Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. @CafeLatte Dzięki:)→Zaiste→Miło było mi przeczytać, taki komć:)→Ale bez przesady przecie:)) Pozdrawiam:)
  2. @CafeLatte Dzięki za zerknięcie:)→Właśnie mi to chodziło, co rzekłaś:)→O tworzenie kultu, czasami z byle czego. Dużo zależy od ''umiejętności'' →szefa całości:)→Pozdrawiam:)
  3. z zapachu łąki uplećmy ciszę w warkocz jedyny co serca oplata tylko w milczeniu warto usłyszeć woń naszych pragnień czystych choć trudnych łez i uśmiechów w polnych kwiatach choć papierowe są często marzenia i płoną szybko tam gdzieś w oddali a zapach dymu zdławił pozmieniał to przecież można starać się zawsze skazę kryształu zapachem świtu co lśni ocalić
  4. A wszystko zaczęło się tak niewinnie. Nikt wtedy nie przypuszczał, jakie konsekwencje poniesie za sobą, to drobne wydarzenie. Nawet sam sprawca tego zamieszania. Albowiem miał wtedy: pięć wiosen. Dwadzieścia lat wcześniej. Chałupka skromna. Czasza satelitarna, przyczepiona na goncie, a w środku wypasiona plazma. Matka z pięcioletnim berbeciem, oglądają bajkę, o królestwie słodyczy. Dzieciak oczu oderwać nie może, od ekranu. Patrzy i patrzy, świata wokół nie widząc. Nagle pęka szyba w oknie i do pokoju wpada: pyrka z długim łętem. Dzieciak, chociaż na glebie z dziada pradziada wyrósł, aż takiego długiego, w calusienkim życiu nie widział. Jest wprost: zauroczony. Przestaje go obchodzić bajka. Spogląda na łęt. Ale wielki i jaki piękny. Mamo, spójrz! Co za skarb. Matka tylko potakuje, do świętej miłej zgody i każe na podwórek z powrotem odnieść, bo podłogę przed chwilą myła. Dzieciak wychodzi, ale nie rzuca pyrki byle gdzie, tylko chowa w nieuczęszczanej szopie. Podlewa ją w tajemnicy, cierpliwie i codziennie. Po dwudziestu prawie latach, łęt zaczyna wykukiwać między deskami, ciekawy świata. Sama pyrka zajmuje prawie: cztery piąte wnętrza. Na ścianach pojawiają się tendencje do wybrzuszeń. Młodzieniec nie wie co ma robić. Za chwilę ludzie wszystko zobaczą. Rzeczywiście. Dociera do nich wielki hałas. Szopa prawie wybucha, a im oczom ukazuje się wielka pyra z jeszcze większym łętem. W pierwszej chwili myślą o obiedzie. I właśnie wtedy zdarza się inauguracyjny: pyrołęt. Leciwa żona dorodnego dziadka, pragnie z nim: seksu. A to po tym, jak jej wdzięków, dotknął ogromny łęt. Ludzie stoją jak słupy soli. Nagle zaczyna się prawdziwy tumult. Ja też chcę, być dotknięty. Proszę mnie nie rozpychać, byłem pierwszy. A ja świeżo po ślubie. Chce też go złapać ręką. Zamieszanie jak jasna cholera. W końcu przyjeżdża straż i wciąga pyrę na dach chałupy. Ludzie i tak zaczynają tam włazić, ale wielu odpada od ściany, także na tych co już leżą,więc procederu zaprzestają. W końcu policja rozprasza nachalny tłum. Lecz obiekt jest widoczny. Następnego dnia, gołębie zaczynają podjadać cudowną pyrkę. Rzeczywiście, smak ma anielski. I nagle następny:pyrołęt. Przestają defekować na cokolwiek. Ludzie z okolic zaczynają przybywać ze swoimi zwierzątkami, żeby nie musieli po nich sprzątać. Czochrają je koniuszkiem zwisającego Łęta . Niektóre pociechy nie chcą, żeby je szmyrano i gryzą właścicieli, ale kup robią o wiele mniej, chociaż wcinają wszystko co popadnie. W końcu uwierzono, że pyra z łętem, posiada nadprzyrodzone moce. Zaczynają ją czcić i uwielbiać. Pieśni tworzyć na jej cześć. A ona tylko skromnie spoczywa na dachu i zwisa jej wszystko, muskając okolicznych ludzi i zwierzęta. Niebawem powstaje: Kółko Przyjaciół Łęta i Pyrki. Lecz z uwagi na dalsze:pyrołęty, następuje zmiana nazwy na: Wyznawcy Wielkiego Łęta. Przewodniczącym zostaje nie kto inny, tylko ów młodzieniec, co go tak pieczołowicie z Pyrki hodował. Członków owijanych mocą Łęta, przybywa. W końcu odpowiednio zabezpieczono dach, gdzie ów dar, z należytym szacunkiem spoczywał. Po jakimś czasie powstają obowiązujące reguły dla prawdziwych wyznawców. Wygłasza je Wielki Łęt, jedyny autor. Po pierwsze – Każdy członek naszej społeczności, musi przyciąć włosy w ten sposób, żeby mu wszystko zwisało. To znaczy: resztka włosów, coś na kształt Łęta. Dostojny, tudzież czcigodny Wielki Łęcie, a jeżeli ktoś jest łysy, a chce należeć całym swoim Łętem, do naszego zgromadzenia, to co ma czynić? – W tym wyjątkowym przypadku, dopuszcza się włosy sztuczne. – A z końskiego ogona mogą być? – Jeżeli koń jest czysty, to tak. – A obierać pyrki na obiad można? – Można, tylko trzeba zjeść z szacunkiem. – A z sosem też? – Należytym, tak. Są jeszcze jakieś pytania? Nie słyszę. Po drugie – Każdy bez wyjątku, powinien nosić w kieszeni: Pyrkę. Nie rozstawać się z nią. Nawet w nocy. Zrozumiano? – A jak będzie mnie uwierać i nie będę mógł zasnąć, to mogę odłożyć na… – ...na nocny stolik? W żadnym wypadku. I nigdzie indziej. Po trzecie – Nie możecie zmieniać swoich ubrań, po złożeniu przyrzeczenia, na wierność Wielkiemu Łętowi, czyli: mnie. Są one symbolem, skórki na Pyrce. Czy to jasne? – Tak – zawołali wszyscy zgromadzeni. – Tylko w wyjątkowych przypadkach...zresztą nie ważne – rzekła Najważniejsza Pyra – Po czwarte – Co najmniej raz na miesiąc, będziecie leżeć w ziemi, żeby wiedzieć, ile taka Pyrka wycierpieć musi w zimnej czarnej glebie. – Tak zupełnie zakryci? Nie udusimy się? – Nosy i usta mogą wystawać. Można też użyć rurki do nurkowania lub słomki. – A jak pojedzie na nas kombajn, to można uciec? – Ale chyba obieranie nie wchodzi w rachubę, szczególnie ostrym narzędziem. Nie chodzi o nasze ubrania... – Bez głupich pytań proszę. W naszej społeczności, wszystko przebiega pomyślnie. Pyrkołęty nadal się zdarzają, ale jakby trochę mniej istotne. Przestrzegamy wszelkich reguł, ale może nie z należytym szacunkiem i zapałem. Może dlatego dochodzi do nieszczęścia. Jeden z nas, taki nieuważny zresztą, nieumyślnie nadeptuję na Pyrkę i ją doszczętnie miażdży. Najpierw odbywa się należyty pochówek, a później Wielki Łęt, zaczyna być wnerwiony. Wprowadzono winowajcę w ustronne miejsce i obrano ze skórki. Najpierw z ubrania, a później z całej reszty. Od tego czasu, wszyscy wyznawcy są bardziej uważni. Bacznie patrzą, co im leży na drodze. Gdyby co, to szybko nóżkę cofają. Niestety, przyjeżdża pan policjant. Widocznie ktoś spoza wyznawców, wszystko wypaplał, a później gdzieś zwiał. Gdy widzi takie ciało, to grzecznie pyta: – A temu co się stało? – Nadepnął na Pyrkę. – I dlatego nie ma skóry na sobie? – Dlatego, panie władzo. – Aha – odpowiedział poinformowany. Wieczorem żona policjanta obiera ziemniaczki. Mąż daje jej przestrogę, z uwagi na własny interes. – Tylko żeby ci nie spadła. A jeżeli, to uważaj, żeby na nią nie nadepnąć. – Dlaczego kochanie? – Bo mam wielki apetyt na sex z tobą.
