-
Postów
2 878 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
co tam słychać w sercu dżungli jakieś wycia tupot tany to tubylcy swym pilotem powłączali z duchem czasu elektryczne swe tam tamy król grzywiasty tego lasu siedzi srogi w ciemnym kącie ryczy mruczy kto go słyszy na dodatek jest mu zimno nie dochodzi tutaj słońce nagle zerkam oj loteria losów z liści niech ja skonam biorę udział i już trzymam z nosorożca rogu coś tam łykam w huci jestem szponach wokół tańce i swawole co za śliczna córkę wodza tak cichaczem do szałasu żeśmy poszli na wyściółkę by wygranej nie zmarnować my na skórkach od bananów wszystko śliczne takie gładkie wtem znienacka straszne ludy co to wodza też przynieśli mnie wywlekli jak małpiatkę zdjęli skórę i zaczęli brzuch patroszyć członki ścinać smutna dusza przez eksmisję nie ma biedna gdzie powrócić choć to wcale nie jej wina i tak z boku z łezką łypie wzdycha jeno rzewnie patrzy jak tubylec całkiem świeżym udem moim podsmażonym brzuszek swój spocony raczy skórę łapią choć z włosami naciągają niczym dętkę na ten pieniek wydrążony po posiłku moc jest z nimi znów wesoło bębnią ręcznie
-
Pomysł z książki →’’Kwiaty dla Algernona”→Autor→Daniel Keyes ------------------------------------------------------------------------------------------------------- ––?/–– * Fiem że jesdem gópi słyśałem że opużniony w lozwoju Pan dochtór powidział że mnie naprafi Uczę szę napisywać co pszeszywam fszyscy się ze mnie śmiejom gdy lobię glupoty Ja też Fajnie tag **** Minął czas. Piszę trochę mniej błęduw. Klopki też. Cieszę sie holernie. Mam lepszy mózk. *************** Przestali mnie lubić, bo jestem mądrzejszy od nich. Mam wrażenie, że czują się przy mnie niezręcznie i głupio. I pomyśleć, że uważałem ich za prawdziwych geniuszy. Nie wypominam im tego. Nadal szanuję i lubię, ale to już nie to samo co kiedyś. ********************* Mam napady niekontrolowanej agresji. Być może przyczyna tkwi w tym, że jestem niezrozumiany dla otoczenia. Nie pojmują prostych sformułowań. To najbardziej wnerwia. Chodzi o to, że ta przesadna inteligencja, łatwość zdobywania wiedzy w różnych dziedzinach, zaczyna mnie dziwnie przytłaczać. Czuję się wyobcowany. Trudno nawiązywać rozmowy. Pomału nie mam o co pytać, bo wszystko wiem lub przewiduję odpowiedź, która i tak jest poniżej moich oczekiwań. Sądzę, że w zwykłych, codziennych sprawach, jestem emocjonalnie rozchwiany. Nieprzystosowany do codziennego życia. Jedno do drugiego nie pasuje. Co z tego, że zyskałem tak wiele, skoro być może straciłem jeszcze więcej. Dzisiaj odrzuciłem miłość mojego życia. Kazałem jej odejść. Tym bardziej, że pojąłem w całej pełni, na czym polegała ta cała operacja… ulepszenia umysłu. Sądzę na granicy pewności, że w najbliższym czasie nastąpi regres. Tyle tylko, że mam tego pełną świadomość. Stanę się takim jakim byłem. Może znowu szczęśliwym? Pytam sam siebie, ale cóż z tego, skoro tyle wiedzy we mnie, a w istocie wiem tak mało, o zwykłym sprawach i relacjach, między mną a człowiekiem. ****** Zaczyna się. Fiem to. Czuję. Tródniej pisze poprafnie. Ale jakoś tag mi lżej. Chyba robię dużo błeduw. ** Dzieczi mnie lubją. Frówałem wysoko. Paczę na wyras: niebo. Chybu nie ma w nim bledu? Sam nie fiem.
