-
Postów
2 810 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
jeszcze nie wiedzą małpy rozumem że bez kochania to fajnie przecież lecz czas upłynął i każda umie warczeć sumieniem jestem człowiekiem * kumasz inaczej tyś moim celem walmy się wespół tam i z powrotem ja swoich racji spożyć chce wiele zatem z miłością dupę ci skopię tłuką dźwiękami bojowe surmy świszczą idee skrajności wszelkie tam hen daleko szef całkiem główny a tutaj blisko wciąż ktoś polegnie lecz nagle wrzaski pod dachem nieba co po naszemu głoszą nam słowa chcieliśmy pomóc na swych talerzach ale nie chcemy tu zwariować spadajcie w kosmos to waszym celem zabić nam wolność chcieliście zołzy a my pragniemy tak wszak niewiele między swoimi prać bliźnich mordy * leżą pociski umarłe w działach i tak ogólnie jakoś bez życia a na sztandarach powiewa chwała lecz nie ma komu o sens zapytać
-
Samotny sąsiad, z obawy o to, by potencjalne zwłoki, których jest prawowitym właścicielem, nie zapaskudziły fetorem wszystkiego wokół, dmuchnął na zimne i nabył „nowinkę techniczną” zwaną potocznie: czujnikiem śmierci, co zgodnie z instrukcją, powinien robić głośne: uu uu uu, przy pierwszych – chociażby minimalnych początkach rozkładu – i powiesił owe coś, nad drzwiami wejściowymi do swojego mieszkania, od strony korytarza. Gdy dzisiaj rano zbudziło mnie wspomniane: uu uu uu, to w samych gatkach wybiegłem, a zobaczywszy nad futryną, zapętlony filmik, gdzie zakapturzona postać, ścina głowę wiadomym narzędziem – które inicjuje powtarzalną, czerwoną fontannę – nadusiłem przycisk dzwonka, mając nadzieję, że kupił sprawny sprzęt i zapewne nie otworzy. A jednak, ku memu zaskoczeniu, otworzył – chociaż smutno zapłakany – i ze łzami w oczach oraz przez ściśnięte żalem gardło, wydusił z siebie, że dzisiaj w nocy, umarły nagle, jego ukochane białe myszki.
-
w cieniu słów z wyrwanych zdań klaun uśpiony zaklęty w tytule dziurawy czerwony nos pełen tłuczonego szkła dziewczynka o obrazkach śni dłonią dotyka gładkiej okładki coś rani jej palce ona nie płacze przebacza kroplami krwi papierowe prostokąty szeleszczą dzięki marginesami tytuł też pytają w nasz świat chcesz wejść ujrzeć ilustracje tak lecz w którym miejscu otworzyć mam w jaki sposób zobaczę tu znowu kartka biała wkrótce obejrzysz wszystkie bo wszystkie pokochałaś
-
1
-
–– To literacki portal. Rymy dokładne, w zadzie swym zostaw. –– A w twoim mogę? No wiesz. Na zdrowie. –– Durnyś! Ani mi się waż, bo przywalę w grafomańską twarz. I wiesz co? –– No co? –– Mądrzejszy od ciebie kapuściany głąb. O! –– E tam. Przesadnie kłamiesz, ty mój balsamie. A może włożę jednak. Pani profesor rozrywka potrzebna. A jak mnie coś najdzie na defekacje? Dokładne też fajne takie. Nie możesz być poważna jak karawan, bo jeno na zwłoki się nadasz. –– Gramofon tyś! –– A nie sidi? –– Oprzytomnij, bo kopnę cię w rzyć. Albo lepiej w głowę, byś tylko z moim, liczył się słowem. — No ale… –– Żadnego mi ale! Słuchaj mnie nadal za karę. –– Cały czas słucham, jak do mnie gruchasz. A jeśli mam własne zdanie? –– Własne to mogę mieć ja, co na poezji się znam. A cała wierszczykowa bieda, musi na moim polegać. –– Jak żołnierz na wojnie poległ? –– Mógł stać w innym miejscu matole. –– Skoro twierdzisz, że to mus, to ci rozum poszedł w biust. Przecież każdy ma inny gust. –– Ty grafomanie. Na tej durnocie poprzestaniesz. Z