Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. Rafael Marius↔Dzięki:)↔Co racja, to racja:)↔Co najmniej połowa drogi, za:) Pozdrawiam:)
  2. To stało się nagle i niespodziewanie. Rach ciach i już. Żywe ciało ukochanej żony zostało na kanapie a jej mózg zepsuł telewizor, wyłączając wszystkie programy: lokalne, satelitarne i jakie tam jeszcze? Pojęcia nie mam. Na domiar złego zaczęła wygłaszać reklamy (jakby to ona była nadajnikiem) i je wyświetlać... jakoś inaczej... bardziej sugestywnie. Jedna z nich tak bardzo utknęła w moim mózgu - który na szczęście miałem przy sobie - że aż postanowiłem sprawić żonie radość, realizując... to co reklamą przekazała. Póki co nie miałem z nią za bardzo kontaktu. Przebywała w innym świecie. A reklama brzmiała: ''Przeżyj szczęśliwe chwile, w naszym drewnianym domku. Nie pożałujesz” Nie namyślając się za dużo, wtłaczam mój plan działania w ciemny tunel realizacji. Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem większym szaleńcem od mojej żony, co to ma wdzięki na kanapie a mózg w telewizorze. Ale cóż poradzić. Miłość nie wybiera, tylko nakazuje. A przynajmniej mnie nakazała. Kilku zaufanych ludzi do tego angażuję w tym jednego grabarza. Mają trzymać gęby na kłódkę. Kiwają, że tak, że nie zawiodą. Kopiemy dziurę w ziemi, kładą mnie do trumny (sam nie wchodzę, żeby się wczuć w rolę) i po chwili jestem zakopany i jeszcze bardziej zakochany. Mam nadzieję, że plan się powiedzie. Komórkę też. Ze świecącą diodą, żebym wiedział, co wyprawiam, gdyż mi zupełnie odbiło. Odpowiednio się moszczę, żeby ciało miało wygodnie i postanawiam zadzwonić do żony (albo raczej do jej mózgu). Żywię antobawy, że odbierze rękami z kanapy i że chociaż trochę wróciła do realu. –– Kochanie, to ty? Halo, tu ziemia. Widzę, że jakoś złapałaś telefon. Twój mózg działa jako tako? Możemy rozmawiać? –– Skąd dzwonisz? Przyznaj się nicponiu! Czekam z kolacją. –– Z kolacją? No dobra, mniejsza z tym. Dzwonię z trumny. –– Z czego? Reklama mi odbiór zakłóca. Mów wyraźniej, a nie jak spod ziemi. –– No z trumny. Zakopany jestem w rozkosznym domku. Pamiętasz reklamę, co mi przekazałaś. Chciałem ci sprawić uciechę... no wiesz... że posłuchałem... –– Kpisz? –– Ależ nie! Robaki mi świadkami. Jestem metr pod ziemią. Tylko mam problem. Długo nie odbierałaś. Jakiś czas minął. Zaczynam się dusić. –– Pobiegaj trochę. Nabierz powietrza. Co ona sobie wyobraża. Mam biegać w trumnie. To pomieszczenie jest do leżenia, a nie do biegania, od dziada pradziada. Nie mogę tego zmieniać. Co by okoliczne nieboszczyki o mnie pomyślały? –– Nic z tego kochanie. Ta bieżnia jest za krótka, a dach nad stadionem bardzo nisko. Zwołaj rodzinę. Niech mnie odkopią. –– Kochanie! Ja mam mózg. Czyżbyś o tym zapomniał. Nie możemy cię odkopać. W świetle prawa, jesteś nieżywy. Leżysz w trumnie. To by była profanacja zwłok. –– Co ty wygadujesz? Odłącz się wreszcie od telewizora. Tylko w głowie tobie miesza. Masz akt zgonu? Nie masz. A zatem jestem żywy. Przecież mówię do ciebie. –– Kochanie! Uspokój się. Rodzina jest ze mną. Kuzyn prawnik prawi, że wystarczy uzyskać pozwolenie na ekshumacje zwłok… –– Jakich zwłok? Duszno mi. Ubranie klei się do wieka. –– To się połóż na brzuchu i pomyśl o drugiej stronie działającego odkurzacza. Od razu poczujesz się lepiej. No tak. Rodzina się zebrała i zamiast odłączyć ją od telewizora, to mnie mają za wariata. A ja tylko