-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
wszyscy się boją wielkiego smoka pod nim na dole wioska strachliwa tubylcy świadomi są jego wzroku z którego jasno przecież wynika myśli smoczysko tylko o jednym kogo by złapać i smacznie wcinać zebranie w chacie już rozpoczęte mądre tu dziady radzą i pierdzą kto jest na tyle mocny odważny że chociaż gacie ma pełne strachu zatłucze bestię zieloną straszną wsadzi wnet dzidę w paszczękę wredną przylazło stado osiłków wszelkich co góra mięśni ich strasznie kocha rada starszaków mężnie obieca kto wroga w trupa zaleje śmiercią rękę i kluczyk weźmie w nagrodę a nim otworzy kłódkę do złota będzie mu dane do córki łona wodza się dobrać jurnym wichajstrem lecz najpierw musi udrękę wioski zatłuc rozerwać na luźne strzępy z chwilą gdy z bestii ucieknie życie dopiero wtedy szczęście zacznie tubylec zwykły ze żwawą chucią choć taki lichy że ledwo żyje o zapomnianym rzecze zdarzeniu nikt go nie słucha a radzie starszych kościane szczęki dzwonią ze śmiechu gdy rzecze cicho smoka zabiję chłopcze co z tobą rozum masz chory lepiej stąd odejdź w bezpieczną stronę lecz on nie płochy wcale a wcale długaśną kością z grobu wyjętą żwawo on dziabnął brzuszek koszmaru agresor ścierką był on balonem teraz dopiero pamięć wróciła przedtem chowała się gdzieś psiajucha mikołajowi bimber wręczyli by za prezenty wesoło mu było a on z wdzięczności pogmerał w szacie i z reniferem smoka wydmuchał teraz z radością tańczą wesoło wśród bohatera co zniszczył bestię lecz córka wodza markotnie tupie wzdycha rozpacza łezkami świga matkości szkoda że był on z gumy bo wciąż dziewicą ja nadal jeszcze *** choć tak po prawdzie córeczka szefa szkaradna wredna i chorowita więc nawet gdyby smok był prawdziwy o inną puentę na darmo pytać
-
kołysz cierpienie na fali zwątpienia i lęku przerwana struna pozoru wyzwoli z zamętu podaruj tęsknotę niezapomnienia kołysce pamięć sercem okryta wspomnienia da czyste wstęgą źródła owiane kamienie pęknięcia drogą słońce wzmocnieniem złudna rzeka co wciąż wygładza rany zabliźnia naprawdę osłabia
-
Zgrzytka zgodnie z tradycją, ubrana w ciemną kurtkę z kapturem, spod którego wystaje twarz w ciemnych okularach, ma niewątpliwie wygląd facetów w czerni, ale w sumie nietuzinkowo urocza z tym swoim, tajemnym zgrzytaniem. Chyba zębami, ale wolimy nie pytać, by nie rozbabrać empatycznych emocji, gdyż bywa niekiedy, że to się destrukcyjnie kończy, dla niejednego z nas. Jednak nie narzekamy na Zgrzytkę. To taka nasza jedenastka, gdyż często trafia w dziesiątkę problemu, jeżeli chodzi o ocenę sytuacji. Poza tym do rany przyłóż gościowa, gdyby co. Czuwa nawet, żeby za bardzo nie przyschnąć, gdyż oderwanie może być bolesne. Jednak najważniejszy problem to taki, że nigdy nie wiemy, czy zgrzyta z radości, czy gdy wnerwiona. Przeważnie nami, lub po prostu czymś, co jej mózg potarga. Nie ma żadnej różnicy w barwie oraz intensywności dźwięków. Tłumaczymy jej, że różne bywają koleje życia i nie zawsze dalsze tory dobudowali i faktyczne, jak tu nie zgrzytnąć, gdy lokomotywa ugrzęźnie w żółtym piachu, a błękit tak wysoko odległy, to rozumiemy, że może być