  5. @CafeLatte Dzięki:)→I wzajemnie życzę uśmiechniętych, nie tylko popołudnia:))→Pozdrawiam:)
  6. ? dzisiaj ósmy marca to wspaniałe święto tyczy każdej z kobiet a każda jest piękną bez nich życie chłopów byłoby niepełne zatem w ich imieniu piszę tak rzetelnie czasami żywotne co mają radochę albo ciche skromne takie trochę płoche często myślą lepiej nawet od płci męskiej tak ogólnie rzeknę są po prostu świetne uczuć w nich niemało takich i owakich no chyba że bęcwał jakiś im się trafi rożne inne sprawy pominę milczeniem bo jeszcze mi jakaś przywali gdzieś w ciemię życzę wszak kobietom radości wszelakiej no bo przecież one kochane są takie ?
  7. @Sylwester_Lasota No wiesz. Może tytuł mógłby, ale za dużo się krzaki za duże wyróżniały. A jam przeważnie skromny do bólu:))
  8. @Maja Cyman Dzięki:) Ano. Słusznie prawisz. Widocznie bujał, nie w tych obłokach, co trzeba:) Nieszczęście na lud sprowadzając. Paskud jeden:)→Pozdrawiam:)
  9. —?/–– W owym państwie wredne smoczysko, spokoju ludowi nie daje. Fruwa nisko, wiatry skrzydłami puszcza a nawet się zdarzy, że zrobi brzydko na głowach mieszkańców. Nawet na tych z obejścia króla. Nic dziwnego, że dochodzi do rozmowy. – Rycerzu. Widzę żeś rozległy w barach. – U siebie też potrafi wypić –– dopowiada błazen. – Cicho błaźnie… oj rycerzu… widzę, że ci chuć zbroję postawiła jak namiot, chociaż z żelaza. – Chuć z czego innego, o panie. Zapewne chcesz, bym smoka unicestwił… lecz ośmielę zapytać, czy rękę twojej córki –– co przy tobie stoi jak i stoi mój… nie ważne – po robocie dostanę? – Coś niezgrabnie mówisz, dzielny woju. Nie tylko rękę, ale całą resztę, co niezbędna w pożyciu pozyskasz. – Ależ tatko! Jam kocham innego. To co… na próżno z balkonu się powabnie spuszczała? – Cicho mi tam. Tu o sprawę wagi państwowej chodzi. No co zacny rycerzu. Umowa stoi? – O panie. Przecież widzisz, że nie tylko umowa mu stoi –– dopowiada powtórnie stańczyk. * – Rycerzu, cóż ja widzę. Głowę smoka przytachałeś. – Uśpiłem go eliksirem i ściąłem. – Mniejsza o szczegóły. Weselisko trza szykować. Córko, ubierz się wreszcie. – Gorąco tatko. A muszę? – Musisz. Póki co. * Smok wtranżala wszystkich biesiadników i pozostałe wesele. Wprawdzie nie ma głowy, ale dwie mu jeszcze zostały.
  10. @Sylwester_Lasota No to faktycznie fajnie wyszło:)) Wprzódy wrzuciłem jako główny tytuł, ale wyglądał, jak staranowany płot:)) Ale jako ozdobnik nad tekstem, to chyba może być:) Pozdrawiam:)
  11. @Sylwester_Lasota Wrzuciłem 2 razy ten sam komć:)
  12. 山モらロŁモ 山凡州尸ノ尺ㄚ Słowa dopasowane do melodyjki. ----------------------------------------------------- siku siku siku siku dziś się dzieje zimne krwinki do szklaneczek krewny leje na sześćdziesiąt sześć sposobów wyżłopiemy blisko grobów żeby później znów w trumienkach grzecznie spać gulgotamy nasz apetyt ciągle rośnie żeby było nam wesoło i radośnie kły o szkiełka wciąż stukają marsz żałobny wygrywają już chrupanie się zaczyna skrzepłej krwi te cukierki to wiekowa jest radocha każdy chrupki te czerwone wielbi kocha dziadek co mu kły wpadały dziwnie jakiś podupadły bo wnerwiony gryźć nie może biedak nasz nagle weszły ale wcale nie na spanie wilkołaki się przywlekły na pochlanie wrzeszczą krzyczą serenady do księżyca bez żenady niby krewni po kisielu skrzepłym już w progu stoi krewna tego co nie ciućka oj się przyda biedakowi taka wnuczka chrupie żwawo cukiereczki wypluwając do miseczki dziadek mymla uśmiechnięty krwisty miał
  13. Dekaos Dondi

    Geometria

    @Marianna_ Dzięki:)→Całkiem zacnie napisałaś Marianno:) A co do chleba... hmm... ''Patrz, z czego chleb jesz''→to można dwojako rozumieć. Z czego zrobiony, lub z czego go biorę. Raptor→krwiożerczy dinozaur. Pozdrawiam:)
  14. @Marek.zak1 No fakt:))→To jest dawny tekst. Chciałem wtedy spróbować, na ile potrafię napisać obrzydliwie. I tak nie wrzuciłem... tych lepszych:)→Może wykasuję?→Pozdrawiam:)
  15. Jednak ''apetyczny'' tekst→powróciłem:) >~( ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅L̲̅u̲̅d̲̅z̲̅i̲̅e̲̅ ̲̅'̲̅'̲̅g̲̅a̲̅s̲̅t̲̅r̲̅o̲̅n̲̅o̲̅m̲̅i̲̅c̲̅z̲̅n̲̅i̲̅e̲̅ ̲̅w̲̅r̲̅a̲̅ż̲̅l̲̅i̲̅w̲̅i̲̅'̲̅'̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅)~< >~( ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅n̲̅i̲̅e̲̅ ̲̅p̲̅o̲̅w̲̅i̲̅n̲̅n̲̅i̲̅ ̲̅t̲̅e̲̅g̲̅o̲̅ ̲̅c̲̅z̲̅y̲̅t̲̅a̲̅ć̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̅ ̲̲̅)~< – Co szanowny pan sobie życzy? – A co jest ciekawego? – Nasza specjalność. – To znaczy? – Rzygowinki szefa kuchni z pierwszego tłoczenia. Z żołądka poprzez przełyk, usta i chlup na zewnątrz. Mają odpowiednią konsystencję, zapach i wewnętrzne ciepło. – Jak w niejednej rodzinie? Chyba się skuszę. Co pan radzi? – Zamówić, bo dobre. – Mięciutkie chociaż? – Jak skórka zwłok w dotyku. Zapach też podobny. I te plamy! – Długo będę musiał czekać? – Aż szef zwymiotuję na stolik. Jak z niego chluśnie, to palce lizać. – Na stolik? To nie higieniczne! – Gwarantuję, że mają lepszy smak wymieszane z zapachem haftowanej ceraty. – Rozumiem. Ale tamci jedzą z czystych talerzy. – Nie każdy jest takim wytrawnym smakoszem jak szanowny pan. To dla nas przykre doświadczenie… ale cóż. * Dopiero teraz zauważam, że nie jestem jedynym gościem w tej ekskluzywnej restauracji. Siedzi tu wielu biesiadników wcinających różne specjały. Naprzeciwko stołuje się rozczłonkowana rodzina. Tak przynajmniej wynika z moich pobieżnych obserwacji wzrokowo słuchowych, gdyż siedzą osobno. Dziecko wcina rosół. Pływają w nim kępki włosów. Za każdym razem gdy nabiera łyżeczką z talerza, zwisają poza obszar nabierki. Mokre i poplątane. Aż ślinka mi kapie po jeszcze czystej brodzie. Aktualnie sytuacja jest taka, że chłopczykowi wystają warkoczyki z ust. Już nie. Zrobił...