tobą to tylko skaranie. –– E tam. Najważniejsze jest, czy mnie się podoba lub nie. I babo pyskata, nie bądź głupia, gdyż każdy inaczej wyraża uczucia. I co mu w psychice stanie. –– Tobie już nic nie stanie. Nawet poezji fiut, boś głupi jak but. –– Taki jest świat. Gdyby wszyscy tacy sami, to koniec z nami. Niszczyć różne wyrazów nacje, to jak tańczyć z wariatem nawet. Ale takim fałszywym, nie oddanym sprawie. Też tworzę duszyczką i sercem poezji kobierce właśnie. — Raczej częstochowskie chaszcze. Skoro takie kobierce, to nie chce ich widzieć więcej. Tyś filozof z łaski durnia. Konie rządzą, a nie furman. –– Chaszcze też rzeczą potrzebną, by się schować przed wiedźmą. –– Jak chcesz to się chowaj. Tyle ci powiem. Lecz to ci nie wyjdzie na zdrowie. Spójrz grafoczubie wokół. Całe tłumy wierzą, że w każdym zakątku, jestem poezją. –– O! W każdym na pewno? Miny im nie zrzedną? Widzę że przezorni mają maseczkę. –– Przestań pajacować wreszcie. –– Widzę, że ciebie chętka bierze, by nawet tam poczuli poezje. –– Co to mi insynuujesz? –– Nic. Jeno się przekomarzam. Bułeczkę ci truję. –– Ale zrozum. Ja na twym przykładzie, nie chce dla nich źle. Po prostu wiem, co ma się komu podobać, lub nie. –– Ech...
-
zamglone światła ku niebu krzyk zamarł w okowach ciszy w powstałej przerwie muzyka budzi cichą poczwarkę wierzy że ktoś chce usłyszeć błękit sklepienia horyzont maluje podniebne sploty tworzących się skrzydeł ślady tęsknot dawno zdeptanych zespala swym lotem motyl kielichy z wiatru wirują samotnych klatek diamenty kwiaty płatkami jednoczą świetliki chwil czasem zrodzonych obrazem w kryształ zaklętym
-
pupilek piesek z Brokatowa produkcją brokatu się zajmował włosy dziś obsypała za bardzo powąchała musiała je umyć od nowa wesoły figlarz z Piesiuwielkie u wiedźmy chody miał on wielkie piesek zjadł miksturę brokatem jest Burek lubą obsypał jej ratlerkiem zaradny piesek z Łapzałapkę obsypał brokatem suczkę właśnie oprócz miłości w budzie wśród kości ma dodatkowo nocną lampkę poczciwy bernardyn z Psichdilów w brokatach wytarzał się tylu że strwożył krew przerwał im sex przepędził gołych pies Baskerwilów łapczywy piesek z Losmunadał mięskiem błyszczącym się objadał pani dziś padła miał dużo jadła na dokładkę w kiszkach karnawał nieśmiały piesek z wioski Psówpięć ukrył swe ciało by spokój mieć a w nocy chryja oślepił wampira ten myślał że słońce no i sczezł zmartwiona Zuzia z miasta Latem piesek pożegnał się z tym światem spójrz mamo grób on ma choć smutno cieszy się tam niebo płacze białym brokatem
-
przestań już stukać w drzwi których nie ma tylko niewinne mącisz powietrze stoisz na progu wyjść możesz teraz jednak futryna trzeszczy i gniecie w oddali łąka kwiatów kobierce gdzie biały bocian pożera żabkę zielone ptaki w niebo zaklęte kamieniem śniącym o skale gładkiej na horyzoncie lasu jest smuga z lekka zakryta mgielnym całunem droga daleka stać iść czy czuwać pogadaj z wiatrem może pofruniesz
-
2
-
zaśnij odpocznij nabierz sił za chwilę poczuję w oczach to fakt w nieswoich będą bardziej bolesne kto wie może z lęku że nie tam gdzie zawsze no nic jakoś wytrzymam żebyś mogła uśmiechnąć się moim a teraz popłaczę za ciebie twoimi łzami
-
