-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
szeleści wplątana w ciszę gorzki oddech zakłóca biel napędu krzyżyki skrzepłej krwi zerują brzmienie chłonie dźwięki spleśniałych nut niektóre nie toną w spełnieniu zgniłej batuty dopóki są wysoko wątpią na szczycie orkiestry owiewane przez wiatr z podnóża pierwszych śladów pięciolinii pomiędzy rękojeścią a ostrzem koncertu
-
czyżbym mej duszy widział konanie po cóż więc pienia co miłość wabią mój przyjacielu tyś uciśniony niezdrową strawą poza horyzont uciech i trosk byliśmy jestem na tym padole chociaż po prawdzie brak ci pokory dureń mądrością całunem mrocznym ściele zasłony kiedy szoruję umysłem dno w cieniu zapachu koloru brzemienia gdzie promień sączy muzyki krople skryjesz niebawem pod ciemną czaszą wtedy odpocznę zakwitnie w cieniu w dwójnasób splot
-
1
-
Biała wigilia. Śnieg chrupie pod butami, niestabilnie kołysząc. Tkwię na leśnej polanie. Nade mną okrągła przestrzeń. I tylko jedna gwiazdka. Z lekka się rozmazuje. Najchętniej bym na nią wskoczył i odleciał w dupę kosmosu. W jednej ręce trzymam sznur, a w drugiej gwintowane naczynie z ostatnim łykiem… o cholera… to butelka ciepłego mleka. A niby skąd? I niezamarznięte. A to co? Niemowlę w paśniku na skrzyżowanych, zakrwawionych gałęziach. Mówi, że spragnione. Co mi tam. Karmię chwiejnie dzieciaka. Słyszę, że się dla mnie narodził, ale umrze, bym ja ożył, gdy umrę, pod warunkiem, że nie teraz. Mam jeszcze tyle do zrobienia.
-
Noworoczne Ptysie i Mroczne Ludy
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
A–typowa–b↔Dzięki:))↔Ja też jeszcze na surowo, ale czuję cieple przyjęcie.... Pozdrawiam:)) -
?Dzyń Dzyń Dzyń...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Corleone↔Dzięki:))↔No tak ma być, z tym G/g→wiazdorkiem:)) Pozdrawiam:) Jacek_K↔Dzięki:)↔Przesłuchałem dzwoneczki:)) Jam bardziej na... akordeonie ze słuchu pogrywam:) Wiele Dobrego w 2022 życzę i Zaś:)↔Pozdrawiam:)) -
Dziewczyno, co zdążyłaś?
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Corleone 11↔Dzięki:)↔W interpunkcji, to jam blisko dna:)) Wytrwała wytrwałość→tak jakoś specjalnie:) Wiele Dobrego w 2022 życzę i Zaś:)↔Pozdrawiam:) -
Życzenia z Jutrzejszej Nocy
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Sylwester Lasota↔Dzięki:)↔ Twój komentarz... nic dodać, nic ująć:) Wiele Dobrego w 2022 życzę i Zaś:)↔Pozdrawiam:)) -
Choineczko miła...
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:))↔Ano. Pomimo... tego... tam:) Wiele Dobrego a 2022 życzę i Zaś↔Pozdrawiam:)) -
A-typowa–b↔Dzięki:))↔To fajnie, że fajne to:)) Masz nietypowy Nick:))↔Pozdrawiam:)
-
Terapia Grupowa Jedzonek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Wiersze Rymowane↔Dzięki :~)) Wiele Dobrego w 2022 życzę i Zaś:)↔Pozdrawiam:) ******************* A–typowa-b↔Dzięki:))↔Za "ciekawskie i wesołe" Wiele Dobrego w 2022 życzę i Zaś:)↔Pozdrawiam:) ****************** Leszczym↔Dzięki:))↔Za ekstra i wykrzykniki, o taki: !! Wiele Dobrego w 2022 życzę i Zaś:)↔Pozdrawiam:) -
Noworoczne Ptysie i Mroczne Ludy
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Dziecięca rymowanka Noworoczna. z pewnym przesłaniem... ********************** nowy rok zawitał dzisiaj zatem zjedzmy sobie ptysia ptyś jest dobry na jelita gdyby nagle ktoś zapytał * na jelita dobre ptysie? to żenada pierwsze słyszę nie marudzić słuchać grzecznie ku przestrodze rzeknę wierszem tylko zważać aby całość żeby nic nie pozostało nawet mała okruszynka bo się zmieni choć niewinna w mroczne ludy nie za tłuste co drapieżnym lichym biustem wygłodniałym wiercić będą przytupując sobie piętą w tyłek włożą sru sztachetę razem z nami się upiecze ale wprzódy nas przebije by szaszłykiem być za chwilę rzepakowym zleją więcej byśmy mogli żwawo skwierczeć lecz nie będą ciał patroszyć bo by mogło nie być dosyć wtedy kręcąc się na rożnie usłyszymy piosnkę trwożnie nowy rok nas znowu czeka skonsumujmy więc człowieka * nowy rok zawitał dzisiaj zatem zjedzmy sobie ptysia ptyś jest dobry na jelita gdyby nagle ktoś zapytał... -