śśśśślummpp i włochaty chapsik zniknął. Teraz będzie się ślizgał po przełyku z azymutem na soczki trawienne, by się kiedyś przemienić w soczyste gówienko. Póki co, tańczy wesoło w czeluściach brzuszka, myśląc z tęsknotą o tym co go czeka w kwasach żołądkowych. Z ust dziecka wystaje cienki włosek niczym nóżka pajączka. Małym paluszkiem podobnym do odwłoku, wciska go do środka. Drugą rączką wydłubuje ze słoiczka szczurze bobki, w posypce ze zmielonych wysuszonych myszy z dodatkiem konfitur z jagód. Do ich stolika podchodzi kelner. Kładzie na białym obrusie płaską wersję jakiegoś zwierzątka, z kawałkami asfaltu. Zapewne mozolnie łopatą odklejone od nawierzchni jezdni. Od razu widać, że apetycznie rozjechany. Obiekt jest zamrożony z błyszczącymi skrawkami futerka oraz z wystającymi szpikulcami kości. Przebiły skórę ciekawe świata. Danie na pewno jest twarde i póki co stabilne. Doszedłem do takiego wniosku słysząc jak stuknęło o blat. Kelner wyciąga akumulatorową suszarkę i zaczyna odmrażać ów smakołyk. Na twarzy matki widnieje zniecierpliwienie a na obrusik spływa mazista breja w nieokreślonym kolorze. Jednocześnie na wystające strzępki żeber i twarde sztywne kłaki, nakładana jest słodka galaretka, zbita na wskroś śmietanka, tudzież krem czekoladowy. Matka, jako że jej spieszno do skosztowania posiłku, wyciąga czerwonawe mięciutkie włochate flaczki, rozdziera je z wilgotnym plaśnięciem. Macza w dżemie truskawkowym i tak samo jak jej latorośl robi: śśśśślummmpp. Ojciec siedzi z grobową miną, potulnie czekając na swój ulubiony smakołyk. Ścierwo już zupełnie odmrożone zdaje się być większe, wilgotne i bardziej rozłożyste. Poza stół zwisa postrzępiony kikut łapki z przylepionym papierkiem, wypaloną zapałką, zwisającą kroplą soku pomarańczowego, strzępkiem skrzepłej krwi i czterolistną koniczynką. Głowa rodziny wydłubuje ze zwierzątka dwie gałki oczne, zachowane na szczęście w całości. Następnie przecina nożem nerwy wzrokowe i turla szkliste kulki po drewnianej klapce. Leżą na niej pogniecione dżdżownice pomalowane różowym lukrem. Wkłada gałkę z przylepionymi ciałkami między zęby płaskiego zwierzątka i z błogą radością w swoich gałkach, soczyście ją nimi przegryza. Aż sika na wszystkie boki. Następnie wsuwa mokre kawałeczki do swojej jaskini gębowej. Z międzyzębów wycieka długa kleista kropla. Zatrzymuje się na chwilę, by po kilku sekundach mlasknąć do rosołu, znajdując ukojenie w krainie wilgotnych włosów. Dzieciak jest w siódmym niebie. Taki pyszny wilgotno-puszysty glutek. Od razu go wyjmuje i robi: śśśślummmpp. Matka nadal gmera w kłaczatej powierzchni, poszukując szarych kostek do oblizania ze słodkiej galaretki. A tam w kącie przy czerwonym stoliku, ktoś nerwowo stuka łyżeczką o czerninę, posypując danie zmielonymi drzazgami z używanych trumien, starannie wyselekcjonowanych dla zachowania aromatu przodków. * Na podłodze dostrzegam różne plamy. Są duże i małe, podobne do kwiatków na łące o zachodzie słońca. Wiercą się na nich przylepione tłuste muchy. Podchodzi kelner i zadaje pytanie, czy życzę sobie spróbować andruty pomalowane pyszną żółtawą sraczka niemowlęcą z rozmazanymi owadami i szczyptą cukru waniliowego. Kiwam głową, że tak. Po chwili na podłodze nic się nie rusza. Widzę jak rozgniata muchę uzyskując ciemne mazidło. Jedno skrzydło zostaje miedzy paznokciem a końcówką palca. Wyciągam natychmiast i kładę na wafla. W końcu za nie zapłaciłem. Mówi, że smarowidło smakuje wybornie jak wydzielina z wrzodu z domieszką skórek cytrynowych. Kiwam głową, że tak... że pragnę. Próbuję natychmiast. A gdzie tam wybornie. O wiele lepiej. Dodatkowo posypuje jedzonko posiekanymi paznokciami ze skrawkami pożółkłej skóry i kawałkami bananów. Leżą na stole w wydłubanej włochatej kości, ozdobionej strzępkami różowego mózgu, strupami z kolan i nacią pachnącej pietruszki. Muszę gryźć bo są twarde, ale smakują lepiej niż niejedne orzeszki. Polewam je pysznym miodem wyssanym z niejednych zatkanych uszów, lecz rozgotowanych na miękko ze szczyptą cynamonu. Chociaż lepkie mięsiste glutki czasami się trafiają. Dodaje też stare twarde odciski urwane ze zmurszałych zwłok, po które się nikt nie zgłosił. Miękko i przyjemnie chrupią w ustach. Widocznie ich wytwórca długo wisiał za oknem i odpowiednio skruszał. Nawet wyczuwam słodkawo-mdlący zapach wpleciony w nutkę jaśminu i lawendy Działa pobudzająco na apetyt. Pytam uprzejmie, czy mają jakieś inne specjały do spróbowania. Kelner z uśmiechem, ruszając skostniałą, łuszczącą się brodawką z bimbającym kłakiem odpowiada: – Ależ oczywiście. Prawdziwą, niepodważalną specjalnością naszej restauracji jest: Kawior Gluniasty. – O! A co to jest? Bom ciekaw. – Baboki ślamazarne z nosa, kulane na kuliste kulki i rzucane do pojemniczka, by trochę poleżały, nabierając odpowiedniej gęstości. Zatrudniamy stu wyspecjalizowanych dłubaczy a jednocześnie kulaczy międzypalczastych. Jedynym utrapieniem, są co chwila słyszalne ciche brzdęknięcia gdy gotowe produkty upadają na blaszane dno. Mamy wersje: suchą i mokrą ze śluzem z dwóch dziurek oraz z domieszką kakao i cukru pudru. Niestety, to tylko dla wybrańców, bo bardzo drogie. Rozumie pan. Dłubacze każą sobie odpowiednio płacić. Nie ma co się dziwić. To w końcu ich własność. A poza tym nie każdemu tak samo szybko narasta. Towar deficytowy. Żeby zapełnić naczynko wielkości łyżeczki, muszą czasami cały dzień ciężko pracować. Prawdziwy szacun za to dla nich. I wypłata oczywiście. Pana na ten specjał po prostu nie stać. – A jeżeli sobie sam wydłubię. Albo komuś. – Po pierwsze: kradzież to ciężki grzech. Nie wstyd panu, mieć takie zboczone myśli? Po drugie, w naszej restauracji jest to surowo zabronione. Monitoring działa a kara dotkliwa. Chyba pan popiera kulturalne zachowanie w takim zacnym miejscu?? – W rzeczy samej, drogi panie... a jak sam się nieznośnik wykulnie? – Zapłaci pan