliwym wrzaskiem, pękły jej słuch na całej długości. Nie zostaje zepchnięty poza krawędź, ale buty mi odpadają i wlatują do czarnej dziury, z której próbuje się wydostać, świetlisty ludzik. Nie może biedny. Nieruchomieje na horyzoncie zdarzeń, z wnerwionym grymasem na twarzy. Uderza go drugi i za chwilę są pogniecioną kulką światła. –– Pieprzone czarne dziury. By tylko wciągały –– słychać spłaszczone, cienkie głosiki. –– Z czasem jej minie. –– Akurat. Nie tu. –– No tak. Niespodziewanie planeta wraca do kulistości. Kulam trochę ciało, a gdy wstaje obolały , widzę ogromny, zawzięty spinacz. Lśni srebrzyście, między biurkiem, a moimi chęciami do ucieczki, gdyż coraz bardziej wyprostowany, w krwiożerczy szpikulec. Nagle nieboskłon zniża nieprzyzwoicie pułap. Czuję jak moje włosy, pieszczą frywolnie przelatujące śmieci, meteoryty oraz inne satelity. Aż mi staje widok przed oczami. Lecąca tubka pasty do zębów, z podwieszoną sztuczną szczęką oraz babcią wrzeszczącą niewyraźnie, która chce ją złapać i włożyć, by ugryźć kawałek karmelu z resztek spychacza oraz zlizać cukrowe futerko rybobarankom i pobiegać w pierścionku wody, by schudnąć. Dziadek też szybuje na fajce, a z cybucha wystaje kawałek dymu i dziadkowe, kosmiczne pykanie na strunach. Z wnętrza słychać wnerwione pokrzykiwania, zawiniętych światów. –– Proszę nam nie stukać w łukowate sufity. Kultury trochę. –– To o nas? –– pytają kulturalnie, kultury bakterii. –– A wy tu skąd? –– pytam grzecznie. –– Z Gminnego Środka Domu Kultury. –– A nie przypadkiem z innego? –– Przypadkiem nie. –– Aha. Wtem mrok trochę jasny nastaje i sytuacja powraca nie ta sama. Jestem na ogromnej łące. Błękitne łany pyrozbóż, falują dobrodusznie, lecz coś w powietrzu wisi. Widzę zwykłego trupa na kłosie. Taki tyci malutki, obgryzany przez motyle. Czuć zapach inny niż zazwyczaj i słychać przemożny, klekoczący hałas. Na horyzoncie dostrzegam szarą, falującą masę. W miarę jak jest bliżej, już wiem co to. Horda wysokich i przystojnych pod chmury, kroczących szkieletów z dyndającymi resztkami ciał. Mają kolorowe czapeczki na czaszkach i sztywnych włosach i hula hop na miednicy. Przytłaczają swoją wielką postawą. Zaczynają radośnie, lecz groźnie tańczyć, aż woda chlupocze w miednicach. Biały misiu, cofa się w popłochu na tyły klatki. Jeden ze szkieletów wyciąga zwierzątko kościową dłonią. Wydusza mięso i gnaty, by po chwili ofiarować swojej wybrance, mówkę na twarde dłonie, bo nadchodzi chłód, na mroźnych nogach. Lecz taniec trwa nadal. Niektóre grają na piszczelach, skoczne takty marszu żałobnego. Tak bardzo skoczne, że z wielu spadają mięsiste szczątki, z głośnym plaśnięciem, aż dostaje odłamkiem ślepej kiszki w oko. Jeden pieszczoch przytula, rozkład jazdy pociągów. Widocznie czuje w nim bratnią duszę. Rozkład się wierci niemożliwie i przywala mu spóźnieniem o sto dwadzieścia minut. Inny kościotrup robi przysiad. Może pragnie defekacji. Tylko nie wiem, skąd mu wyleci i co. Póki co, widzę przede mną ogromną czaszkę. Nagle rosną na niej wskazówki zegara, a z oczodołu wyskakuje kukułka, w połowie rozłożona na sprężynce i kuka przeraźliwie północ. Aż przychodzą, o dziwo, zwykłe bociany, gdyż chcą sobie poklekotać do rytmu, ale klekot luźnych gnatów, je całkowicie zagłusza. Odlatują wnerwione do wrzących krajów. Na szczęście niestosowna sytuacja rozchodzi się po kościach i wszystko znika. Tylko łąka zostaje. Trochę spokoju, myślę sobie. Ale gdzie tam. Atakuje mnie wielka księga, nie wiadomo skąd. Otwiera i zamyka swoją paszczę. Wewnątrz widzę jakiś głupawy tekst. Uciekam spłoszony, gdyż chce mnie pożreć, ostrymi jak brzytwa akapitami. Wylatują z niej literki. Okrążają ze wszystkich stron. Nie mogę złapać oddechu. Wiruje wokół mnie i zaczyna dusić gardło. Moje gardło. Kartki też są agresywne. Na szczęście rzeka przypływa i rozmacza wroga, na wilgotną miazgę. Nagle widzę barany. Zaczynam liczyć. Chyba zasypiam na ćwierć gwizdka. One na pół. Widzę tytuł atakującej książki, lecz niezupełnie wyraźnie. Spływa z lepkiej okładki i strasznie cuchnie. Ktoś mnie szarpie za rękę. To ogromna biała mysz, chomik i spychacz. Biorą ślub na łyżce. Co? Jaki ślub? Na jakiej łyżce? Nadal jestem szarpany. Przestańcie. Nie jestem gitarą. Skąd ta mgła? Biało wokół. Mogę ruszać rękami. Mogę ruszać nogami. Na szczęście inne członki działają. Co ja gadam? Słyszę głosy i ogólne zamieszanie. Widzę białe anioły. Wirują im skrzydła. Czuję podmuch na wszystko. O kuźwa! To tak jest w niebie?
  25. @Gosława Gosławo↔Dzięki Ci:)↔Miło mi zaiste rzeknę i podziękuję pięknie:))↔Pozdrawiam:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...