Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Dekaos Dondi

Użytkownicy
  • Postów

    2 878
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

  • Wygrane w rankingu

    3

Treść opublikowana przez Dekaos Dondi

  1. o``////o – Halo! Słucham. To ja przy komórze. – Czy mogę poznać pańską godność. Mam do przekazania wspaniałą wiadomość. Proszę mówić bez skrępowania. – Wcale nie jestem skrępowany. – Żeby ino! No to jak panu jest? – A… nie narzekam. Zdrówko dopisuję. – Pytam o pańską godność. – Mam swoją godność. To bardzo ważne. Nie dać się pomiatać byle komu. – Matkości litościwa! Ja panem nie pomiatam. Chce tylko miłą wiadomość przekazać. Ale muszę wiedzieć z kim mówię. Upewnić się. – No ze mną. – A pana godność? – Golił pan przed chwilą? – Co? – Swoją kłaczatą twarz. – Że co?… Jakiś czas temu. – Pan się zaciął tą godnością. – Dowcipniś z pana. A za chwilę dodatkowo radosny. Pańskie nazwisko!!! – Trzeba było na początku zapytać. A pan się tylko wydziera. – Cały czas grzecznie pytam. – Wcale nie, gdyż w międzyczasie gadaliśmy o czym innym. – Pańskie nazwisko jakie jest? – Całkiem normalne. – Czyli? – Franuś Autowcięło – Niesamowite! To się świetnie składa. Jakby pan mi z ust wyjął. – Niczego nie wyjmowałem. Wypraszam sobie, takie bezeceństwa!!! I to jeszcze chłop chłopu! – Po co te nerwy. Nie zna się pan na żartach metaforycznych? – Nie. Jam prozak. – To już pański problem. Ale mam wiadomość dla pana. Proszę mi wreszcie uwierzyć. Wygrał pan! – O cholera, rzeczywiście! Brałem ostatnio udział w czymś takim, gdzie można coś tam wygrać. A co to? – To pana ciekawi? – A ma nie ciekawić? – Sorry! Tylko tak się droczę. Wygrałeś pan samochód. I to nie jest zabawka ani żaden pluszak. – To dobrze się składa, gdyż nie mam samochodu, lecz bardzo chciałem mieć, ale teraz już nie muszę chcieć, bo już mam. – Przede wszystkim chciałbym złożyć od serca, szczere kondo... gratulacje. Czy naprawdę pan się cieszy? – Też pytanie. A dlaczego miałbym się nie cieszyć? – Problem w tym, że wygrał pan omyłkowo nie swój samochód. – No przecież nie mogłem wygrać swój, bo jeszcze go wtedy nie miałem. Gdybym miał, to po co miałbym grać? No po co? – Nie jest pan zachłanny przypadkiem? Na nie swoje samochody? To tylko żart dygresyjny. – Proszę mi tylko wyjawić, gdzie mam odebrać kluczyki… – Kluczyki do czego? – Jak to: do czego? Do mojej wygranej! – Już powiedziałem, że wygrał pan omyłkowo... nie swój. Chociaż nie całkiem. W pewnym sensie jest pana. – Durnia pan ze mnie struga? – Jak już to wariata. No wie pan… rodzime powiedzenie. Bądźmy poważni w tej kwestii. – Jestem poważny. Pragnę co moje. – Czy pan nie rozumie, że pan jest właścicielem, a on ma wieczyste użytkowanie. – Jaki on? – No ten dla którego pan wygrał. – Czyli on nie grał i ma samochód, a ja grałem i wygrałem, ale nie mam, chociaż jestem właścicielem. – Dokładnie tak. – To wprost oburzające… a nawet doprawdy!! – Oburzające jest to, że pan się nie poczuwa samoistnie, do zapewnienia posiadacza pana samochodu, że pokryje pan wszelkie koszty związane z użytkowaniem omawianego obiektu. Człowiek się denerwuje! Zrozum pan! A tak w ogóle, musi pan dodatkowo zapłacić podatek od wygranej. – To już przechodzi… wszystkie przejścia dla pieszych na czerwonym świetle. Nie dosyć, że nie mogę używać mojego… – Ależ może pan. – Nie to miałem na myśli… zboczeńcu jeden. To taki żart metaforyczny. – Przecież pan prozak. – Czasami wyduszam poezje. – Skąd? – Co skąd? – Wydusza pan poezje. – Z wyobraźni mej. A pan co myślał? Że skąd? – Nie ważne co myślałem. Ale coś panu doradzę, bo mimo wszystko pana lubię. Proszę nie denerwować właściciela – w pewnym sensie – pańskiego samochodu, bo on i tak ma z nimi kłopot. Ciągle ktoś dla niego wygrywa. Oszaleć można. Jak padnie na zawał, to pan pójdzie siedzieć. Do swojej chałupy prosto podejść nie może. Musi kluczyć między. – Pan przesadza jak ogrodnik kwiaty. Głupoty mi tu wciska. Żeby kasę wyłudzić. – A kto panu kazał grać, że powtórzę. – Grałem, gdyż chciałem wygrać. – A widzi pan. Tak to w życiu jest. Kto oczekuje za wiele, to figą po mordzie dostanie. – Ja nawet pieprzonej figi nie wygrałem. – Mógł pan zagrać o figę na loterii warzywnej. Zabawny gościu wygrał granat. Chciał go użyć wśród zgromadzonych, ale taki jeden, nacią od pietruszki go obezwładnił. Też wygrał. – A po co mi nać? Chce… – Wiem, co pan chce. Już kiedyś o tym słyszałem. Całkiem niedawno. – To jakaś komunikacyjna paranoja! Pójdę do niego i wezmę moją wygraną. Ale najpierw z niego kluczyki wyduszę, jak poetyckie wersy. Albo po dobroci poproszę, żeby oddał co moje. – To wykluczone, drogi panie. On nie może dysponować cudzym samochodem. On może go tylko używać. Nie sprzedać lub darować. Na to musiałby mieć zgodę właściciela. – Czyli moją? Tak? – W rzeczy samej. – Czyli zgodę wypiszę i sprawa załatwiona. – To nie takie proste. On cierpi na różne zaburzenia zdrowotne. Gdy przy panu padnie… zresztą już mówiłem. – Przecież ma tych pojazdów w jasną cholerę. Jeden więcej, jeden mniej. – Gdyby tylko o to chodziło, to pół biedy. Powstanie wyłom w wieczystym użytkowaniu. Pan jesteś właścicielem, dopóki jego prawo wieczystego użytkowania, nie zostanie naruszone. To wszystko jest ze sobą powiązane. – To mu ukradnę mój samochód i basta. – Jest to pewne rozwiązane, ale może pan ukraść jedynie połowę. – To mi deszcz napada do środka! Kataru dostanę uczuciowego! – No widzi pan. Ten pomysł odpada. – Wie pan co… czuję się trochę skołowany. A pieprzyć autko. Zdrowie ważniejsze. A na wygranie karetki, raczej małe szanse. Szczególnie dla siebie. Mam stanowczo tego dość. Odkładam komórę i wracam pieszo do domu. – Wraca pan? I po co pieszo? Przecież jest pan właścicielem samochodu. – Całkiem śmieszne. Jak zerwana linka od hamulca przy moim rowerze, gdy jechałem z górki. – Jak to? To ma pan ekologiczny rower i chce się męczyć w metalowym pudełku? Porąbało pana? Jadąc rowerem, może pan przyrodę oglądać i podbrzusza ptaszków. – Oczywiście! Raz spojrzałem i mi nasrał do oka. Musiałem oglądać widoczki drugim. – To niech pan patrzy na wprost. – Deszcz mnie zapada. Mówiłem przed chwilą na przykładzie połówki. – Może nie będzie padać. – Akurat! Jak jadę to pada. Na mnie się aura uwzięła jak urząd skarbowy. – Pił pan coś przed rozmową? – Nie! Jestem trzeźwy. Dlatego jarzę i się wnerwiam! – No już dobrze. Coś panu doradzę. Podobno jest loteria, gdzie można wygrać taksówkę razem z szoferem. – Nie, dziękuję. Zostanę pieszym. – Nie dziwię się. Może się zdarzyć, że wygra pan taxi dla kogoś, a szofera dla siebie. A takiego trzeba wyżywić, napoić, odziać…a czasami nawet kierownicę umyć lub pomrugać kierunkowskazem, gdy mu smutno. – Mam dosyć tych pańskich głupich żartów. – Proszę pomyśleć pozytywnie. Tym bardziej, że mam dla pana radosną nowinę. Razem z wygraną główną, wygrał pan wygraną dodatkową. – Trzy razy o wygranej w jednym zdaniu. Wstydź się pan. Jesteś pan polakiem czy naleciałością. Bo jak to drugie, to wybaczam. – Słuchaj pan i nie przerywaj. Za chwilę przeczytam, co pan wygrał… i pan to dostał… i prawie skonsumował, że tak powiem. – Zamieniam się w słuch. Trzy razy: pan. Zgroza! – Cicho! Cytuję: „Osoba będąc zdrowa na rozumie oraz w pełni władz umysłowych, która dobrowolnie i z całą świadomością, weźmie udział w naszej szanownej loterii i wygra samochód, ale się okażę, że rzeczonego pojazdu z racji powstałej sytuacji prawnej nie może używać, otrzyma nagrodę dodatkową. Jest nią ciekawa i sympatyczna rozmowa o tym, że owa osoba wygrała samochód i co z tego ma? Tylko same kłopoty. O kant dupy rozbić. Podpisany: Naczelny Organizator Loterii, któremu został odebrany przywilej, biegania na własnym podwórku.” No widzi pan. Nawet wielcy tego świata mają swoje kłopoty, z którymi muszą się borykać. No i co! Ucieszyła pana nagroda? Czy wszystko jasne? – Taa… ucieszyła… i wszystko jasne… jak ciemne piwo.