połowę kary. Jesteśmy wyrozumiali do pewnych granic. Dbamy o swoich klientów. Ale radzę w porę do środka wcisnąć jak tylko się wynurzy. Po co płacić nawet pół. – Co racja to racja. Ma pan jeszcze jakieś propozycje? – Na przykład wykruszkę. – Wykruszkę? – Brązową posypkę ze starych gaci znanych ludzi. Dobrze smakuje z śrutem zębowym wraz z plombami, strzępkami dziąseł i soczkiem ze świeżych jabłek. Nie wspomnę o specyficznej woni. No normalnie... nie można przestać jeść. – Niewątpliwie. Choć szczerze powiedziawszy, sam mogę w domu wytrząsnąć na talerzyk...po jakimś czasie. – Jak pan sobie życzy. Nie ingerujemy w prywatność klientów, poza murami restauracji. Proszę jednak zważyć na pięć gwiazdek. Tyle pan w domu nie ma. – Fakt. Chociaż biały karzeł może by się na biedę znalazł. – Pana decyzja... to niech pan sobie wytrząśnie z majtek pieprzonego karzełka na tą... swoją biedę. Sorry. Ja tylko grzecznie poleciłem. * Taki jestem zajęty różnorodną degustacją i rozmową, że nie zauważam na stoliku: specjalności szefa kuchni. Widocznie był taktowny i chlupnął niepostrzeżenie, nie chcąc przeszkadzać. Ciepłe rzygowinki, parujące kluseczki w różnokolorowej mazi. Taka z mych ust brudna ślinka cieknie, że muszę ją wytrzeć chusteczką, bo mi się zbiera na wymioty. Dotykam ciastowatej powierzchni paluchem, a następnie trochę podnoszę do góry. Między nim a specjałem, tworzy się kleisty gumowaty łącznik. Patrzę na niego dla zwiększenia apetytu. Galaretka ciastowata przez którą kukają kluseczki, jeszcze nie wystygła. Czeka aż ją skonsumuję. Wyciągam z kieszonki zawiniątko, a z zawiniątka łyżeczkę. Wolałem przynieść własną. Dbam o higienę osobistą. Mało to różnych drobnoustrojów, takich i owakich krąży między nami. Nakładam trochę na łyżeczkę. A później znowu będę nabierać niedużo. Chcę się dłużej delektować pysznym smakiem. Pierwszy chaps jest najlepszy. Nie za gorący. Nie za zimny. Ciepłe gluteczki są roskoszą do kubeczków smakowych. Mówię wam. Raj w gębie. Co prawda, od czasu do czasu trafiają się bardziej twarde obiekty, ale gutam radośnie, bo tak smacznie uderzają o podniebienie przełyku. * Nagle z boku słyszę: śśśśluuupp. Patrzę i aż mnie zatkało z obrzydzenia. Facet wciąga zwykły makaron. Z czego on się urwał – myślę sobie – Chyba puszczę pawia. Niech leci prosto na niego. Ani odrobiny przyzwoitości. W takim ekskluzywnym miejscu. Bezczelność. Sięgam po księgę skarg i zażaleń. W końcu to niedopatrzenie władz restauracji.
  16. Dekaos Dondi

    Geometria

    @Marianna_ Dzięki:)→Otóż to. Każdy obiekt z Twojej ekspozycji, rolę swoją by zapewne spełnił. Pytanie, czy należycie. Trudno wszystko przewidzieć, gdzie czynnik chaosu, znaczenie ma. No chyba, że całość by ''wyprostował'' →Rapitograf→(skojarzenie z raptorem):) Pozdrawiam:)
  17. ale ta ławka jest mokra i długa sztywna stojąca a na niej luba z rozumu smyrnęły komórki szare czy teraz coś myślę a może wcale strugam ja długą zdrową marchewkę tylko nie wiem czy tak mi zechce by we wilgotne wsuwać i smykać ukryte w ciemności jak głąb w bielikach jam nie cham przecież jakiś do cna chociaż radośnie tańczy mi moszna te dwa balony co potem obszyte jak łany pól ojczystych podnieconych żytem ten wzgórek ta trawa z tą ścieżką różaną no nie naprawdę nie będziesz dziś samą lecz po cóż ta mowa myślę ja przecież zaznałem ja kiedyś przykrości na świecie srogie zrządzenie rzuciło mną kiedyś teraz on w gipsie nie sprawny i biedy kuźwa królik marchew wyrywa pustymi dłońmi wydzieram się chyba oddaj paskudzie lecz nie posłuchał zjadł całą w kącie aż wzrosła mu dupa odebrał do seksu zastępstwo i chętkę i jak tu chłopie poczuć się świetnie kochana odeszła ja też w stronę drugą teraz gdzieś w kącie wzdycham za lubą ławeczka tęskni płacze samotna sęk w tym... że nie skrzypiała a skrzypieć mogła
  18. Właśnie mam zamiar, zacząć wędrówkę na wierzchołek góry, gdy nagle słyszę odgłosy kroków Spoglądam do tyłu, lecz szlak jest pusty. No cóż. Dziwnie jakoś ze mną ostatnio. Może akurat jakiś kamień obluzowany, był przyczyną takich dźwięków. Nagle widzę jakąś postać. Nie mogę uwierzyć szczęściu. A jednak przyjechała za mną. Żona ukochana. Widzę wyraźnie. Jest coraz bliżej. Podchodzi do mnie, ubrana w ulubioną żółtą kurtkę. Nie ma czapki na głowie. Włosy falują od ledwie wyczuwalnego wiatru. – Cześć kochanie –– słyszę ciepłe słowa. –– Postanowiłam zrobić niespodziankę. Wiedziałam, że tu będziesz. W naszym ulubionym miejscu. Na początku wspinaczki. – Nie ma we mnie odpowiednich słów, żeby wyrazić należycie, tak ogromną radość. – Dlaczego tak dziwnie mówisz? Tak… elegancko? To do ciebie niepodobne. Aż mi głupio. – Przepraszam kochanie. Jestem trochę roztrzęsiony twoim widokiem. Nie zrozum mnie źle… sam nie wiem… dlaczego. – Hmm… to mnie zaczyna martwić. Chciałam tylko, żebyś w końcu... – Przepraszam. Przecież to świetnie, że jesteś. – Hmm… pamiętasz, jak zawsze śmiesznie mrużyłeś oczy, gdy słońce ci zaświeciło prosto w… gałki? – Oczywiście, że pamiętam… jak prosto w gałki. To cię zawsze tak uroczo bawiło. – Wiesz co… zacznijmy wreszcie wędrówkę. Dobrze nam zrobi taki spacer. Może więcej zrozumiesz. Tak sądzę. Nie uważasz? – Masz racje. Ty sobie nawet nie zdajesz sprawy, ile szczęścia w tej chwili ofiarowujesz. – Nawzajem kochanie. No ale idźmy, bo coś się pogoda psuje. * – Wiem co mówię. Proszę, uwierzcie mi. Żona zaginęła. Czy to do was nie dociera? Przyjechała bo chciała zrobić wspaniałą niespodziankę. – Jak wyglądała? – Tak jak zwykle. Cudownie. – No jasne. Co było dalej? – Po krótkiej rozmowie, zaczęliśmy iść w kierunku wierzchołka. Prawie cały czas szła przede mną, ale po jakimś czasie zaczęła mnie denerwować. To był nasz rytuał jakby. Słyszała za sobą marudzenie, że ma iść szybciej. Finał był taki jak zwykle. Maszerowała za mną i smęciła, że