chciałem sprawić żonie trochę radości. I bądź tu człowieku dobry. Doprawdy… zaczynam tracić wiarę w ludzi. –– Nie gadaj głupot. Słyszę pukanie z dwóch stron. –– A widzisz. Spokój zakłócasz. Nie mogą się nawet spokojnie rozkładać. A może to robaki stukają, bo chcą cię odwiedzić. Obiad zjeść. Oglądałęś film: „Wstrząsy’’? –– To ja za chwilę będę się rozkładać i wstrząsać ze strachu. –– Kochanie. Za chwilę zwariuję. Z jednej strony słyszę reklamy, a z drugiej ciebie jak zza grobu. –– To już nie gadasz reklam? –– Nie. Powrócił na kanapę. Wszedł we mnie cały. –– Kto? To ja ciebie kocham do grobowej deski, a ty mnie zdradzasz przed zepsutym telewizorem? –– Już nie jest zepsuty. Znowu gada głupoty. Mózg wszedł do czaszki. Jestem powtórnie cała na kanapie. –– A rodzina? Nie przestraszyła się, gdy uchylał kopułkę? –– Jestem już sama. –– Aaa... rozumiem. Po jakimś czasie. –– Nie mogłem się do ciebie dodzwonić. –– Życie sobie ułożyłam na nowo. Ty i tak przesiąkłeś trupami. –– Jak możesz tak mówić. Ledwo zipie. A poza tym bateryjkę mam na wyczerpaniu. –– A widzisz! Nie wiedziałam, że miałeś rozrusznik. Oszukałeś mnie. I po co to tobie wszystko. Nic dziwnego, że tam się znalazłeś. Za karę. –– Za jaką karę? Chciałem dla twojego dobra! Od komórki zasilanie przecież...niedługo mnie ciemność ogarnie. Słyszę stukanie ze wszystkich stron. –– To rodzina. –– Aż tylu już nie ma wśród nas? Nie wiedziałem. Z twojej strony, czy z mojej? –– Żywa rodzina. Żartowałam, z tym... ułożeniem życia. Chciałam sprawdzić, czy jesteś zazdrosny. –– Oczywiście... widzę światło w tunelu... i gębę grabarza. Też z rodziny? –– Nie. Tylko dorabia do emerytury. –– Cholera... nasi!!! Znowu po jakimś czasie. –– Kochanie! Przepraszam. To nie był dobry pomysł. –– Z tym moim mózgiem, też nie za bardzo. Aczkolwiek to nie zależało ode mnie. –– Będzie mi brakować tych reklam, w twoim wydaniu. –– Pamiętam jeszcze jedną. Też fajna. –– Powiedz... proszę... tyle radości chciałbym tobie sprawić. Tak cię kocham. –– Dosyć się ubawiłam. Mam łzy w oczach. Dzięki. –– Powiedz... błagam! Tylko w naszej trumnie przeżyjesz wspaniałe chwile.
  3. — Podobno jesteś bliski, odnalezienia swojej... "wymarzonej igły" –– Tak. Wszystko idzie ku dobremu. –– Czyli? –– Odnalazłem ten właściwy stóg.
  4. już drapią cierniem małego misia mieszając szkarłat z odmienną barwą w łapy ci gwoździe wbijemy dzisiaj przestań nas nękać mową szkaradną wtem jurny potwór knieje nawiedza w zadzie ma szarość biel i kolory wielu ucieka nic nie zabiera nie chcąc być trupem lub obgryzionym z ojczystej ziemi śmigają ojce choć mieli bronić rodzin i starców bliższa koszula ciała jest końcem odwagi tyle co w zębie smalcu tylko misiu tak bardzo cierpiący krwawymi łzami zrasza igliwie jeszcze od lśnienia zadów biegnących gałka oczna mu ślisko wypłynie martwi się losem co trąci trupem nie ma w nim żalu chociaż uciekli zatem zostaje sfajczy mu dupę choć strach zniewala nie traci chęci z pyska błyskawic żar się wylewa mózg przepalają potwornej bestii wrzące jak smoła palą jej trzewia misiu te same odczuwa męki stare misiory mruczą wesoło wracają rzeźbią z miodu medale głoszą też prawdę z fałszu zrodzoną przyznając sobie zwycięstwa chwałę gdzieś z dala siedzi ten co ratował choć bólu w sercu przez to uzbierał myśli przeróżnych ma jego głowa ktoś kark mu łamie misiu umiera tylko odważny inny niedźwiadek opluwa śmiechy futra śmierdzące zaciąga ciało na czystą skałę niektóre łapy są mu pomocne wtem zewsząd słychać dziwne szuranie czy śmierć i zemsta rozszarpie zmysły nie to misiorom za ich odwagę miodu kulają w beczkach złocistych #~# grób zaniedbany pamięć umiera nikt go nie zdobi oraz nie sprząta lecz z ziemi rośnie w kierunku nieba inna wśród innych mała gałązka