-
1
-
Kukukról
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Dzięki:)↔Słusznie rzekłeś, że większość poprowadził, a resztę zostawił na pastwę lasu:) To dawny tekst, napisany do melodyjki. Może dlatego:)) Pozdrawiam:) -
Nasz Ogród
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Maja Cyman Dzięki:)→Otóż to. A poza tym Calineczki→ lepiej brzmi→ niż dajmy na to→Centymetrówki lub Ośmiomilimetrówki:)) Pozdrawiam:) -
Czy wiesz, że w naszym ogrodzie cierniowe gałązki ranią owoce, a ptaki wydziobują oczodoły w czereśniach? Są też krople rosy, rozbite na twardej ziemi, a gdy pragniemy dotknąć kwiatów… … zamieniają się w popiół. Ale przecież jeden nigdy nie więdnie. Jak myślisz. Dlaczego? Znasz odpowiedź. Czasami niełatwa, wkurzająca, ale nasza. Wzmacnia kwiat, a on nas. Dobrze że nie tylko nim się cieszymy... … ale jeszcze zwyczajnie podlewamy. Pobujamy trochę w obłokach? Tak. To w końcu nic złego. I zawsze trafimy do ogrodu, bez względu na to, z jakiej wysokości spadniemy? Raczej tak... nie musisz się martwić. Może nawet kiedyś… Co kiedyś? Wpadniemy do wnętrza kwiatu.
-
Stary drewniany most, dysząc i skrzypiąc, stoi nad rwąca rzeką płynącą w nieznane. Bolą go wszystkie podtrzymujące pale a korniki – jak nowotwór – wyjadają jego obolałe wnętrze. Nie skarży się. Bo i po co. Nikt nie rozumie jego drewnianych słów. Może rośliny, które do niego przywarły, coś nie coś rozumieją. Ale cóż z tego. Są zajęte swoim wzrastaniem. Nie bardzo je obchodzi, co tam pierdzieli jakiś stary niedołężny most. Czarne ptaki siedzą na poręczach, by swoim krakaniem, obwieszczać światu, że coś się niebawem wydarzy. ~~~//~~~ Rzeka obmywa jego rany a on przez swoje istnienie, ochrania ją od wszelkich nieczystości oraz innych śmieci. ~~~//~~~ Ludzie widząc taki popsuty most, rzucają na niego wszelkie odpadki, bo on do odpadków pasuje. Wygląda prawie tak jak one. Jedyna różnica polega na tym, że on o tym wie a śmieci – nie. Nie mają wiedzy kim są i do czego już się nie przydadzą. Spełniły swoje zadanie i zostały wyrzucone. ~~~//~~~ Rzeka pozostaje nieskazitelnie czystą. Jest wdzięczna mostowi, że tak o nią dba. Leczy przyjaciela swoją czystą wodą. Są chwile, że gdy mu bardzo doskwierają jego stare deski. Rzuca wtedy swoje myśli w jej rwący nurt. Ma nadzieję, że zostaną całkowicie wchłonięte przez jej płynny umysł, by go lepiej rozumiała... a może nawet pokochała. ~~~//~~~ Pewnego dnia, kiedy wiatr jest trochę większy niż zazwyczaj, od boku mostu odrywa się niewielka, obrośnięta mchem, cząstka. Wiruje przez jakiś czas jak mała zielona wróżka, by po chwili przycupnąć i zamącić czystą wodę. Rzeka czuje, że coś wpadło do jej wnętrza. Koliste dreszcze mącą jej spokój. Zostaje on zakłócony. ~~~//~~~ Po chwili trochę więcej odpadków, musi przyjąć w swoje płynne ciało. Nie jest ich wiele. To tu, to tam, jakaś mała deszczułka, jakaś gałązka, liść, trochę mchu, małe papierki. Most bardzo się stara, żeby ochraniać rzekę. Robi co może, żeby śmiecie zostawały na