W nocy budzi mnie wyraźne bicie dzwonów. Mieszkam w tej chacie od jakiegoś czasu i jestem święcie przekonany, że w pobliżu nie ma żadnej dzwonnicy. Wstaje z łóżka i na pół ubrany, wychodzę do ogrodu. Tu kolejna niespodzianka. Na zewnątrz niebo pełne gwiazd i błoga cisza. Cofam się do wewnątrz i dźwięki wracają. Postanawiam wejść na dach. Na środku słyszę, na obrzeżach, nie. Wracam do mieszkania. I nagle jakby chwila chaotycznego dzwonienia oraz dźwięczne uderzenie i już tylko tykanie zegara słychać. * Jako, że jestem dość dociekliwy, a wiem gdzie mieszkają, jadę w odwiedziny do poprzednich właścicieli mojego domku. Niestety, dowiaduję się od sąsiadów, że gdzieś wyjechali, jak zwykle w tym dniu, ale powinni niebawem wrócić. A zatem czekam cierpliwie, gdyż owe niebawem, trwa już z trzy godziny. W końcu wracają i cieszą się chyba na mój widok. Ja wreszcie też. Zaczynam mowę o dzwonach, lecz po chwili, starszy jegomość, przerywa wykład, bo coś mu wpada do głowy, o czym świadczy nadprogramowa zmarszczka na czole. –– Hmm… to było tak dawno, kiedy jeszcze na miejscu naszego… to znaczy pańskiego domku, stała dzwonnica. Nawet już nie wiem dokładnie, w jakim celu została zbudowana. Aha, myślę sobie, to dlatego słyszałem na środku dachu. Musiała być wyższa. Nagle świta mi genialne pytanie. Zaczynam dopytywać: –– Przepraszam za dociekliwość, ale kto był fundatorem? –– Fundatorem czego? –– No dzwonnicy. –– Czekaj pan… niech pomyślę… o matko… to przecież nasz daleki przodek, nim był. Świeć panie za jego duszą. –– A państwo słyszeli tam kiedykolwiek dzwony w nocy? –– Nie. Nigdy… ale chwila… przecież dzisiaj byliśmy na cmentarzu. Odwiedzić bardzo wiekowy grób. No wie pan, taki zarośnięty zielonym nalotem na aniołku i płycie… Domniemam, że może chodzić o grób wspomnianego przodka. Coś nie coś, zaczyna się wyjaśniać. Drążę dalej: –– A dlaczego właśnie dzisiaj? –– No jak to: dlaczego? Z uwagi na rocznicę jego śmierci. Co roku tam jeździmy w tym dniu. To znaczy w nocy. Mniejszy ruch. A poza tym, zginął o tej porze. Nie wiadomo, dlaczego po diabła wtedy dzwonił. Niewyjaśniona tajemnica, że tak powiem. –– Z poprzedniego miejsca zamieszkania, też państwo jeździli? –– Oczywiście. –– No tak. Czyli nie mogliście słyszeć bicia wspomnianych dzwonów, gdyż był w tym czasie pusty. Dzwonił na próżno. –– Niby kto? Dom? –– Państwa przodek. A ściślej, duch. Przecież mówię. –– Teraz ja przeproszę, ale… z panem wszystko w porządku? Zwolnili za wcześnie, czy jak? Bo zaczynam się martwić. –– Niepotrzebnie. Wiem, co słyszałem. –– Zapewne. ~ –– A jak on zginął? Wiadomo coś? –– Z tego co wiem, jeden z dzwonów się urwał i go przygniótł na śmierć. Ludzie zaś opowiadali, że słyszeli… spadające chaotyczne dźwięki i uderzenie. –– No cóż. Chyba to wszystko, co chciałem wiedzieć. Dzięki za rozmowę. Jakoś mi lżej. Pojadę już. Do widzenia. –– Proszę się nie przejmować, tylko za rok w nocy spać gdzie indziej. * Rok minął. Nocuję w mieszkaniu kolegi. Mam jego klucze. Hobbysta. Zbiera przeróżne dzwonki. Tylko jednego nigdzie nie dostrzegam. Taki maleńki, śmieszny. Widocznie utknął w niewidocznym miejscu. Coś kojarzę jak za mgłą, ale nie pamiętam dokładnie. Nic właścicielowi nie mówię, o całej sprawie. Mógłby dziwnie o mnie pomyśleć. Chociaż po prawdzie, jakoś nie widzę zainteresowania z jego strony, ową kwestią. A właściwie, jakąkolwiek. W środku nocy zadaje mi pytanie: –– Słyszysz bicie dzwonów? Ciemny cień za oknem, kołysze się miarowo. Szyba w oknie, zaczyna dźwięcznie drgać...
