Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 822
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. ––//–– tańczmy proszę Fluido kochana spięci łańcuchem z mgielnych ogniw przodki hu hu do rytmu na ścianach śniłem co nockę wchłaniać się dałaś choć protoplasty tobie podobni tańczmy proszę Fluido kochana czaszkę zgniotłem na ziemi leżała proszę łaskawie tyłki napomnij oni mi grożą hu hu na ścianach ducha mojego jak stał zabrałaś nie rozpamiętuj z uczucia zbrodni z trupem tańczysz Fluido kochana mgiełka namiętnie smęci tra la la wdzięki Fluidy miłością zdobi marsz żałobny hu ha ją na ścianach fetor ciała ciebie zasłania szybujmy świeżo lufcik otwarty roztańczmy miłość Fluido kochana bez podglądaczy hu hu na ścianach
  2. [Prolog] – Słyszałeś? Nasz szef ma kochankę. – Wątpię, żeby się przejmował, że zgrzeszy. – Bardzo śmieszne... ale posłuchaj, kim ona jest. – Mów głośniej, bo akurat potępieńcy wrzeszczą. – Dorodną Anielicą. Wyobrażasz to sobie? – Może wybory trza zwołać, skoro aż tak błądzi. – W dupie błądzi. On ma dobrze. Jemu wszystko wolno. – Nie tak głośno. Jeszcze grzesznik usłyszy. – Diabli z nim. I co z tego. A muszę ci wyznać, że nawet jeden z nich wrzątkiem się zakrztusił, jak to usłyszał. – To ci nowina. Aż mi w kopyto poszło. – No nic. Nie żałujmy smoły kiedy płonie piekło. – Bez przesady. W tej chwili co innego płonie. – Taa... bierz widły, bo znowu z kotła wyłażą. Trza dźgać. – Pamiętasz jak żeśmy całą noc jednego ścigali. Aż się spociłem. – Nie lubię potu. Dostaję parchów na rogach. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ [Licho co wcześniej lub jeszcze wcześniej] Białe pierzaste skrzydła lekkie jak piórko a wielkie jak żagle, roztrząsają swoim majestatycznym machaniem otaczającą czasoprzestrzeń. Doczepione do smukłych pleców najpiękniejszej Anielicy jaką kiedykolwiek świat by ujrzał, gdyby intensywnie szukał, spełniają w każdym zakątku swoją unoszącą, jakże przydatną rolę. Melodyjny wahadłowy szum, jakby nie patrzeć niemałych skrzydeł, nie przeszkadza w najmniejszym piórku w szybujących rozmyślaniach intensywnie podwieszonej. Przez to nie zauważa, że leci między ramionami klucza. Zdegustowane kaczki popatrują na nią nerwowo. Mówi: przepraszam i wyprzedza je z pośpiechem szeleszcząc nad szpicą. Gładkie alabastrowe lico, tuli w sobie obrazki pierzastych baranków sunących w przestworzach, na dodatek białych. A przecież tak naprawdę nie powinno ich tutaj być. Nie w sytuacji w której się znalazła. Jedno do drugiego za czorta nie pasuje. Tak podpowiada rozum, lecz serce pulsuje co innego. To niepojęte. Zakochała się do suchej nitki i jest doszczętnie przemoknięta nieokreślonym stanem, którego nawet nie bardzo rozumie. Skrzydła wilgotne od palącego uczucia, nęcą pieszczotliwym pożądaniem, nawet najbardziej zasłonięty puszek. Pała nieprzebraną miłością do istoty nieskończenie wrednej, lecz diabelnie inteligentnej. Dlaczego tak się dzieje? Co ją do tego skłoniło? Czyżby miała jakąś misję do spełnienia? Długie złociste włosy szumią nie wiele mniej niż silnik z piór, który ją napędza. Trzepocząca tęsknota oplata ich gęste długości, zwijając w powłóczyste świderkowe loki. Owiewana wiatrem ze wszystkich możliwych stron, a nawet frywolnie pod wyczulone piórka, leci niezaprzeczalnie do celu podróży, niczym upierzony pocisk armatni w kierunku muru zamczyska. Serce gdyby miało skrzydełka już dawno by z piersi wyfrunęło, szybując niecierpliwie przed nią, wołając przedsionkiem: szybciej... no bez jaj... pospiesz się. # W piekle wielkie zamieszanie. Pucowanie kotłów, rogów, kopytek, wideł, dziadków do jąder oraz innych narzędzi tortur wszelakiej maści, w zgodzie z zasadą: każdemu według zasług. Całą mroczną krainę obiegła plotka, które okazała się prawdą. Ich Szef zakochany po same rogi! I to w kim? W pięknej Anielicy. Kolejny zbuntowany anioł. A swoją drogą, co to wszystko ma znaczyć. Jedyna nadzieja w tym, że będzie wcielonym złem, by nie odstawać od reszty. Chyba szef wie co robi i kogo do sypialni wpuści. Już pomału kazał język wyciągnąć. Nawet szkarłatny dywan na nim położyć. Niemożebne, żeby tliła się w niej iskierka: dobra. Z takim łajdactwem nie mamy na co dzień do czynienia. Za jakie grzechy mielibyśmy cierpieć. A tak, każdy swoje zło pilnuje, dzieląc się z innymi. Oby tak dalej. – Widzę, że szef ma dzisiaj rajzefiber. – Przestań rechotać, bo ci kopytem w mordę przywalę. – Ależ szefie. Zło piękności szkodzi. – Głupiś klaunie. Nie wiem, w co mam się ubrać. – Ubrać? Gorąco jak diabli. Po co? – Na gołego mam witać? – No tak. Nie chce szef zgrzeszyć. Rozumiem. Po tej wypowiedzi, mówiący wylatuje przez zamknięte drzwi. Możliwe, że nadal leci, prosto do kotła. # Szybciej, szybciej! Serce nadal pogania pod smukłymi żebrami. Machanie diabelnie ją męczy. Tym bardziej, że pogoda pod szkarłatno-czarnym psem. Chmury koloru zatroskanego ołowiu, wiszą nisko nad jej lotem, a wiatr wyje prosto w śliczne uszy: pieśń o zawróceniu z drogi. Ale cóż. Uczucie nie sługa. Ma polecenia poniżej progu reagowania. Nagle zupełnie niespodziewanie zdaję sobie sprawę, że nie musi ruszać skrzydłami. Przejmuje ją magnetyczny promień piekielnej siły: naprowadzająco -przyciągający-kuszący. Wtem widzi na horyzoncie: ciemną bramę piekieł. Ma wygląd gumowego diabełka. Takiego ludzie kupowali na odpuście. Tyle, że ten jest dużo większy i mniej śmieszny. Na wyciągniętym, czerwonym języku, stoi: on. Anielica wzdycha po raz ostatni w czasie długiego lotu i po chwili dokuje. # Po konwenansach przewidzianych na taką okazję, czyli: ukłonach, okrzykach, cmoknięciach tudzież tańcach powitalnych, Anielica uroczyście, przy waleniu w kotły, przyjmuję imię: Lucyfernia. Odtąd pragną żyć długo i złośliwie. Diabłom spada kamień z kamiennego serca. Rzeczywiście, stara się być złą. Jej partner, którego nazywa pieszczotliwie: Lucy, wprowadza ją w zakamarki tego typu zachowań. Aczkolwiek po płomiennej nocy, cała reszta przebiega nieco... niedbale. Na Ziemi znowu panoszy się zło. Coraz większe i większe. Szef ma nie tylko rogi na głowie, ale też całe piekło. Każdemu musi osobiście kocioł wskazać i widłami podziurawić. Czyni to z największą przyjemnością. Większą, niż te wszystkie figo fago, ze swoją ukochaną Lucyferią. To prawda, kocha ją nienawistną miłością, aż mu się chwaścik czerwieni, ale cóż... bardziej go cieszy: metaforyczna księga zła. Szybciej szczytuje w niej rozkosze. # A ona biedna robi co może. To grzesznika kopnie, to znowu maszynerię do tortur naoliwi, a to kogoś ogniem przysmaży lub wrzątkiem obleje. Potoczne diabły są w siódmym piekle. Zachowuje się jak swoja. Cóż z tego jak jej miły zaczyna ją zaniedbywać. Postanawia z nim pomówić o tej całej sytuacji, prosto w dwa rogi i dwa skrzydła. # – Trzeba przyznać, że ta jego wybranka jest całkiem do rzeczy. Baliśmy się, że będzie... hmm... dobra, a tu proszę. Jakie fajne tortury czasami wymyśla. Ma talent. A talentów nie można marnować, bo to... mniejsza z tym. – Skrzydłami mimowolnie pozamiata. – Co racja to racja. – Dobrze gadasz. – Durnowaty jesteś! Jedyne dobro jakie się u nas przydaje, to: dobre chęci. Drogi nie tego. Trza remontować. – Taa... ale coś mi się widzi, że szef ma inną. – Nie mów... zgłupiałeś? Zło cię opętało? Sorry. – No mówię ci. Wczoraj widziałem... – Cicho. Lucyfernia idzie. Jeszcze usłyszy. – Jej zemsta może być straszliwa. Przecież w torturach jest lepsza od szefa. – Licho nie śpi ino kusi. I dobrze. – Co... lepsza? No bez przesady... jak to inną. Jeszcze