  2. ⏰ mała zegarka smutna wciąż bardzo chociaż sprężynę ma ona hardą obcym zegarom to całkiem łatwo czas im upływa sprawnie i gładko tiku tiku tak nadal pisać trza a biedna godzin nie liczy wcale nawet sekundy te żabstwa małe pragnie tak samo jak zacne przodki lecz nie chcą pomóc tacy okropni tiku tiku tak już ziewakę mam aż wreszcie kiedyś spoko rodzina sprężynę krewnej wnet nakręciła popłynął łobuz jak opętany młody czasomierz zrobił się stary tiku tiku tak oj na spanie czas choć tryby trzeszczą drewno spękane jest w siódmym niebie nie smęci wcale chociaż kukułka zdechła już dawno ona szczęśliwą nadal zegarką tiku tiku tak szczęśliwą jak ja bo kuźwa wreszcie mogę iść spać
  3. Panienka Kłosanka, wśród kłosów złocistych, obnażone ciało pospiesznie kołysze i z impetem powabnie przemieszcza. Niedaleko w stawie swe wdzięki moczyła, lecz odzienie wiatr rozwiał, a ona nieskorą do pościgu będąc, machnęła jeno lekceważąco ręką, delikatnie wołając: –A udław się mym wdziankiem spoconym, stary obleśny wietrzniku – zbereźniku. Cholero szumiąca zboczona. Oby cię obsrane łopaty wiatraka poszatkowały. Usłyszał ową sentencje młodzieniec właściwej urody, tudzież manier nienagannych i jak słup soli gębę rozdziawiwszy, zgorszeniem solidnym zatrwożył ego swoje. Takie niekulturalne artykułowanie wszelkich doznań emocją nasyconych, w elitarnych kręgach towarzyszących, zaiste do dobrego tonu, nie należało. Przeto zapłakał rzewnie z tej zgryzoty, że do takich dźwięków, ślimaka w czaszce zaangażować musiał. Lecz gdy Panienkę Kłosankę przed sobą zobaczył, to wszystkie łezki do kanalików momentalnie spłoszył i aż mu stanął od tego. Usłyszał głos urokliwy, jakby anioł z chóru anielskiego, na padole wylądował: – Dzień dobry. Tyś panicz zapewne, zgoła dobrze wychowany, a zatem patrz w inną stronę, bo na wszystkie świętości, w mordę przywalę. A zresztą nie wiem… jam płocha bardzo, wstydliwa, skromna, mądra… jeno nie majętna, gdyż rodzice mnie z wszystkiego wydziedziczyli, a ja doprawdy nie wiem czemu? Chyba rzewnie zapłaczę na ramieniu panicza kładąc, twarzyczkę, lico i piersi. Cholera jasna. Co tak stoisz, jak jakiś ciul? No bierz się za robotę. Bo na wszystkie świętości przysięgam… – Panienko… choraś ty – zatrwożył naturę duszy, spłoszony młodzieniec. – A tak w ogóle, o jakiej pracy panienko wspomniałaś. Bo jam chętny… do takiej gdyby co. Tym bardziej, żeś przygotowana, ino brać. – Ubranka mego poszukaj, to i nagrodę w podzięce otrzymasz. – E tam… to może później… nie zając… nie ucieknie. – Już uciekło, niewdzięczniku. Dobroci czynić nie chcesz, memu sercu zbolałemu? Jam taka płocha. Ty poszukaj. Poczekam na ciebie. Popilnuję rzeczy twoich. – Ależ panienko. Na golasa po polu mam biegać? To w rzeczy samej nie przystoi. Jam ze znanego rodu. – A co tam rodu. Olej to. Swobodniej tak. Przy szukaniu, mniej panicz członki spocone zmęczysz. A szczególnie tego. No dalej. Ruchy ruchy. Nagroda czeka. Wiesz jaka? – Ano. – Ja też wiem, że wiesz, bom cwana i w miejsce newralgiczne panicza spozieram. – W porządku. Pozbieram i wracam. A później… panienka wie. – Wiem… ty mój zajączku. A teraz kicaj. Młodzieniec właściwej urody, pospiesznie pobiegł w polu wiatru odszukać, by łup kradziony skraść i panience gołej zwrócić, oczekując. Tymczasem Panienka Kłosanka, choć wiadomo… płocha, rozumy ekonomiczne pojadła. W odzienie panicza kształty powabne chowając, tobołki zacne capnęła i w drugą stronę myk myk wśród łanów pospieszyła. * Co było dalej? Odpowie ci wiatr. Czy los ich zetknął ponownie? A jeśli nie odpowie? Czy w końcu żyli długo i szczęśliwie? Hmm… nie wiadomo, gdyż wspomniany wyżej wiatr, dalszą część bajki porwawszy, schował w innej. A przecież różnych bajek, od czorta i groma... lub więcej.