problem. Chociaż z drugiej strony, nie pociągnie za sobą wagonów i przez to jakiś kat przeznaczenia, może nie dopisać finalnej strofy. Widzimy, że ciemne okulary potakują w pionie i już wiemy, że za chwilę zacznie się zgrzytanie, gdyż przypomnieliśmy sobie, że właśnie ona tak nam klarowała i teraz patrzy na nas, jak na durni, co sobie pamięć sfajczyli, własnym ogniskiem. No na pewno ciekawie z nią. Szczególnie na cmentarzu, w poświacie księżyca, kiedy to w mrocznym ubranku, snuje się niczym zjawa pomiędzy mogiłami. Tylko prześwitujących przez ciemne szkiełka, zielonych szparek oczu brakuje. Jak taki czarny kotek nagrobny. –– Gdybyś nam wtedy przebiegła przez ścieżkę i to jeszcze na cmentarzu, to nasz los byłby przesądzony. Znowu zaczyna zgrzytać na takie wspomnienia, ale tym razem o dziwo, chyba wiemy, że śmiechowo tak jakoś. * Stoimy w parku przy gwarnej ulicy. Nagle gdzieś sobie idzie. Zupełnie nagle. Taki ma styl. Mówiła coś, że przyniesie smaczne jedzonko i wreszcie wytłumaczy, to swoje zgrzytanie. Krzyknęła na odchodnym: do jutra o tej samej porze. Na szczęście znamy ów zwyczaj. Do jutra oznacza, że wróci za kilkanaście minut. Gdyby wrzasnęła: wrócę za tydzień, to by znaczyło, że jutro. Zatem czekamy niecierpliwie. Nagle słyszymy przeraźliwy zgrzyt hamulców. Przechodnie popatrują w tamtą stronę, jak jeden mąż. Słyszymy też sygnał karetki, jakby czas płynął zupełnie inaczej, tak jakoś jednocześnie. Biegniemy w tamtym kierunku. Przepychamy się między ludźmi. Nagle dostrzegam Zgrzytkę na drugiej stronie ulicy. Po raz pierwszy nie ma okularów. Taka inna jakaś. Macha ręką, też w pionie. Nigdy nie robiła w ten sposób… lecz po chwili znika mi z oczu. Później każdy z nas przysięgał, że ją widział.
-
dzisiaj widziałaś barwy końca nocy w źrenicach strychu pod pajęczynami rzęs tańczyły kolorowe cienie zaplątane w muzyce miękkiego kurzu z wyblakłych nutek dzieciństwa w szeptanym blasku świtu przysiadł na niewielkim krzesełku tam martwe wyschnięte z życia muchy zapomniały o fruwaniu a przy biegunie konika myszka z przetrąconym kręgosłupem stalową poprzeczką mety na szubienicy skleconej niezdarnie drobnymi rączkami powieszona lalka z wydłubanym okiem wiszącym na nitce ostatniego spojrzenia włóczkowa pętelka prawie urwała zwieszoną główkę gdzie ze szkarłatnych ust wystaje język narysowany sinym ołówkiem wolałaś malować farbkami lecz często tak bardzo ci brakowało marzeń dziecka na palecie barw
-
dopadłeś marzenie wyjątkowe' tylko twoje' więc się postaraj na szansę odpowiedz
-
2
-
Na wysoką górę wszedł...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Fraszki i miniatury poetyckie
Antonine W↔Dzięki:)↔A ja chyba, jeszcze wyżej, biorąc pod uwagę to, co czasami wypisuję:) Pozdrawiam:) -
Komplementowiec
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
A–typowa–b↔Dzięki:)↔Ja też:)↔Przyszło w trakcie pisania:)↔Pozdrawiam:) -
A–typowa–b↔Dzięki:)↔Tak mnie różnie czasami najdzie. Trudno mi przewidzieć, co:)↔Pozdrawiam:)
-
Iazbela 799↔Może nie aż tak. Trza by zgłęb9ć umysł ślimaczka:))↔Pozdrawiam:)
-
... spojrzał pomyślał jam mądry jest lecz gdy jeszcze wyżej wszedł znowu pomyślał jam głupim jest...