bardziej złą? Myślisz to samo, co ja? – A co ty myślisz? – To co ty. Dwie pieczenie na jednym ogniu. – Właśnie. Głośno już o zdradzie we wszystkich zakątkach piekła... po cichu i nieoficjalnie. Szykuje się rozłąka. Grzesznicy na tym korzystają, gdyż diabły gorąco dyskutując, zapominają do ognia szczap dokładać. Maszyny torturowe po prostu nie działają a niektórzy potępieńcy, łażą gdzie chcą. Atmosfera wyczekiwania gęsta jak smoła, z której sączy się: ciekawość. A to pierwszy stopień do piekła, więc nikt nie narzeka. Para zamknęła się w sypialni, by przeprowadzić decydującą rozmowę. A przynajmniej wszystko na to wskazuje. Nawet zimno pali siarczyście, bo ogniska wygasły. Niektóre, co odważniejsze diablątka podchodzą pod same drzwi, przykładając do nich włochate uszka. A nóż coś usłyszą. Nie wiedzą jednak o innej krótkiej rozmowie. [Licho co wcześniej] – Cześć. Jestem Lucyfernia. A tyś za pewne Diablomara? Zgadza się? – A tobie co do tego. Spadaj. – Kochasz się w Lucym? Ślepy grzesznik by zauważył. – Oczywiście. Nie jestem taką pokraką jak ty. Spójrz na swoje skrzydła. Brudne pogniecione szmaty. A ducha złego w piórach tyle, co na kuprze kolibra! – Nigdy go nie usidlisz. To ty jesteś szmatą, którą potępiony obesrał ciepłym gównem. A dupę masz płaską jak drzwiczki pieca. – Obyś dobro musiała czynić. Babrać się w tym plugastwie. Zobaczysz, że będzie mój. Może nawet na rożnie skończysz jako oskubany kurczak. Na peryferiach umysłu Lucyferni, zrodziła się ledwo wyczuwalna myśl, pewnej... prowokacji. Sama dobrze nie wie, dlaczegóż to zagaiła tego typu: konwersacje. [O pazur później] Wiele uszek słucha przy drzwiach sypialnej komnaty – Przyznaj się Lucy. Jesteś potworem.Wcieleniem zła. – Oczywiście. Czyżbyś nie wiedziała? – Dla innych. Mnie miałeś kochać. – A po diabła? – Zdradzasz mnie. Przyprawiłeś mi rogi. – Jak najbardziej. – No zerknij bydlaku, jak ja wyglądam. Dobrze, że jeno: metaforyczne. Rozumiesz, że moja zemsta ciebie nie ominie. – O tak... to rozumiem. Nauka nie poszła w las. Niefortunny wybranek z racji emocjonalnej rozmowy, nie zauważył, że była wybranka musnęła jego chwaścik: Dziesięcioma Piórkami Dobra, o których akurat w czasie rozmowy, nie wiadomo dlaczego sobie przypomniała. Po czym klątwą w niego rzuciła, kleistą jak luźne flaki rozbabrane w żółtym tłuszczu: oby ci dobro rozum odebrało! Następnie wyfrunęła z piekła i tyle ją widziano. [Licho co później. Tak jakoś trzy ziemskie lata ugotowane] – Szefie. Ognia zabrakło. Mógłbyś: nachuchać? – Synu. Chodź do mnie. Pogłaskam cię po rogach. – Ależ szefie. Co z szefem. Nie można diabła głaskać jak dobrego. – Skoro tak mówisz, to się mylisz. Proszę, bądź tak miły i przyprowadź resztę. Będziemy przytulać grzeszników. Dosyć się nacierpieli. Moje serce krwawi z tego powodu. – Ależ szefie, że powtórzę: choryś? Co ona tobie zrobiła? – To prawdziwy anioł. A gdzie się podziała? – Wyfrunęła i zniknęła. – Och, och... zostaw mnie samego. W kąciku łezki uronić muszę. – Szefie! Błagam! Bądź zły! – Opróżnić kotły. Żadnych zapiekanek. Maszyny zatrzymać. Opatrzyć rany. Dziadki jądrowe utulić do snu. – To ja już sobie pójdę. – Tylko nogi nie złam, mój ty drogi przyjacielu.Tu bardzo ślisko. Znowu w piekle zamieszanie. Szef oszalał skoro tak się zachowuje jakby rozum postradał. Jak on może łezki ronić. Wstyd szanownej instytucji przynosić. Dobrze, że chociaż nie graniczymy z innym piekłem, bo tylko na pośmiewisko i lekceważące grymasy by nas naraził, swoim, jakże niestosownym zachowaniem. Może istnieje jakiś ratunek, by zbawienne zło powróciło. I jeszcze to małe plącze się pod nogami. Akurat teraz, gdy taką hańbę przyszło znosić. Toż to gorsze od zła. Odejdź! Nie mamy czasu się z tobą bawić. A sio. Poszła! # Lucyfernia szybuje daleko od piekła. Dopiero teraz do niej dociera, co miało dotrzeć. Mimo, że przebywała w piekle jakiś czas, to nadal nie rozumie wszystkiego do końca. I za pewne nie będzie jej dane, zgłębić tej tajemnicy. Przypomina sobie jednak i to ją trochę smuci, że dotknęła go nie tymi piórkami, co trzeba. Takimi, które były jedynie w pobliżu tych właściwych. No cóż. Tam już nie powróci. Wie, że nie mogła stamtąd czegokolwiek zabrać. Nagle to zrozumiała. W tamtej pamiętnej chwili. Będzie tęsknić. Trudno. Tak widocznie musiało być. A dlaczego? Nigdy się nie dowie. Nie zna całości planu. # [Jakiś czas minął, a to już trzecie zamieszanie plus radość szatańska] Szef powrócił do zdrowia. Wścieka się z byle powodu. Przykleja błogi uśmiech na twarze szatanów. Jest przyschniętym plastrem odrywanym od rany. Może nawet od kilku, bo musi odrabiać zaległości. Grzesznicy mieli trochę pobłażania z racji tych: niewłaściwych stanów świadomości, co akurat im na dobre wyszło, ale teraz nie ma zmiłuj. Urlop się skończył. Czas wracać do cierpienia. Mają tylko nadzieję, że może kiedyś, znowu jakaś wyląduje, niczym zapomniany wyraz na końcu języka. W końcu mają całą wieczność na czekanie. – Dlaczego luzem biegają? Co tu się wyprawia do diabła? – Przecież szef kazał. Nie nasza wina, że ozdrowienie przyszło nagle. Nie zdążyliśmy wszystkich.... – Powinniście wiedzieć, że jeno przez chorobę majaczę!!! Czyście poszaleli!!! Jakbym prawie w niebie przebywał. – Ależ szefie... – Tu nigdy nieba nie było, nie ma i po wsze czasy nie będzie. Czy wszystko jasne... znaczy ciemne? – Piwo? – Co piwo... ochlapusie! Chcesz po pijaku, zło mi ty czynić? Pohańbić naszą: świętość. – Uchowaj... – Zamilcz! Jeszcze jedna tak odzywka z domysłem, a przysięgam, że razem z potępieńcem skwierczeć będziesz na żwawym ogniu. Bądź zimną smołą lub wrzącą!! Jeno: ogarek. O kant dupy świeczkę! – A szef może wysmażać tego typu głupoty. – Ja to ja. Tyś młody. Jeszcze nasiąkniesz propagandą wroga. Takiego szczęścia mi tylko potrzeba. – Szczęścia? – Głupiś jak rogi od stołu! Pytam was biesy po raz wtóry: czy wszystko ciemne? – Jak smoła, o której szef raczył wspomnieć! – To znaczy? – Wszystko ciemne! – Tak trzymać... to znaczy: lać! ###~~~### {Po dłuższym czasie} Lucy siedzi w swoim gabinecie, grzejąc ogon przy kominku. Słyszy pukanie. Do diaska! Kogo znowu diabli niosą? –Wejść!!! – Dzień dobry tato. To ja. – Tylko nie: dobry. – Szukam mamusi. – Wcześnie się tobie przypomniało. – Byłam zajęta. – Mamusia odfrunęła. Zostawiła mi ciebie. – A czemu? – Skąd mam to wiedzieć... chociaż coś mi się jarzy, czemu... – Czemu? – Bo jestem inteligentny. – A co to jest: ineli gege..tencja? Dupa z tego... trudno mi wymówić, tato. – Dupa. To lubię. Idź już sobie. Nie zawracaj mi kopyta!!! – Zobacz co zrobiłam z cienkiej skórki. Piekło i niebo. To się nakłada na rączkę i raz jest... – Wywal to łajdactwo!! – Taki jesteś zły i chcesz mi od dawna gardło poderżnąć? Przyznaj się pojebańcu! – O... kciuk do góry... chętnie bym to uczynił, ale nawet zło ma pewne granice. Tyś córka ma. – Zło nie ma granic. Ględzisz jak by ci kotłem odbiło. – O... jak miło! – Nie rymuj mi tu. Tu nie portal poetycki. I mamusi jestem też! – Właśnie! Tfu!!! – Czemu? – Czemu sremu. – A ja mam: różki i skrzydełka. A ty jesteś zafajdanym kaleką, bo masz tylko: jedno. – Super nawijasz! – A mnie dzisiaj grzesznik podrapał... o!!! A ciebie pokrako, do sześćset sześćdziesiątej szóstej potęgi, ominął. – No nie. Co za wredne słowa. Git smażalnia!! Wierzę, że go walnęłaś jak zwykle: żelazną chochlą z przytupem. – Jedną rączką walnęłam, aż siknął z bólu. Nawet jęknął przez wytrzaśnięte zęby. – Świetnie. Moja krew. – A drugą rączką z czułością obmyłam bolące miejsce. – Ja pierdzielę!!!