  5. podobno dzisiaj spadniesz z wysoka w pozostawione kiedyś ślady tylko na dole wrzeszczą że one już w innym miejscu może wiatr zmieni kierunek poszybujesz po skosie trafisz chociaż pomiędzy
  6. tak już jest że umierają kwiaty choć kwitnienia przytulić płatkami szary popiół zniewala źrenice każde spojrzenie kłuje i rani w zaułkach co łzami zroszone nieraz trudno rozbicie w kształt pozbierać lecz skowronek śpiewem specjalnie dla ciebie kiedyś pobiegniesz łąką zapachem kolorów ścieżką czystą gdzie z czasem nie zwiędną tobą zakwitną
  7. Aff↔Dzięki:)↔Oczywiście→zapewne:)↔To też mylę często. Taki trochę tekst, na 'szybcika napisany" Tak mnie akurat napadło↔Pozdrawiam :~))
  8. Tmp→Dzięki:)↔Ale wzniośle:)↔Pozdrawiam:) * Rafalel Marius↔Dzięki:)↔No taki był zamiar mój:)↔Pozdrawiam:) * Kwintesencja↔Dzięki:)↔Trafne skojarzenie:)↔Pozdrawiam:)
  9. Niedźwiorok Michuś, to Stary już teraz Rok, za niedługi czas przeznaczony na zespolenie, jak nakazuje odwieczna tradycja. Nie spłoszony tym za bardzo, nawet jednym kłakiem futra, wiedząc przecie, że taki cwał zdarzeń powtarzany jest cyklicznie. Lecz wesołości ponad ustaloną normę, też nie kryje we flaczkach za wiele. Siedzi właśnie ciężko, na zwyczajowej, z lekka ugiętej i ozdobionej kłodzie, w celu przekazania przysłowiowej pałeczki. A że ów prawie były – jak wspomniano wyżej – ma się ku schyłkowi, zaczyna coś go pod zadem uwierać. Póki co lekko i nieznacznie, acz z pewnym symptomem zniecierpliwienia. Siedzący drapie łapą bliskie temu miejsce, płosząc wróżki insektów, lecz wstać nie może, bo jeszcze nowy zacznie się wcześniej i popętlanie w biegu ustalonych rzeczy będzie. Całe wyliniałe futro pokrywają doczepione kieszonki w liczbie ponad trzysta sześćdziesiąt. Nigdy jeszcze nie wiedział, ile naprawdę owych jest, bo zawsze pomieszał w liczeniu. W owych kieszonkach są tylko przeszłości, mijającego roku, dobre, złe i większość pozostałych. Jednakowoż powolutku, ich zawartość zanika. Coraz bardziej płaskie niemożliwością zmiany czegokolwiek w świecie drugiej strony strzałki, zapewne mają jakiś tam wpływ na dalsze ich losy, w sensie zdarzeń, jakie zapoczątkowały. Spodnie uwieranie coraz bardziej przybiera na sile, a koniec roku, jest tuż tuż. Nagle rozbrzmiewa wnerwiony głosik: –– Chyba czujesz, jak cię dźgam szpiczastą czapeczką i chyba wiesz, gdzie i kim jestem? –– No ba. Jak by mi dolegały… mniejsza z tym –– odpowiada znużony nieco. –– To rusz wreszcie ten tłusty tyłek. Nowe idzie. Nie mam tyle sił, by cię zrzucić, ale tak musi być. –– Ano musi. A swoją drogą, smutno jakoś. –– Wiem, że smutno. Mnie za rok będzie. Taka nasza dola. –– A jak tam kieszenie? Wyrosły? –– Rosną. Jak mnie nie wypuścisz, to pozostaną puste. –– Może byłoby tak lepiej? –– Albo lepiej, albo gorzeje. Trudno rzec. Przygniatający nowe, w końcu wstaje z łezką na futrze, którą przebiła świerkowa igła. Słyszy jeszcze jak przez mgłę: –– Cześć! Chyba już wiesz, że to ja. Nowy Niedźwiorok Hemoroid. No coś ty. Żartuje przecież W tej samej chwili, Stary Nieźwiorok staje się nieokreśloną częścią lasu.