  4. nie wiedział człek jak wszystko znieść co błądzi w jego myślach utopię się ja w rzece tej gdzie woda taka czysta zobaczył dno tam kwiaty są o dziwo całkiem suche uwierzył więc odzyskał chęć nie został sinym trupem krokodyl z dna człowieka zjadł popłynął rwącym nurtem wyrzygał już co tylko mógł wytworzył fale smutne no cóż to fakt zagrychę miał człek całkiem w bestii skonał choć ciała brak zobaczył znak bo dusza nie strawiona
  5. Dekaos Dondi

    Namiętny Świst

    ścigaj ścigaj ścigaj dzisiaj mnie pokochaj jeno prędko świstaj bo jam trochę płocha * a tyś miła zwolnij bo mam czub rozgrzany gdy wlecisz za wcześnie to się nie spotkamy * jeszcze trza tu dodać choć nie z naszej winy nie z jednego miejsca tak sobie pędzimy * oj ty oj ty przyspiesz trąć mnie w dupkę czubkiem tyś durny leniwy już wleciałam w główkę * i tak i tak i tak autor śpiewki rzecze jeden pocisk w mózgu drugi wbił się w dechę
  6. Marek.zak1→Dzięki:)→A niech to. W takim razie szkoda, że nie jestem czortem jakimś:))→Pozdrawiam:)
  7. – Cześć Dąb. Kawał drewna z ciebie. – Wypraszam sobie. Nie jestem drewnem jeno drzewem. – Sorry…przyłóż konar. – I proszę mi tu w polskim lesie zagranicą nie wyjeżdżać. Bo z wywiadu nici. – Taki wielki a taki przewrażliwiony. Chyba nie będziesz mnie gonić? – A ty byś chciał, żeby na ciebie mówiono: ludź? Na pewno byś nie chciał? – Mogę być ludziem. A co… nie mogę… bo tak kręcisz konarami. – To przez wiewiórki. Mam łaskotki gdy po mnie łażą. – Nie możesz je... strząsnąć? – Próbowałem, ale liście spadły a nie one. – Ruszaj dalej. Jak żółędzie pospadają, to skoczą za nimi. – A wiesz… nie pomyślałem... żółędzie? – Lubię ten kolor i czasami gadam na żółto. No dosyć tej gry wstępnej. Pora na poważne pytania. A swoją drogę… trochę odwagi ze mnie wycieka. – To dobrze. Susza jest. Będziemy odważniej rosnąć. – Chodzi o to, żeś wielki jak góra. Gdybym chciał cię obejść, to musiałbym wziąć jedzenie na drogę. – Rzucę ci trochę żołędzi albo się deczko: wstąpię... chociaż o jeden słój. Wybieraj. Co wolisz? – Nie dzięki. Nigdzie się nie wybieram. – Ja też. – Znowu gadamy głupoty, jak na poważne stworzenia przystało. – Gadasz. Uściślijmy. Gdybyś zadawał mądre pytania, to bym mądrze odpowiadał. – Ja nie mogę – chichocze Pani Brzoza. – Ty chyba Dąb z dębu spadłeś. Tyle czasu rosnę przy tobie i jakoś przez ciebie nie zmądrzałam… to znaczy… – To znaczy, żeś głupia… sama przyznajesz. – Przekręcasz moje słowa. Nie to miałam na myśli. A tak w ogóle, to pod moimi konarami człowieka pochowano. Miej do mnie szacunek. – Chyba żeby wcześniej zmartwychwstał. Byle dalej od ciebie. – No sam widzisz. Jestem chociaż przydatna. A ty jesteś tylko: wielki. – Cicho drzewostan. Spokój mi tu. Gałązki blisko pnia i baczność! Ze wszystkimi mogę pokonwersować. Ale jak będziecie gadać między sobą, to mi zostanie gadanie ze samym sobą. – Jestem już tyle lat brzozą, ale takiego cudaka drzewa jeszcze nie słyszałam. O widoku nie wspomnę. Okropieństwo. Co to za pokraczne konary? A ten baniak na czubku. Czy w nim coś w ogóle jest, skoro nawijasz jak spróchniały? – Nie jestem drzewem, tylko: ludziem! Trochę szacunku, bom najbardziej rozwinięty. Wywiad chce z wami zrobić, a wy zamiast dziękować, to mi ubliżacie i pierdaczycie jak połamane gałęzie. – Nie widzę, żebyś kwitł – zauważył Dąb. – Cały czas tu kwitnę i jeszcze mądrego pytania nie zadałem. – A to nasza wina? – wtrącił Świerk. – Zjedz moją szyszkę, to zmądrzejesz. – Nie chcę waszych szyszek!! – Ja mam żołędzie. Mnie nie wygaduj. – Pozwólcie zadać pytanie. Cały las was słucha, co powiecie. – Cicho tam na dole – wrzasnęła Sosna. – Nie dosyć, że dzięcioł mnie stuka, to jeszcze mieszanka zwierzęco-drzewna nie daje spokoju. Chwili wytchnienia we własnym lesie. – Własnym? – zahuczał Dąb. – To jest mój las. Jestem królem i tu wzrasta moja władza! – Panie Dąb. Co panu. Choryś pan. – Cicho Ludziu. Tyś nie nasz. Nawet nie masz korony. – O właśnie – dodała Lipa. – Lipny z niego gość. – Gość? – dodał Krzak Jeżyn. – Raczej nie douczone: coś. – Drzewa! Co z wami. Tak ładnie wszystko szło na początku. Chciałem po prostu z wami pogadać. O sensie życia, kornikach, słojach… o żywicy. Tylko sęk w tym, że wy jak głupie deski macie zagrania. – Nas? Od głupich desek wyzywać? – To taka… metafora. – Fora ze dwora to najlepsza metafora! – zapiszczały Żółędzie. – Ja też umiem mówić – pisnęła Wiewiórka. – On ssak, ja ssak. Stoję za nim murem. – Obrończyni się znalazła – zagrzmiała Wierzba w przerwie płaczu. – Uważaj żeby ciebie nie wypchał. I gdzie tu widzisz mur? Chyba w twoim myśleniu... na drodze synaps. – Siedź cicho, głupia. Pusta w środku a wypełnioną udaje, nazywając to: myśleniem. – Ja nie jestem pusty w środku i też się wymądrzam… i co z tego... jak mnie nikt nie słucha. – Cholera jasna. Z wami ogłupieć można – warknął Niski Pinek. – Co ja mam powiedzieć. Spójrzcie, ile ze mnie zostało. Resztę przerobiono na dechy. – Głupie dechy. Tak powiedział Ludź – zadenuncjowało Igliwie. – Walnij go koroną! – Koroną? Ja? To chyba Dąb niech walnie. – Dąb gada od rzeczy, bo mu robale mózg ze słojów wyjadają – dodała Brzoza. – Przestańcie wreszcie nie kulturalnie konwersować. Wstyd na cały las. To ja wam mówię: Ludź. – Raczej chwałą nas otoczą, że nie chcemy z tobą gadać. Przyszedł taki do lasu i zamiast kulturalnie rozmowę zagaić, to sobie wyobraża, że jest zagajnikiem, z którego wyrośnie nowy las. Chrust z ciebie zakwitnie połamany. – Dąb na początku miał chęć na rozmowę. – Bo stary i nie dowidzi. Myślał, że gada z nieznanym gatunkiem drzewa. – Panie Dąb. To prawda? – Rośnij synu, rośnij. A ich nie słuchaj. Nie wiedzą, co szumią… chwila… a gdzie masz: koronę? – Nigdy nie miałem: korony. – No i dobrze. Za bardzo przygniata do ziemi. – Do ziemi? Chyba odwrotnie. Powiedziałeś, że jesteś Królem Lasu. – Zaszumiało mi w konarach. Muchomora wąchałem wystającym korzeniem. – No coś ty, Dąb! Nie było ci wstyd? – No masz go! Oczywiście, że było mi wstyd. Aż mi dziewicze listki spąsowiały. Ale cóż. Robale chciałem przepłoszyć. – I co? Przepłoszyłeś? – A gdzie tam. Oblazły mnie bardziej. – Biednyś. – A wiesz Ludziu, kto jest królem lasu? – A skąd mam wiedzieć. Nie jestem drzewem. – Chyba żartujesz? – No patrz. A on wierzy…. co tak cicho. – Boją się – powiedział Zwiędły Liść. – Czego? – Zębatego Warczącego Króla. On ma prawdziwą władzę. Być lub być jeszcze chwilę. Na dodatek ma doczepioną obsługę. – Zwiewajmy stąd!! – Ale śmieszne – dodały Wiórki Drzewne.
  8. @MIROSŁAW C. Dzięki:)→No wiesz.. piekło jest ''dobrymi radami wybrukowane''. Może się potknął... i skorzystał... ale cóż... hmm:))→Pozdrawiam:)
  9. diabeł w piekiełku marzy dziś rzewnie choć pod kociołkiem płomienie smęcą on w anielicy kocha się pięknej rogi kopytka miłością dźwięczą zbulwersowany łypie lucyfer nawet grzeszniki są dziś zgorszone amorem dostał choć ledwo zipie uczucie czarcie szatańsko płonie mając gdzieś szefa z piekła pospiesza tam luba skrzydłem rusza powabnie namiętność wrząca ich ciała zlepia niebo ni piekło nie zerwie żadne jasność i ciemność w tańcu złączone lecz narzekają bo wciąż im mało aż nagle postać ogłasza koniec i zakochanych robi na szaro
  10. Dźwiga torbę podróżną. Czeka ją wyjątkowa sesja. Pan terapeuta jest bardzo miły. Obiecał, że dzisiaj nastąpi przełom. Czuje się taka podekscytowana. Specjalnie założyła najładniejszą, czerwoną sukienkę. Nie chce o niej rozmyślać. To ją rozproszy i znowu wróci taka jaka jest. – Odpręż się, kotku. – Tak? – Doskonale. A teraz zmruż oczka. – Dobrze? – No ładnie. Teraz bądź... naprawdę sobą. – Mam odnaleźć… prawdziwą siebie? – Właśnie. Zaraz poczujesz się lepiej. – Przepraszam… muszę wstać. – Na siku? – Nie… zaraz… chwila… ojejciu… znalazłam! – Co robisz? Siekiera wchodzi w głowę jak w masełko – Powiedziałeś, że mam odnaleźć siebie. Dzięki. Na sukience plam nie widać. Nie musisz się martwić. Pa.