  3. @~Mari*anna~ Dzięki:)→No faktycznie. W Lisio – Gęsim świecie, nie można być pewnym czegokolwiek:) Pozdrawiam:) Nata_Kruk→Dzięki:)→Dobrze, że chociaż za coś. To zawsze→coś:)). Mogę spać spokojnie:) Pozdrawiam:)
  4. @Lach Pustelnik Dzięki:)→No mam taką nadzieję:).→Przecież po to to napisałem:))→Pozdrawiam:)
  5. ––?/–– drogie zwierzaki cud stał się dzisiaj Gęś pokochała Lisa – A Lis? a Lis Gęś pokochał jeszcze teraz z miłości szlocha – To co widzimy? widzicie że dają buzi skrzydło w futro a futro w puch – Cholera! To drugi cud! zwołajmy faunę z lasów dalekich niech się nauczą jak kochać na wieki – Da się zarobić! a pewnie figurki się zrobi Gęsi i Lisa lepiej nie czekać zróbmy dzisiaj – Za pewną opłatą. no właśnie – My na to jak na lato. nauczmy zwierzaki modlitwy przydatnej by mogli wybaczyć krzywdy straszne – Kochana Gąsko Lisku spraw... o to samo proszę i ja * co moją figurkę paskudzie trącasz – Ależ… może nie dożyć modłów końca. właśnie gdy mu przywalę w durny pustostan
  6. Cierpienie wiruje na wstecznym biegu. Karmelowe ciernie ranią świeczki na urodzinowym torcie. Uśmiechnij się dziecko. Masz nadzieje na dmuchnięcie. W pętelce kolorowej wstążeczki gnije pomarszczona twarz. Nie roń łez. To jeszcze nie twoja. Obca. Tego drugiego. Całe życie przed tobą. Przynajmniej tak mówią. Choć lukier na bagnie bardzo cienki. Tyle możliwości wyboru pośród łanów zbóż. Jesteś jezdnią. Szaleńczą furią pędzisz po kierowcy. Siedzi w nim samochód. Korzenie drzew w szybkim bezruchu, rzucają cienie na błękit w najwyższym dole. Przeraźliwe pohukiwanie cząstek ciszy, bębni o suche krople deszczu. Wiatraki napędzają wiatr. Mielą ziarno kwadraturą koła. Trójkątne słońce grzeje mroźnym ciepłem, a gdzieś tam, na podszewce wszechświata, biała dziura więzi w sobie mrok. Lecz ty widzisz ciemną postać. Ma prześwitujące ciało. A wewnątrz pełno czasu. Odmierzają zegary. Ubywa ich. Wskazówki przebijają ciało. Czy skorzystasz? Musisz zwolnić, by prędzej biec. Szaleństwo kryje ciebie w sobie. A może tylko zwykłe życie przemija. Czy widzisz, czy tylko patrzysz? W powiewach lepkiego wiatru szybują oderwane skrzydła urodzin. Szkarłatem odcinają pióra. Słyszysz wilgotne, miękkie stukanie. Przyszli. Możliwe, że nie wszystko stracone. Cień nadziei ściemnił galaretkę. Za wcześnie, żeby było za późno. Jesteś gorzkim cukierkiem w słodkim opakowaniu. Może znajdzie się chociaż jeden, który nie pogardzi. Zje całość Chociaż cuchniesz i dławisz. * W kłosach bielą śniła chlebem. Czas minął. A był dla ciebie.
  7. ? gramofon przyszłości odtwarza ostatnią piosenkę stoi na ulicy i zdawać by się mogło że choć jest to jakby go nie było ulica szara pusta świeżo wymarła wilgotne chodniki kryją w sobie obrazy pod delikatnym całunem cienkiego lodu przezroczyste ślady przechodniów posnęły na twardych poduszkach niebo świeci czarnym blaskiem zasilane odwrotną stroną księżyca zdechły szczur poruszany przez wiatr jest żywym w ornamentach śmierci zielony trawnik pieszczony poświatą dźwiga roziskrzony kosz na śmieci wygląda słodko ze swoim dobytkiem inne kosze puste samotne i opuszczone spadają na dno odpadkowych wspomnień gramofon wytwarza coraz więcej słodkich nut muzyka jak gęsty syrop szybuje do wyobraźni widzę ją na ulicy wchłania zdechłego szczura przerabia na owłosione ciastko z mięsnym lukrem cała ulica pokryta gęstą mazią drga od śpiewu o urodzinowym torcie z kawałkami ostrych kluczy płynie do do mnie za chwilę przyklei całe życie do obejrzenia pod stopami wyczuwam miękkie pulsowanie słodką zimną mgłą dusi puls mojego serca wspominam placek z galaretką robił go dobry człowiek teraz go nie ma nie ma kogokolwiek tylko wymarłe miasto jestem sam tak zupełnie * biegnę do cukierni zamknięta i otwarta na wystawie karmelowa figurka poznaję siebie biega stuka w szybę chce się wydostać lecz gramofon odtwarza ostatnią piosenkę ?