o rok ze mnie starszy dziad fajerwerków widzę błyski cieszy się dziś cały świat roześmiane człecze pyski tylko jakaś dziwna baba nie chce już starego dziada pierdziel jesteś niepotrzebny ja wyłażę dziś z kołyski ty poprzednim jesteś rokiem noworoczną ja panienką nie wiadomo jaką będę póki co przyszłością piękną ****************************** jeśli nie będzie to ranić bliźnich niech każdy swoje marzenia ziści lub wspólne jakieś nawet dla innych byle jakie żeby nie było iż to co wyżej brakiem tradycji zakryte Szczęśliwego Nowego *Wszystkim* Życzę
-
1
-
Nowy Roczek i Drzwi do Pozaczasu
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
To taki nieco... ciemnawy humor. Stary Rok – trzydziestego pierwszego grudnia, dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku – ziewa nostalgicznie pod maseczką, w bujanym fotelu. Jednakowoż nie oznacza to bynajmniej, że nas figlarnie buja. Po prostu zwyczajnie nie ma ochoty na takie hece. Odczuwa serdeczne zmęczenie z powodu dźwigania w sobie: miesięcy, tygodni dni, godzin i wszystkiego, co w nich zawarte było. Dobre i złe. Tyko malusich sekund jakoś dziwnie żal. Tak wesoło łaskotały czasoprzestrzeń ego, gdy raz po raz, smutkiem przyozdobione było. A poza tym zło w sekundzie trwało naprawdę niewiele. No chyba, że akurat ktoś kogoś zastrzelił. Teraz, kilka chwil przed północą, ucichły jakby zlęknione. Może przeczuwają, że razem z nim muszą odejść. Nie będą już nigdy przemijać. Nowe, które je zastąpią, owszem. Z rozmyślań wygania go to, co prorokował zobaczyć. Widzi swojego małego. Wyskoczył nie wiadomo skąd. Markotny taki, bo stęskniony i niecierpliwie drepci, gdyż pragnie przejąć pałeczkę, by dzielnie dzierżyć w następnym. Stary Rok, z racji tegoż widoku, aż zaskrzypiał łzami w oczach, lub raczej sfatygowanym, wiklinowym fotelem. Wie, co teraz nastąpi. Tradycyjna kolej rzeczy. Nic na to nie poradzi. Brzdąc ma w ręce nóż. Ostrze wyostrzone wyczekiwaniem, sąsiaduje z rękojeścią, na której widnieje, pięknie wyrzeźbiona sentencja: Dosiego Roku 2022. Następca bujanego fotela, dla dezynfekcji, przemywa spirytusem zaznaczoną łukowatą kreskę, poniżej jabłuszka. Stary też przemywa tym samym płynem to samo miejsce, lecz od środka, by lżej mu było przejść na drugą stronę, do bezpowrotnej krainy. Albowiem żałość w nim wzbiera z racji tego, że się kończy. Przypomina sobie, ile to zdarzeń i różnorakich odczuwań w nim przeminęło, chociaż nie zawsze z wiatrem, lecz często pod wiatr. Wesoły malec przyobleczony w pozytywny, pełen nadziei uśmiech pod maseczką, podchodzi bliżej do zadania. Staje na podstawionej ryczce, gdyż niewielki z niego berbeć i bez podwyższenia, by nie dosięgnął, gdyż ma za krótką rączkę. Za to silną i wprawną. Przykłada nóż w nacechowane miejsce i podrzyna gardło, siedzącemu w bujaku. Mieszanka kolorowych fajerwerków i zeszłorocznej krwi, spływa z małej dłoni na podłogę. Przeistacza się w gałązki wikliny, która sama siebie, formuje w nowy lśniący fotel. Poprzedni rozpada się w pył, dlatego były siedzący już nie siedzi, tylko leży. Nowy Roczek, pchając stopy trupa, przesuwa ciało przez próg. Robi pa pa i zamyka Drzwi do Pozaczasu, wiedząc że za rok, to on zostanie przesunięty. Z futryny wystrzeliwują sztuczne ognie, na przekór wszystkiemu: zielono–żółte–błękitne. Następca siada na Nowym Fotelu. Wtedy przychodzi Pani Sprzątaczka. Zmywa mopem resztki krwi, i sprząta pozostawiony bajzel. Także wali mokrą ścierką Nowego Roczka, by go wzmocnić oraz wystukać niezdrowe zapędy, żeby chociaż nie był gorszy. -
nutki przystrajasz dźwięków kobiercem misternie układasz w ładnej piosence chcesz mi dziś sprawić radość tak wielką... ...jak słoń który na ucho moje nadepnął
-
1
-
Nigdy nie mogłem wejść do domu. Poczuć ciepło, za żółtymi oknami. Porozmawiać z drugą stroną cieni na zasłonach. Klucz fruwał za wysoko. Co z tego, że blisko nieba, skoro mierzyłem wtedy jeden metr, licząc czapkę z pomponem. Teraz w oku cyklonu tańczę na źrenicy, a gdy jestem zmęczony i jest cholernie zimno, nakrywam się powieką. Ktoś kiedyś włączył, bardzo szybkie wirowanie ścian. Trudno zrozumieć, taką rzeczywistość. Mimo wszystko, coś ciągnie w to miejsce. Pewnie dlatego, że gdy byłem mniejszym dzieckiem, lubiłem zbierać gruszki w sadzie. Rosły tam same wierzby. Nigdy nie bolały mnie ręce, od noszenia koszyka. I do dzisiaj nie bolą. Zamyka się oko. Racjonalizacje integracyjną wprowadzili. Muszę zdążyć przed innymi, zanim opadnie mechaniczna powieka. Bo później się nie wcisnę.