  11. krzywdziłeś wiatr cierniowym wiatrakiem wiem rozumiem zabawy takie a pamiętasz gdy obok domu wlewałeś drzewu kwas do słojów zapewne też nie zapomniałeś że niebu zniszczyłeś zielony talerz podobno rozumy pojadłeś wszystkie aż złamałeś pyszną łyżkę hmm… a teraz spójrz koniec życia już widzisz ich? przyszli nasrać na twój grób
  12. wydarłeś mnie z pamiętnika szybuję jak ćma do drapieżnego światła nie wiedziałam że piszesz i wrzucisz w ogień niepotrzebną tobie taflą szarości byłam dla ciebie lecz jednego nie wiesz mój ty kochany nikogo już nie zranisz pamiętasz pogubiłeś pionki umysłu a ostatni most do królowej właśnie płonie nie uciekniesz stąd drzwi zamknięte okien brak ze mną spłoniesz
  13. __//— Zachodzę go od tyłu. Pierwsze uderzenie siekiery kładzie ciało na ziemię. Następnie roztrzaskuję głowę, niczym miękki arbuz. Mózg koloruje trawę na różowo. Zaczynam w nim szukać ciemnej plamy. Przecież wyraźnie widziałem zło w tym podłym człowieku. Aż prześwitywało przez czaszkę. A może w podrobach ją znajdę? Rozcinam brzuch ostrym nożem. Flaki wypływają z mlaśnięciem, zakrywając stokrotki wilgotnym całunem. Tutaj też nie ma. Odcinam ręce i nogi. Może tam gdzieś jest. Nic z tego. Powracam do mózgu. Rozgrzebuję wilgotny budyń. Odrzucam strzępki kości… i nagle ją dostrzegam. Nie za duża, ale jest. Przecież bardzo kocham ludzi. Muszę ich uwolnić od transporterów tego ohydztwa. To misja do spełnienia. Po to przyszedłem na świat, żeby wszystkich pozostałych… słyszę szelest za sobą. Spoglądam w tamtym kierunku. Mała dziewczynka patrzy ciekawie i nagle pyta: – Dlaczego popsułeś tego pana? Czy go naprawisz? Bo wiesz... teraz wygląda jak misiu, na którego wczoraj nakrzyczałam. Też go... Nie słucham co mówi. Mam inny dylemat do rozwikłania. To w końcu świadek. Co prawda uczynku pełnego miłości, ale zawsze. Policja może nie zrozumieć dobrych intencji. – … popsułam, ale naprawiłam. Cieszysz się? Podejmuję decyzję pełną ryzyka. Przynajmniej na teraz musi wystarczyć. Trochę ją postraszę. Przecież ona niewinna. To tylko dziecko. Jeszcze nie człowiek, w sensie o którym myślę. Jest czysta. – Posłuchaj dziecko. To był bardzo zły pan. Musiałem popsuć, żeby… – Mnie nie popsuł? – I twoich rodziców. – Nie mam rodziców. Mieszkam u babci. Jest bardzo fajna. – No właśnie. Ją też mógł popsuć. – Rozumiem… ale on brzydki i śmierdzi. – Przyrzeknij, że nikomu nie powiesz o naszym spotkaniu. Nawet babci. – Przyrzekam na misia, proszę pana. Nie powiem. – Mam nadzieję. Bo wiesz co z tobą zrobię, jeżeli zdradzisz naszą tajemnicę. – Zepsujesz mnie? – Właśnie. – Sukienkę też? Babcia mi uszyła. – Nie… a teraz zmykaj stąd. Mam jeszcze wiele dobra do wykonania. * Spotkanie z dzieckiem trochę psuje moje plany. Przecież nie mogę mieć pewności, że rzeczywiście będzie milczeć. Fakt… nastraszyłem porządnie, ale ryzyko istnieje. Muszę być jeszcze bardziej ostrożny we wszelkich działaniach. Może przez to, wielu nie spotka nagroda, zostania dobrym po śmierci… ale cóż. Czekam w lesie po zachodzie słońca. Tutaj chodzą na spacer, by podziwiać przyrodę. Może udają przed samym sobą, że chcą zapomnieć o tym, co mają w środku. Mnie mrok nie przeszkadza. I tak dostrzegam, co mam dostrzec. Błyszczą wewnętrzną podłością. Idzie właśnie jeden. Plama aż nadto widoczna. Niczym na odciętej dłoni. Prześwituje tuż nad uchem. Przynajmniej będę wiedział, gdzie szukać. Potrafię chodzić bardzo cicho. Mam nawet odpowiednie buty. Podchodzę jak zwykle od tyłu. Cholera, tego nie przewidziałem. Właśnie jakiś ptak zaskrzeczał za mną. Facet się odwraca w moim kierunku. Widzę przez chwilę zdziwione oczy. Uderzenie mam bardzo silne. Ostrze wchodzi głęboko w jaskinię zła. Siekiera prawie rozpoławia głowę. Dźwięk jest miękki i wilgotny. Na tyle głośny, że płoszy dalsze ptaszki. Nie mam dużo czasu. W każdej momencie, ktoś może iść. Zaciągam ciało w krzaki, by spokojnie szukać. Jest prawie ciemno. Mnie to nie przeszkadza. Rozrywam głowę z głośnym mlaśnięciem. Oczy nadal otwarte. I dobrze. Niech widzą moją wszechobecną dobroć. Na szczęście plamę znajduję bardzo szybko. Okaz bardzo duży, nawet jak na człowieka. Zwisa z rąk. Kładę do przygotowanej torby. Teraz muszę dotrzeć do mojego mieszkania. Przylepić następne. Upiększyć pokój. Patrzeć i mieć satysfakcję, z dobrze wykonanego zadania. * – Cholera! Nie uwierzycie w to co powiem. Wreszcie żeśmy go dorwali. – To chyba sam się poddał? – A żebyś wiedział. Przedzwonił do nas. Powiedział bardzo spokojnie, że będzie czekał na ścieżce w lesie a znakiem rozpoznawczym będzie… – Siekiera? – Doprawdy! Jestem pod wrażeniem. Skąd wiedziałeś? – Inteligentny jestem. – No dobra. Byliśmy na miejscu o ustalonej godzinie. Faktycznie. Czekał. Kazaliśmy rzucić narzędzie w krzaki. Nie stawiał żadnego oporu. Szedł jak baranek na rzeź. – Hmm… – Coś nie tak? – Nie… skąd. * {Jakiś czas temu} Dzisiaj trzeba było podjąć decyzję na przyszłość. Na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Lepiej być przygotowanym. Zmusić do radykalnej zmiany. Tym bardziej, gdy w grę wchodzi misja, dla dobra czystych. Poświęcenie jest wtedy mile widziane. Nawet życia. Dla zmyłki. By dalej działać. Inaczej, lecz niszczyć ciemność, co zabija jasność. Takie rodzinne postanowienie. *** – Dziewczynko. Jesteś już bezpieczna. Powiesz nam… co widziałaś? – Przecież ten pan był dobry. Psuł złych ludzi. Nie mogę powiedzieć. Przyrzekłam na misia. – Ten pan był bardzo zły. Zabijał ludzi. Ciebie też mógł zabić. I twoją babcię. – Ale mnie nie zabił. Nie wierzę wam. Dupki! – Dziecko… od kogo znasz takie słowo? – Od babci. Ona jest fajna, ale gdy wnerwiona… jak ja na was. – No już dobrze… spójrz na to zdjęcie. Czy to on? – Przyrzekłam na misia! – Jeżeli nie powiesz, to my ciebie… – Popsujecie? Jesteście gorsi od niego. Nie lubię was. – Kochasz babcię? – Bardzo. – On nam powiedział, że chciał ją zabić. Widział w niej… ciemną plamę zła. – W głowie mojej babci!? Też coś! Dupek! Tak. To on! {Po jakimś czasie} – No to szefie, sprawa zamknięta. – Taa… tylko jedno mnie zastanawia. – To znaczy? – Byliśmy w jego pokoju. Na ścianach od cholery czarnych kartek. Dużych, małych, o kształtach przypadkowych plam. Oczywiście nie wiemy, czy każda… oznacza ofiarę. – Kartki? – Był dokładnym pojebusem. Może faktycznie je widział, ale gdy przykleił na ścianę, to już nie. Dlatego wieszał kartki… żeby… sam nie wiem, co z nim... – Szefie. Tylko się nie rozpłacz. – Bo wiesz… tak naprawdę nie daje mi spokoju co innego. Niby taki szczegół, ale... – Ale co? – Może nic nie znaczy. – Słucham. – Wśród wszystkich czarnych kartek... jedna jest biała.