  8. [Prolog] Coś ją zaniepokoiło. Niby nic takiego. Odbłysk światła zaledwie. Gdzieś tam w oddali, na polance wśród drzew. Pragnie ominąć to miejsce, ale jakaś siła pcha ją w tamtym kierunku. Każe iść tam, gdzie leży tajemniczy przedmiot. Podchodzi z wahaniem, cofając się i znowu idąc do przodu. Wreszcie znajduje się całkiem blisko. To jest okrągłe. Wygląda jak lustro. Podchodzi jeszcze bliżej. Na ułamek sekundy jej cień zakrywa znalezisko. Dostrzega obraz swojego oka. Krwawi. Nie bardzo rozumie, o co w tym wszystkim chodzi. Pragnie uciec. Nic z tego. Jakby coś ją tu trzymało. Po coś musi tu zostać. ° ° ° ° ° ° ° ° ° ° Jego szare ubranie, jest tak samo szare jak kolejne dni, które przeżywa. Rzadko spogląda przed siebie. Przyszłości przed sobą nie widzi, a przeszłość zostawił dawno w tyle. Nie ogląda się za siebie. Szara kostka chodnikowa, łaskawie dźwiga ciężar jego ciała. Cóż może na to poradzić. Po to ją zbudowano, żeby podtrzymywała innych, a sama była deptaną. Tak bardzo chciałby być kimś ważnym, uwielbianym i kochanym. Póki co nic na to nie wskazuje, że cokolwiek się w jego życiu zmieni. Na lepsze, na gorsze, byle nie wciąż to samo. Dzień za dniem, miesiąc za miesiącem, aż w końcu nic za niczym. –––– – Z tamtym facetem jest coś nie w porządku. Zachowuje się co najmniej dziwnie. – Może po prostu pijany. Mało takich tu się kręci. – Na przykład ty ostatnio... nie wygląda na pijanego. – Daj spokój. No dobra. Pochlałem i co z tego. To, że nie wygląda, nie zmienia faktu, że z nim coś nie tak. – Faktycznie. Jakby się palił od środka. ––––– Rozległy ogród pachnący jabłkami. Wspomnienie, które najbardziej zapamiętał. Czy w ogóle jabłka mogą pachnąć tak intensywnie. Wtedy jeszcze wszyscy byli. Siedzieli przy stole, takim zwykłym drewnianym. Aż się uginał od owoców. Kromki chleba posmarowane miodem, dopełniały całości. Nigdy nie zapomni tego smaku. A później wszyscy poszli do domu na obiad. Nie zdążyli zjeść. Ogień rozprzestrzenił się bardzo szybko. Nie wiadomo skąd i dlaczego. On jeden zdążył uciec. Wszyscy spłonęli. Dlaczego nie uciekali? Nigdy się tego nie dowiedział. Przyszedł później na to miejsce. Zniknęły kolory dzieciństwa. Została szarość. Nigdy już się nie pozbierał. Zakładał tylko... szare, aż zwątpił, że cokolwiek się odmieni. –––––– – Mamo, dlaczego ten pan płacze? – Nie wiem skarbie. Z różnych powodów można płakać. – Ale chyba widzisz, że on kogoś przytula. – Nie córeczko. On jest sam. – Ależ mamo. Przecież wiem, co widzę. ––––––– Wtedy, w tym koszmarnym dniu, był święcie przekonany, że za te wszystkie wydarzenia, które tam nastąpiły, winę ponosił – stan jego umysłu. Dołek psychiczny. Oto gdzie był. Otaczającą rzeczywistość postrzegał jako – ser szwajcarski. Tyle miał dziur w pamięci, chociaż dopiero przeżył kilkanaście lat. Ponadto gnębiło go wrażenie, że obraz danego obiektu, dociera do jego oczu, wolniej niż zwykle. Jakby ktoś lub coś, hamowało prędkość światła i zmieniało go w jakiś sposób. A później miał wiele lat spokój. Prawie o tym zapomniał. ––––––––– Ulica jest prawie pusta. Ludzi widzi niewiele. Patrzą na niego dziwnie. Od czasu do czasu, słychać gruchanie gołębi. Bardzo to go drażni.. Jak zresztą wszystko wokół. Dopiero teraz wspomnienia powracają, ze zdwojoną siłą. Nie może na tym zapanować. Widzi przed oczami osoby, których już nie ma. Nawet zaczyna je przytulać. Na środku ulicy. Płytki chodnikowe pokornie przyjmują jego łzy. Aż wreszcie, coś w nim pęka. Niby dlaczego inni mają mieć lepiej od niego? Już tyle wycierpiał i ma cierpieć nadal? Na dodatek - zupełnie niespodziewanie - zaczyna zbierać obrazy zachowane w lustrach. Trochę ich jest w oknach wystawowych. Tylko on ma taką możliwość. Jakby ktoś kiedyś je tam wrzucił, specjalnie dla niego. Może to całe zawirowanie ze światłem, które kiedyś mu się przytrafiło, było początkiem wspaniałego życia, na które musiał do dzisiaj poczekać. One go wzmacniają. Czuje się o wiele lepiej. Wierzy, że jakaś nieznana siła, pragnie mu pomóc, stać się kimś. Nie myśli jednak o selekcji, chociaż ma taką możliwość. Chłonie wszystkie. I ciągle mu mało. ––––––––––– – No i mamy kolejne morderstwo. – Szefie, tylko nie mów, że znowu... – Tak. Musi mieć potworną siłę. Ofiara wygląda jak krwawy worek, z miazgą w środku. – Biedna kobieta. – Gdyby tylko biedna, to pół biedy. – A to prawda, że miała usta nie do końca pomalowane? – Tak niby stwierdzono. Cholera wie. – Tak sobie myślę... – Jestem pod wrażeniem... sorry... to z nerwów. – Taa... akurat wierzę... no więc, skoro malowała, to raczej musiała użyć lusterka... – Albo i nie. Miała wprawę. – Ale lusterka szukano, tak? – Tak. – Znaleziono? – Nie. –––––––––––– Czuje się jak nowo narodzony. Zyskał tyle możliwości kamuflaży oraz innych przydatnych cech. Żadna siła go nie zniszczy. Tyle zwierciadeł na świecie i tyle obrazów do wchłonięcia. A każdy dodaje mu nowych sił i wszechstronnych doznań. Nawet umysły ludzkie się od czasu do czasu trafiają. Te głupie, potencjalne ofiary tyle razy tam spoglądały, aż zostawiły cząstkę siebie. Rozpoczął selekcje. Te mało przydatne odrzuca, bo nie są mu potrzebne. Są zbędnym balastem. Zbiera tylko ciemniejsze, bardziej rozpoznawalne, które jednocześnie łatwiej się wchłaniają. Jakby z własnej woli, pragnęły w nim zamieszkać. Niektóre lustra mają tyle do zaoferowana. Tyle przydatnych cech. To prawda, rusza go czasami namiastka sumienia. Że przecież mógłby wchłaniać te inne, mniej silne lecz bardziej... miłe. Nie pragnie takich myśli. Słabość nie dla niego. Chce mieć poczucie władzy, bo kiedyś nim poniewierano. Znowu dostrzega w wyobraźni, drzewo jabłoni. Prawie czuje jej zapach. Otwiera w myślach słoik z miodem. Smaruje chleb... nie, to minęło. Życie mu odebrało. Nie ma sił być innym, nie teraz, kiedy nabiera rozpędu. Niechętnie mu pomagają. Nie chcą oddawać lusterek. Na ulicy lub ze swoich domów. Wszędzie ma dostęp, pod różnymi postaciami. Nie ma wyboru. Musi je mieć. Żadna przeciwstawna siła nie jest mu w stanie przeszkodzić. A co dopiero zatrzymać. –––––––––––––– – Co znowu szefie? To samo? – O wiele gorzej. Cała rodzina. – Ilu? – Matka, ojciec i dwójka dzieci... cholera jasna, miałeś racje. – To znaczy? – W dziecinnym pokoju, odłamki lustra tkwiły w szyjach dzieci. Było całkiem spore, sądząc po ramie. – A rodzice? – Skręcono im karki. – A reszta odłamków? – Zniknęła. ============================================================================================= Co za wspaniałe życie. Zyskałem jeszcze jedną cechę. Przenikania przez lustro, do innego lustra, by wyjść w innym miejscu. Na szczęście, wiele różnych kawałków jest porozrzucanych po świecie. Coś w rodzaju teleportacji. Mogę przybierać prawie dowolne kształty. To cholernie zabawne, jak przyszła ofiara, głaska rozkosznego pieska, lub tuli do rąk zagubione dziecko. Muszę jednak uważać. Najlepsze są bardziej odludne miejsca. W przeciwnym razie, tracę