  10. jako błękit emanował zielonym światłem o pomarańczowej barwie dlatego łąka lśniła wyjątkowym szarym kwitnieniem
  11. Wersja wydłużona ✫*゚・゚。.☆.*。・゚✫* sernik był chory i sflaczał deczko przyszedł makowiec wspomóc piosneczką zgrzytał mamrotał strzelając makiem że sernik skwaśniał słuchając takiej i było mu gorzej nie wrócił do zdrowia jeszcze się bardziej on rozchorował wtem ciepła przyszła z grzybem kapusta by z tej niemocy jego wyłuskać wnet na rodzynki rzuciła głąba deczko wyzdrowiał bo musiał sprzątać niby ktoś szczeka to cukier pudel jest prawie pieskiem prawdziwym cudem barszczyk z uszkami kluchy i maki pierwszy raz świadom dziwności takich suszona śliwka wielce zmartwiona bo jej przybyło zmarszczki od wczoraj żółta cytrynka co taka zmyślna wskoczyła na owoc i zmarszczka znikła gdzieś pomarańcza wciąga banana małpka z karmelu w niej rozkochana biała do chrzanu szaleńcza nawet jest kiełbasą dziś w czekoladzie szynka różowa ze świnki dupki spojrzała tłusto on zimny smutny hycnęła żwawo nakryć plasterkiem placek wędzoną zyskał kołderkę smęcił karp ryjkiem tam i z powrotem bo mu pieczenie wylazło bokiem zachłanna kaczka wciągnęła żary teraz spalony ma kuper cały chichrał się trzęsąc wesoły galart a ona jemu tyś miękki palant ubaw po pachy rzecze karp mokry aż skoczył z tego w sumie przez płotki pan sernik widząc o czym jest mowa wyrósł od razu całkiem wyzdrowiał będąc świadomym co tekst zawiera śmiał się jak głupi owszem do sera tak mu wszak było słodko i rzewnie że aż makowca wchłonął piosenkę tylko babuszko gdera wytrwale od bezuśmiechu ma wciąż zakalec ✫*゚・゚。.☆.*。・゚✫*
  12. W wigilijny zmierzch, ośnieżona cisza przytula leśne drzewa, srebrzystą tajemnicą oczekiwania. Można by rzec, że coś wisi w powietrzu. Nie dosłownie, lecz namacalnie. Tylko co jakiś czas, słychać niewielkie plaśnięcia. To splecione kryształkami śnieżynki, z przykrytych lśnieniem gałązek, szybują na ziemię z kierunku nieba i migoczącej gwiazdki. Jakby chciały coś powiedzieć tym ukierunkowaniem… lub wygnać Obecność z norki. Ciche odgłosy przybierają na sile, uporczywym, acz radosnym natręctwem. Aż poświata księżycowa splata jasne, śnieżne chwile, w nieco spłoszone migotanie zmrożonego czasu, który strasznie skrzypi przemijaniem, gdyby po nim chodzić. Obecność coś budzi z zimowego snu. Jakieś tajemnicze dźwięki, wplecione w cisze lasu. Nie jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. Oj nie. Absolutnie. Jeszcze by chętnie pospała, ale cóż. W końcu wychodzi. Może wreszcie dzięki temu ucichną i będzie mogła wrócić do snu. Pomału noc, maluje zmierzch. Dziwne odgłosy szybujących śnieżynek, nie ustają. Wręcz przeciwnie. Słyszy je coraz wyraźnie. W pewnej chwili, skupiają się w jednym punkcie, gdzieś w głębi lasu. Ze zwykłej ciekawości, postanawia powędrować w owe miejsce. Chociaż chętnie by wróciła do swojej norki. Nie ma określonego kształtu. Natomiast przybiera niektóre te, które mija. Teraz jest toczącym się kamieniem, lecz za chwilę ośnieżoną gałązka, lub wiewiórką. Odgłosy słyszy coraz wyraźniej. Aż wychodzi na ośnieżoną polanę. Srebrny księżyc i gwiazdka, oświetla paśnik, srebrnym lśnieniem. Nie wie skąd, ale wie, co tam zobaczy. Zmrożony czas, faktycznie trzeszczy raźno, kiedy idzie po nim. Wtem słyszy za sobą dialog: –– Fajnie, że jesteś. –– Tak. Fajnie, że tu jest. –– Tylko nie bardzo wie, jaką rolę odegra. –– I raczej się nigdy nie dowie. Odwraca się w kierunku głosów. Widzi wilka i sarenkę. Stoją przy sobie, jakby nigdy nic. Coś mu świta, że to deczko niecodzienna sytuacja. No i jeszcze, że w ogóle mówią. –– Zajrzyj wreszcie do paśnika. Wspomożesz dzieciątko. –– Przepraszam, ja? –– przybysz ma wątpliwości. –– A niby jak? –– Przestań nawijać, tylko zajrzyj –– dodaje niecierpliwie sarenka. Zagląda. Faktycznie. Widzi dzieciątko, z krwawymi dziurami na rączkach. W tym samym momencie, Obecność przybiera wygląd leżącego dziecka, lecz ma wrażenie, że zawiera w sobie miliony istnień. To jakieś absurd –– myśli sobie. –– O czym w tym wszystkim biega? Nagle ni stąd ni zowąd, w tle paśnika, pojawia się mgła. Ściekają z niej krople krwi. Po chwili pojawia się na niej, kształt skrzyżowanych cieni. Majaczy wysoko, nad dziwną kołyską. Wtem jakiś czas za nim, zaczyna pulsować ciemność. Odgłosy już nie są takie przyjemne, jak od szybujących śnieżynek. Poprzez krzyż, kształt chce się dostać do dzieciątka, by je rozszarpać. Lecz ono o dziwo, jest całkiem spokojne. Nadal nie pojmuje, o co w tym wszystkim chodzi i jaką rolę spełnia. Wtem powtórnie słyszy znajome głosy: — Ej, Obecność. Nie bądź taki płochy. Spójrz na dzieciaka –– rzecze wilk Nie ma pojęcia, co ten gest oznacza, lecz nagle czuję w sobie dziwny spokój. Że ostatecznie, nie będzie aż tak źle. Widzi, dzieciątko które wyciąga rączkę przed siebie, jakby chciało błogosławić. Nagle zmienia zdanie i pokazuje kłębiącej się ciemności, środkowy palec.