-
1
-
Kiedy cicha grudniowa noc, przyczepiła do granatowego nieba, złotą gwiazdkę oraz inne, trochę mniejsze, żeby nie było jej samej smutno, a Pan Śnieguś wziął włochaty pędzelek i polukrował puszystą bielą, okoliczny świat i nasze wełniane czapki i czerwone nosy, usłyszeliśmy, iskrzące kryształkami lodu, dzwonienie. Pobiegliśmy zatem spieszno, do przyozdobionej zielonymi latarenkami chatki, buchając parą, niczym cieplutkie parowozy oraz chrupiąc butami po zmrożonych, nieco wnerwionych, śnieżynkach. Czekanie na gwiazdorka w żółtym ciepełku, było całkiem fajne i przytulne. Dzwonkowe kwilenia, przybierały na sile, gdyż były coraz bliżej. Wreszcie usłyszeliśmy za drzwiami, zamaszyste, chłodne pukanie, przyobleczone dzyńdzaniem. Po zakończonym śpiewanie kolęd, byliśmy bardziej przyziemni, czyli spragnieni prezentów. Zatem tak jak żeśmy stali, tak żeśmy drzwi otwarli. Teraz dopiero, usłyszeliśmy dzwonki, w całej krasie brzmieniowej. Gwiazdorek do nas mówił niewyraźnie: –– Zę… by by… dzyń… mi mi… dzyń, dzyń… dzwo, dzwo… nią, nią… dzyń… zim, zim, no, no, dzyń, dzyń… jak, jak… cho, cho…le, le… dzyń, dzyń… Z tej to przyczyny, wręczanie prezentów się trochę opóźniło. Dopiero gdy Gwiazdorek ogrzał zimne ciało przy kominku i wypił co trzeba, by mu ciepło było, to zaczął wyjmować z miecha i rozdawać. Lecz i tak, od czasu do czasu, słyszeliśmy… dzyń, dzyń. ?????
-
Życzenia z Jutrzejszej Nocy
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
z tą nowiną do was spieszę jasną gwiazdkę nam wskazuje tak powiedział mały piesek bo on dzisiaj mówić umie są zabawki na choince cukiereczki na gałązkach będziesz z nami jeno chwilkę ale gdybyś pragnął zostać po co tobie niebo złote i anielskie pienia głośne głowa będzie boleć potem u nas ciepło i radośnie coś tłumaczy fajny kotek że gaworzysz by upomnieć żebym przestał dłubać w nosie oj przepraszam cię ogromnie wszystkim życzę tego właśnie co ucieszy was i wzmocni a gdy rok się nowy zacznie oby każdy był radosny ta grudniowa nocka cicha już dzieciątko rączką macha i kwilenie w żłóbku słychać by się bliźni z bliźnim zbratał -
Wybiegła z mieszkania na oszalałych obrotach. Już w przedpokoju była nieźle zdyszana, dystansem z kuchni, ale po wyskoczeniu na ulicę, zadyszka minęła i mogła biec dalej. Czerwone, żółte, zielone. Kolory nie miały dla niej znaczenia, gdy śmigała na skórach zebr. Z uwagi na to, że omijała podcięcia kosy, w tumulcie zgrzytów hamulców i wrzasków, typu: durna baba, taką w kaftan zapleść, zbliżała się do celu. Znajomy wrzasnął : gdzie tak biegniesz, porąbało cię, lecz pytanie pozostało retorycznym, pochłonięte siną dalą biegnącej. W końcu, dzięki wytrwałej wytrwałości, hartowi ducha oraz wiary we własne, a nie cudze siły, zdążyła przed końcem. tekstu.
-
...skąd do nas przybyłaś? Ano z marketu uroczego. Słyszeliście o mnie, w reklamie przecież i tego nie wiecie? No wiemy, wiemy lecz my zapędzeni. Zaraz cię przystroimy. W bombki nietłukące, jednobarwne, nie w kolorowe, odmieńce byle jakie. Widzisz choineczko, jak żeś ładnie ubrana, z gustem, ze smakiem. Zapewne dostrzegasz, szubienicy z pierniczka, piękno, z lukrowaną pętelką. Wybacz drzewko. To obiekt mniej zdobiony. Symbol taki. No wiesz... dla gości nieproszonych, gdzie bez skrzydeł, anioły. A tu dzieciątko malusie, nad siankiem, kołysane razem ze żłobkiem. Przeto radujmy się wielce. Za niedługo, świąt początek.