niepotrzebnie energię, by zakończyć problem. Właśnie widzę pokaźny kawałek. Przecież nie będę nosił wszystkich przy sobie. Zabieram, wchłaniam co ważne, a jak jest puste, to wyrzucam. Ten jest jeszcze pełen. Zostawię go takiego. Lubię się przeciskać. Ciekawi mnie w jakim miejscu wyjdę. Ciężko mi idzie. Za dużo obrazów wewnątrz. ––––––––––––––––– – Chcesz szefie powiedzieć, że ten świr zabija... dla luster? – Na to wychodzi. – A jak on w ogóle wygląda.? – Tego tak naprawdę nikt nie wie. Ludzie wygadują jakieś głupoty. ––– Staram się wyjść na zewnątrz. Tylko coś jest nie tak. Jakby jakaś siła nie chciała mnie puścić. Czyżbym trafił na jakieś dziwadło, z przeciwnymi obrazami. Żaden mi nie pasuje. Takiego jeszcze nigdy ne trafiłem. Mam wrażenie, że znajduję się w gęstym miodzie. Zapach jabłek jest bardzo intensywny. Wchłaniam go, bo nic innego nie mogę. Muszę się jakoś wydostać. Cholera, ktoś na mnie patrzy. Poznaje to zwierzę. Zwykła sarna. Czuję jej cień na sobie. Wygląda na przestraszoną. Nawet nie wiem, jak w tej chwili wyglądam. Chyba krwawię. Dlaczego? Widzę, że chce uciekać, lecz nie potrafi. Przecież nie ma lustra. Czego się boi? Ten jej wzrok, spycha mnie do przepaści. Coraz bardziej się zapadam. Nic nie mogę na to poradzić. Dostrzegam ogród i wszystkich co tam siedzą przy stole. Równocześnie odwracają się w moją stronę. Nie mają twarzy, dlatego nie uśmiechają się do mnie. W tle widzę białą sarnę. Wiem, że już się stąd nie wydostanę. Zabiją mnie własne morderstwa. Utonę w obrazach, które chłonąłem, gdyż nad tymi nie mam już władzy.. Nagle zdaję sobie sprawę, że zmieniłem swój kształt. Nie wiem na jaki, Sarna pochyla się nade mną. Jej głowa jest ogromna. Ma dziwne oczy. Trudne do określenia. Wchłaniam jej cały obraz, a ona wchłania mnie. ˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇˇ – No dalej strzelaj, bo ucieknie. Taki piękny okaz. – Robi się. Ty marudziłeś, a ja trafiłem. –– – Proszę, częstujcie się. Specjalnie na waszą okazję przygotowałam. – A co to za mięso? – Sarnina. Pychota. – Faktycznie. Bardzo dobra. ''V'' (((+)))° O / / / / """"""""""""""""""""""""""""
  9. @Waldemar_Talar_Talar Dzięki→Miewam rożne pomysły. Czasami bardzo dziwne:) To zależy, co mnie akurat napadnie. A przede wszystkim→skąd:)) Pozdrawiam:)
  10. co robią, gdy zostają same oraz jakie podmioty biorą z nich przykład ?? pani cyrkiel już rozwarła swoje lśniące gładkie boki aż się cena gdzieś przedarła gdy pędzelek wetknął loki wieczne pióro wytrysnęło atramentem na ołówka wnet błękitem popłynęło przemoczona cała główka dziurka sama jest w linijce ołóweczek pnie się w górę jego koniec jest w owijce smyrnął żwawo zatkał dziurę leży z boku temperówka co się z inną wdała w sprzeczkę oddaj zaraz mi ołówka niech założy wnet gumeczkę pan kałamarz jest pękaty i tak jakoś mu się nie chce ja to tylko tak na raty mym nadrukiem cię połechcę stary zeszyt ledwo zipie bo owijka na nim siedzi zawiedziony piórnik łypie dziś go cyrkiel nie odwiedzi gumka leży nie spełniona niech mnie rysik dziabnie w szyję a pan spinacz skok wykona w mą sprężystość niech się wbije już ołówek rysik ściska popatrując na ekierkę na trójkącik patrzy z bliska no zacznijmy wstępną gierkę pan tornister pobudliwy swoim zamkiem kartkę kusi pobudzony niecierpliwy kiedy wreszcie ją przydusi ?? cyrkiel gumka i linijka piórnik spinacz i stalówka pan tornister i owijka i ołówka mokra główka wszyscy razem tu wirują szyba pęka od hałasu one chęci nie marnują umawiają się zawczasu ?? biorąc przykład z tych igraszek zegar ścienny bimba ostro aż wyskoczył z dziurki ptaszek do przyborów leci prosto przy łóżeczku na stoliku lampka stoi z żółtym paskiem chodź ty do mnie mój budziku i go kusi swoim blaskiem żal jest tylko mikrofali nie chce sama zostać biedna już się grzejnik do niej pali będzie jemu wnet potrzebna a za oknem wietrzyk słucha widząc śliczną chorągiewkę gdy pozwoli ją podmucha jej trzepotu słysząc śpiewkę piórnik patrzy swą długością na stalówkę co tam człapie myśli sobie on z lubością atramentem mnie ochlapie ?? tak przybory szkolne mają kiedy leżą na biureczku że gdy same tu zostają to figlują po troszeczku
  11. @Nata_Kruk Dzięki:)→Gdy zacząłem pisać, to nie wiedziałem, że będzie długaśne i co napiszę:) Czasami trudno mi skończyć jak już zacznę. Masz racje→cisza nie śpi ino kusi.. albo raczej licho lub ziarenka maku... czy coś:)) Pozdrawiam...:))
  12. Wykasowałem→Miasteczko Cudu→bo się dzisiaj zorientowałem, że wrzuciłem dwa razy ten sam tekst :) ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Kopciuszek z nieuzasadnioną miłością, patrzy na swoją Macoszkę, która nie jest jak ten kwiatek urocza, co się na groby sadzi. Zresztą takiej lepiej nie wkopywać. Wszystkie wokół roślinki by szybciutko zmarniały, a i nieboszczyk w grobie, musiałby ze zgryzoty obrócić swoim ciałem. Albo przesypać z miejsca na miejsce. Macoszka łazi po izbie i łazi, rzucając w meble wyzwiskami. A to jej drzwi skrzypią lub kurz nie przylega do szmatki. Innym znów razem krzyczy na garnek, gdyż się ledaco nie ukłonił, uchylając rondelek nad czeluścią naczynia. Albo co gorsza, czajnik za głośno piszczy swoim dzióbkiem, ziejąc parą po wszystkich możliwych kątach. Kopciuszek stał się kopciuszkiem, jeszcze za dziecka, kiedy to inne nieznośne bachory, zmuszały go do kopania Kopciuszkowych ciuszków. Nieustannie słyszała: kop ciuszek, kop ciuszek. Tak to do niej przylgnęło, że nawet w późniejszych latach, tę nazwę pokochała. Macoszka nadal się przemieszcza, jak gradowa chmura pod rękę z piorunem. A ona siedzi w kupie butów, gdyż co chwila dobrzy ludzie jej trzewiczki przynoszą, na wypadek, gdyby jakiś zapodziała. Nie wiedzą oni, że ona wprost marzy o tym, żeby zgubić wreszcie but. Za mąż chce wyjść. Iść na swoje. Ale nie z byle kim, jak już. Póki co musi z Macoszką siedzieć. Uśmiecha się głupio, jakby ser przed nią fruwał przez swoje dziury. Aczkolwiek trochę ją nawet miłuje, w granicach rozsądku rzecz jasna, bo jej życie uratowała. Oczywiście przez przypadek, niezdara jedna, cholerne babsko. A było tak... Ścieżyną leśną wędrowały. Aż tu nagle misiu na drogę wyszedł. Beczułkę miodu w łapkach trzymał. Zobaczywszy jednak dziewczynkę, na inny kąsek apetyt dostał. Lecz niestety, ujrzał tą drugą starszą. Natychmiast z impetem miód pojadać zaczął, by ów widok straszny, chociaż trochę osłodzić. Słodkość migiem go zadławiła i na ziemię padł, aż wiewiórce orzech z łapek wypadł, od wstrząsu tego. Przy życiu pozostał, lecz takim lelum po lelum. Kopciuszek chciała mu zrobić usta usta, ale zlękła się, że jej głowę odgryzie lub obojętnie co. A teraz siedzi w chatce i o lubym odpowiednim rozmyśla, uśmiecha się do marzeń swoich, a Macoszka jest przekonana, że do niej. Nawet w zmartwienie popada odrobinę, czy dziewczynka przy zdrowych zmysłach pozostaje, skoro się do niej kielczy. Nagle ściany ogłusza pukanie do drzwi. Tak