-
Pewnego dnia postanowiłem wyjechać z wycieczką szkolną, na Planetę Myślącej Wody. Stałem z kolegami na kosmodromie i czekałem na przylot naszego statku. Po chwili usłyszeliśmy donośny głos zawiadowcy: Uwaga! Uwaga! „Tylżycki Nadprzestrzenny” lecący przez „Planetę Kłaczatych Wirusów” do „Planety Myślącej Wody” wyląduje na stanowisku U1. Proszę zachować ostrożność. Gdy pojazd wylądował, otworzyły się drzwi rękawa i wessało nas do opustoszałej kabiny głównej. Miała ona wiele iluminatorów oraz trzydzieści pięć foteli pneumatycznych. Wszystkie znajdowały się przy oknie, ponieważ statek miał kształt wrzecionowaty. Oświetlony był starodawną lampą elektryczną. Usiadłem na fotelu, który dostosował się do moich kształtów. Po chwili otrzymaliśmy pozwolenie z wieży kontrolnej. Start nastąpił planowo. Pokrywa statku cudownie błyszczała w promieniach zachodzącego słońca. Przez najbliższe dwie godziny nie działo się nic szczególnego. „Tylżycki Nadprzestrzenny” bez przeszkód opuścił Układ Słoneczny. Kolejne dwadzieścia sekund, komputer pokładowy o imieniu: „Zuziu” obliczał parametry skoku. Przebiegł on w miarę pomyślnie, gdyż zgodnie z trajektorią konika szachowego. Po jakimś czasie statek wszedł na orbitę „Kłaczatych Wirusów” a po dwóch godzinach wylądował. Wypchnęło nas na zewnątrz. Tubylcy wielkości bochenków chleba oraz małe tubylątka o wyglądzie maślanych bułeczek, radośnie podskakiwały na nasz widok, wiewając kłaczkami. Po uściśnięciu macek i rozładowaniu poczty, Ziuziu dał znać migającym zniczem, byśmy powrócili do pojazdu. Po wyjściu z pola przyciągania planety, wykonał kolejny skok na skróty w kierunku celu naszej wycieczki. Po dwudziestu dwóch minutach zredukował prędkość, do stu kilometrów na godzinę. Statek powoli zwalniając, przystąpił do lądowania na planecie „Myślącej Wody.” Lądowanie nastąpiło bez przeszkód. Wyszliśmy na zewnątrz, by powitać mieszkańców, a tu ich, ani widu ani słychu. Dopiero po chwili, z różnych zakamarków, wypełzło w naszym kierunku pełno różnokolorowych stworów, o strukturze wodno galaretowatej. Widać było, że chcą z nami rozmawiać, ale nie mają za bardzo czym. Na szczęście każdy z nas posiadał elektronicznego, wszechstronnego tłumacza. Dzięki tym urządzeniom, wiadomo było, co tam luźne żelatynki, bąblą i bulgoczą. A bulgotać umiały. O tak! Całe pół godziny słuchaliśmy w milczeniu. Mówiły o przeszłości i życiu codziennym. Wytłumaczyły na przykład, że im woda bardziej myśli, tym bardziej się ścina w galaretkę, a jak wcale nie myśli, to lodowacieje. Natomiast po roztopieniu, jest już tylko zwykłą woda. Kiedy gospodarze przestali bulgotać, poczęstowali nas obiadem, składającym się wyłącznie z ryb. Później wsiedliśmy do małego autobusu powietrznego, w celu zwiedzenia planety. Były na niej domy w kształcie: zlewek, szklanek, samowarów i puszek. Małe tubylątka pluskały radośnie na placu zabaw, pełnego różnych: lejków, probówek, rur, wężów, wazonów, czajników, a nawet muszli klozetowych. W autobusach latających nie było siedzeń, ponieważ tubylcy nie mieli stałego kształtu, lecz mogli nim władać dowolnie, tak samo jak kolorami, które zmieniały się ustawicznie, poprzez różnorodne załamywanie światła. Po zwiedzeniu większości obiektów, znaleźliśmy się w Muzeum Biologi. Była tam napryskana na ścianach: ewolucja wody. Od wolnych gazów, przez zwykłą wodzę, aż do galaretowatej, myślącej. Po pożegnaniu z gospodarzami, udaliśmy się na pokład naszego statku, który wzniósł się na wysokość czterystu metrów nad powierzchnią „Myślącej Wody.” Nagle stała się rzecz najmniej spodziewana. Zuziu dostał chwilowej czkawki oraz zanik pamięci i „Tylżycki Nadprzestrzenny” zaczął dryfować w kosmosie, jak kulawa żaba w stawie. Po godzinie udało nam się wczytać pamięci awaryjną. Pomogła ona odtworzyć komputerowi poprzednią pamięć. Jednak do dawnego kursu, musieliśmy wrócić za pomocą sterowania ręcznego, bo program takiego przypadku chorobowego nie uwzględniał. Zajęło to pół godziny. Po powrocie na właściwy kurs, sterowanie statkiem przejął ponownie „Zuziu” bez pytania nas o zgodę. Z radości, że mu się polepszyło, wykonał kolejny skok, na szczęście w kierunku Ziemi. Gdy statek zaczął się zbliżać do Układu Słonecznego, komputer zmniejszył prędkość, do minimalnej prędkości kosmicznej. Nie minęła godzina, a byliśmy w „Przedpokoju Ziemi.’’ Na orbitę weszliśmy bez żadnych zakłóceń. Gdy wieża kontrolna dała pozwolenie na lądowanie, statek zaczął opadać na stanowisko kosmodromu. Po wylądowaniu, każdy z nas udał się szybko do domu, bo jutro mieliśmy też lecieć. A gdzie, to było niespodzianką. * Wyobrażaliśmy sobie, że „Tylżycki Nadprzestrzenny” przelatuje przez własną żółtą dziurę, a on tylko lśnił w blasku ojczystego Słońca i aż dziwne było, że stoi w miejscu.