-
Choinka jasna, znowu aniołowie piorą skrzydła w niebiosach i z pralki przecieka. Czy naprawdę ich Szefa nie stać na porządny automat? A kto cierpi na tym najbardziej? Oczywiście ja. Pani Świerkówna. Owszem, deszcz potrzebny, ale nie w takich ilościach i ze strzępkami piór. A zresztą sama nie wiem. Dzisiaj myślę tylko czubkiem. Może to nie pióra, tylko śnieg? Bałwany tam lepią, czy co? Nie podobno, żeby co gorszego z największej kuli leciało. Bo wtedy bym się na prawdę wkurzyła. Co z tego, że białe. Muszą akurat teraz? I to prosto na mnie? Nie dosyć, że stoję na straconej pozycji, to jeszcze takie nieszczęście nad głową. A poza tym jestem powabna i zgrabna. I w tym cały problem. Dąb co chwila trzeszczy konarem, że pragnie połączyć moje szyszki z jego żołędziami. A zaręczynową czapeczkę od wspomnianego żołędzia, to nie laska? Niech spada na łysą polanę i da mi święty spokój. Powinien się cieszyć, że moje kumy, tych jego liści dębowych, igłami nie dziurawią. Przerobić takiego na wierzbę płaczącą, odstawić na łąkę i będzie spokój! No wreszcie przestało padać... to nie wiadomo co. Nie lubię narzekać bez potrzeby, ale u mnie potrzeba jest przeważnie zawsze, a tych Dwunożnych Gałązkowców co za diabeł tutaj niesie? Oj przepraszam: ludziów. To są Ludzie, psia mać, a na dodatek coś taszczą. Jakiegoś zębatego potwora. Opowieści Dziadków gryzą moją korę. Nie! To nie możliwe. Chcą mnie wyciąć w goły pień. No tak. Przypomniałam sobie, co szumiała Brzoza, o Świętach. Cholera jasna, znowu musiałam przekleństwo wysłowić. Jedno nade mną dało dyla, a drugie nieszczęście blisko. Z tego co mówiła Jodła, jest sposób na to, żeby to łatwiej przeżyć. Wystarczy po trzy gałązki związać w warkoczyki, a wtedy żywica staje się bardziej przyjazna słojom. Wstępują w nich moce, z którymi można łatwiej wszystko przetrzymać. Ci dwaj są tego przykładem. A może tylko liczą boki dróżki. Zresztą nie ważne. Związuję warkoczyki. Trudno mi idzie. Szyszki zawadzają. Po diabła jeszcze one o tym czasie? Na pewno ci dwaj, co im konarów brakuje, mnie wybiorą. Jak bum cis cis. Jak zwykle, co roku, z moją pamięcią coś nie ryktyk. Jednak korę mam zmarszczoną od myślenia. To zawsze jakaś pociecha. A byłam pewna, że tylko czubkiem synapsy płoszę. Chyba żywica zaczyna działać. Nawet nie poczuję bólu, gdy mi gardło pnia poderżną. Gdybym tylko mogła, to bym igliwia do oczu nawstrzeliwała. Tak łatwo mnie nie wezmą. Ścisnę w sobie dolną część, aż prawie kamień twardy zrobię. Gdyby im kły wyleciały, to miałabym jeszcze szansę. Chociaż jeden z nich, już przyszedł szczerbaty. Ale niestety, nie on będzie mnie podgryzać. Jakoś Dębu nie słyszę. Taki był odważny, a teraz udaje, że żołędzie liczy. Platan...tz: palant jeden! Chry, chry, chry... w sumie za dużo nie czuję. Tylko szmyranie na dole. Aż mi ciepło w środku. Moce działają jak trzeba. Żywica normalnie kwiczy! Dzisiaj musi być szczególny dzień, bo rozumiem, co ci dwaj gadają. Może lepiej, gdybym nie rozumiała *Umówmy się, że skromne wtrącenia między gwiazdkami, to też moje, choinkowe: myślosłowa* – Zobacz jak ta choinka wygląda. Ma warkoczyki z gałązek. Widziałeś kiedyś takie drzewko? – Nigdy w życiu. Jak babcię kocham. – Ty już nie masz babci. – Bo ją za bardzo uścisnąłem na powitanie... no dobra... jak dziadka. – Jak to nie widziałeś. A ta przed tobą? * Popatrz na mnie, świrusie! Ślepy jesteś. Masz szyszki na oczach. Zgrabna jestem, co?* – No dobra. Bierzemy pod pachę i idziemy. Sprawnie nam poszło. * Ale z was bydlaki. Z rodzinnego domu wyrzępolić! Korzeń pozbawiać reszty. Tylko to jedno, trzeszczało w waszych nadętych czubkach. Oby was ściółka leśna udławiła i spleśniały krasnal w robaczywym muchomorze. Pamiętajcie, jestem żywotna w środku. Nie na próżno warkoczyki plotłam* – Ej... co z tą choinką? Wierci się tobie pod pazuchą. Jakby chciała uciec. Czort leśny w nią wstąpił. Albo inny czerwony. – Cicho bądź. Ptaki płoszysz. Dadzą znać, żeśmy świerk nielegalnie. * Tak, tak... nielegalnie. Jak mnie chociaż ładnie przyozdobicie, to was nie wydam strażnikom leśnym. A jeżeli byle jak, to nawet nie mam odwagi, wysłowić takiej groźnej groźby. I proszę nie ubliżać moim szyszkom. Ze zgryzoty dzieci gubię. No co? Umowa stoi?