-
W spowitym mgłą kanionie, marzenia skryte pośród skał. Wariat szybuje nad nimi, lot zakłóca bliskość ścian. Uwalnia woń z kwiatów, co kolor zgubiły, zdrada bólem nie waży, ogród jest niebem w snach. Wszystko na ziemi obrazem, lecz tylko ramy ogrzewa słońce. Krwawe łzy tną zwątpienie, strzępki sumień, białe ślady niezabliźnione. Nie parzy płomień w lustrze, ciało ranią kawałki srebrzyste, ostrym końcem. Zwęglony zeszyt z nutami i czasie strumieniu, w szklanych ścianach duszy sprzecznych doznań. Światło złudnych cząstek w zaułku myśli tonie. Wydostać się nie umie. Kryształ umysłu rozbity w pył, nuci muzykę, stęsknionych pustych trumien. wariata sen na ziemi wciąż obrazem to nie ja on wie
-
dziś pofrunąłem skrzydła mam ładne może się spełnią marzenia wszystkie na białej chmurce miękko usiadłem by moje prośby dotarły szybciej siedzę mamrotam dziwną modlitwę a ptaki tworzą podniebny zegar i co sekundę pospieszna piknie to czas upływa rozumiem teraz chmurki zniknęły lecę na ziemię tam wypowiadać ważniejsze słowa lecz tylko milczę wciąż zły na siebie bo tu już nie mam komu dziękować
-
3
-
? Pewnego razu żył poczciwy kat, a jego żona, wredną była. Nie dawała mu, ale dawała po gębie. Ponadto tłukła gdzie tylko. I stało się, że dla świętego spokoju, przytulił wiotką kibić za bardzo, aż okrwawiony kręgosłup z pleców wyjrzał, a zraniwszy mu dłoń, do przemycia wodą utlenioną przymusił. Ludność nie utyskiwała na postępek, jednakowoż na pogruchotanie toporem rdzenia, przewodem sądowym go skazano. Lecz szyja obwinionego tak twardą była, iż kolejnemu znajomemu po fachu, narzędzie odskoczyło chwilą ostatnią w czoło. Zatem przywołano medium, gdyż zabrakło katów na stanie z toporem. Eureka! Gdy skazaniec zjawę żony zobaczył, na złamanie karku pospiesznie uciekł.
-
... rozbitą filiżanką znowu upadasz a jednak na całym podstawku nadal
-
wędrowiec ścieżką podąża ślady zostawia głębokie ciężar co dźwiga osądza bo trudniej z każdym krokiem zatem przystaje co chwila zrzuca go z siebie po trochu łatwiej wędrówkę zaczynać wtem dzień utonął w mroku o świcie nic go nie męczy wielka spotkała go łaska zniknął ten ciężar przeklęty ostatnia tkwi w nim drzazga co w żyle już popłynęła lekka jak w piórko zaklęta nie musi dźwigać on teraz dotarła wreszcie do serca
-
3
-
na ciszy pięciolinii we wnętrzach wiolinowych trumien wyśpiewane martwe raniły nuty fałszując sens krzyżyków teraz zimne obojętne w bezgłośne zaklęte brzmienie mówisz że w naszej piosence umarły słowa a może... jeszcze nam warto choć nucić melodię próbować
-
1
-
To chyba bardziej proza, niż wiersz. ------------------------------------ Zapewne pamiętasz. Wierzę, że tak. Powtarzałam żeś moją ukochaną piekarnią, a ty mówiłeś, do szpiku kości spocony, piecyku mój najdroższy węglowy. Wkładałeś we mnie długie pieczywo, chociaż raz po raz zdarzały się bułki. Żartowałeś wtedy, że coś nas z nimi łączy. Przedziałki. Dwie połówki tego samego. Ogrzewałam twój wkład, w naszą gorącą miłość. We mnie z oczywistych względów, było więcej żaru. Piekłam ze wszystkich stron. Rosło. Pęczniało. Aż rozrywało foremkę. Rumieniłam się z pożądania. Parowałam wilgocią, a piekarnia z namiętną czułością, pulsowała wykładziną z płytek, na których w końcu osiadł biały lukier. Przez szparkę szybował wspólny zapach pieczonego chleba. Niczym zabłąkany ptak, zwiedzał wszystkie kąty, poprószone białym pyłem. Jakby ktoś mgłę ozdobił brokatem z cząstek świtu i lśnienia jutrzenki. To były szczęśliwe dni. Lecz kiedyś natrafił na mąkę śmierdzącą