-
Poczuła ciężar na plecach i nieustający powiew wiatru. Pole ogołocone z życia, jakby przygniatało grząskim zębem czasu, a nagie stopy brodziły w gęstych chmurach. Nie przeszkadzało jej to. Tylko skąd ten zapach i co tu w ogóle robię? Wtedy ujrzała wodne zwierciadło. Migoczącą, pionową taflę. Wielki ptak siedział na ramionach. Usłyszała niby słowa –– Brawo. Nie zwątpiłaś, chociaż jesteś obrana ze skórki. –– Z jakiej znowu skórki ? –– A z czego są utkane, moje pachnące skrzydła? –– Hmm… wielkie mi co. –– Skoro tak, to bardziej wygrałaś. Za chwilę pofruniemy do krainy, gdzie rosną całe pomarańcza. –– A kasę masz? –– Zadziwiasz mnie. Jeszcze bardziej wygrałaś.
-
topole to wysokie drzewa wierzchołki blisko nieba a życie woda stanowi żywioł czasem człek nie wie co robić gdy na drodze zmęczone ślady horyzont daleki słońce cicho świeci psyche bawi lub dławi twoje imię motyl biały wziął pod skrzydła jeszcze jesteś lub byłeś tu przez chwilę we śnie zakopiesz myśli po przebudzeniu będzie lepiej lub tylko ci się przyśni
-
Najdłuższy tytuł, jaki w życiu napisałem:)) ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ zasuszona miłość skrzypi muzyką zwiędłego liścia oj grało się kiedyś zajebiście odłamkami pieprzył kryształ dudniły organy w pięciolinię żwawym kluczem wiolinowym pośród fugi wilgotnej na długie chwile dźwięków co potem zapachy splecione zlepiły w rozkosznym trudzie szalały namiętnie fanfary tudzież pulsujących przywołań jeszcze cholera jeszcze koniecznie no przecież ślimak muszelkę łechce wyzwala echa w rozkroku żwaworzewnie wtem oklapła batuta białym lepkim lukrem fest było jak w niebie cudnie samotna w żarze jaskinia odsapnąć kwiatuszku nam trzeba by koncert znowu zaczynać na łące pośród kłosów złocistych bocianów zabójców co w krwi zastygłe żaby miażdżą patriotycznie czerwonym dziobem spoko maleńka ty na mnie ja na tobie jeszcze płoniesz jeszcze płonę żarzenie popiół koniec
-
nie udawaj przed światem cudownego pisklęcia wy pa da jąc z gniazda
-
1
-
... pod górkę ślimaczył się on wie że mu źle ścieżka daleka lecz kiedyś on czekał dlatego zostawił nie tylko zdrowie także swój domek
-
Echa Teatru
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
A-typowa-b↔Raczej nie. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Szczerze, to dobry film, dobrze zagrany, z odpowiednią muzyką, zdjęciami, treścią itd... bardziej do mnie przemawia. W odczuciu mym jest.."mniej sztuczny"→no ale każdy inne odczuwania ma. Taki świat. Każdy czasem coś gra, do ostatniej kurtyny:)↔Pozdrawiam:)) -
A-typowa-b↔No faktycznie. Ostatnio mnie jeden zaatakował w lesie i zaczął stukać w czoło. Musiałem odgonić. Chyba za dużo stukał i poluźnił 5 klepkę:))↔Pozdrawiam:)) Nata_kruk↔Różnie to bywa w nocy z tym stukaniem. Trza być czujnym. Nie zasnąć:)) Pozdrawiam:))
-
Od dłuższego czasu, odczuwam pilną potrzebę skomplementowania. Nieważne gdzie i kogo. Wędruję cierpliwie, aż w końcu trafiam w objęcia opuszczonej chałupy, poprzez drzwi i od razu ją zauważam. Powabna gładkość, kłuje gałki oczne sensem pozytywnym. Skąd takie cudo przedziwne, okryta bielą, w takim nędznym otoczeniu? Jakby na mnie czekała. Tyś piękna – wrzeszczę. – Nie ma piękniejszej od ciebie tu – dodaję subtelnym słowem naocznego obserwatora rzeczy niezwykłych, zasługujących na podziw. Gdy dotykam twojego ciała, gładkiego niczym lotos, to aż ciarki rozkoszy czuję w okolicach. Poprzez twój umysł, dostrzegam tajemnicę świata... –– Przestań mi wreszcie wciskać kit w ten sposób odzywa się rama okienna.