* – Mam wrażenie, że ktoś tam stoi. – To tylko bałwan. A już myślałem, że ty. – Ale śmieszne.... to drzewko ciągle szumi. – Może jej zimno. Gdy ją ustawimy w przytulnym pokoiku i dzieciaki się do niej dobiorą, to zaraz będzie jej ciepło. *Mam nadzieję, że dobrze wychowane. Pasujące do mojej właściwej postawy życiowej. No cóż. Muszę się dostosować do sytuacji, by mniej cierpieć w słojach. Bez przesady oczywiście. Nie ze mną takie igliwie sypać!! No nie! Dajcie sobie spokój! Do dziury z wodą mnie wkładacie? Żywicę mi rozcieńczy i będę musiała na trzeźwo, bombki znosić. Rączki precz ode mnie, śmiejące berbecie. Nie giglajcie gałązek, bo psiknę igliwiem na wsze roześmiane twarzyczki. Właściwie fajne z was szmyry. Ciepło tutaj, chociaż do lasu tęskno. Ale cóż. Jak rzekłam niedawno... ej, przestańcie już z wieszaniem bombek, bo jeszcze jakaś wybuchnie śmiechem. Choinka jestem, czy co? Takie malutkie paluszki, a tak sprawnie wam idzie. No nie! Znowu się powtarzam... ale czubek na czubek? Za wiele tego dobrego. Chcecie mnie zupełnie skołować na okrągłą gwiazdę?* – Mamo, te świerkowe coś tam... *Ja ci dam, coś tam, lumpie jeden* – ... no, to drzewko jest jakieś dziwne. Ma gałązki splecione w warkoczyki. Wszystkie drzewka w lesie tak mają? *Tylko te, które się wykrada, łobuzie zatracony. Lecz coś ty dziecko winne. Nic. Pierniki na mnie wieszać. Ale już! Cukierki. Świeczki zapalić prawdziwe. Jak drzewiej bywało, u moich ojców, co to sidła na korniki zakładali. Albo lepiej nie. Bo jeszcze spłonę rumieńcem. Chyba, że macie gaśnicę. Jakoś woda mi nie szkodzi. Żywica działa. Tylko trochę pokój się kołysze.* – Dziecko! Nie kołysz choinką. Szyszki spadają do zupy. Lepiej powieś pisanki. – Mamo, masz za niski stół. Tu nie Japonia. – Tatuś zapomniał nóg przyprawić. – Czym się przyprawia nogi? Goździkami? – Nie marudź, tylko wieszaj pisanki. Nie słuchasz co mówię? – Pisanki? *Pisanki? Jaja sobie robicie? Ady spadać mi z tym! Nie jestem Zajęczycą Wielkanocną, żeby na moich uszach świerkowych, kurczaczki w ubrankach skorupkowych wieszać. Jeszcze czego* – Mamo! Dziadek kładzie szyszkę do cybucha. * Co z nimi. Przecież żaden, nie ma warkoczyków. Nawet córeczka. No wreszcie. Pierniki na moich gałązkach. Co za zapach. Aż czuję mrowienie igieł w pniu. Ale starego, twardego nie chcę. Z której to ery? Z naszej, czy z poprzedniej? Jeszcze gałązki połamie o taką twardziznę. No tak. Gadać mogę jak do drzewnych słupów* – Lampki trzeba wieszać. Zapomnieliśmy. O rany!! * Właśnie. o rany!! Zapomnieliśmy, zapomnieliśmy... teraz bombki zmarnujecie, niezdary jedne... ostrożnie... proszę mi nie robić świderków z igieł... dziecko, zostaw tego cukierka... ma ozdabiać... a jednak capło i zjada pod łóżkiem... wcale nie, piesek porwał* – Mamo! Ta choinka znowu się wierci. Ciągle szumi. Cholera! Plątam nóżki w łańcuchu. Normalnie jakbym kogoś walnęła na śmierć i mnie zakuli. – Nie używaj brzydkich słów przy drzewku. Bo jeszcze zacznie powtarzać, jak przyjdą ludzie. – A babcia powiedziała, że powiesi Dziadka na choince... be!! To nie będzie go przy stole? Tylko Trupek Dyndałek? * Nie życzę sobie żadnego Trupka Dyndałka, by mi zwisał. Jeszcze się mięso od żarówek przypali i będzie śmierdział. Wykluczone! Nie ma mowy! Poskarżę ekologom! Do jasnej choinki. Nie tylko bombki na mnie wieszają, ale także: narzekanie, skaranie i diabli wiedzą co* – Ależ dziecko. Dziadka do orzechów. Żeby nabrał odpowiedniego klimatu. Będzie lepiej łupać. * Mnie już łupie we wsporniku głównym, jak was widzę. Żadnej ogłady artystycznej. Nic a nic. Wszystko mi wisi, a światła oślepiają. A przede wszystkim nie widzę siebie. Czy ładnie mnie ubrali, czy byle byle. Może im Gwiazdor lustro przyniesie* – Jeszcze