  13. pan sernik był chory i wyrósł kiepsko przyszedł makowiec uzdrowić piosenką lecz tak mamrotał strzelając makiem że sernik skwaśniał słuchając takiej poczuł się gorzej nie wrócił do zdrowia wręcz przeciwnie jeszcze bardziej zachorował
  14. Rafael Marius↔Dzięki:)↔Coś w tym jest, co rzekłeś. Zapewne:)↔Pozdrawiam:~) Waldemar_Talar_Talar↔Dzięki:)↔Hmm... raczej nie jestem stabilny, w sensie formy i treści:)↔Pozdrawiam :~)
  15. Manek↔Dzięki:)↔Jest jak jest. To jeno zabawa:))↔Może być i tak i siak:) Przeoczyłem Twój wpis niechcący:)↔Pozdrawiam:)
  16. budzi się znowu w miękkiej kołysce z wosku złotego wycieka wciąż zło uśpiona złudą lękiem spowita jak pająk muchę chce wyssać ją światło księżyca ciemną swą stroną słowa cichutkie spowija całunem ledwo słyszalne o pomoc proszą choć wiatr zza oknem szumieć wciąż umie lalko kochana tak to już jest że w ciszy krzykiem potrafi być szept
  17. niedopowiedziany początkiem brzask mgłą się snuje przed wzrokiem jutrzenki krople rosy kawałkami czasu spowite łzami spływają nieuniknionej przeszłości nasączając kamień początkiem wspomnień zielonkawy nalot burzy pomniki życia ostatni oddech schowany w ciszy tęsknot w postrzępionym umyśle skalpelem wycina zakrzywione linie przezroczystych ścian schowanych w szarości barwy przestrzeni kamienne stokrotki ociężałe w kielichu z babiego lata utkanym mroźnej słodkiej zimy wylewają sok z jabłek lepiący podłogę śladem przebaczenia spojrzeń rwanych pajęczyn żelaznych krat banału wschodu bez słońca balsam krawędzi łagodzi cierniowe słowa wybawia krew z niedoskonałej czerni zamkniętej w białych włosach na grzebieniu o prześwitach w tombakowej tajemnicy rzuca kostką co liczbą dzieli zwierciadło dławi ciemność w srebrnych cząstkach lśnieniem rozrywa obraz w powtórzeniach bez złudnych horyzontów morderców świtu
  18. Miewam różne pomysły, ale na homofony nie wpadłem. Podpatrzyłem:) Od dzisiaj przy niedzieli, już nic nas nie dzieli. Tym bardziej ta droga, którą kazałem zrobić, choć była bardzo droga. Ma po czym jeździć, żona moja droga. Nawet dzisiaj, tak dla jaj, odkurzyła kurze, co leżały na kurze. A poza tym właśnie mi gada, że wieczorem utłucze tego gada żywiąc nadzieje, że na widły go nadzieje.