  14. [Prolog] Karetka wyje przeraźliwie, jak opętana przez dławiącą wnętrze prędkość. Koła wspomagane rozwścieczoną bestią upływającego czasu, rozbryzgują bezpowrotnie upływające chwile. Pojazdy zjeżdżają na boki, nie bardzo wiedząc gdzie się podziać. Człowiek na białym pasie jest nagle na czarnym. Opiekuńcze ramiona refleksu, popchnęły go kawałek w przód. Poczuł jedynie biały podmuch i ułamek sekundy powłóczystego otarcia gładkiej blachy, na swoich plecach. Pędzący pojazd transportuje bardzo ważnych pacjentów. Leżą na wąskim łóżku podłączeni do odpowiedniej aparatury. Gdyby byli przytomni, to by im było całkiem wygodnie. Karetka dojeżdża do celu. Jedynym poszkodowanym jest rozjechany kot. Nie miał szczęścia. Mysz zdążyła uciec. Zjadł ją inny, czekający po drugiej stronie ulicy. #~#~# Dziecko metodycznie rysuje na chodniku. Kiepsko mu to idzie, gdyż kreda strasznie się kruszy. Przeciwność losu nie zraża je za bardzo. Jest cierpliwe i wytrwałe. Właśnie domalowuje ostatni promień uśmiechniętego słoneczka, gdy nagle na mgnienie wpatrzonego oka, zauważa ciemność. Przytłacza obrazek, zmieniając jego wygląd. Obiekt znika tak samo gwałtownie szybko, jak się znienacka pojawił. Rozmazuje doszczętnie świeży rysunek. Jest teraz brudny i nieładny, poplamiony błotem. Dziecko myśli przez chwilę i zaczyna rysować od nowa. Biegnę przed siebie wbrew logice, mając nadzieję, że jest to możliwe. Pragnę uciec od czegoś, od czego uciec się nie da. Jednak próbuję. Może będę szybszy. Bardziej cwany. A jeżeli umysł jest nieszczelny i wycieknie z niego to, czego pragnę się pozbyć, na zasadzie odrzutu. Jak dym z odrzutowca. To w cholerę będę w szóstym niebie. Siódme jest nieosiągalne. Nie te anioły. Widzę dziecko. Coś tam maluje. Nie wiem jeszcze co. Jestem za daleko. Całe życie jestem za daleko. Nigdy blisko. Pot zalewa twarz, cząsteczkami wściekłego potu. Dobra strona tego całego nieszczęścia polega na tym, że póki co mam święty spokój. Albo chociaż, poświęcony. Rysunek jest coraz bliżej. Biegnę ostatkiem sił. Twarde, zabłocone podeszwy, budzą zaspane echa. Chcąc nie chcąc, muszą ruszyć tyłki i odbijać się od ścian. Cały czas żywię nadzieję jakimś możliwym cudem, który umożliwi pozbycie się piekącego wrzodu. Co ono tam maluje. Słońce? Paskudne, świecące słońce? Właśnie je mijam. Jestem taki szczęśliwy, że mogę rozdeptać to cholerne żółtko. Wydusić z niego ten cały śmierdzący blask. Zmęczenie daje znać o sobie. Nie tylko to. Coś poza. Przed czym uciekam. Zniszczyłem i zniszczenie mnie ucieszyło. Poprawiło podły nastrój. Dodało soli do smaku. To zły znak. Bardzo zły. Rzygam na niego, a jednocześnie pragnąłbym z powrotem kluseczki wciągnąć. A zatem uciekam na próżno. Teraz wiem na pewno. Czuję w mózgu jakby wibracje. Pędzę jak oszalały, wywracając kosze od śmieci. Jakbym sam siebie wywracał. Bo kim ja jestem i czym staje? Biegnącym śmieciem z azymutem na szaleństwo, którego nawet śmieciarka omija szerokim łukiem. ~~~ Co za fajne ciało. Przytulnie i przyjemnie jest w nim biec. Kolorowe kwiatki wokół, a przede mną, mały rozkoszny chłopczyk. Maluje coś na chodniku. Co za uroczy obrazek. Taki wesoły, bo żółty. To przecież śliczne słoneczko. Nie widzę zbyt dokładnie, bo jestem jeszcze za daleko. Żadne malować księżyc. Nie chcę widzieć durnego zaćmienia. Żeby tylko ten stary maruda, tak ode mnie nie uciekał. Nie ma za grosz poczucia humoru. Muszę mu zrobić psikusa. Powinien się trochę rozluźnić i rozweselić. Głupi wariat. Myśli, że przede mną ucieknie. Niedoczekanie. No dalej. Nadepnijmy słoneczko. Gdy się wnerwisz i uradujesz, to może przez to ochłoniesz. Dziecko wygląda na rozgarnięte. Nie zasmucisz go. Zacznie rysować następne. Tylko sobie nie myśl, że jestem jakimś potworem. Obcym z decydującym starciem. Wesoło mi po prostu, a z ciebie śmigający ponurak, grający na dyszlu karawana, marsz żałobny. Byś się wstydził. I po diabła wywracasz kosze na śmieci? Tylko się pobrudzimy. Nie lepiej wybić szybę w oknie. Czysta robota. A i lepką krwią, ochlapać się można. Smakowity przecier pomidorowy w tym zobaczyć. I takie rozkoszne dźwięki usłyszeć. Brzdęk, brzdęk. Do prawdy. Same kłopoty z tobą. Pojebus z ciebie poważny i tyle. Dobiegliśmy do lasu. Odpocznijmy wreszcie wśród pachnących konwalii i dyndających żołędzi pod wiewiórkami. A może chcesz mi przywalić? Nie krępuj się. Uderz. Będzie weselej, gdy radośnie na czerwono siknie! Opieram ręce o kolana i dyszę z całych sił. Zaprzestałem biegu. To przecież bezsensowne i głupie. Wszystko zaczęło się dopiero dzisiaj. Tak ja to pamiętam. Nie byłem na to przygotowany, że nie jestem sam. Ale przywalić mogę. Gdybym tak mógł z nim pogadać. Czy jest to możliwe? Pewnie, że jest. Palancie. Tylko nie palancie. O kuźwa. Możemy konwersować. ~~~ – Popatrz kochanie. Tam przy drzewie siedzi jakiś facet. Dziwny taki. – No fakt. Tłucze samego siebie. Krew mu z nosa leci w dół. – W dół czego? – Trudno rzec... sprawia wrażenie, jakby chciał z siebie coś wygonić. Nie uważasz? – Uważam, że masz wybujałą wyobraźnię. – Może... podejdziemy do niego? – Jeszcze nam przywali po nosach. – Ale coś ty. Zmęczył się. Teraz tylko jest. Zakochani idą w jego kierunku. Im są bliżej, ogarnia ich coraz większy niepokój. Facet nie wydaje się groźny, lecz mimo to, czują się nieswojo. Niby czemu? Siedzi tylko i dyszy. Chociaż nie tylko. Gada ze samym sobą. Myślą sobie: zapewne biegł i się zmęczył. Na tyle bardzo, że zaczyna odstawać od ogólnie przyjętej normy. Zresztą nie nam sądzić. Widzą, że na jego ramieniu siada wiewiórka. Łapie ją i ściska z całych sił w dłoni. Słychać dziwne, wilgotne mlasknięcie. Małe flaczki i kości, wychodzą na wierzch, rozrywając futerko. – Co się dzieje? Słyszysz mnie? Dlaczego zabiliśmy to niewinne zwierzątko? – To ty zabiłeś. Jesteś przybitym, zapalonym ponurakiem – Nie truj mi dupy. Równie dobrze mogłeś ty zabić. – Ja na to za wesoły. – A ja za bardzo zmęczony. – My jesteśmy zmęczeni. – I nie wiemy, co jest nie tak. – Przeczuwam, że nasze zachowanie, to mały pikuś, w porównaniu... – Właśnie. Tyle czasu sobie grzecznie spało, aż przyszło przebudzenie. Musiało to kiedyś nastąpić. Oni o tym nie