nim. ~~~//~~~ Rzece jest tego za dużo. Diametralnie zmienia swój charakter. Jej spokój odpływa w siną dal. Zaczyna się burzyć i wściekać. Wie już, że zawinił most, najlepszy przyjaciel. Jak on mógł ją nie ochronić. Tak o niego dbała. Brudziła swoją krystaliczną wodę o jego brudne dechy. A on co! Pozwolił zapaskudzić jej nurt, tym całym cholernym bałaganem. ~~~//~~~ Most błaga o przebaczenie. Mówi jej, że ma już swoje lata, że już nie ma tyle sił. Jest świadomy swojej winy, lecz wie, że nie zrobił tego specjalnie. Z tej całej zgryzoty, jeszcze bardziej trzeszczy i skrzypi. Rzeka widząc co się dzieje, jest coraz bardziej zła i wzburzona. ~~~//~~~ Na poręczy siedzi stary kruk. Nie ułożyło mu się w życiu. Z wielką zawiścią a jednocześnie z radością, patrzy na tą rozlatującą się przyjaźń. Ma odegrać maciupenką, lecz znaczącą rolę w tym wszystkim, ale jeszcze o tym nie wie. ~~~//~~~ Rzeka coraz bardziej wzburzona, pogniewana i zła, szarpie most na wszystkie strony. Potworny, trzeszczący hałas, zdaje się być głosem z piekieł przywołanym. Robi się prawie ciemno. Zaczyna padać deszcz. Wiatr przybiera na sile. ~~~//~~~ Most ostatkiem sił, wstrzymuje tą wielką stertę odpadów na swojej powierzchni. Nagle – targnięty podmuchem wiatru – przechyla się na jedną stronę. Cała kupa śmieci, przesuwa się niebezpiecznie na bok. Równowaga – póki co - jest jednak zachowana. Odpady jakby czekały… nie wiedząc, czy się cofnąć, czy wpaść do rzeki. ````````` Kruk teraz wie, co ma zrobić. Uśmiecha się jego czarne serce. Bije gwałtownie. Za chwilę poczuję radość wszechobecną. Ogarnie całe jego ciało. Będzie się cieszyć ich nieszczęściem. ~~~//~~~ Rzeka nie przestaje napierać na zmurszałe ściany. Ma przebłyski smutku, że to w końcu jej przyjaciel, że to nie jego wina. Ale jej drugi nurt jest nieustępliwy. Można by rzec, wyje ze wściekłości. ~~~//~~~ Most po raz ostatni błaga o przebaczenie. Nikt go nie słyszy. Nie ma odwrotu. Sprawy popłynęły na skraj wodospadu. ~~~//~~~ Kruk wzbija się do lotu. Krótkiego. Trwa to chwilę. Przysiada na krawędzi. Równowaga zostaje zachwiana. Wszystkie śmieci wpadają do wody. ~~~//~~~ Tego rzece jest za dużo. To przeważa szalę zwątpienia. Targana jeszcze potężniejszą furią, porywa go w swoje objęcia. ~~~~~~~ Szczątki jej przyjaciela, stają się dla niej - odpadkami, śmieciami, zawadą. Jednym wielkim pomieszaniem. Zniknął przyjaciel, zniknęła przyjaźń. Przestaje być nieskazitelnie czystą. Jest bardzo pobrudzona. Nurt musi walczyć z nieustającymi przeszkodami. Cząstkami mostu. * Kruk jest w siódmym niebie. Prawie dosłownie. Szybuje wysoko. Chce dokładnie wszystko widzieć. Dokarmiać swoją radość, tego typu obrazami. Lecz jest mu tego mało. Pragnie zobaczyć z bliska, do czego się przyczynił. Jego serduszko znowu jest podniecone. Rozkosznie puka - stuk – puk – stuk – puk... Zniża lot. Leci nisko. Prawie dotyka rzeki swoim miękkim podbrzuszem. Nadziewa się na ostry kawałek deski. Przez chwilę się trzepoce rozbryzgując wodę. Jest czerwona.