  19. wytańczyć w morzu serca obrzeża śladem na piasku szaleństwem plaży gdzie czas żagluje fale pozmieniał pośród pluskania kolorem nieba o wieloryba fontannie marzyć wyżłobić w toni serca obrzeża zapytać rybę co lśnienie zmienia w promieniach słońca gorącej twarzy lecz czas wciąż płynie i tu i teraz odcisnąć ślady bursztyn pozbierać zastygłą przeszłość w nim zauważyć wyrzeźbić w bryzie serce choć nieraz tam błękit piosnkę wiatrem powiela wilgoć ziarenek sączy obrazy o przemijaniu znowu czas śpiewa na horyzoncie za mgłą by trzeba może się w bajce magia nadarzy co w tańcu serca wyśni obrzeża a czas niech spływa bo znów pozmienia
  20. Babcia Cicikowa od samego rana gdera i mamrocze, nerwowo gładząc ciciki na głowie. W końcu wyciąga z lodówki Mroźnego Skrzata. Tak samo jak babcia Cicikowa, też jest nerwowy, gdyż jakieś stare babsko, wytaśtało zmarznięte ciało, z błogich zimnych pieleszy, bezczelnie chuchając z nozdrzy ciepłym chuchem. — Przestań się wiercić głupi Skrzacie –– marudzi babcia, trzymając wierzgającego za sztywnego sopla. ––Położę cię na zapiecku, byś nieco odtajał. –– Puść mnie głupia babo –– wrzeszczy dźwigany w kierunku ciepłoty, kierując zimny wzrok spod chrupiących od mrozu rzęs. –– Chcesz żeby dostał dziurawych płuc od gorąca? –– Cicho być pożyczkowy! –– Tylko nie pożyczkowy. Nie dosyć, że odwrotnie świrnięta, to jeszcze gatunki bajek myli. Babcia za takie frechowne słowa, odłamuje wiszącemu sopla i trzyma go teraz za skrzypiące od zimna, wystające kłaki. –– Jak trochę odtajesz, to się chociaż na coś przydasz –– mówi agresorka, tarmosząc pypcia w lewej dziurce nosa. –– Wcale nie jestem ciekawy, na co! A do czego” –– Od tego mrozu, poprzez kapelusz na mózg ci padło i fałdy myślaków wygładziło, bo zaplątane pytania zadajesz. Zaraz cię wykręcę nad początkiem kota. Mało deszczu ostatnio. Jeno wąsy na razie wzeszły. Za chwilę taszczy wierzgającego, trzymając go lewą ręką za boże poszycie, gdyż u prawej paluszki ćwiczy, by do wykręcania sprawne były. Po chwili przekłada pakunek do prawej ręki, by gimnastykować owe paluszki, u tej dłoni co dźwigała. Skrzat nawet nie marudzi, że przekładaniec, gdyż pytanie mu z ust wychodzi, podciągając się na oszronionym pytajniku: –– Nad początkiem kota? –– Mroźnego Skrzata aż zdziwko odciepliło na śnieżynce. –– To ty masz kota? –– Nie. Dopiero sadzonkę, ale wilgoci mu brakuje w korzennym zadzie. –– A co mnie do jego czterech. Mało mam problemów z tobą, to jeszcze jakiś florakot? I przestań wykręcać członki me, bo mam w głowie kręćka! –– Wiem, że masz, bo bredzisz jak pokręcony. Sadzonkę kota trza podlać, bo inaczej nie wyrośnie. Chyba, że ty wyłapiesz te nieznośne Bimbole, poszlachtujesz i zamrozisz w kawałkach. Przydadzą się jako chłodne dzwonki do drinków cicikowych. –– Nie będę wyłapywać paskudnych bimboli, a tym bardziej szlachtować. Znowu mi brodę odgryzą. –– Przecież ci odrosła. Oczy mam, to słyszę, że widzę ten wnerwiający szelest. –– Ale z tyłu odrosła i nie na twarzy –– mamroce zdegustowany Skrzat do cna zbrodziały. –– O właśnie. Brodę też wykręcę. Dużo wody w niej. A kłaki przydadzą się do roślinnego Kota, na futro i od tego czasu z dużej litery. Wtem wielkie zamieszanie i skrzydlato–nożny chrobot. To Bimbole wylazły ze wszystkich zakamarków. Nawet jeden ukradł wąsa, wschodzącemu kotu i włożył sobie. Cała reszta fruwa i biega gdzie popadnie. Przewracają naczynia kuchenne, wyjadają żabie udka przeznaczone do kumkających wywarów, pośród gdakających kurzajek. Huśtają się na świetle omuszałej lampy, gryzą błyskotliwe fotony, wyjadają gwoździe ze ścian, przez to wnerwione przodki spadają na tyłki wgniatając klepisko, bo