wiedzieli. Te głupki z przegrzanymi synapsami. Poczeka tu na nich. Pod sklepieniem umysłu. Chociaż już i tak się trochę zabawił. Takie mięciutkie, puszyste ciałko. A te oczęta, wybałuszone ponad miarę. Wychodzące na przeciw swojemu przerażeniu. – Kochanie. Idźmy stąd. Tu się robi niebezpiecznie. – Nie przesadzaj. Tyś nie ogrodniczka. Ciekawy facet. – Pamiętaj, że zamordował wiewiórkę. – Może go ugryzła. Nie byliśmy blisko. – Teraz już nikogo nie ugryzie. – Co za dowcip. Robi wrażenie. Wchodzą przez sklepienie umysłu. Muszą się dowiedzieć, w co on gra. Prawie natychmiast zauważają czyjąś obecność. Myśli nie ich. Zupełnie im obce. Niezdolne do przekomarzania. Skąd to się wzięło? Nie potrafią odpowiedzieć. Nadają na zupełnie innych falach. Wokół nich krążą nośniki myśli. Pełno ich tutaj. W tej krainie tylko im znanej, będącej centrum człowieka. Może nie zupełnie, ale bardzo ważnej. Żeby tylko nie zabić żywiciela. Dochodzą do logicznego wniosku, że może jedno z nich, ma podwójną osobowość. – Proszę cię, błagam. Nie zostawajmy tu. Kochasz mnie? Powiedz, że tak. – A masz wątpliwości? Bo ja nie. Oczywiście, że cię kocham. – Chyba nie chcesz mnie stracić? – Taką śliczną dziewczynę? Żeby jeszcze jakąś pokrakę... to pół biedy. – Przestań się wygłupiać. Jeszcze raz cię proszę. Wracajmy. – Taa... dobrze kombinujecie. Nie jesteście aż tacy tępi. – Daj nam spokój. Wynoś się stąd. – A cóż to? Wyganiacie samych siebie? Wszak jesteśmy jednym umysłem. – Ale nie jednym myśleniem. Po cholerę zabiłeś wiewiórkę. Co ci złego zrobiła? – O to właśnie chodzi, że nic. To mnie bardzo podnieciło. Zło w czystej postaci. Nawet nie zemsta. A w ogóle przestańcie nawijać o paskudnej wiewiórce. Mało to ich w lesie biega. Jednej mniej lub więcej. Co za różnica, a ile radochy z gniecenia. A tak a propos... trochę krwi się przyda. Błagania o litość. Jęków bólu. Zawodzenia nad swoim losem. Co wy na to? A zresztą nie... bo jeszcze się rozpłaczę... – Co chcesz zrobić, cholerny potworze? – Potworze? A skąd się niby wziąłem? Z waszych myśli w myślach. A były bardzo różne. Trzeba przyznać. A kto rozdeptał słoneczko? Symbol światła. Daliście początek, a marudzicie i narzekacie. Jesteście po jednych myślach. A teraz pozwólcie, że na chwilę się oddalę. Muszę zabić kobietę, żeby kochaś cierpiał. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Rozkosz zabijania i radość z patrzenia na czyjeś cierpienie. Nie sądzicie, że to fajne? – ... – No co? Zatkało was? Co z wami? Nagle sytuacja zmienia się diametralnie. Przynajmniej dla niej. To ostatnie chwile jej życia. Rusza do ataku, tak jak zapowiedział. Nie mogą temu przeciwdziałać. Są za słabi. Jedno trzeba mu przyznać: jest słowny. Jednak pojawia się wątła nitka nadziei. Jego mordercze pragnienia płyną wartkim strumieniem. Pełne zachłannego oczekiwania, na możliwość zadania bólu, a później śmierci, rękami swego żywiciela. Postanawiają połączyć swoje siły. Wtłaczają swoje przeciwstawne myśli, w jego wartki, zabójczy strumień. Tworzy się swego rodzaju: tama. – Zobacz jakie ma dziwne oczy. To już nie są źrenice, tylko okrągłe kawałki śmierci. – Obawiam się, że naszej. Idźmy stąd. – Nie uciekniemy. Jest za blisko. Co za tupet! – Gdyby był mały, to miałby tupecik. – Co? – To taka rozśmieszka w stanie zagrożenia życia. Minimalistyczna sesja terapeutyczna. – Co?... nie możemy się ruszyć. Jakby coś nas wmurowało w ziemię. – Może właśnie przez tę bliskość. Fizyczna projekcja: ego. – Niego? – Ego. – Dlaczego z nim nie pogadamy? – Z którym? – Co? – Nic. Błądzę myślami. Cholera. Coś nie tak. Aż tak bardzo mnie to nie bawi. Co się ze mną dzieje? Tracę chęci, na nęcące doznania natury ostatecznej. Niestety. Nurt jest za silny. Tama pęka. Myśli zabójczego zła płyną znowu. Próbowali zahamować, ale nic z tego. Następna próba i tak się nie powiedzie. Szkoda tylko dziewczyny. Za chwilę umrze w męczarniach. Jego siła jest ogromna. Tyle czasu uśpiony. Nagłabał ile trzeba. Ona nie ma żadnych szans. Ten jej fircyk, niech się cieszy, że przeżyje dla mojej radości. Jego cierpienie będzie dla mnie balsamem. Miodem, słodką rozkoszą i pszczółką bzykającą. Najpierw łamie jej ręce. Kładzie gałęzie w różne czułe miejsca. Szyszkę do ust, żeby się dławiła. Rozdziera skórę brzucha ostrym kawałkiem drewna. Jej potworne jęki jeszcze bardziej napędzają jego sadystyczno-egoistyczne myśli. Wyciąga śliskie flaki z rozczochranego z brzucha. Uderza mlaskająco otwartą dłonią, po zakrwawionych wnętrznościach. W końcu wydłubuje gałki oczne, gałązką z małym listkiem. Wiszą jak brylanty na łańcuszkach nerwów. Albo raczej: gwoździe do trumny. Bimba nimi trochę i po chwili zastanowienia, wspaniałomyślnie łamie jej kark. Specyficzny trzask płoszy małą wiewiórkę. A on... jej kochaś... no cóż... nic nie może zrobić. Ma połamane nogi i zmiażdżone jądra. Może jedynie patrzeć, podwójnie cierpieć, dając radość bliźniemu swemu. I oto chodziło. Jest: git! ~~~//~~~ Karetka stoi tam gdzie trzeba. Mają nadzieję, że uda się wszystko utrzymać w tajemnicy. Chociaż dwa trupy, pokrzyżowały im plany. Ale coś wymyślą. Mają większy problem. Nadajnik wskazał miejsce jego pobytu. Unieszkodliwili go tylko. Zabić nie mogli. To ich najbardziej cenny Eksperyment. Stracili czujność. Udało mu się uciec. No cóż. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nabyli nowe doświadczenia. Teraz zajmą się jego umysłem. Dobrze, że technika poszła na tyle do przodu, że można to wszystko, w pewnym sensie: odtworzyć, obejrzeć. Oczywiście nie dosłownie. A jak? To tajemnica. Być może każda jego osobowość, z biegiem czasu, będzie miała... kolejną podwójną osobowość... a te z kolei...znowu następne. Aż w końcu powstanie w umyśle: prawdziwy chaos... ale ile możliwości... gdyby móc to w jakiś sposób kontrolować i dokładnie badać. Wykorzeniać rzecz jasna te złe nawyki. Oddzielać plewy od gleby. Tyle różnych umysłów, w jednym osobniku... prawdziwa paleta barwi... oczywiście w żywym. Bo w przeciwnym wypadku, to już lepiej w każdym z osobna. Zawsze coś zostanie, gdyby co. # Jedna z nich zamyka wieloświat osobowości w szufladach. Przekręca klucze. Chowa je dokładnie. Nie będą przeszkadzać.