-
@ było to wieczorem kiedy w głowie miOłem kiedy w głowie miOłem szum chodziłem po nocy strzelałem ja z procy bo był ze mnie wielki król @ już dawno uciekłem z kukułczego gniazda z kukułczego gniazda uciekłem robiłem co chciałem byle co gadałem wszakże ze mnie wielki król @ na drzewie siedziałem małpę udawałem lub udawać nie musiałem już ptaszki odleciały jeszcze mnie obsrały chociaż ze mnie wielki król @ tańcowałem w burzy aż się piorun wkurzył błyskawicznie walnął w ciało me iskry ze mnie lecą dzieciaki się cieszą bo jest ze mnie wielki król @ biegłem ja do lasa całkiem na golasa białe myszki widząc tu i tam krasnoludki chyba spieprzyły do grzyba widząc że ja wielki król @ po dachach skakałem w gacie strach schowałem albo w zakamarki mego tchu panorama miasta oczy moje chlasta no bo ze mnie sprawny król@ @ szybuję wśród luda wyczyniając cuda by poddani pokochali mnie u psychiatry siedzą mówią to co wiedzą o tym że ja w dechę król @ MAM TU WŁASNY ZAMEK wypatruję klamek materace wokół śmieją się a ja myślę sobie że poddany powie ale z ciebie W I E L K I@ K R Ó L
-
Zakochany Murarz
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@rumcajsowanie Dzięki:)→Jeno trza muzykę skomponować:) Pozdrawiam:) @Nieznajomy Niewidzialny Dzięki:)→Nie ma tematu, na który nie można coś napisać:) Też dobrej nocki życzę:)→Pozdrawiam:) -
Kochani moi. Jutro zaczynamy coroczne Igrzyska 50 na 50. Zasady wszyscy znają. Z uwagi jednak na to, że są to Igrzyska Jubileuszowe, wprowadziliśmy pewne zmiany. Coś w rodzaju niespodzianek. Nie mogę oczywiście wyjawić na czym będą polegać, bo sami chyba przyznacie, że cóż to by były za niespodzianki. Pragnę jedynie powtórzyć, że zabijanie pozostałych uczestników, nie jest zabronione, ale też nie wskazane dla własnego dobra. Nie macie się niszczyć nawzajem, lecz walczyć z różnymi przeciwnościami. A sami rozumiecie. Im mniej uczestników, tym większa szansa ze zaatakują któregoś z was. Oczywiście, żeby być zupełnie uczciwym, powiem też, że wszystko może się potoczyć zupełnie inaczej. Uczestnictwo jest dobrowolne. Nikt was nie zmuszał. Niestety, ilość biorących udział – z uwagi na trudne przygotowania w sensie technicznym – została ograniczona do: dziesięciu. Na dzień dzisiejszy nie możemy sobie pozwolić na więcej urozmaiceń. A zatem można domniemać, że Igrzyska zakończą się w tym samym dniu, późnym popołudniem. Jeszcze zdążą państwo obejrzeć ulubiony serial. Relacja będzie rzecz jasna na żywo. Chciałbym jeszcze uprzedzić pytanie: kto zostanie zwycięzcą Jubileuszowych Igrzysk? Odpowiadam: tym razem nie wiem. Dziękuję za uwagę. <Dziesięciu - Start> Stoją na krawędzi urwiska. W dole płynie rzeka. Wzburzona jak ciemna cholera. Goni ich jeszcze gorsza bestia. Jest coraz bliżej. Muszą podjąć jakąś decyzję. Wiedzą, że możliwości jest ograniczona ilość. Rzeka prawdziwa, bestia też… lub jedno i drugie halucynacją. Albo też jedno prawdziwe a drugie nie. Jeżeli skoczą a rzeki nie będzie, to śmierć pewna. Z drugiej strony, bestia może być nieprawdziwa. To po co mają skakać. Decydują, że poczekają. Zostają rozszarpani. A rzeki tak naprawdę nie ma. O dwóch mniej. <Zostaje ośmiu> Nie ma już wiele sił. Ledwo się trzyma wystającej gałęzi. Nie wie, czy przepaść pod nim