donośne, że stado pająków, na podłogę pospadało, poplątawszy się w nici swoje. Kopciuszek otwiera drzwi. A w progu jegomość zacnie ubrany, zadaje rozsądne pytanie: – Cześć! Królewicz jestem. Bucika zgubiłaś? Bo jeżeli nie, to spadam. No więc jak. Długo mam czekać? – Ależ moje kochanie moje, staram się ze wszystkich sił… ale nie mogę zgubić. Naprawdę robię co w mojej mocy. Nic z tego. Wszystkie mam. Dzisiaj liczyłam. – To w takim razie, precz idę. Po cóż moje członki, męczyć mam czekaniem. – A to idź sobie w jasną cholerę! – dziewczę wzięło przykład ze swojej opiekunki – Nie chcesz czekać, aż zgubię… to się znajdzie inny, co poczeka z pocałowaniem ręki. Myśli, że jak Królewicz, to mu wolno nie poczekać. A sio, bo… – Bo ja się wtrącę – rzekła starsza wiekiem – I tak ci przywalę…a zresztą wiadomo to, żeś prawdziwy. A może przebieraniec jakiś... Nagle wszyscy troje zauważają starszego jegomościa, co stoi uśmiechnięty, glapiąc się w głąb izby. Dziewczę rozpoznaję natychmiast, kto to w progu drepce – O, o, Dziadek przybrany przyjechał. Witaj dziadku. Fajnie, że wpadłeś. Właśnie jestem trochę matrymonialna… a może nie. – No to idę. Jestem obrażony - rzekł Królewicz. – Obyś się o swoje berło potknął. – Chwila! Co tu się wyprawia – zapytał rozważnie Dziadek – Tak nie można gościa traktować. – Można, skoro taki – odrzekła córka ojca swego. – No to idę. Widzi to ktoś? – Synu! Nie bądź w gorącym oleju kąpany. Kopciuszek i moja córka, tak mają. Pogadajmy na spokojnie. O co w tym biega? – Za mąż chcę wyjść! Ale to już! O to biega! A on nie chce poczekać, aż wreszcie zgubię. Pacan koronny! – Co zgubisz? Wnuczko przybrana. – Pantofelek. Lub coś koło tego. – To ja go ukradnę. Zgoda? – Nie. Prawdziwie muszę zgubić. Macoszka myśli sobie: jeżeli to prawdziwy królewicz, to dałam ciała. Trzeba to jakoś załatwić. Kasa się przyda. A i rodzina zacniejsza będzie. Już wiem. Jak mogłam na to nie wpaść. Na bal ich wygonię i siebie też. Może w tym całym bałaganie wreszcie zgubi co trzeba. – O czym tak rozmyślasz, ty moja paskudna kochana córeczko? – A… nic nic… zasnęłam biedna. – Na stojąco? – zapytał chyba Królewicz. – A co? Nie można. Bo jak cię… – Córko! Dość! Gębę stul! – Ależ Dziadku. Ona mi życie uratowała. – Przypadkowo oczywiście? – Jakżesz by inaczej, Dziadku. Wdrażam plan. Nie ma co czekać – pomyślała wiadomo kto. – Posłuchajcie kochani. A może pójdziemy na bal? – A po cóż taka wredna, na bal miałaby chodzić – retorycznie zapytał dziadek. – Nie jestem wredna, tylko jestem jaka jestem, ojcze! – To jeden pies. Dziewczę popatruje z boku. Czy czasami królewicz nie dał nogi. A nóż prawdziwy. Z tym balem dobry pomysł – myśli sobie jak umie. Słyszy słowa: – Wspomnianą imprezę mój ojciec wyprawia, jakby ktoś pytał. No co… ktoś zapyta? – A po co już – rzekł dziadek. No to idziemy na bal – zakrzyknęli całą kupą jak jeden mąż. Na balu Kopciuszek za czorta nie mogła zgubić pantofelka. A starała się jak mogła. Wszyscy inni gubili. Nawet niektórzy po dwa na raz, a po pijaku nie tylko buty, lecz całe odzienie. Biedna Kopciuszek oczka spuszczać musiała, chociaż raz po raz zerkła, jak warto było. Ale nawet w takich okolicznościach, bucika zgubić nie mogła. Zdejmowała, rzucała nim w tańczących, kładła w nieznane jej kąty… i nic. Zawsze widziała go z powrotem, na ślicznych stópkach swoich. Macoszka też pomagała, kradąc bucik z nóg. Królewicz też się starał. Nawet sam król ojciec, gdzieś go schował, ale po chwili, znowu były na jej nóżkach. A zatem ręki dać nie mogła. Martwiło ją to wielce. Tym bardziej, że już wiedziała, że Królewicz prawdziwy, a teraz jakaś inna go capnie, co potrafi zgubić. A zatem zbliżamy się do końca bajki, bo jak długo można to ciągnąć, zanudzając poddanych. Wreszcie trzewiczek zadział Dziadek. Zgubę znalazła szwagierka króla. Zakochała się w dziadku, od pierwszego przymierzenia. Pobrali się. Nie byli skąpi... Chyba wszyscy żyli długo i szczęśliwie
  13. Tekst dopasowałem do własnej melodyjki. spójrz na tamten brzeg gdzie marzenia lśnią proszę powiedz mi zabiorę cię stąd w koralikach z łez co wzruszeniem tu popłyniemy dzisiaj tam do krainy z naszych snów w szaro złotych dniach miłość sił potrzebnych da każda chwila cenna jest by z niej radość czerpać chcieć życie krótkie czasu tak niewiele chociaż wiatr w oczy dmie nućmy razem piosnkę tę nie odfrunie żaden dzień w zapomnianą nocy czerń na jutrzenkę słowo dał z kropel świtu kwiat
  14. Stoi na brzegu dachu. Noski białych ślicznych bucików wystają poza krawędź, nieznacznie się kołysząc w dół i w górę. Czerwona błyszcząca sukienka w białe groszki oraz niebieska czapeczka z żółtą kokardką, dodają dziecku bajkowego uroku. Dziwnie to brzmi w sytuacji, która w tym miejscu zaistniała. Jest prawie nieruchome. Dla ludzi na dole, sprawia wrażenie, sparaliżowanego strachem. Na szczęście wiatr wieje prosto w twarz. Tworzy jakby sprężynującą ścianę, która nie pozwala na niebezpieczne wychylenie, umożliwiające przekroczenie granicy, bez możliwości powrotu. – Mamo. Ono za chwilę spadnie. – Mam nadzieję, że to nie nastąpi. Wyobrażam sobie ciebie, jak tam stoisz. Chyba bym umarła z rozpaczy. – Ale póki co żyjesz, więc na wszelki wypadek, stańmy w innym miejscu. – Jak tak można dziecka nie pilnować. To ja nawet mojemu kotu, nie pozwalam wejść na dach. Biegnie po schodach jak oszalały. A przed nim jego serce spocone ze strachu, co mu prawie z piersi wyskoczyło. Czy zdąży uratować, czy przybiegnie za późno, by zobaczyć: osamotnione ślady. Sekundy się dłużą niemiłosiernie z każdym następnym nadepnięciem. Jakby stopnie były coraz szersze, oblepione czymś lepkim, wstrzymującym bieg. Jego białe odzienie, wiewa na wszystkie strony. Trzepocze niczym ostatnie podrygi uwięzionej nadziei. Omiata poręcze z łuszczącej farby, zakłóca światło zza brudnych kloszów i rujnuje drgające pajęczyny. Jeszcze jedno piętro, jeszcze tak niewiele... i wejdzie przez właz... i wszystko będzie jasne. Lub ciemne. Wielu ludzi stoi na chodniku. Wszyscy patrzą w jeden punkt. Ta niewielka postać, w każdej chwili może rozpocząć swój ostatni lot. Pionowy, bez żadnego wyboru. W jedną, ostatnią stronę życia. W niektórych umysłach zalega przekonanie, że mogli by wejść na dach. Zaryzykować pomoc. Ale z drugiej strony, stoi na samej krawędzi. Każdy hałas z tyłu, mógłby je przestraszyć. Tak samo długa drabina przystawiona do ściany. Bo niby skąd wiadomo, co za światy sączy wyobraźnia do świadomości przestraszonego dziecka? Przed czym uciekło aż tak wysoko? Wiadomo, lęk może paraliżować. Stępiać zbawienne działania. Chociażby takie, jak kilka kroków w tył. Jakie kształty i dźwięki, mogą się stać dla niego najgorszym potworem. Przecież tak niewiele brakuje, do pełni nieszczęścia. – Przepraszam! Czy pan może wie, dlaczego tamten sklep jest zamknięty? – Który? – No ten, który wskazuje. – A skąd mam wiedzieć. Proszę mi głowy nie zawracać. Tu się ważą losy