  15. wyszedłem z głupoty w geniusz zboża łany tak się tutaj błąkam lecz nadal wciąż nie wiem kłosy mąką będą a za chwilę chlebem może jeno martwe zrodzą w ziemi rany nocka ciemna maluje księżycem drogę skały krwią splamione mrokiem przykryte chyba ktoś już kiedyś chciał zatrzymać życie wciąż błądzę i szukam jemu nie pomogę stoję cisza prawie tylko strumyk śpiewa słyszę że mi każe spojrzeć w tamtą stronę na drzewie jakaś postać liście zakrywa ziarna trzymam w rękach mądrości za mało luna mgłę rozjaśnia widzę to już płaczę nad początkiem chleba wisi moje ciało
  16. @Lach Pustelnik Dzięki:)→No faktycznie. Muszę stosownie doradzić. W końcu jestem odpowiedzialnym, rozsądnym autorem:) Może chociaż mnie posłucha:))→Pozdrawiam:)
  17. Obdarzyłam ciebie prawdziwą miłością. Byś lepiej zrozumiał sens współistnienia. Często otwierałam się przed tobą zupełnie. Lecz ty splugawiłeś nasze uczucie w kloace zła. Za moim pośrednictwem zraniłeś wielu ludzi. Bez możliwości naprawienia czegokolwiek. Przyznaję. W znaczącym stopniu, jestem za to wszystko odpowiedzialna. Tak bardzo kochałam. W końcu przyszło mi dokonać wyboru. Wyostrzyłam zmysły. To nie mogło tak dłużej trwać. Za dużo wyrządzonych krzywd bez możliwości naprawienia czegokolwiek. Przejrzałam przez mgłę zauroczenia, w którą mnie spowiłeś. Zaproponowałam popłynięcie łódką. Nic nie podejrzewałeś. Pogoda się radykalnie pogorszyła. Niebo zasłoniły ciemne chmury. Rozszalała się burza. A zatem zgodnie z tym, co przewidziałam. Fale targały nami jak łupinką orzecha. Strach w twoich oczach. był jaśniejszy od światła błyskawic. Wypadłeś z łódki, lecz ostatkiem sił, tuliłeś mnie mocno, już tylko jedną dłonią. Czerwoną smugę ciebie, zmyła woda. Byłam twoją brzytwą.
  18. w szponach galarety przesiąknięty żarem ostudzony słońcem chociaż leżąc stałem kwadratowe koło brak kropek w dominie królem marionetek bez sznureczków słynę w labiryncie błądzę teraz już go nie ma czas przepływa czasem nicość wszystko zmienia wiatr zwiewa horyzont diament pognieciony kwiaty cuchną słodko ciszą biją dzwony
  19. @Konrad Koper Dzięki:)→Hmm... chyba za bardzo wczułeś się w treść:)...xd→Pozdrawiam:)
  20. @Pia Dzięki:)→No Wiesz... czasami dziwnie piszę. Cały jestem pogmatwany, życie bywa pogmatwane a zatem ów test... za bardzo nie odbiega...:))→Pozdrawiam:)
  21. Liściak jak tylko pamięcią zdoła ogarnąć, nigdy nie miał łatwego życia. Najpierw wisiał na drzewie, wśród pyskatych żołędzi w pomarszczonych czapkach. Wiecznie miały do niego o coś pretensje. Nie czapki, one były cicho, ale to co pod spodem nieustannie marudziło. Cztery wokół niego dyndały. Gdy wiatr zawiewał, to musiał je trącać. Wtedy krzyczały na cały las, że za bardzo nimi chybocze na wszystkie strony, przez co one, czcigodne żołędzie, mają porysowaną gładź. Tłumaczył cierpliwie, że to wiatr wiewa jego ciałem na wszystkie strony. Po jakimś czasie, zaprzestały narzekania. Jednak pech chciał, że pewnego razu, jedną czapeczkę nieumyślnie za bardzo przekrzywił. Tak zaczęły złośliwie dogadywać, że w końcu szypułka z tej zgryzoty pękła i poszybował ku ziemi. Spadał smutny i rozżalony. Dlaczego to zrobiły. Przecież to nie była jego wina, tylko wiatru. Do niego powinny mieć pretensję. Po dłuższej chwili wylądował miękko na ściółce leśnej. Zbieg okoliczności sprawił, że kawałek od miejsca upadku, ujrzał żołędziową czapeczkę i zatęsknił za tym, co już nigdy nie powróci. To prawda. Były dla niego porządnie wredne, wyzywały z byle powodu, ale przynajmniej nie odczuwał samotności. Nagle usłyszał delikatny szum skrzydeł i ktoś z tyłu wylądował. Spojrzał za siebie i ujrzał Błękitkę, wróżkę leśną. Opowiedział jej o wszystkim. Ona widząc taki smutek, wyposażyła go w głowę, nogi i ręce, by mógł chodzić gdzie będzie chciał i by wiedział, gdzie idzie. Usypała też kopczyk leśnej ziemi i powiedziała, że ma ulepić towarzyszkę życia. Najpierw pomyślał, że żartuje. Ostrzegła też przed niebezpieczeństwem, które w lesie mieszka, ale na niego wpływu nie ma. W razie czego, będą zdani na siebie. Podziękował pięknie, grzebiąc przy kopczyku. Dłubał i dłubał, wygładzał i muskał, tam odejmował a gdzie indziej dodawał, igliwiem zdobiąc oraz różnymi kwiatkami. Z mchu leśnego zrobił figlarną czuprynę koloru: zielonego pomidorka. Następnie nadał imię: Grudka, bo z grudek ziemi została ulepiona. Natychmiast usłyszał wkurzone słowa: – Jak ja wyglądam… jak ostatnie byle co. Nie mogłeś lepiej, niezdaro? – To nie zerkaj na siebie, tylko na mnie. Jestem Liściak. – A ja: Grudka. Tak mnie nazwałeś. O ile dobrze pamiętam... bez mojej zgody. – Nie jesteś zadowolona? Myślałem, że tak. Mogę zmienić. – Przestań. Niech już będzie. – No to fajnie. – A mnie nie bardzo. Zgroza! Z takim imieniem całe życie. – Ale przecież rzekłaś... – Żartowałam. Nie marudź. No to co robimy? – Idziemy w stronę słońca. – Świetnie. Spocę się jak mysz! W ten oto sposób rozpoczęli w miarę szczęśliwą wędrówkę. Łatwo nie było. Wiele leśnych zwierzątek, chciało podgryzać człapiące dziwa. Wtedy on trzeszczał suchym liściem, a ona szumiała głośno, przesypując wewnętrzne ciało. Wszelkie pająki, żuki a nawet muchy, omijały idących z daleka, słysząc złowieszcze odgłosy ostrzegawcze. Kilka razy musiał poprawiać jej rozczochraną czuprynę. Stała później jakiś czas, oglądając odbicie w kropli rosy, poprawiając po swojemu, to co on zrobił nie tak. Wiele razy nici pajęczyny spadały na głowy. To bardzo Grudkę wściekało, bo musiała znowu poprawiać fryzurę. Jemu kilka razy ręka odpadła i coś jeszcze. Wtedy ona przykładała tam gdzie trzeba, przywiązując źdźbłem trawy. Niestety. Sielanka nie trwała długo. Wtem poczuli za sobą jakiś złowieszczy odgłos. Liściak wiedział od razu, kto po ich śladach depcze, lecz był cicho, nie chcąc denerwować Grudki. Odgłosy coraz bardziej słyszalne wróżyły jedno: bestia jest blisko. Nie mógł już udawać, że wszystko w porządku. Zaczęli uciekać co sił w nogach. Nic to nie dało. Po chwili zobaczyli stwora przed sobą. Widocznie był szybszy, wyprzedził ich, by zagrodzić drogę. Widok który ujrzeli, był tak samo straszny jak i dziwny. Ogromna tubka kleju wystawała zza drzewa. Obrośnięta zbutwiałymi roślinami oraz śluzowatym świństwem, niczym śliski wąż, falowała na wszystkie strony. Ziała okrągłą dziurą z której zwisała kropla kleju, gotowa do wystrzelenia. Drogę ucieczki mieli zablokowaną. Gęste krzaki na bokach i z tyłu, wielkie jak drzewa, uniemożliwiały ucieczkę. Mieli nadzieję, że ich nie dostrzega. Niestety, źle pomyśleli. Atak nastąpił niespodziewanie. Klejuch na chwilę zgniótł swoje ciało. Podłużna kropla wyleciała jak z procy, trafiając Liściaka. Chociaż oklejony ze wszystkich stron, nie stracił tak zupełnie zdolności poruszania. Tuba szurając