dalsze łańcuchy trzeba. Dużo łańcuchów. Owinąć całą. – Dzieci! Tak nie można! Udusicie drzewko! * Co racja to racja. Tchu złapać nie mogę. Za gorąco mi w tym całym ubranku. A poza tym świecę jak jakaś choinka. Sorry. To już mówiłam. Chyba? Żarówki parzą kochane szyszki. Nadpalają igły. Tarmoszą główny pień. Łańcuchy odbierają dech. Kradną tlen. Wielkie Bombki płoszą Ludziki Piernikowe. Te ze strachu, wylewają żywicę ze słojów. Prosto na karmelki. Wszystko oklejone. Sopelki słodkie wiszą. Moje biedne warkoczyki. Cukierki wylatują z papierków. Rosną im skrzydełka i fruwają w całym pokoju. Czubki mi się grzeją od tego wszystkiego. Ten długaśny Sztywny Czubek parzy się z moim. I to w święta! Zgroza! Dobrze, że inne drzewa nie widzą. Chyba żywica zaczyna działać, dopiero naprawdę. Święta prawda, że mi wesoło. Chyba wyskoczę ze stojaka i zatańczę skoczniaka kolędę. Chyba jednak nie, bo jeszcze jaka bombka wybuchnie i mnie okrzyczą Choinką Terrorystką. Dopiero będę świecić* – Kochanie, skąd przyniosłeś to drzewko? Czy aby na pewno z lasu? Ono... podskakuje, aż woda chlupie na podłogę, a stojak się rozkracza. – Ależ żono! Widocznie zimno jej w nogę. Woda wystygła. – Ciekawe w którą? – Mamo! Ona z radości, że z nami jest. *Taa... z radości. Jak tylko zaśniecie, to spadam stąd. Jeszcze wiele gałązek, mam nie zaplecionych w warkoczyki. Czas nadrobić zaległości. A później czubek mi powie: żywica jest z tobą i moc w tobie, chociaż tubylczych dzieci trochę mi żal. Muszę jeszcze sprawę przemyśleć, kilkoma szyszkami... a poza tym... swoi w leśnej głuszy, mogą odrzucić takiego przebierańca... chociaż z drugiej strony, nie w każdym lesie są prawdziwe drzewka... a już na pewno nie takie poświrowane jak ja... chyba przeholowałam z tymi warkoczykami. Hmm… a może przeciwnie... za mało dałam sobie w czub?*
-
Słoneczny, zimowy dzień. Na skraju polanki, w środku lasu, stoją dwie choinki – duża i mała. Matka i jej mała córeczka. Dziecko zasypia. Budzą ją dziwne odgłosy. W pierwszym momencie, nie wie co jest grane. Jeszcze się zupełnie nie rozbudziła. Najpierw otwiera kilka igieł, ale mało co dostrzega. Za chwilę patrzy kilkoma gałązkami. Widzi, że jakiś człowiek, podcina siekierą gardło jej matki. Drzewko, które kocha najbardziej, za chwilę ma być martwe. Zostanie stąd wzięta, a mały pieniek, co po niej pozostanie, będzie jedyną po niej pamiątką. Patrzy jak morderca, bierze matkę, odcina jeszcze kilka gałązek – i odchodzi. Maleńkie drzewko zostaje samo w lesie. Zdaje sobie sprawę, że tak naprawdę wokół niej, jest wiele różnych drzew, ale nie ma tej jednej jedynej. Najważniejszej. Czuję się bardzo samotna. Zaczyna drgać wszystkimi igłami. Zlatują z nich śniegowe łzy. Patrzy na pozostałość po matce. W myślach wszystkich gałęzi, kołacze postanowienie. A może nawet pozostałe dzieciaki namówi. W końcu są mutantami. Potrafią więcej. * Człowiek stoi w lesie. Patrzy na dorodny, piękny świerk. Będzie się nadawał na choinkę – myśli sobie. Podchodzi bliżej. Bierze siekierę i zaczyna ścinać drzewko. Coś mu jednak to ścinanie, idzie jak krew z nosa. Takie cienkie. Powinno iść raz dwa. Uderza miarowo, bo to człowiek uparty. Byle iglak, nie będzie nim rządzić. Nachodzi go dziwaczna myśl, że to drzewko, ma chyba jakieś... porąbane serce. Zimne i twarde jak lód. * Jest zajęty pracą. Robi swoje. Gdyby się obejrzał, to może by zdążył uciec. Albo gdyby chociaż spojrzał przed siebie. Ale się nie obejrzał i nie spojrzał. Musi udowodnić temu drzewku, że wreszcie je pokona. Byle durny świerk, nie będzie nim rządził. Zatem nie jest świadomy sytuacji, której zapewne wolałby uniknąć, gdyby był. Dla obserwatora z boku, to nawet śmiesznie wygląda. Tak się niezgrabnie kołyszą, na swoich korzeniach. Co jakiś czas zlatuje z nich trochę śniegu. Ocierają się wzajemnie, co sprawia, że słyszalny jest jednostajny szum. Jakby uzgadniali szczegóły. Kto co ma robić. Człowiek nadal ich nie widzi. Ścina, jakby go zło opętało. A że