dziecka. – Bo tak sobie pomyślałem oglądając... – A idź pan. Żeby w takim momencie, głowę zawracać. Czyżby ludzkie uczucia były panu zupełnie obce? Na szczęście właz nie jest zamknięty na kłódkę. Zdejmuje drabinkę z haka. Dosięga nogą najniższego szczebla. Po chwili wychodzi na zewnątrz. Nie jest zimno, ale też nie ciepło. Płoszy parę gołębi. Odlatują obrażone. Zakłócił rozkoszne gruchanie. Ma to głęboko gdzieś. Dla niego najważniejsze jest to, co widzi. Jeszcze. Na szczęście zdążył na czas. Ono stoi nadal na krawędzi, lekko się kołysząc. Jego myślobieg działa na wzmożonych obrotach. Nie ma co krzyczeć. I tak nie usłyszy. Nie w takim stanie w jakim jest. On o tym wie. Przecież tyle czasu poświęcił. Wiele miłych wspomnień tkwi głęboko w nim. I teraz miały by zlecieć w przepaść. Marzy o tym, żeby znowu przytulić tę małą postać. Spogląda w niebo szukając ratunku. Cholerne deski. Kto wymyślił taki dach. Są w nieustannym, z lekka falującym ruchu. A na ich końcu widzi swoje dziecko. Wyraźne kształty, jak kolorowa chorągiewka, zasłaniają część wieżowca, stojącego na horyzoncie. Musi podchodzić rozważnie. W przeciwnym wypadku, za bardzo rozkołysze podłoże, co może spowodować nieodwracalny koniec. Znowu patrzy w niebo. Prawie zaczyna się modlić. Na nic to wszystko. Na tle błękitu, dostrzega ciemną chmurę. Na jej tle krążą czarne ptaki. Szybują ciężko, nie zawsze tam gdzie chcą. Wiatr spycha je na boki. Skrzydła ugrzęzły w gęstym syropie przeciwności. Zdaję sobie sprawę, że podmuch się wzmaga. Przybiera na sile. Na dodatek zmienia kierunek. Jak śmiercionośna wirującej otchłań, uderza w plecy. Nie tylko jego. Zaczyna padać deszcz. Dziecko nadal stoi jak sparaliżowane, Wygląda trochę inaczej. Nic dziwnego. W takiej nawałnicy, on też ma inny wygląd. Małe piórka, niesione cząsteczkami powietrza, szybują nad dachem, niczym srebrzyste wróżki. Niektóre przysiadają na czerwonej sukience. Niestety... jest ich za mało, żeby w razie czego zahamować spadanie, lądując wspólnie i bezpiecznie na ziemi. To co teraz widzi naprawdę go przeraża. Tym razem on stoi jak skamieniały. Nie wie, czy to przypadek, czy przeznaczenie. Czarny ptak siedzi na białej czapeczce. Jego pazury weszły miękko w podłożę. Nieustanie przebiera nogami, spychając głowę w kierunku przepaści. Nie tylko głowę. Wiatr jest coraz silniejszy. Dopomaga ptakowi w jego monotonnym dreptaniu. Też usiłuje zepchnąć dziecko ze śliskich już teraz desek. Nie wie, co ma robić... to są ostatnie chwile, w których cokolwiek można zrobić. Podejmuję desperacką próbę. Przestaje myśleć o możliwych skutkach tego, co czyni. Podchodzi bardzo szybko, gnany podmuchem z tyłu. Słyszy miękkie dźwięki kropel. Stukają jakby bębniły o wieko tekturowej trumny. Ptak nie odlatuje. Jeszcze bardziej wzmacnia swoje działania. Jest bardzo blisko celu. Prawie na wyciągnięcie rąk. Nieopacznie nadeptuje na chybotliwą deskę. Upada do przodu. Łapie dziecko. Trzyma je kilka szczęśliwych sekund. Niestety. Jest bardzo śliskie. Znika za krawędzią. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Ulica pustoszeje. Zostaje kilka dzieci. Muszą się spieszyć, zanim ktoś posprząta. * Długo nad tym rozmyślał. W końcu doszedł do wniosku, że był to zwykły psikus... albo też... ktoś to zrobił z podłej zawiści. Jest w końcu najlepszym w okolicy Artystycznym Cukiernikiem.
  15. @Ulk Dzięki:)→Tak. Ma sens→Zawarty w Twoim komciu:) "ale z drugiej strony z jakąś taką wolnością... "" Trafione w... 9,5→żeby nie zapeszyć:) Pozdrawiam:))
  16. Dekaos Dondi

    Błękitna Rzeka

    Zakończenie powinno się składać z wyrazów z pierwszego wersu. Powtórki nadają→śpiewnego rytmu? płyń ~ ze mną dzisiaj błękitną ~ rzeką rzeką ~ bo płynie przez piękną ~ krainę krainę ~ co z dziwów przeróżnych ~ słynie słynie ~ też z innych rzeczy ~ wspaniałych wspaniałych ~ tak bardzo że warto ~ patrzeć patrzeć ~ uważnie by brzegi ~ zobaczyć zobaczyć ~ zielone krzaki i ~ drzewa drzewa ~ tam ptaszki lubią ~ pośpiewać pośpiewać ~ w słońcu a także ~ nocą nocą ~ gdy gwiazdy jasno ~ migoczą migoczą ~ ciszą srebrnego ~ księżyca płyń ~ ze ~ mną ~ rzeką ~ błękitną ~ dzisiaj
  17. @umbra palona Sorry:)→Hmm→chyba trochę przesadziłem z tym... zapewnieniem:)
  18. @umbra palona Dzięki:)→Raczej różnie piszę.To chyba akurat bardziej dla dzieci. Zapewniam, że nie wszystkie teksty me, wywołują→zazdrość:))→Raczej przeciwnie może być:)) Pozdrawiam:)
  19. ? dwa różowe zajączki ozdobione wstążkami z powietrza jadą na owieczkach z chmurek słoneczko im przyświeca maciupeńkie krople rosy ozdobą dla kwiatków migoczą dla wiosny ścieżka dotyka horyzontu migające światełka śmiesznie widoczne na łąki początku ? jadą biedronki na zielonych pasikonikach figlarne kropeczki podskakują gdy wierzchowiec pomyka na fruwających kolorowych motylkach między zwiewnymi skrzydełkami siedzą tycie larwy nawet jest ich kilka w kropelkach wody rozrzuconych po trawie całej widać różne dziwy te większe i małe ? zamyślony strumyczek szumi cichuteńko szuka źródła co dało mu piękno dywan z kwiatków szybuje zwiewne dmuchawce potrąca biegną na cząstkach powietrza spłoszone jakby tycie marzenia supełki wiatru i chabry białe obłoczki rzucają na ziemię cząstki niebieskie lądują na trawie figlując pociesznie ? skowronek fruwa gdzieś wysoko na strunach z dźwięków utkanych między nimi wirują nutki małe trochę spłoszone że zajączki je obgryzą z muzyki całej śliczną nocną lampkę żabka wyplata z cieni marzyła o takiej właśnie chyba że zechce na coś wymienić samotna kropelka rosy czeka na malutkim listku tęskni za delikatnym deszczem doczeka się wreszcie nie może być inaczej bo się biedna zapłacze ? paskowana pszczółka zbiera do dziurawej kobiałki nektar słodki wycieka on przez tycie dziurki na motylkowe skrzydełka zlepione są biedne kropelki wody komuś potrzebne myją delikatnie czułości nie żałują by motyl mógł znowu swobodnie pofrunąć biedronka jadąca na pasikoniku gubi nagle kropki pociesznie suną na zielonych zjeżdżalniach żabka widząc takie dziwy wpada ze śmiechu do wody potrąca malutką rybkę a ta jest bardzo fajna a nawet się trudzi bo wyjątkowa i umie mówić ? strumyczek jest w siódmej wodzie bo odnalazł swoje źródło wieczorna lampka oświetla śpiącą zieloność światło przylepione do wilgotnej powierzchni żabiej skórki. ze zmęczonych motylków zsiadają nie zmęczone larwy grzecznie dziękują za przejazd myśląc o swoim przeobrażeniu ? pierzaste owieczki chmurkowate odsłaniają ciemnawe niebo wieczór kładzie się do snu pod kołderkę z nocy ustaje leciutkie falowanie ożywczy wiatr jest strasznie śpiący musi się trochę zdrzemnąć jutro będzie znowu owiewać by tylko za dużo nie pozwiewał ? teraz wszystko zakrywa plecionka z marzeń o następnym dniu zrodzona nutki z pogryzioną muzyką też poszły spać nawet cisza zasnęła jutro znowu obudzi się łąka bez wiecznej roz-łąki zakwitnie dzionek poranka kolorem rozsunie nocy ciemną zasłonę ? ᵈᵉᵏᵃᵒˢ ᵈᵒᶰᵈᶤ <o(͜͡~͜͡ ͜͡*͜͡•͜͡•͜͡*͜͡~͜͡)o<<((( ~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜~̊͜