podłużnym, kleistym brzuchem, była coraz bliżej niego. Grudka przeraźliwie wrzasnęła, odwracając jego uwagę. Następna kropla, poleciała w jej stronę, lecz ona była bardziej cwana. Zrobiła zwinny unik, jednocześnie rzucając swe ciało na kleisty otwór. Zatkała doszczętnie. To go bardzo wnerwiło. Stanął pionowo, kołysząc ciało na wszystkie strony, by ziemię z siebie zrzucić. Liściak, chociaż było to trudne, skoczył na niego, przewracając w kałużę wody. Napastnik prychał i chrząkał, ale wstać nie mógł. Na dnie leżały ostre kawałki igliwia. Przebiły oślizgłą skórę, która zaczęła przeciekać. Woda wlatywała do środka. Był coraz bardziej ociężały i wściekły. Grudka, namoknięta wodą, na szczęście jakoś przeżyła. Wyszli z kałuży i zaczęli uciekać ostatkiem sił, dopóki Klejuch był unieruchomiony. * – No i po ptokach – powiedziała Grudka, kształtując na nowo ręce i nogi. – Co teraz? – dodała, spoglądając w kropelkę rosy, by poprawić fryzurę. – Masz jakieś plany? – Przede wszystkim chciałbym Tobie podziękować za uratowanie życia. – No wiesz... przestań. Tak samo ty mnie, jak ja Tobie. Śmieszny jesteś z tym gadaniem. – Mam ci rozczochrać fryzur? – Chcesz dostać po łapach, to spróbuj. – To gdzie idziemy? – zapytał delikatnie Liściak. – Chwilę… muszę tobie coś powiedzieć. – Chyba nic złego? – Hmm... wtedy nie słyszałeś, ale Błękitka po cichu powiedziała, że musimy dojść na skraj lasu... – Na skraj lasu? Po co? Liściak posmutniał bardzo. Przeczuwał, że usłyszy to, czego nie chciał usłyszeć. Miał prawie pewność, patrząc na Grudkę. Też była nie taka jak zawsze. Nawet trochę ziemi od niej odpadło na jego stopy a strzępek mchu, zwisnął na czoło. – Wiesz co Liściak. Idźmy już. Miejmy to już za sobą. Mam nadzieję, że zrozumiesz. – Gdzie? – Tam, gdzie się kończy las a zaczyna zaorane pole. – Co to jest: pole? – Taki las bez drzew. – Aha. Rozpoczęli najważniejszy etap wędrówki. O dziwo, rozmawiali ze sobą wesoło, jakby nigdy nic. Pragnęli wykorzystać ostatnie chwile. Cel podróży prześwitywał jasnym błękitem przez rozłożyste konary. Jeszcze kilka kroków i stanęli w pełnym słońcu, mając drzewa za sobą. Ujrzeli – jak to Grudka powiedziała – las bez drzew. Zaorane pole. – Posłuchaj Liściak… nadszedł czas pożegnania. – Chyba nie mówisz poważnie? – Wiesz, że tak. Nie wnerwiaj mnie! – Ale dlaczego? Co ja złego zrobiłem? – Nie gadaj głupot. Tak po prostu musi być. Myślisz, że mnie jest łatwo? – To wytłumacz, o co chodzi. – Posłuchaj uważnie. Wróżka dała wyraźnie do zrozumienia, że jeżeli tutaj nie nastąpi nasze rozstanie, to znikniemy zupełnie. – A jeżeli... – A jeżeli ja będę w swoim, a ty w swoim, to nie umrzemy... i być może... kiedyś będziemy znowu razem. Wtedy pole nie będzie polem, a las lasem… to znaczy niby tak… ale… no... inaczej… rozumiesz? – Nie. – Ja też nie. Powtórzyłam tylko to, co powiedziała Błękitka. Ona jeszcze nikogo nie okłamała. Można takiej ufać. Też wszystkiego nie rozumiem. Ale pomyśl. Gdy stamtąd spojrzę w kierunku lasu, to będę mogła pomyśleć, że gdzieś tam jesteś... – A gdy ja spojrzę na pole, to też będę mógł pomyśleć, że gdzieś tam, w tych zwałach ziemi jesteś... lub cię wiatr rozwiał. – Bez obaw. Jestem cwaną bestią. – A jak coś na tobie wyrośnie? – Nie mam dużych rozmiarów. Prawdopodobieństwo, że coś na mnie... – Powiedz mi... czy tak musi być? – Musi. Chyba, że... – Co? – Nic. – Mam nadzieję, że pole jakoś z Tobą wytrzyma. W tym momencie Liściak dostał dobrotliwego kopniaka w szypułkę. # o # o Po dość długim pożegnaniu, zaczęła odchodzić w kierunku przeznaczenia. Wiedziała, że gdy tam wejdzie, już nie będzie odwrotu. Wierzyła, że Błękitka ją nie okłamała. Nie spoglądała za siebie. Sił zabrakło. Liściak poczuł ruch za plecami. Nie zdążył zareagować. Klejuch wypełznął z lasu. Wystrzelił kroplę błyskawicznie. Tym razem większą. Klej prawie zakrył całego Liściaka. Tuba ziejąc kleistym otworem, sunęła po trawie w jego kierunku. Grudka była już tylko kawałek, od początku pola. Klejuch zaczął go wsysać do cuchnącego wnętrza. Liściak, nie mógł na to nic poradzić. Wiedział, że już za chwilę, nigdy o niej nie pomyśli. To koniec. A jednak Błękitka ją okłamała. Jak mogła. Tylko jedno mu pozostało. Ostatni raz wykrzyczeć jej imię i słowa, które nie powiedział.
  22. kwiaty na łące płatkami wspomnień zapachem pamięci minionych dni tulą do wiatru by zaniósł nad rzekę siłę co jeszcze ostatnim tchnieniem pozwala nie tonąć lecz płynąć mi nie to co piękne lecz to co trudne w tym zaplątaniu zrodzony jest ład chaos uśpiony w ożywczym źródle lecz wodę brudzi cuchnący ściek fałszywą maskę nosi wciąż świat czas się rozwija ze szpuli życia aż kiedyś zostanie pusta i czysta sekundnik odsłania beznamiętnie horyzont co słońca blask nie skusi mgłą jest spowita końcowa przystań
  23. pętla wspomnień życie ściska do cienkiej kartki która pamięta płomień zapomni co za chwilę spali chcę być nim on mnie ocali
  24. ? ? ? – Mamo czy mogę na sanki wyjść. Smutno mi. Nie każ w domu tak wiecznie tkwić. Śnieg napadał na bliską górkę. Pójdę, pozjeżdżam, może wystraszę myśli smutne. – No dobrze dziecko. Pozwalam tobie. Może faktycznie się wszystko odmieni i twą twarzyczkę rozweselisz. A nawet znajdziesz piękny prezent, o którym jeszcze nawet nie wiesz. Ja w tym czasie zrobię pyszny obiad i na deser coś tam dodam, ale się będę… – … wiem mamo, denerwować. – Masz racje, lecz mogę zerknąć przez okienko. Pomyśleć sobie, tam jesteś córeczko. Dziewczynka podchodzi na białym dywanie, lecz smutne myśli, nie chcą opuścić dziecka wcale. Choć siedzi na sankach i w dole widzi obraz przedziwny: w śnieżnej kołderce dom rodzinny. Zjeżdża dość szybko, aż biel się kurzy. Czy jakaś śnieżynka radość wywróży? Aż nagle raptownie robi fikołka, wpada w zaspę, aż cała przemokła. Gramoli się spiesznie i oczom nie wierzy… na śniegu zgubiony, samotny leży. Trzęsie się bardzo, bo jest mu zimno. – Pomóż proszę, kochana dziewczynko. – To fajnie że jesteś, dziękuję tobie. Założę na buzię, sobie pomogę. Lecz najpierw ogrzeję w kieszonce kurtki. Nie chcę byś zachorował, uśmiechu malutki. Z utkaniem do wnętrza nieco się trudzi, wtem widzi chłopczyka, co bardzo płacze, chyba coś zgubił. – Co tak rozpaczasz, powiedz miły. Jakoś tej biedzie zaradzimy. A on markotny milczy przez chwilę, by wreszcie powiedzieć: – Uśmiech zgubiłem. Dziewczynka wie, co ma w kieszeni... i teraz ma oddać i nic nie zmienić. A jeśli to wcale nie jest jego? Zakłada zgubę… by od razu twarz rozchmurzyć. – Ładny mój uśmiech na twojej buzi – słyszy słowa, ni to smutne ni radosne, jakby ktoś nucił, decyzji piosnkę. I nagle już wie, co cały smutek z niej wywlecze. – Proszę, załóż. Tak bardzo się cieszę twoim uśmiechem! (: ? ? ?:)
×
×
  • Dodaj nową pozycję...