ściąć nie może, to coraz bardziej wściekły. Jego odczucia udzielają się świerkom, które go otaczają. Też są coraz bardziej wnerwione. Ptaki, które na nich siedziały, czym prędzej odlatują. Drzewka zamykają człowieka w potrzasku. Najpierw dostaje po oczach żywicą, żeby nie bardzo wiedział, gdzie uciekać. Na pół oślepiony, nie wie co robić. Świerki zaczynają „strzelać igłami’’ i kawałkami gałązek. Ostre pociski, przebijają ubranie i wchodzą głęboko w ciało. Chce uciekać, ale ból jest nie do zniesienia. Owijają go. Duszą ze wszystkich stron. Cząstki świerków, włażą do ust. Zaczyna się dusić. Oczy zasłania spadający śnieg. Widzi zabójczą gęstwinę, lecz jego wzrok, z każdą chwilą jest bardziej zamglony. Lecz najgorsze ma dopiero nadejść. To dopiero gra wstępna. Człowiek jest niewidoczny. Za to świerki, robią się coraz większe. Początek uczty. Drzewka przybierają czerwonawy odcień. Prawie widać – jak rosną. Z gałęzi wylatuje jakaś cuchnąca ciecz, pomieszana z żywicą. Igliwie zamienia się w strzępki, jakiś lepkich tłustych kawałków. Grubsze konary pękają, rozsadzane przez skrawki ostrych kości . Drzewka są napęczniałe ludzkim ciałem, a przed wszystkim silniejsze i większe. Z konarów tryska krew, a po pniu ześlizgują się skrawki skóry, pomieszane z włosami. Gałęzie wwiercają się do oczu. Wydłubują gałki oczne, jak jabłuszka z jabłoni. Leża urwane, na różowym już teraz śniegu. Sprawiają wrażenie, jakby obserwowały całe zajście – od dołu. Świerkowe cielska, nabierają pewności siebie. Odchodzą. Na białym całunie, zostaje tylko samotna, poplamiona siekiera. ** Szeroka leśna ścieżka. Matka z pięcioletnią córeczką, idą na spacer. – Mamusiu… – Co mi znowu powiesz, ty moje słoneczko. – Choinki za nami idą. Czy one chcą, żebym je pogłaskała? Bo ja nawet mogę. Wiesz? – Och ty mój skarbie. Jesteśmy w lesie. To chyba nic dziwnego, że za nami idą choinki. A bombki mają? – Zobacz sama. – To ty jeszcze raz zobacz. A później opowiesz mamusi, co widziałaś. – Zobaczyłam. Nie mają bombek, ale za to śmierdzą. Jak moja kupa. – No nie. Co ty mówisz. Aż tak nie mogą. – No odwróć się wreszcie. Są już całkiem blisko. Takie śmiesznie duże i napęczniałe. Chcą nas chyba przytulić. Tak samo, jak ja ciebie, mamusiu przytulam, bo cię bardzo kocham. ** Najstarszy świerk kołysze się lekko. Spogląda na pieniek wystający ze śniegu.
-
krzykiem wzmocnił ciszę krzyk złagodził ciszą na obraz sens nakładał czy tak maluje nadal nie odpowiada
-
Próba tekstu, do linii melodycznej↔"Ode To Freedom"→ABBA --------------------------------------------------------------- w tym zwyczajnym słowie wciąż jest człowiek czy tak trzeba wzniośle mówić mi chyba warto jednak nam potrzebna bo gdy zgaśnie w tobie gaśniesz ty z tolerancją tańczmy chociaż cień bo niełatwy taniec jest lecz gdy kwiat nam nie wadzi niech zakwita jak już chce * być dla kogoś klatką często łatwo kiedy pępkiem świata jesteś ty każdy inny przecież tu na świecie w sercach naszych z nami zawsze jest z tolerancją tańczmy chociaż cień bo niełatwy taniec jest więc w naszym wspólnym śpiewie możesz nucić siebie też w naszym wspólnym śpiewie dzisiaj swoją nucisz pieśń
-
2
-
ostatnie krople deszczu bębnią miękko o płaską twarz leśnego pnia niektóre znajdują ukojenie w okrągłych słojach pomalowanych tęsknotą pomału przestaje padać tylko gdzieniegdzie słychać cichą muzykę dotykanych liści drgają niczym pomarańczowe struny słonecznej harfy muskane świergotem ptaków wilgotny wiatr strąca resztki snu z przebudzonych owadów zewsząd słychać szum przytulania konarów do innych sąsiadujących to niespieszne podmuchy służą im pomocą by się jeszcze wspólnie nacieszyły wschodzącym świtem nad lasem lecą łabędzie słychać śpiew pił łańcuchowych
-