  20. @Karina Westfall Co ja napisałem:)→Mam nadzieję, że jak trzeba → teraz:) Kiedyś pomyślałem, że przecinki powinno się stawiać tylko wtedy, gdy – ich brak – zmienia sens zdania. Jeżeli nie zmienia, to po co stawiać:)→Czasami mam dziwne pomysły:) Też Pozdrawiam Serdecznie:)
  21. na skraju czasu zwłoki zegarów gniją sekundy godziny minuty rdza niszczy tarcze wskazówki w rozkładzie z czasem też zniknie mechanizm zepsuty tylko raz po raz w zaległej ciszy słychać budzik jak dzwony z nieba no dalej człowieku przestań się lenić życie trwa nadal wstawać trzeba
  22. @Nata_Kruk Dzięki:)→Żeby gdzieś podejść cichutko, to miałby malec problem. Ewentualnie... buciki uplecione z ciszy:) A swoją drogę, szkoda, że nie ma→nagrywarek snów →Bywają bardzo ciekawe:)) (z funkcją blokady reklam)→Pozdrawiam:))
  23. @Karina Westfall Dzięki za wskazanie→Z interpunkcją, to u mnie ciężko→Poprawiłem.→Ma nadzieję, że jak trzba:) Pozdrawiam:)
  24. Jestem Naczelnym Śledczym. Tak na mnie mówią. Nie cierpię kiedy to słyszę. To mi się w jakiś sposób kojarzy z małpami. Chociaż przeciwko małpom nic nie mam. Całkiem sympatyczne zwierzaki. Najbardziej lubię patrzeć jak wcinają banany. Prawie widzę uśmiech na ich twarzach. Są właściwie bardzo przydatne. Podobne do ludzi. Na szczęście nie do wszystkich. Z rozmyślań wybijają mnie słowa, mojego zastępcy, a zarazem najlepszego kupla. – Kolejny trup, szefie. Zwłoki ozdobione tak jak zwykle. Jest wielkim pedantem. Wszystkie szczegóły zachowane. – Nie wątpię. Facet wykonuje dobrze swoją robotę. – Co ty pierniczysz! To już szósta ofiara. A my stoimy w miejscu. – Fotograf zrobił zdjęcie, czy znowu miał trudności. – A jak myślisz? – Wdrapywał się na drzewo. Zgadłem? – Tak. Inaczej w kadr by nie zmieścił. A tak w ogóle dlaczego ciebie tam nie było. – A po co? Żeby oglądać ciągle to samo. Wiem dokładnie jak on działa. A poza tym, od czego wy jesteście. W wydziale śledczym pracuje od niedawna. Z zamiłowania jestem wielbicielem przyrody. Najbardziej fascynują mnie owady. Zrobiłem setki zdjęć. Nawet tym pokracznym i obrzydliwym. Doprawdy fascynujący świat. Ale cóż. Praca pracą. Musimy z czegoś żyć. Samotnie wychowuje słodką córeczkę. Jest największym skarbem. Chociaż z żalem muszę przyznać, że ostatnio mnie trochę zdenerwowała. Malowała obrazek i poplamiła sukienkę czarną farbką. Niby nic takiego. Mała plamka, ale bardzo widoczna. Trochę na nią nakrzyczałem, ale zaraz później tuliłem chyba z godzinę, nieustannie przepraszając. W końcu mi przebaczyła. Nawet założyła sukienkę w kwiatki, a nie tą drugą w ciemne groszki. Moja mała kochana córeczka. Życie bym za nią oddał. Znowu ktoś zakłóca rozmyślania. To nasz nadworny fotograf. – Szefie. On zakłócił porządek rzeczy. Nie zwróciłem na to uwagi. Trzymałem się gałęzi, żeby nie zlecieć, lecz inni powinni zauważyć. – Pomylił się? To niemożliwe. A o co chodzi? – Szef o tym doskonale wie, ale jeszcze raz powtórzę. Jak zwykle zwłoki leżały plecami do góry, a na nich wielkie czerwone skrzydła… no takie rozłożyste. Wokół pełno drzew. Stąd ujęcie całości, tylko możliwe z góry… jakbym pstrykał fotkę rozgniecionej biedronce… – O tym to ja wiem. Mów wreszcie do cholery, co nie tak? – Ilość kropek. – Jak to? – Poprzednie zwłoki miały: pięć, a te mają: siedem. – Siedem!!? Co ty chrzanisz? Nie mogą mieć siedem. On się nigdy nie myli. – A pamiętasz, co było napisane na pierwszych zwłokach. – Oczywiście: „Zabiję siedem szkodników. Tyle ile kropek ma biedronka” – A zatem, zgodnie z jego rozumowaniem, jest to ostatnie morderstwo. – Dlaczego? – To pokręcony psychopata, ale...dokładny. Nie zabije, bo by musiał na skrzydłach dokleić: sześć kropek. Poprzednio: pięć, później: siedem, a teraz: sześć? Nie, on tego nie zrobi. To by zakłóciło jego… porządek rzeczy. A tym samym... już go nie dorwiemy, skurczybyka. Nie przyzna się do błędu przed samym sobą. A tym bardziej przed światem. – Chyba masz racje. Nie mogę w to uwierzyć. – W co? – W gówno! Cholerny świat. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ Siedzę na łące z córeczką. Jest pełnia lata. Słoneczko wesoło świeci na niebie, jakby się bawiło w chowanego z białymi chmurkami. Tak bardzo ją kocham. Muszę chronić za wszelką cenę. Wspominam doniczkę z kwiatami, która stoi na parapecie w dziecinnym pokoju. Kiedyś stałem z córką przy oknie i pokazywałem jej maleńkie mszyce. Tłumaczyłem, że chociaż są takie malutkie, też na pewno chcą żyć. Ona mi wtedy powiedziała: ależ tatusiu, na pewno są jakieś groźne zwierzęta, które mogą je pożreć. Wytłumaczyłem, że to tak jak z ludźmi. Też są biedni i słabi, których silniejsi zabijają. Dodałem, że tak nie powinno być. Te biedne mszyce, teraz są tutaj bezpieczne, ale gdyby… – Tatusiu! Co ja najlepszego zrobiłam. Jak mogłam? Jestem wstrętna! – Córeczko. Co z tobą? Uspokój się. – Naprawdę nie zauważyłam. – Ale co się stało? – Rozgniotłam paluszkiem. – Co rozgniotłaś? – Biedronkę. – Umyj natychmiast rączkę! Bo jeszcze zakażenia dostaniesz. Tak bardzo chciałbym cię ochronić przed złymi ludźmi. – Tatusiu, nie rozumiem co mówisz? Ludzie są fajni. – Oczywiście. Nic się nie bój. ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~ – Szef jest zdruzgotany. W takim stanie jeszcze go nie widziałem. Chyba skończy w psychiatryku? Chociaż… nie ważne. – Co ty chrzanisz!? W jakim psychiatryku? – Nic nie wiecie? – A niby skąd? – Znaleziono siódmą „biedronkę’’ – Sześcioma się nie przejął… i nagle siódma zwaliła go z nóg? – Bo tą siódmą jest jego córka. – Coś ty… jego córka? Co ty za brednie opowiadasz! – Niestety to prawda. Szef jest nie do gadania. Ciągle na lekach uspakajających. Jakby mu życia ubyło. – Chyba to cię nie dziwi? Sam masz córkę i gdyby... – Przestań. – Wiadomo coś więcej? – Wersja jest taka, że jakiś drugi pojebaniec, postanowił dokończyć to, co zaczął pierwszy pojebaniec. Wybrnąć za niego z „honorem”. – Wybrnąć? Z honorem? – Pamiętacie? Z tymi kropkami? Byliśmy przekonani, że już więcej nie zabije, bo ją „szóstką” nie zaznaczy.To by zakłóciło jego idealny plan. Musiałby się „wstydzić”, że tak powiem. Pierwsza ofiara miała jedną kropkę, druga…To były wtedy liczby kolejne... – To wiemy...ale jak ten drugi psychol… to ominął? – Jego córeczka leżała tak samo, jak wszystkie poprzednie ofiary: twarzą do ziemi. Oczywiście skrzydełka były mniejsze. Była w końcu dzieckiem. Fotograf nie musiał wchodzić na drzewo… – Oszczędź nam tych wszystkich szczegółów… domyślam się, że zostawił wiadomość. Tak? – Tak. – Czyli jaką? – „Są biedronki bardziej wyjątkowe. Z dwiema kropkami.” – Tylko tyle? – Tak. – A na skrzydłach ile było? – Jedna.
  25. @Wilhelmina Józefa Dzięki:)→Ale żeby zaraz że... genialne. Na to przystać nie mogę... aczkolwiek miło słyszeć. Nie przeczę nawet:) Pozdrawiam:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...