jest prawdziwa, czy tylko złudzeniem. Zaczyna mu brakować wiary w siebie. Pot zalewa oczy. Chyba prawdziwy. Nagle słyszy kroki. Widzi czyjeś nogi. To uczestnik igrzysk. Chce go uratować. Mówi, że ma się puścić gałęzi a złapać jego, to go podciągnie. Niestety, dłoń wiszącego trafia w próżnie. To tylko halucynacja uczestnika. Nie spada długo. Przepaść okazuje się nieprawdziwa. Dostał kolejną szansę. <Nadal zostaje ośmiu> Zaplątany w jakieś kłębowiska drutów i metalowych odpadków, patrzy na wszystkie strony. To chyba jakieś złomowisko. Nie może się wydostać. Krew z pokrwawionych nóg, niewiele się różni od wszechobecnej rdzy. Nagle słyszy niepokojące dźwięki. Po chwili widzi kawalkadę niewielkich pojazdów. Na każdym z nich leży poziomo piła mechaniczna. Wystają poza krawędź i są włączone. Prawie dokładnie w połowie jego wysokości. Zbliżają się coraz głośniej. Nie może uciec. Zauważa stare metalowe drzwi. Z wielkim wysiłkiem, kładzie je przed sobą. Pierwsza piła przechodzi przez obydwie przeszkody. Drzwi okazały się halucynacją odczuwalną. Tak samo jak świszcząca piła. Oddycha z ulgą. Obraz kolejnych pił go przenika. Kłębowisko drutów się poluźnia. Może uciec. Nie czyni tego. Jest rozluźniony. Musi odpocząć od strachu. Powspominać miłe chwile spędzone wśród przyjaciół. Ostatnia jest prawdziwa. Przecięty na pół, zaprzestaje rozmyślań. <Zostaje siedmiu> Pozostali wiedzą, ilu zostało. To ich trochę niepokoi. Przypominają sobie, że gościu mówił o niespodziankach. Jakby mało ich tutaj. No nic. Nie mogą stąd uciec. Możliwość odwrotu, była na początku. Z własnej woli podjęli wyzwanie. Maszerują w lesie. Jest ich czworo. Przez niektóre drzewa mogą przechodzić, a przez inne nie. To normalka w tym świecie. Obawiają się jedynie: niespodzianki. Co tu jeszcze może być nie tak. Póki co nic się nie dzieję. Jakby na półkolonie przyjechali. Niosą w rękach potężne, kolczaste maczugi. Są jak najbardziej prawdziwe. A przynajmniej sprawiają takie wrażenie. Nagle zupełnie niespodziewanie, widzą przed sobą ogromnego tygrysa. Chyba ich nie widzi. Stoi do nich tyłem. A co będzie jak się odwróci. Wolą dmuchać na zimne. Podbiegają do niego i tłuką maczugami po pręgowanej dupie. Narzędzia przenikają obraz. Siadają spoceni. Kolejna halucynacja. Tygrys się odwraca. Jego przednia połowa jest jak najbardziej rzeczywista. Mieli pecha. Gdyby było odwrotnie, to tygrysi zad by ich nie rozszarpał. Kawał kota rozrzuca kawałki ciał po okolicy. Przed śmiercią zakosztowali niespodzianki, tak samo jak część zwierzaka ich. <Zostaje czterech> Płyną wzburzoną rzeką. Łódka jest raczej prawdziwa. Lasy po obu stronach, nie wiadomo. Dostrzegają na brzegu krokodyle. Bestie wchodzą do wody. Płyną w ich kierunku. Nurt jest wartki. Spycha ich w kierunku wodospadu. Czy jest prawdziwy, czy też dalej popłyną poziomą rzeką. Podłużne sylwetki są bardzo szybkie. Otaczają ich prawie ze wszystkich stron. Widzą przerwę między nimi. Tam gdzie wodospad. Nie mogą jednak sprawdzić, czy jest to rzeczywistość, która by dała jakąś szansę na ocalenie. Szum spadającej wody wzrasta nieustannie. Niestety, nie ma wodospadu. Przenikają obraz, płynąc dalej rzeką. Krokodyle rozwalają łódkę. Są z krwi i kości, lecz ludzie myślącym hologramem. Uczestnicy