trupem. Nie wiem, czy my to sprawili, czy tylko chichot losu, został za bardzo przypalony. Możliwe, że jedno i drugie. Nie przyszło nam do głowy, by kupić nową. Próbowaliśmy coś upiec. Pomimo. Lecz z pełnego ciepła chrupiącego rozkładu, wypłynęły niczym jelita z brzucha, warkoczyki cuchnących robali. Rzygaliśmy we dwoje, zielonkawą breją z ciepłych kluseczek, ścieląc nimi podłogę. Wtedy ostatni raz trzymaliśmy się za ręce. A później nastąpiło finalne poślizgnięcie. Trudno coś zmienić w trakcie upadku. Szczególnie na wznak, gdzie nie wiadomo, co jest z tyłu i w co się uderzy. Zrodziliśmy w naszych umysłach gnijący zakalec. W końcu przestałam piec twoje wkłady. Mam teraz serce żaroodporne. Chłodem złamane. Ty mi podałeś kromkę chleba. Twardą jak kamień. ** –– Kochanie. Wstawaj. Przygotowałem śniadanko. –– Czyli co? –– Bułeczki z przedziałkiem i pomidorkiem. –– Ufff…
-
Tekst metaforyczny, rzecz jasna. byłam twoim ukochanym kałamarzem wtykałeś we mnie swoje pióro * od kiedy? dobrze wiesz pojawił się pierwszy kleks
-
Porusza się płynnie i jednostajnie. Ma co prawda chwilę zwątpienia, ale szybko wraca do fazy początkowej: nie myśleć za dużo. Coś się może przegrzać i nie działać jak trzeba. Pokrzyżować wszystkie plany. A przecież ma zadanie do wykonania. Zielona trawa, przesuwa się po gładkich bokach. Dostrzega przed sobą przeszkodę. Grzebie w zapisie. Już wie. To kamień. Jedna z istot tego świata. Musi wniknąć świadomością. Poznać wewnętrzny świat. Odmienny od tego z którego przybyła. Podąża do celu wytrwale, bez większych emocji. Nagle coś jest nie tak. Musi skręcić. Wyminąć. Przecież tego nie chcę. Dlaczego więc musi? Jest bardzo blisko. Dostrzega szarą, wypukłą ścianę. Słyszy cichy zgrzyt, gdy ociera ciałem o twardą powierzchnię. Może być niewidzialna. To się jednak wiąże, z przeraźliwym bólem. Odczuwaniem nie znanym na tym świecie. Tylko w nagłych przypadkach, stosuje przydatną metamorfozę. Cierpi wtedy strasznie, ale jest bezpieczna. Kamień zostawia w tyle. Widocznie ma inny cel do osiągnięcia. Zupełnie niespodziewanie, zanurza się w dziwnie rozrzedzonej materii. Znowu przeszukuje zapis. To woda. Może tym razem wniknie świadomością. Pierwsza próba nie dała oczekiwanych rezultatów. Coś kazało ominąć wnętrze kamienia. Dym wylatuje z jej metalowych wnętrzności. Przestaje racjonalnie myśleć. Chciałaby stąd uciec, lecz nie może. Ta istota trzyma ją w płynnym uścisku. Gdyby tylko mogła przeniknąć do jej umysłu, to by wiedziała, jak temu zaradzić. Podejmuje desperacką próbę. Jest niewidoczna. Nie odróżnia się od istoty, w której przebywa. Na nic to wszystko.Taki sam wygląd wcale nie pomaga. Wie, że za chwilę, zepsuje się do reszty. Dlaczego musiała wjechać w tę: istotę, omijając kamień. Przecież tego nie chciała. # * – Bój się boga! Dziecko! Przestań się pastwić nad tą maszyną. – Ależ mamo... – Wyłącz mu świadomość. Natychmiast! To najnowszy model. Niech przyjdzie do siebie. – Mamo. To niesprawiedliwe. Panel Sterujący leżał przed drzwiami. – Widocznie ojciec zapomniał schować. – Nie moja wina. – Dobrze wiesz, że to nowy członek rodziny. A ty się nim nieodpowiedzialnie bawiłaś. Tylko ja z ojcem, mogę go odpowiednio wychować. – Nie moja wina, że wleciał do kałuży. – A właśnie twoja. Za bardzo ingerowałaś. Pozbyłaś go wolnej woli. – Ale... – Nie ma żadnego ale. Jestem zmuszona zastosować wobec ciebie karę. – Mamo! Tylko nie to. – Nic ci nie będzie. Zostaniesz na jakiś czas zdemontowana, rozłożona na części. Może to cię nauczy, jak w życiu postępować. – Ale później złożysz mnie na nowo. Obiecaj. – Boli mnie... coś nie tak. – Mamo! Co z tobą? Co się dzieję? – Zasilanie mi pada od tego wszystkiego. Podłącz mnie szybko! Proszę! – ... – Na co czekasz? – Obiecaj, że mnie nie rozłożysz! – ... – Obiecaj! – ... – Obiecaj! – O