idę za wolno. Jednak tym razem, gdy spojrzałem do tyłu, żeby wypowiedzieć tradycyjną kwestię, nie było jej na szlaku. Szukałem jak mogłem najlepiej. Patrzyłem w przepaść. Wszystko na próżno. * – Sprawa wygląda tak, że rozmawiałem telefonicznie z pańskim przyjacielem. – Nie wiem jak mam dziękować. Czyli numer był w porządku? – Tak. – I co? Ma jakiś pomysł, co mogło zajść? W końcu kto jak nie on. * Wreszcie po dłuższym czasie, dotarła do świadomości prawda, którą cały czas spychałem poza krawędź akceptacji. Teraz o dziwo, jest mi łatwiej, chociaż ponoszę wszelkie konsekwencje. Już nie muszę uciekać od tej cholernej ściany. Przytłaczała tak bardzo, izolując od wielu życzliwych ludzi, celebrując egoizm oraz użalanie się nad sobą. * Stoję u podnóża góry. Przestały boleć wspomnienia. Spoglądam na szlak, który tyle razy żeśmy wspólnie pokonywali. Idzie na burzę. Ciemne chmury zasłoniły niebo. Mam już odchodzić, lecz ostatni raz spoglądam w stronę dalekich wierzchołków. Naszych ulubionych. Wtem, ni stąd ni zowąd, przestrzeń między nimi, rozświetla na chwilę promień słońca. Wiem co mam robić. Śmiesznie zmrużyć oczy. ≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈•≈• w każdym z nas inny świat wspomnień decyzji teraz są chwile trudne jak cholera w każdym z nas zamęt ład jeśli nie tak to chociaż siak iść do przodu jak się da
  19. pomaluj słodkim sokiem stare drzewo ukoisz na wycięciu drogi jabłoń samotna stoi z zapachu uplecie owoce wspomni że była matką dla kwiatów przeistoczenia życia oddała aż nadto dzisiaj gałęzie strudzone zakwitły chwilą ostatnią
  20. @Marianna_ Dzięki:) ... bo w każdym z nas inny świat jeśli nie tak, to cóż... chociaż siak iść jak się da... .. bo w każdym z nas inny świat wspomnień, wyborów i teraz są chwile... że trudno się w tym pozbierać Pozdrawiam:)
  21. Jeszcze teraz po latach, gdy wspominam tamten dzień, to mnie dreszcze po plecach przechodzą. Aczkolwiek muszę uczciwie przyznać, że wtedy byłem bardziej zdziwiony niż przerażony. Widocznie tak zalatywało absurdem, że mój umysł tego w całości nie załapał. Zresztą nikt mi nie uwierzył. Dzisiaj myśląc na chłodno, dochodzę do wniosku... ale nie uprzedzajmy faktów. Postaram się opowiedzieć na tyle dokładnie, na ile zdołałem zapamiętać. Niedaleko naszej wioski leży nieduży cmentarz. Większość grobów jest zaniedbanych i zarośniętych zielonym mchem. lecz można natrafić na prawdziwe brylanty. Całkiem ekstra nagrobki. Trup nie siada. Normalnie super wygląd. Miałem wtedy około piętnastu lat. Starzy ludzie opowiadali, że na cmentarzu dzieją się czasami dziwne rzeczy. Pusty śmiech mnie wtedy ogarniał, gdy słyszałem tego typu brednie. Na domiar złego nasza rodzina była raczej biedna. Jak widziałem te bogate pomniki, ten cały zakichany przepych, to mnie jasna cholera brała. A oni mi jeszcze takie świrnięte banialuki wciskali. Pojebańcy jedne. Teraz wiem, że postąpiłem jak niedouczony wariat. Wtedy jednak byłem święcie przekonany, że postąpiłem słusznie. W pamiętnym dniu poszedłem na cmentarz, by odwiedzić grób rodziców. Dopiero po jakimś czasie, miałem na tyle sił w sobie, by uwierzyć w tę ostateczną prawdę. Słońce pomału zachodziło za ciemną chmurę i zaczęło trochę padać. Stoję przy grobie, spoglądając na ukochane imiona. Tyle razy je wypowiadałem, a teraz na zawsze zostały oderwane, od bardzo bliskich osób. Oni poszli tam a one zostały samotne tu. Wspominam wszystko, co było dobre i co było złe. Ile mogłem lepiej, inaczej, więcej. Deszcz zaczyna się wzmagać. Z figurki aniołka na sąsiednim grobie, spływa brudna, szara woda. Nikt go widocznie nie czyścił. Stoi zapomniany i samotny. Zwiędłe kwiaty naciskane ciężarem wody, jeszcze bardziej chylą się ku ziemi, jakby chciały ją przebić i chociaż trochę dodać otuchy zwłokom, które tam leżą. Mam doprawdy dziwaczne myśli i pokręconą wyobraźnie. No nic. Nie odchodzę. Chcę jeszcze trochę tutaj pobyć. Stąd nie dosięgnę tamtego wymiaru, ale chociaż trochę pocierpię na deszczu, za te wszystkie chwile, w których mogłem być dla nich lepszym, a nie byłem. Nagle czuję z tyłu lekkie uderzenie. Wiem na pewno, że jak tutaj szedłem, to nikogo nie spotkałem. Nie mam wrażenia, że to czyjeś ręce. Stoję jak sparaliżowany. Nie należę do strachliwych, ale boję się obejrzeć. A poza tym ta kompletna cisza. Zdaję sobie jednak sprawę, że coś z tyłu słyszę. Stukot kropli deszczu, tuż za mną. Tak gdzieś, w połowie mojej wysokości. Jakby padały na kamień. Przecież groby są niżej – myślę sobie. Znowu coś mnie z tyłu popycha. Nie mocno, ale jednak coś wyczuwam. Lekki nacisk do przodu. Na domiar złego zaczyna silnie wiać. Ciemne drzewa, otaczające kwaterę, kołyszą się złowieszczo. Jakby zwłoki olbrzymów zostały tu zakopane i właśnie przebiły ziemię, ciemnymi rękami. Mam też wrażenie, że nagrobki wyginają się ku mnie. Ze wszystkich możliwych stron. A pochylone krzyże w moim kierunku, chcą mi przypomnieć wszystkie zło, jakie wyrządziłem. Wiem, że muszę się w końcu odwrócić i zobaczyć, cokolwiek to jest, bo inaczej oszaleję. Podejmuję decyzję. W pierwszej chwili nie czuję przerażenia. Raczej zdziwienie. Zupełnie mnie zatyka. Nawet nie potrafię się bać. To jest po prostu niepojęte. Takie coś nie ma prawa istnieć. To znaczy ma, ale nie w ten sposób. Nie na tej wysokości. Oderwane od podłoża. Stoję jak słup soli i nie potrafię się ruszyć. Na wysokości bioder, unosi się przede mną… czarny nagrobek, z białą plamą pośrodku. Wyraźnie widzę podłużną prostokątną płytę, oraz pionową na końcu. Nie ma żadnych napisów. Całość lekko... faluje, jak jakiś poduszkowiec. Wbrew pozorom, najbardziej mnie przeraża to białe, postrzępione miejsce. Zajmuje około jednej dziesiątej całości. Znowu na mnie lekko napiera. Trzymam się rękami dwóch pomników. Przecież mógłbym uciec. Dlaczego o tym nie