-
w wypasionych połaciach owiec pasterz błądzi w rozterce tęsknym wzrokiem spogląda wokół wszędzie pyta się gdzie jesteś pomiędzy słońcem a mrokiem czy bliżej horyzontu w złudnej zieleni traw szukasz początku czasami tak trudno rozwikłać sprawę odnaleźć siebie w swoim stadzie przecież nie tylko co oczom znane pozwala wierzyć w sens istnienia szukać dalej na tym się skupić i umrzeć głupim
-
nocka zapadła księżyca nów zaszeleściło wśród listowia tu trza podejść zobczyć nie strzępić słów leży zerwany przegniły sznur e tam to tylko z gałęzi spadł trup
-
1
-
Wielkie marzenie ma swój finał. Są na wyśnionej Planecie Lśnienia. Co prawda nie dane im było dotrwać całą rodziną, ale chociaż oni mają to szczęście. Jak setki innych, podobnych. * –– Tato! Tutaj jest bosko, ślicznie, cudownie. To ciepłe, kochające światło. Szkoda, że mama nie doczekała. –– Taa... owszem… cudownie. –– Wspominałeś o gigantycznej, przezroczystej kopule. Co pod nią jest? –– Hmm… trzymają tam najbardziej groźne drapieżniki. –– A po co? –– Żeby się... przeistoczyły. –– Nie rozumiem. –– Ja też niewiele więcej. A swoją drogą, uważaj na siebie. –– No coś ty, tato. Przecież są zamknięte. Sam powiedziałeś. –– Niby racja. –– Spójrz. Niebo się otwiera! –– W ten sposób nas karmią.
-
1
-
czy skrawki światła da się odkleić od złudnej strony wabiącej magią a może jednak czekać na cienie wybór nasączyć myśli rozwagą a gdyby słodycz pozbawić smaku zniweczyć w ustach złudy rozdanie po cóż na próżno apetyt kochać skoro wnet wzmocni gorzki kawałek być na wahadle takiej huśtawki że człowiek leci pod same niebo klej na siodełku mieć odpowiedni szybować nie bać się lotu tego nie rzucać zwątpień na wiatru powiew wśród drzew zaginą znów niespełnione próbować kochać cierniową różę zanim zakwitnie ostatnim słowem
-
2
-
To taki metaforyczny skrót myślowy... wybiegają z kur trzy byki dziesiątkując biedny drób a gospodarz głośno płacze bo zdeptana kasa tu kilka kurek widząc pana zaostrzyło sobie dziób i odcięły bykom miała każda jajka pełne już wysiadują warcząc cwanie odmienimy cały ród się wykluły i wyrosły skurczybyki lumpy znów wybiegają z kur trzy byki dziesiątkując cały drób a gospodarz gdaka jęczy bo się ostał jeno smród wnet zawitał jemu sposób rewolucji uciął łby wnet przerobił bunt na rosół i zniknęły byki trzy
-
słowa zastygłe w ciszy schowane uśpione nuty zamknięty teatr kurtyna jakby w połowie drogi przerwana rola zbędna już teraz raz po raz deski cicho zaskrzypią gdy mała myszka biegnie po scenie patrzy na domek krągły i pusty w nim zapomniany suflera beret a w miękkim kurzu jak czaszka szarym tam rekwizyty niczym w kołderce lecz obojętne duchom aktorów chociaż zapewne chciały by jeszcze przez okna świtem dzień się przeciska żeby rozjaśnić zaułki wspomnień szczur zatroskany skrzywiony wiekiem myśli wśród cieni a co tu po mnie gdzie nad widownią brzask niepotrzebny świeci pustkami aż blask szeleści woskowe świece w swych ciałach skryły brzmienie ostatniej słyszalnej pieśni czasami człowiek zlękniony nawet jeśli zostanie przez nockę całą gdy wtem z widowni oklaski słychać jakby tu nadal trochę się grało