-
Na Chwilę
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@corival Corival↔Dzięki↔Ano. Słuszny komentarz, w znaczeniu tekstu. Czasami tekst, jak życie... lub odwrotnie. Co właściwie na jedno wychodzi:)↔Pozdrawiam:) -
po cóż różo kolcami ranisz tak delikatne płatki twe zapłaczą rosą przez gęstą szarość sącząc łzy swoje na świtu mgłę nie płacz łąko że kwiaty więdną magiczną wodą tej nocy śnisz jesteś dla nich nową kolebką snem twoim ciało o brzasku lśni rześki strumyk wstążką srebrzystą marzenia owija nurtem swym białe motyle nutki formują z oddechu łąki tu wiatr się skrył przytulić ciernie do nagich dłoni czerwone maki ujrzeć w nich może jutrzenka źródłem nadziei rozwodni ciemność do jasnych dni
-
Na Chwilę
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Gosława Gosława↔Dzięki:)↔Gdy zaczynałem pisać tekst, to nie bardzo wiedziałem, w jaki sposób zakończę. A czasami mam odwrotnie (także w prozie). Dopada mnie zakończenie i dopasowuje, tekst, by wyniknął z niego taki finał. O tyle łatwiej, że człek wie, do czego dąży, chociaż nie zawsze koniec jest... jednoznaczny:)↔Pozdrawiam:) -
jestem z tobą w ogrodzie w powiewie wiatru śladach na trawie pamiętasz piłam ziołową herbatę ty niezgrabnie plotłeś wianek mówiąc pachniesz sokiem wiśniowym miałeś czubek nosa pobrudzony miodem wokół zakwitał czas w białych kwiatach jabłoni jeszcze tyle miał wydać owców trawa była śliska od rosy ozdobiłam kamień czerwonymi nitkami za wcześnie zerwane spływały ku ziemi tak wiem spojrzałeś wtedy w niebo kołyszę cię teraz w ciszy między światami tobie pewnie niewygodnie przepraszam kochanie nie mnie przeciąć sznur
-
Tubylcy wiwatują z zapamiętaniem. Nic dziwnego. Za chwilę w naszej osadzie, odbędzie się coroczny wyścig: Spowolnionych Ślimaków. Jego szczytnym i dumnym, chociaż nie jedynym celem, jest rozluźnienie stosunków międzyludzkich. Stanowią bowiem istotny problem w moim społeczeństwie. Wódz, czyli ja, wybrałem już dobrowolnych uczestników. Stoją pod rząd na początku metrowej bieżni. Czekają zniecierpliwieni i z wolnej woli muszą być chętni. Na horyzoncie majaczy meta. Podchodzę do pobliskich klatek. Dźgam oszczepem kilka lwów. Donośne ryki robią za wystrzał startera. Wystartowali. Zasada jest prosta. Kto przekroczy metę jako ostatni, zostanie zwycięzcą i niczym więcej. * Jak zwykle bieg wlecze się jak flaki z olejem, w otoczce dopingujących okrzyków. Jednakowoż każde znieruchomienie, chociażby na nieskończenie krótką chwilę, jest równoznaczne z dyskwalifikacją, której zastosowanie, może być także sprowokowane, muśnięciem linii mety jako nieostatni. Zatem każdy zerka z obawą na innych, czy czasami nie zostali w tyle, jednocześnie nie ustając w drodze. Ponadto samo poruszanie ciałem nie wystarczy. Liczy się wyłącznie parcie do przodu, bez najmniejszej próby cofnięcia. * Jestem wodzem, więc popatruję na spokojnie, myśląc sobie, czy zwyczajowy zwyczaj zwycięży. To znaczy, czy staną w końcu wszyscy przed metą, gdyż żaden z uczestników, nie będzie chciał przekroczyć jako pierwszy. Nie. To niemożliwe. Ki diabeł. Jak on to zrobił. Czyżby nikt nie zauważył? Właśnie ślimaczy się na środku bieżni, a reszta zgodnie z moim proroctwem, przystaje w nieskończenie krótkiej odległości