peneli nie dowieźli. Wiele ladaco wierci się w cicikach na głowie, a jeszcze inne wtranżalają lód z uszu Mroźnego Skrzata. –– Kobieto! –– wrzeszczy wspomniany maluch w poprzednim akapicie –– zrób coś wreszcie. I jak w ogóle te paskudy wyglądają –– dodaje zimno, zmrożonym językiem. –– A skąd mi wiedzieć, głupku. Gdy są pochowane, to niewidoczne, a gdy atakują, to jeno smugi. Trudno rzec o wyglądzie nicponi. Wyciągaj młodzie zza pazuchy! Ale mi już! –– A na Bimbola ci młodzie –– marudzi niewyraźnie zapytany, wypluwając flaki pogryzionego agresora. –– Pod sadzonkę kota włożę. Szybciej wyrośnie i wyłapie atakujący burdel. Kot wyrasta jak na drożdżach, tylko trudno stwierdzić z jakich roślin się składa. Zamiast futra ma pokręcone liście, cztery łapy to grubaśne gałęzie z sękami jako przeguby, głowa ma wygląd wiechcia z wiechciowatymi uszami, lecz ogon jest przydatny i nadzwyczaj powabnie przyczepny, gdyż nagle wszystkie nieznośniki, jak jeden mąż, przyczepiają się do przedłużenia kociego tyłka. — Miau, durna hodowczyni –– miauczy Kot, wyrwany z grudkami ziemi na końcach łap. –– Cicho głupi Kocie –– dodaje zbieraczka plonu. ––Miał Kotek pusty ogonek i już nie ma. –– Bierz te pokraki, bo go obgryzą z korowej otoczki. Przyczepiły się jak rzep do psiego ogona! –– Tyś Kot. Nie pies. Przestań mi tu miauczeć. –– Miau, durna. I jeszcze urwałaś mikorzeń! –– A co to: mikorzeń? Pierwsze słyszę. Nie dosyć, że dziwnie mechaty, to jeszcze roślinny analfabeta, co mówi razem, zamiast oddzielnie. Marudząca na biedaka, chce się nadal cieszyć, lecz nagle słyszy pukanie do drzwi. Kogo tu Bimbole o tej porze niosą – znowu gdera jak na początku bajki. Jednak drzwi otwiera. Słyszy oniemiała, nabrzmiałe wykrzyknikiem słowa: –– Oddawaj babo moje dzieci. Chyba widzisz, kim jestem i się lękasz. –– O! Co za niespodzianka. Popatrz wykręcony Skrzacie i na wpół zwiędły Kocie, kogo tu przyniosło. Starego Bimbola. Ojca naszych słodkich Bimboli. –– Skąd wiesz przemądrzała jędzo, że ja to ja? –– pyta ten co go zdziwko chapnęło. –– Niewiele żeś większy od swoich dzieci. Trudno nie rozpoznać. Na ogonie Kota z dużej litery były, przez to wiem, jak wyglądają. –– Jeszcze niektóre są –– dodaje wspomniany. –– To znaczy te zdechłe, co się zakrztusiły mchem. –– Moje dzieci na jakimś omszałym, przerośniętym byle jak kocie i właśnie, że małą literą, tak dodam arogancko. Wypraszam sobie takie zniesławienie! –– zabimbolił bezczelnie groźnie, że aż mu pianka z rozszerzonych chrap, wyciekła. –– Nie na jakimś, jeno wyjątkowym, roślinnym, podlewanym wyciskiem ze Skrzata. A tak w ogóle to już ich tam nie ma. Na choinkę te żywe powiesiłam. Zamiast bombek. Ciebie też powieszę. A właściwie będziesz czubkiem. Po tych słowach, zmarnowana kobiecina, łapie za coś ojca dzieci, wchodzi na stołek i zaczyna go nadziewać, na wierzchołek choinki. –– A łaj –– wydziera się nadziewany Stary Bimbol, niczym czekolada bakaliami. –– Toż to wbijanie na pal, wstrętna sadystko. –– Nie narzekaj. Jakbyś miał większą dupę, to by bardziej bolało. Mroźny Skrzat korzystając z zamieszania, wchodzi do lodówki, by przyjść do siebie i na chłodno przemyśleć przeszłe wydarzenia. Jednak pewien szczegół, zmienia nagle szczęśliwe zakończenie bajki. A właściwe szczegóły. Wstrętne Bimbole mają wybuchowo wściekłe miny, który ni stąd ni zowąd, wybuchają. * Babcia Cicikowa, siedzi na spopielonych zgliszczach, obgryzając z mięsa piszczel pieczonego Skrzata, chrupiąc w międzyczasie ugotowane Bimole, duszone w sałatce roślinnej z rozbebeszonego Kota, a Stary Bimbol umorusany popiołem, zostaje na ocalałym czubku choinki. Będzie służył jako strach na wróble cicikowe.