oglądają całe zajście z brzegu. Odczuwają ulgę. Póki co żyją. <Nadal zostaje czterech> Biegną co sił w nogach, w środku rozległego pola, o kształcie koła. Jest otoczone wysokim murem. Mają nadzieją, że ściana okaże się halucynacją a pościg się zmęczy. Goni ich bardzo dziwaczny widok. Płonące dzikie świnie. Wybiegają z nor wygrzebanych w ziemi. Słońce akurat zachodzi, więc widok z góry jest niesamowity. Tylko niestety trochę niebezpieczny dla uciekającej czwórki. Nie wiedzą, czy bestie są prawdziwe, ale wolą zakładać, że tak. Dobiegają do ściany. Kolejna niespodzianka. Gęsty obraz. Coś między rzeczywistością a halucynacją. Zaczynają się przeciskać, jak przez luźne ciasto. Widzą ściany od środka. Są w świecie, w którym jeszcze nikt nie był. Nie doceniają tego. Mają co innego z tyłu. Świnie są prawdziwe, ale nie wszystkie. Wchodzą za nimi do gęstego tunelu. Tu już zupełnie nie wiadomo, co jest rzeczywistością a co złudzeniem. Uciekinierów pełzająco ścigają złowieszcze chrząkania, z jeszcze bardziej złowieszczych ryjów. Wystające kły dźgają ich po tyłkach. Na końcu tunelu widać światło. Może zdołają się wykleić na zewnątrz. Gdzieś w innym decydującym wymiarze, ktoś naciska losowo przycisk. Zostają wszyscy razem uwięzieni i zaczynają umierać i zdychać, w świecie, w którym jeszcze nikt nie umarł i nie zdechł. < ? > Igrzyska relacjonuję państwu w czasie teraźniejszym, ale właśnie w tej chwili, ktoś wyciąga wtyczkę od tzw: projektora, który rzuca mój obraz. Zanikam. Jako halucynacja nie mam nic do gadania. A może wszyscy...
-
Zakochany Murarz
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@MIROSŁAW C. Dzięki za uśmiech na biało otynkowany:))→Pozdrawiam:) @Waldemar_Talar_Talar Dzięki:)→Ja też:))→Chociaż czasami, co innego mnie napadnie:)→Pozdrawiam:) @Archie_J Dzięki:)→No to mnie cieszy:))→Pozdrawiam:) -
kiedy byłem człowiekiem w dręczeniu miałem uciechę kiedy zwierzęciem w harmonii żyłem chętnie gdy harmonią miechem członki gnieciono teraz jestem muzyką nieuchwytną mniej fałszywą czystą oby się nutą nie zachłysnąć
-
dziś mi cegła powiedziała taka głośna w cichym murku że mnie dziewka pokochała chce się spotkać na podwórku skoro takie ma zamiary to nie będę ja okropny lecz chce ujrzeć jej hektary bo zazwyczaj jam roztropny czy ty jesteś pojebusem ładna ona jak strumyczek biegnij do niej jednym szusem żeby wypić wdzięków łyczek ja tam nie wiem czy ja ku niej albo ona do mych członków dwa uczucia się rozminą trzeba będzie od początku w piaskownicy zerkam stronę czy tam gwiazdka świeci jasno jam z wrażenia na betonie oślepione ciało trzasło leżę chwilę ogłuszony ale wstaje znów od nowa jestem wielce poruszony słysząc takie oto słowa włóż mi szybko tutaj kielnie mam ja szparkę na tej ścianie żeby tylko było szczelnie bo z tą chatką mam skaranie siedzę biedna w pokoiku podziwiając wartką wodę moczę nóżki jak w brodziku usuń miły wredną szkodę och ty lubo przemoczona jak ta woda miłość wzbiera moja niechęć wszak już kona kocham ciebie jak cholera betoniarka już się wierci jak staruszka podskakuje i nie myśli wciąż o śmierci tylko sobie wciąż kołuje biorę kielnie wtykam w dziurkę żeby zatkać co przecieka gładzę szybko zdzieram skórkę ona patrzy tęskni czeka zaraz