pomyślałem. Kładę rękę na czarnej płycie. Chce wiedzieć, że naprawdę istnieje. Czuję wyraźnie: gładką, twardą powierzchnię. Lekko się sprężyście ugina i wraca w to samo miejsce. Strumyczki wody spływają po dłoni. Nagle czuję uderzenie, jakby mi ktoś niewidocznym młotkiem przywalił. Nie za mocno, ale diabelnie boli. Deszcz zacina coraz bardziej. Wiatr silniejszy i bardziej porywisty. Nagrobek kołysany jak łódka na wzburzonym morzu, wygląda strasznie dziwacznie. Słyszę wokół odgłosy, przewracających się wazonów. Gałąź z pobliskiego drzewa, spada obok mnie. Ostry konar, rani moją nogę. Nagrobek powtórnie mnie popycha. Teraz silniej. Jakby mi chciał coś powiedzieć, lecz nerwy mu puszczają. Jakie nerwy? Co ja bredzę? Teraz już strumienie wody pomieszane z krwią, spływają z niego po obu stronach. Szczególnie jest to widoczne, na tej białej plamie. Wicher się nasila. Czuję złowieszczą bryzę na mojej twarzy i śliskie błoto pod stopami. Kurtka zwiększyła swój ciężar. Przygniata do ziemi. Na dodatek z nagrobka, spadają potrzaskane odłamki, chociaż nadal jest nieskazitelnie cały. Słyszę mlaskający dźwięk na dole, oraz dziwne uderzenia w ciemną płytę. Jak bym stał przy wodospadzie. Co za głupawe myśli przychodzą mi do głowy. W takiej chwili. No nic, czas na mnie. Trzeba stąd wiać. Na tyle szybko, na ile pozwala boląca noga. Mój lęk nasila się z każdą sekundą. Ciągle mnie dotyka, twardą krawędzią. Wyraźnie mnie kieruje w jakąś określoną stronę. Do jakiegoś celu. Czuję mokry kamień przez kurtkę. Co on ode mnie chce? Wycofuję się. Krok po kroku. Jestem owcą zaganianą do stada. Muszę uważać, bo paskudnie ślisko. Byle uciec, jak najdalej stąd. W oddali widzę smużki dymu. Skąd nagle tyle? Przecież ich nie było. Znicze gasną jeden po drugim. Zdejmują zwęgloną łunę znad cmentarza. * Przypominam sobie czasy dzieciństawa. Szczególnie matkę. Zawsze przd spaniem, głaskała mnie po głowie i kładła obok pluszowego misia. Mówiła, że nie mam się bać ciemności. On mnie ochroni, przed wszystkimi straszydłami, bo jest w nim coś, czego nie widać, a może okazać się bardzo pomocne. Teraz po latach wiem co miała na myśli. Nigdy nie mówiła wprost. Nie narzucała swoich racji. Dawała wybór. * Nic z tego. Płynie za mną. Na tle ciemnych rozkołysanych drzew i kłębiących się chmur, wygląda naprawdę upiornie. Unosi się wyżej. Nie chce zniszczyć innych pomników. Uciekam szybciej, ale muszę kluczyć między grobami. Co chwila się potykam, upadam i znowu wstaje. Czarny pomnik jest bardzo szybki i zwinny. Nie licuje to z jego ociężałym wyglądem. Trochę biegnę przed siebie, lecz za chwilę widzę go przed sobą. Zastawia mi drogę i znowu mnie lekko popycha. Znowu upadam. Uderzam głową o płytę pomnika. Na szczęście nie za mocno. Mimo wszystko, oglądam świat, przez czerwoną stróżkę krwi, która spływa z czoła. Myślę sobie: jak na mnie spadnie, to będzie po mnie. Przestałem biec. Idę gdzie mi każę. Bo cóż mam robić? Jak tylko chce zboczyć z trasy, to mi zagradza drogę. Woda ciągle z niego leci, gęstymi strumieniami. Wiatr ją rozwiewa na wszystkie strony. Moje ubranie jest mokrą ścierką. Cholernie ślisko. Kolejny raz upadam. Spoglądam do góry. Wisi nade mną. Jestem w jego cieniu. Koniec - myślę sobie. Zaraz na mnie wyląduje. Stanę się przemokniętym, zabłoconym lotniskiem. Zmiażdży jak robaka. Wydusi wszystkie flaki. Pęknę jak purchawka z głośnym mlasknięciem i odgłosem łamanych kości. Zostanę zmieszany z błotem i tylko smród zostanie. Chcę wstać, lecz upadam. Odłamek znicza, rani mi dłoń. Ciągle nade mną wisi, niczym prostokątna czarna ćma. Nie przygniata mnie. Czeka cierpliwie, aż się podniosę. Wyraźnie kieruje mnie w jakieś miejsce. Mam wrażenie, że do jakiegoś grobu. No bo gdzież by indziej na cmentarzu? Widzę ten grób. Jest cały potrzaskany, jakby ktoś go maczugą porąbał i nie szczędził poprawin. Nagle doznaję olśnienia: przecież to jest moje dzieło, to ja go zniszczyłem. Z zawiści, zazdrości, żalu, żeby się wyszaleć. Nikomu o tym nie powiedziałem. Rzadko ktoś tu przychodzi. A z tej rodziny, to już całkiem nie często. Mają tyle różnych spraw na głowie i nieszczęść od groma. Wtedy nie byłem tego świadomy. Widocznie nikt im nie powiedział. Może nie chcieli ich martwić. Dokładać cierpień, których już i tak mieli w nadmiarze. Ale musiałem być wtedy porąbany. Jak ten grób teraz. Nawet gorzej. Lewitujący nagrobek nadal mnie pilnuje. Mam wrażenie, że gdyby miał usta, to by przemówił po trupiemu. Wiem, że nie pozwoli mi uciec. Widocznie mam jakąś misję do spełnienia. No nie. Teraz to by mi mowę odjęło, gdybym coś mówił. Płyta nagrobna lekko się unosi. Dopada mnie mdlący słodkawy odór. Owija moje ciało tym zapachem i dociska ile może. Jestem przemokniętą paczką owiniętą w smród. Tylko sznureczkiem owinąć, pieczątki przyłożyć i wysłać skunksowi. Wątpię, żeby odebrał. Nawet on. Nagle z czarnej czeluści, wyłania się koścista ręka z resztkami skóry i mięsa. Macha mi przed nosem jakąś kartką. Domyślam się, że mam ją wziąć. Nie chcę jej dotykać, bo czymś oblepiona. Czuję, że jak tego nie zrobię, to będzie jeszcze gorzej. Chwytam ją dwoma palcami. Tyle o ile. Kleista, nasączona rozkładem, zielonkawą cieczą i skrawkami kości. Cuchną wszystkie literki napisu, lecz odczytać mogę, gdyż nie czytam nosem: „Napraw wszystko jak trzeba. Jeżeli tego nie uczynisz, będziesz leżeć przy mnie i wyglądać tak samo, mając tego świadomość. Dopiero po chwili, utnę ci głowę, ząbkowaną kością. Przede mną nie uciekniesz" Dłoń wraca skąd przyszła, płyta bezgłośnie opada a nagrobek trochę się wycofuje. Skręca lekko w lewo i ocierając moje ubranie twardą krawędzią, mija mnie, szybując w głąb cmentarza. Nie odwracam się, by spojrzeć gdzie poszybował. Stoję jak sparaliżowany i przez dłuższy czas, jestem zupełnie otępiały. Cały dygocę. Nie tylko