  21. ... znowu płaczesz deszczem z nieba w pokręconych kanalikach brudne łzy pogniecione papierki od zakrwawionych cukierków zza rozbitej szyby i samotne gorzkie kolejnych wgłębień od sklepień podeszwy o różnych rozmiarach złudzeń ciężarze wzorze nie ponosisz odpowiedzialności za wyrzeźbione wędrówką ślady wiem też że się nigdy nie podźwigniesz wydeptano twoją tożsamość
  22. Stary_Kredens↔Dzięki:)↔Faktycznie trochę kulawy, ale to miało być... tak na luzie:)) Pozdrawiam:) * Alicja_Wysocka↔Dzięki:)↔Ano słusznie prawisz:) Dopieścić by można. Zapewne:)) Pozdrawiam:) * Rafael Marius↔Dzięki:)↔Bo z tymi krasnalami różnie bywa:))↔Pozdrawiam:)
  23. Trochę inna wersja ------------------ stałem na zewnątrz płochy wśród cieni trąbki zagrzmiały trza drzwi zamykać chciałem naprawić przeprosić zmienić czas tego minął jam tu zawitał byłem człowieczkiem pewnym i dumnym teraz dygocę jak pył malusi świadomy siły tak niepojętej co jak robaczka może mnie zdusić biegnę wciąż słysząc myśli kłębiące może dam radę cosik naprawić za późno człeku ja nie znam ciebie aż echo z rozpaczy zgrzyta zębami resztki nadziei ciemność wtranżala że aż mam ciarki w udręce tonę w oddali widzę łunę czerwoną brama piekiełek mnie wnet pochłonie diabeł rogaty przy wielkim kotle wlewa już smołę siarczyście wrzącą lecz oskóruje najpierw grzesznika a z resztek dobra oskrobie chochlą widły ładuje w me ciało grzeszne wrzuca choć kwiczę bo mi za ciepło jednak nie tonę bym nie zapomniał że będę pływał przez całą wieczność bo coś gorszego od grzania dupy pieczony umysł trawi skwierczący smutna bezsilność żadnej nadziei że owa kara się kiedyś skończy * pobudka brachu długo pospałeś zatem wstaję chociaż niechętnie coś mi gdzieś świta szansę dostałem drugą ostatnią nie będzie więcej
  24. mikołaju gdzie masz prezenty? okradł mnie inny mikołaj świrnięty prezenty wsypał do sani swoich i zwierzaki spiesznie pogonił a przedtem poszczuł reniferem to ja mu rzekłem, a leć pan w... ch⛄️⛄️⛄️⛄️ę kochane dzieci nie powiem w co bo bardzo brzydkie słowo to nie dostaniecie podarków dzisiaj pusty worek mi jeno zwisa ⛄️ w kącie oczka smutnie patrzą aż kłaczki w brodzie rzewne płaczą a czerwona czapka zwiędła oklapła jak pusta purchawka ⛄️ nagle słyszy dzieckowe słowa nie miej takiej smutnej miny my tej biedzie zaradzimy każde dziecko w miech wkłada coś tam żeby pełniusi mógł on dostać po chwili taszczą ciężki worek gość tonął w rozpaczy to w samą porę tak oto mikołaj prawie święty nie rozdał prezentów lecz dostał prezenty a dzieci się cieszą radością piękną bo mikołaja mogli uśmiechnąć
  25. Ciepłe łzy piekarza skapują na niedopieczoną bułkę. Siedzi smutny, pośród świeżych bochenków chleba, by zgłębić sens istnienia. Nagle czuję delikatny podmuch, od którego drobinki maku, zaczynają wirować, by ułożyć słowa. I nagle wie co ma zrobić. Piecze najpiękniejszego i większego, najlepiej jak umie. Nawet śliczne wzorki rzeźbi na kształt kotków i piesków. Wychodzi z piekarni. Chociaż na zewnątrz chłód doskwiera, to w sercu czuje dziwne, radosne ciepło, a jednocześnie przeczucie, iż wyrusza w ostatnią drogę. Odszukanie adresu, nie sprawia mu żadnego problemu. Początkowo spoglądają na niego, jak na wariata, lecz po krótkim wzajemnym wytłumaczeniu, zapraszają do mieszkania. Po chwili może choremu dziecku, wręczyć wymarzony prezent i nacieszyć wzrok rozanielonym spojrzeniem. Jednak gdy wychodzi, to nagle umiera, lecz z uśmiechem na ustach. * Teraz ze świeżo wypieczonej chmurki, przyczepionej do nieba, widzi swój grób. Za każdym razem wzruszony bardziej, niczym ciasto na młodziach. Wie teraz o wiele więcej, dlatego jest pewien, że owemu dziecku bardzo by smakował, a jednak ozdobiło ślicznie, by było mu raźniej. Czując nad sobą Obecność, spogląda z wypiekami na twarzy, na przyczepiony do krzyża obwarzanek, z śladem dziecięcych zębów.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...