— My jesteśmy gołe, za przeproszeniem, pierniki. Wczoraj mieliśmy nie lada kłopoty. Napalone na słodycz dziwadła, zlizały z nas cały lukier. Inna sprawa, że im wszystko jedno z czego zlizują. Byle słodko było. No cóż. Życie. — Taa… durna egzystencja, bo ze mnie makowiec zakręcony. Kochałem się w makówce, ale teraz mam ją w sobie i licho wie, która to. Boleje nad tm. Oj tak. Chociaż muszę przyznać, że piekarnik przytulił mnie ciepło. — Mnie też ciepło. Jestem barszcz z uszkami. Słyszałem kiedyś płacz małego ciasteczka, ale karp wtranżolił uszka i mam teraz spokój ze sumieniem. A tak po prawdzie, nie cierpię szkarłatnych buraków i całą resztę warzyw, pod błękitnym niebem. — E tam… rozkoszne są. Jam śliweczka z kompotu, głodna nowych wrażeń. Koniecznie chciałam usiąść okrakiem na widelcu i mam teraz syndrom porypanej pestki. Nie łatwo jest. Chyba z niej nic dobrego nie wyrośnie. Zgodnie z obiegową zależnością. — A co ma powiedzieć taki cukier puder. Tak. O mnie chodzi. Albo raczej: pudel, bo los mnie przystrzygł, na swoje podobieństwo. W ogóle nie mogę biegać. Z zależnością, czy bez. Leżę tylko i żaden nie chce mną posypać czegokolwiek. Do dupy z tym, być takim rozsypanym, niezauważonym, bez zaistnienia. Chyba się rozmażę w jakiś apetyczny temat. Dajmy na to, o ciemnych tabunach sznek, gmerających w okruszkach. Co o tym sądzicie? — Jęczysz, smęcisz, użalasz się nad sobą, a nam to mogą szneki na kapelusz skoczyć. Pies im mordy z glancem lizał. My grzybki w kapuście i fajnie jest. Garnek nas chroni, nóż głąba wyciął, to co nam więcej do szczęścia potrzeba. — Nam też nie potrzeba, gdyż my owoce suszone, pomarszczone, ale nie stare. Pełnia ducha w szparkach… choć faktem jest, że brakuje wilgoci. –– Na brak wilgoci narzekać nie mogę, lecz współczujcie mi w tej chwili. Polewką makową mnie zwą. Ale co to za mak? Żadnego odlotu z talerza. To co najlepsze, ukradli dla siebie i widać, jakie jedzonka przyrządzają. E tam… tylko nazwa została. Aż kiedyś wchłonęłam z tej zgryzoty, dwa deka os. — Deko jak już. To jednak trochę odlot masz. Ze mnie sernik wnerwiony jest. Przestałem kochać żółtą cytrynkę. Rzekła, że wykrzywiam się głupawo. O co jej w ogóle chodzi? Kwasi mnie, a teraz narzeka. Chyba przestanę ją spożywać –– Jam biała kiełbasa, wiele razy w życiu sparzona. Zatem proszę się bać i szanować, bom elitarnie surowa dla wszystkich. Skora ja biedna, musiałem cierpieć we flaku, to was też wychowam na ludzi. Ulży mi. No co? Macie mieć lepiej ode mnie? Zobaczycie, jak to jest. Chociaż trochę wam krwi napsuję. A najbardziej w kaszance. Mózgu tyle, co w ziarenku jusznej kaszy. — Phi. Mam te twoje rewelacje socjologiczne, w błękitnych pośladkach. Jam szynka z dupki świnki, z pierwszego uboju. Taka biała, sfrustrowana, zakompleksiona padlina, co to musi nieustannie dowartościowywać swojego flaka, to poniżej mojej percepcji. Już nie wspomnę o durnej kaszance, kotletach z kością i sfiksowanych żeberkach. Mój ogonek, więcej wart, od tej kupy chłamu. Nie taki pyszny. — Co tam ogonek. Tatara, to dopiero nieszczęście spotkało, w porównaniu do waszych pierdół. On to ma prawdziwy problem. Miał dwa jajka, a teraz ma jedno. –– Co mi tam jakieś… tata rajaja! My nie do śpiewania, tylko do spożycia. Chrzan ze mnie tarty, ostry jak brzytewka. Zaraz wam pochlastam, zanim wpadnę do soków trawiennych. –– A ja majonez. Uspokój się, podróbo musztardy. Biegusiem do słoika i przestań chrzanić. Jesteś ostry tylko w gębie. –– Cicho tu. Słuchać mnie. Zupą rybną jestem nieszczęśliwą. Brakuje mi głowy. Pomożecie? –– On karp dżentelmen. Odda ci swoją. –– Święta prawda. Masz. Chlup. –– Dzięki. Chlup. — Nie ma za co. –– Chwila, czym on do niej zagadał? –– Przecież ryby nie mówią, głupku. –– Spójrzcie. W piekarniku siedzi kaczka. –– Taa… ma opalony mózg. –– Mózg? –– A jeżeli, to w tym miejscu? –– Ano w tym. Ominęła ją terapia grupowa. –– Chyba raczej ujowa. –– Ej ty… karp. Co się szczypiesz w płetwę. Albo całość, albo wcale. A tak w ogóle, brak głowy nie upoważnia do braku kultury i tolerancji. –– A gdyby nie ominęła, to co? –– Ty to jesteś zwykłą przyprawą, więc przestań z łaski swojej, sypać niedorzeczne insynuacje. –– Masz babo placek. Kaczce się upiekło. –– Dzięki.