z zimna. Kiedy się trochę uspokajam, zaczynam jako tako trzeźwo myśleć. Postanawiam, że pójdę do tej rodziny. Przyznam się do wszystkiego. Opowiem dokładnie, co i jak rozbijałem i jaką sprawiało mi to frajdę. A całą moją forsę, którą zbierałem… nie ważne na co, przeznaczę na naprawę tego nagrobka. Nawet mogę pomóc, w tych wszystkich pracach. A jak będzie trzeba, to nawet do więzienia pójdę, ale o tym co przeżyłem, to im nie powiem, bo wariatowi mogli by nie przebaczyć. Ale chcę żyć! Do jasnej cholery: chcę żyć. O dziwo, rodzina mi przebaczyła. Nawet było mi strasznie głupio. Przecież mogli mnie wyrzucić na zbity pysk, policję wezwać... ale najpierw mordę sprać i dupę skopać... lub wszystko naraz. Co prawda nie było żadnych świadków, gdy grób demolowałem… ale czy na pewno? A poza tym, rzeczywiście żałowałem. Było to zupełnie nowe doświadczenie w moim życiu. Szczere aż do bólu. Nie mogłem poznać samego siebie. Nawet w lustrze. Nie zawsze taki byłem. Wręcz przeciwnie… i to bardzo. Paskudnie bardzo! Popierdoleniec był ze mnie i tyle. Nadal jestem… tylko waga problemu, już nie taka. Po jakimś czasie, wybrałem się znowu na cmentarz. Stoję przy grobie. Tak samo jak wtedy, pochmurno i deszczowo. Nagle czuję, że coś mnie z tyłu popycha. Nie odczuwam lęku. Odwracam się. Ten sam nagrobek unosi się przed mną. Jasna plama znikła. Jest cały biały. Po chwili rozpływa się w powietrzu. Zza ciemnej chmury, widać skrawek Słońca. * – O, popatrz. Biały nagrobek. Jak w mordę calusieńki. – Widocznie ktoś za życia, kazał dla siebie przygotować. Co z tego, że biały. Różne są gusta, kumasz? – Nawet zrobił odciski swoich dłoni na płycie. Chyba jeszcze żywych? Jak myślisz? – Gdzie? – No tu! Na brzegu. W nogach. – Ja nic nie widzę. Jakieś smugi. Może faktycznie trochę przypominają… ale nie... to jakieś bohomazy. – A ja ci mówię, że to paluchy. – A tobie co do tego? Jakie to ma znaczenie. – Nagrobek drgnął. – Taa… widocznie trup, przewrócił się na drugi bok. – Dziwna ta biel… jakby ciemność chciała się przebić. – Wiesz ty co… myślisz jak zwłoki. – Spójrz dokładnie. – Widzę biel. – A ja co innego. – No dobra. Spadajmy stąd. Bo jeszcze się posrasz ze strachu. ? ......................?......................??
  22. kołysz na falach zwątpień przerwaną strunę pozoru tęsknoty w pamięci kołysce wspomnienia ożywia czyste tam złudzenie wygładza rany zabliźnia mami osłabia ~~~~~~~~~~~~~~~ na krawędzi kryształu obraz łez zbłąkanych niech wykapią tęsknotę za brylantem drewnianym gdzie cień wyznacza drogę w zranionej poświacie bez czasu podążyć wybaczyć
  23. Siedzi na brudnej desce, pobrudzonej zjełczałym masłem i własnym moczem. Rozpizdrzonym spinaczem, monotonnie wydłubuje brud spod paznokci. Cienki srebrzysty drucik, jak bronę na polu, przesuwa wolno, między różowawym twardym daszkiem a zżółkniętym mięskiem spoconego palca. Skrawki brudu spadają po obu stronach tłustej skóry, zlatując bezgłośnie na podłogę, niczym zwęglone szczątki spalonych motyli. Pokrywają szarym pyłem wypalone zapałki i oślinione pety. Wytarta postrzępiona wykładzina, kleista od rozlanych płynów różnej maści, stanowi istotne dopełnienie wszystkiego co wokół. Stare, zaschnięte kałuże, niczym plamy pośmiertne, urozmaicają swoim wyglądem: trupa podłogi. On tego nie widzi. Dłubie nadal przy palcach. Nie może znieść widoku brudnych paznokci. Czyści je codziennie. To rytualne zajęcie. Azyl. Jego schronienie. Trzyma go przy życiu. Dodaje wiary i sił do działania. Przed nim stoi niski stół, a na nim talerze. Zepsute, spleśniałe resztki jedzenia, przyschły do dna, jak skrzepła krew do ciała. Różne zabrudzone cząstki, lekko podrygują od zepsutego oddechu. Kiedyś, jeszcze raz po raz, coś umył. Robactwo wszelkiego rodzaju, szeleści na całym stole, łażąc po lepkich wilgotnych papierkach. Na parapecie zamkniętego okna, stoi samotnie przepełniona popielniczka. Przypomina Mont Everest wszystkiego, co odeszło w zapomnienie. Widoczne białe niedopałki, stanowią parodię śniegu na wysokiej górze. Nie dostrzega tego. Nie widzi, że świat wokół niego, cuchnie i gnije. Nie przychodzi mu do głowy, żeby wyjść na zewnątrz i zobaczyć kwiaty. Siedzi w stęchłym dusznym powietrzu, myśląc tylko o jednym: żeby mieć czyste paznokcie. Cała reszta go nie obchodzi. Nadal dłubie przy palcach. Daleko jeszcze do końca. Dopiero jest przy trzecim. Ma problem. Brud nie chce opuścić lepiącego gniazdka. Z coraz większą siłą przesuwa drutem. Nic to nie daje. Palec zaczyna krwawić. Brudzi obrzeże zatłuszczonego mankietu koszuli. Przeszkadza mu w pracy. Jest za nisko. Zasłania często paznokcie. Musi go ciągle odgarniać.To na pewno przez te słabe światło, nie wie dokładnie, co robi. Ale przecież nie może takim zostać. Na stole siedzi spasiony stary szczur. Pod jego łapą, szeleści kawałek papierka. Ogon leży w gęstej, prawie twardej, zgniłej zupie. Sierść jest postrzępiona, a kręgosłup wygięty w łuk. W jego czarnym oku widać odbicie żarówki, wiszącej pod sufitem. Na ścianach są porozrzucane skrawki szarych cieni. To dlatego, że żarówka jest brudna i obsrana. Niektóre ruchome, kiedy to różnego rodzaju owady krążą wokół niej. Szczur go nie atakuje. Jest najedzony i leniwy. Między nogą od stołu a blatem, wisi gęsta pajęczyna. Czarny włochaty pająk, właśnie z niej wychodzi. Pajęczyna drga jak struny harfy. Najpierw widać ciemny kawałek, a później całe jego ciało. Wchodzi na ciemno brązowy strzępek jabłka. Macha nóżkami na wszystkie strony, jakby dyrygował śmierdzącą orkiestrą złożoną z petów i spleśniałego żarcia. Zaczyna iść w kierunku zdechłej muchy. Leżą wszędzie, najczęściej zmiażdżone klapką za skóry. O to jeszcze dba. By je zabijać i niszczyć. Ma obawy, że mogą wejść pod paznokcie i tam mu nasrać, a co gorsza zdechnąć i rozłożyć swoje ciało. Tego by nie przeżył. Musi