od linii końcowej, na nieskończoną krótką chwilę. Moje schowane przyrządy natychmiast przewinienie wyłapują. Przegrani padają sztywno na ziemię i nie mogą się chwilowo ruszać, by nie utrudniać. W tym samym momencie, rozbłyskuje nad nimi obszerny napis: Dyskwalifikacja + uczestnictwo w poczęstunku. Nasz ukochany Wódz, chce wam w ten sposób podziękować, za wzięcie udziału. Czas wyścigu się przeciąga, a mnie razem z przybocznymi, spieszno do realizacji przydatnych aspektów demograficznych oraz innych. Wrzeszczę do buszującego na bieżni, że ostanie pół metra, może pokonać sprintem. Prędkość już nie ma znaczenia. I tak będzie zwycięzcą. Tłum go ponagla, lecz on idzie wolniutko, niczym zraniony ślimak ze smutno zwieszonymi czułkami. Jakby nie wierzył w bezpieczny finał, gdyby nagle przyspieszył. Może wyczerpany trudami podróży, lub tym, na co się napatrzył, gdy był częścią obserwujących. * W tle słychać znane żyjącym dźwięki. Tradycyjne po każdym wyścigu. Aż stalowe pręty drgają.
-
Coś chce wejść do snu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Antoine W Antoine W↔Dzięki:)↔Zdaniem mym, nie wszystko musi współgrać ze wszystkim. W życiu też tak jest. Ile mam ob?↔Nie mam pojęcia. Lata temu miałem ostatnio:))↔Pozdrawiam:) -
delikatny cuchnący chrobotaniec za ścianą zaśnięcia pazury wydziergane z nieznanej przyczyny lęku ranią podświadomość zrywają ostatnią nitkę łączącą z zewnętrzem pod sklepieniem umysłu gniją kolorowe gwiazdki spadają strzępki zwęglonego lśnienia inny dźwięk stukających trupiocegieł ze spleśniałym nalotem nieuniknionych zdarzeń tworzy ciemną jamę z rozkładem cieni nie możesz uciekać strach wycisnął całą tubkę na katafalk z twardych grudek popiołu leżysz rozkrzyżowany przyklejony dodatkowo przebity szpilką jak martwy motyl z urwanym szybowaniem przeszła miękko przez calutki wczorajszy obiad * to wychodzi z otworu szelest i darcie materiału szmaciana lalka trzyma igłę z nawleczonym oślizgłym jelitem bardzo cienkim różowawym jak krem ciastka tortowego pocerowany uśmiech ze skrzepłej krwi ukazuje resztki dziąseł czujesz nurkujące ostrze w galaretce źrenicy jakby chciało zaszyć widzenie wspomagając się ciemną plamką gałkę wyjmuje łyżeczką wydzierganą z włóczki utwardzonej krochmalem ze sproszkowanych zadów starych ropuch ściekają z niej warkoczyki spazmów bólu po dyndającym nerwie wzrokowym kolejny uśmiech skrzypi trelem białych i czerwonych krwinek z nutką ob oraz flagą uplecioną z wianuszka wiolinowych żył słyszysz ciche bulgoczące melodie kiszki grają żałobnego marsza w karawanie brzucha a serce pulsuje hymnem państwowym to szmacianek patriota wymierza karę za niewłaściwą ścieżkę snu też kochasz ojczyznę ale nie tak i nie teraz barwne gałganki stają się nagle sztywne stężeniem pośmiertnym skalpela słyszysz trzaski usztywniania a w bezzębnej jamie wyrastają ostre zęby czujesz słodki odór stęchłych zbutwiałych szmat są silne rozwierają twoją szczękę wślizgują się pod kopułę podniebienia dławią oddech reszta przygniata wokół ciężarem klaustrofobii i duszności większość szmaciozwłoka wygryza tunel poprzez pępek i znika w czeluściach torsu mości się i wierci we wilgotnych flakach wywraca żołądek na lewą stronę nabija sobie guza o żebrowany sufit dureń chciał rozprostować gałganki stając nieroztropnie słupka dodatkowo charczy wierszem niech to szlag durny świat gdyż nieznana pestka z treści utkwiła mu w przełyku ostatkiem sił grzebie w szmacianym gardle jednocześnie rozszarpując nikłe wnętrzności szansy przebudzenia