mieć czyste. To dla niego absoluty priorytet. Szczur chodzi po stole robiąc straszny hałas, mieszając we wszystkim, co napotka na swej drodze. Potrąca stare, pogniecione opakowanie po czekoladkach w kształcie trumienki, z datą ważności na wieczku, która już dawno uległa rozkładowi. Cały czas coś jadł, ale mimo wszystko zaczyna odczuwać głód. Pająk włazi na muchę. Zmusza ją do ruchu. Jest wysuszona i lekka, jak zwiewne piórko. Taka mała purchawka, do rozgniecenia, przez paluszki dziecka. Muszę coś zrobić z tym światłem. Będę lepiej widział. Chyba mam zapasową żarówkę, gdzieś tam w szafie. Podnosi swój ciężki spocony tyłek z deski. Zesuwa ją swoją niezdarnością z podtrzymujących wiader. Przewraca je. Wylatuje z nich jakaś cuchnąca, chlupocząca ciecz. Jelita wypływające z rozciętego worka brzucha, dają podobny odgłos. Pływają w nich skrawki paznokci i malutki pluszowy misiu. Szczur zeskakuje ze stołu. Potrącając talerz, który spada na podłogę. Odgłos upadku, odbity słabym echem o zawilgocone ściany, szybko ustaje. Kawałki lecą na wszystkie strony. Jeden z nich rozrywa: różowe włochate mięso, trochę nad stopą. Wylatuje krew. Zwabia to szczura. Wyrywa kawał skóry i ucieka. On wrzeszczy z bólu, jednocześnie zdejmując koszulę, by zatamować krew. Jest przerażony i przytłoczony nieznanym światem. Co innego go teraz obchodzi. Jego umysł nadaje na zupełnie obcych mu falach. Ma w dupie paznokcie. Chce przeżyć. Krew ciągle wylatuje, czerwienią pokrywając odłamki talerza, wypalone zapałki i lepkie plamy. Nie jest jej dużo, ale on widzi cały ocean. Nogę ma owiniętą. Po jakimś czasie, wszystko wraca do jako takiej normy. Mokra koszula na nodze, przesiąknięta krwią, utrudnia chodzenie. Więcej waży niż zazwyczaj. A przecież po coś wstał. Ale po co. Ach tak. Już wie. Ma wkręcić nową żarówkę. Żeby lepiej widzieć. One muszą być czyste. Otwiera drzwi szafy. Skrzypią jak nienaoliwiony szkielet. Jest! Leży samotnie w kącie, jakby na niego czekała. Ciężar spada mu z serca. Weź mnie do ręki, proszę, zdaje się mówić. Bierze. Ogląda za wszystkich stron, zaropiałymi oczami. Paluchem przesuwa po gładkiej krągłości. Uśmiech zakwita na jego twarzy, jak kwiat jabłoni wśród pożółkłych zębów. Pajęczyna spada na jego głowę. Odgarnia ją odruchowo. Pająk wlatuje do ust. Na szczęście go wypluwa, ale najpierw miażdży kilkoma zębami. Przez chwilę mała czarna nóżka, wystaje z ust. Podstawia stary taboret z niestabilną nogą. Wchodzi na niego, by wykręcić żarówkę. Muchy latają wokół głowy, co go bardzo irytuje. Cały czas musi je odganiać. Jedną łapie. Nigdy nie podejrzewał siebie o taki: refleks. Przykłada ją do żarówki. Ciało skwierczy przez chwilę. Prawie czuję zapach palonego mięsa. Z góry dostrzega spinacze. Błyszczą jak srebrne gwiazdy na dolnej parodii nieba. Dotyka gorącego szkła. Parzy jak cholera. Złazi. Kropelki potu na czole odbijają światło. Wyciera je brudną szmatą. Sapie głośno, omiatając wszystko wokół, swoim cuchnącym oddechem. Tam na górze jest cholernie gorąco i duszno. Wchodzi znowu. Szmatę trzyma nadal. Złapie przez nią żarówkę. Wykręci. Wkręci nową. Będzie więcej światła. Zobaczy dokładnie, co i jak ma robić. Będą czyste. To napawa jego umysł optymizmem. Łapie kawałek światła. Zaczyna odkręcać. Jakiś owad wlatuje mu do oka. Utrudnia widzenie. Stołek pod nim trzeszczy i skrzypi. Koszula na dole jest teraz luźna. Zahacza o nią drugą nogą. Mimo tego zapał w nim nie gaśnie. Już niedługo będzie lepiej widzieć. Wyczyści je do granic możliwości. Będą błyszczeć i lśnić jak nowo narodzone. Atakuje go z tyłu. Skacze na niego. Noga od taboretu pęka. On spada, uderzając głową o kant stołu. Krew z niej wycieka. Kapie na spinacze. Czerwona tyci kropelka, wygląda jak drogocenne oczko na srebrnym pierścionku. Nadal żyje. Leży na podłodze. Widzi jakiś cień. Coraz większy. Życie nadal z niego wypływa. Jest bardzo osłabiony. Pety pływają jak białe łódeczki na morzu czerwonym. Nie leży na wznak. Patrzy przed siebie na horyzont podłogi. Dostrzega przed oczami, inne czarne oczka. Widzi w nich odbicie swoich. Jedne w drugich. Złączone: bliską wspólną przyszłością. Są bliżej i bliżej. Słyszy tuptanie małych łapek. Czuje lekki oddech i zapach mokrej sierści. Łaskotanie wąsów. Szczur wżera się w spocone, błyszczące od potu, gardło. A on, w ostatnich sekundach życia, zdaje sobie sprawę, że umrze z brudnymi paznokciami.
  24. Na melodię: „My jesteśmy krasnoludki” my jesteśmy optymiści od ma łe łe łe go co pragniemy nam się ziści do do do bre go nawet w lesie nie zbłądzimy po wą wą wą cha niu już w pokrzywy żeśmy wleźli nie w u bra bra niu my skaczemy poparzeni na cie cie cie cie le oj bąbelków tu na skórce wie wie wie wie le biegnie świnia każdy w ręce z ki ki ki ki jem poturbować chce nas wszędzie ry ry ry ry jem lecz gdy bestia zobaczyła dzi dzi dzi dzi wa dła to aż biedna kły zgubiła i zbla bla bla dła a gdy misiu czubki ujrzał go go go go la sów miód porzucił w knieje uciekł za wcza wcza wcza su z pałą przyszedł pan myśliwy na wie wie wie wie rzchu gołych złoił ledwo żywych o zmie zmie zmie rzchu * tu w pokrzywach pomnik stoi z na pi pi pi pi sem żaden nudek stąd nie ujdzie z ży ży ży ży ciem nagusienki czyta kpiąco ja po po po ży ję teraz śmierdzi nieruchomo i gni gni gni je za nim kosa zmiotła jego z pa pa pa pa dołu pożałował ze swą winą po spo spo spo łu ciało jego się rozkłada i cu cu cu cu chnie lecz przepiękne na nim rosną kwia te czki cu dne
  25. @Marianna_ Dzięki:)→To o mnie:)→Uciekłem w innym wcieleniu:) @Lach Pustelnik Dzięki:)→Jam napisał to dzieło dla przyszłych pokoleń, jako reinkarnator, ku pokrzepieniu żołądków. Tylko nie pamiętam wspomnianego wyżej wcielenia. Właśnie spożywam lustro. Może przez to odzyskam pamięć:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...