ciebie wyratuję biegnę żwawo po kalosze miłość w sercu mym harcuje gdy na rękach ją wynoszę murarz ze mnie tak szczęśliwy że aż zdobię wstążką kielnie gładzę beton ledwo żywy zakochany jam piekielnie dzionek minął ten uroczy kto serduszko me ukoi och te śliczne ładne oczy waserwaga ciągle stoi nagle widzę anioł z nieba wypoczwarza postać zwiewną oj zaśpiewać jej tu trzeba pioseneczkę tak potrzebną robić będę ja pieniążki obiecuje w walentynki by miłości wiązać wstążki to dla ciebie walę tynki
-
(~:`````````````````````````````````````````````````````````````````:~) W ubikacji jest: cicho jasno i przytulnie. A ponadto pusto. Człowiek nie siedzi na tronie i nie czyni tego co zazwyczaj robi, w tak przydatnej komnacie. Poprzez zamknięte drzwi słychać jedynie: miarowe tykanie zegara, co paradoksalnie jeszcze bardziej uwydatnia – ciszę. Która zostaje przerwana. Klapa sunie wolniutko do góry lekko sapiąc i skrzypiąc, jakby w brzuszku małego duszka, jeszcze mniejszy duszek na skrzypeczkach zaiwaniał. Podbrzusze białej owalności, coraz bardziej oddalone od obrzeża uwolnionego sedesu. Skrzypieniu wtórują dziwne dźwięki oraz mlaskające odgłosy. Donośne stuknięcie o tył jest oznaką końca otwierania. Wystarczy poczekać, kto lub co – wyjdzie. Ale niby kto ma czekać. Chyba jedynie papier toaletowy, który nadal śpi na poziomym kołku, śniąc o rowku na gołym zadku. Co akurat w jego przypadku, nie może kogokolwiek dziwić. To widok jego życia, z którym jest dokładnie obeznany. Te codzienne przytulanki są swoistym rytuałem nadającym sens jego istnieniu. Dzisiaj już tyle razy był rozwijany, zwijany i dociskany, że w końcu kręćka dostał i z tej zgryzoty usnął, bo mu wszystko zwisało. Tym bardziej, że przypomniał sobie rzewnie, ile to już jego cząstek poleciało do innego świata zwanym: Wielką Kanalizą. Nagle słychać skromne ciche: plumplanie. Z sedesu wychodzi, a właściwie spada z miękkim mlaśnięciem: Mały Klusio. Ledwo stoi na chwiejących nóżkach, ale łapkami rusza, bo wyszedł z zimnej wody a morsem nie jest. Jego ciało, chociaż kryje w sobie bogatą paletę przetrawionych światów, jest schludne i gładkie. Za to jego wygląd skłaniać może do refleksji na temat doznań estetycznych z dziedziny sztuki, którą nie bardzo kochamy. A szczególnie – rzeźby w masie plastycznej. Mam przesrane – mruczy sam do siebie. Nie zupełnie sam do siebie. Szóstym zmysłem wyczuwa go Rolek Toaletnik. To w końcu jego bratnia dusza. Ile to już razy byli blisko siebie. Pamięta te rozkoszne śliskie pieszczoty po miękkiej gładkiej powierzchni. Możliwe, że akurat tych fragmentów Rolek już nie ma, bo siłą faktu zostały oderwane, ale zawsze były to części jego podłużnego ego, które go opuściło raz na zawsze. Póki co, jest nawinięty pełnią życia na pusty kołek. Oczekiwanie na przyjemną rozmowę z Klusio, rodzi uśmiech na jego podłużnej, zwisającej twarzy. * – Powiedz mi Klusio, po coś wylazł? – Ano z nudów. – Z nudów? Nie dla mnie? A jak to się stało, że Kanaliza cię nie wciągnęła, he? – Kwestia zablokowania. Twardy jestem. Lepiej ze mną nie igraj! – To ja ciebie brałem w swoje ramiona... zuziałem na wszystkie strony… chłonąłem twoje ciało w swoje... o mało co, a bym dostał obustronnego zapalenia celulozy od tej wilgoci, którą mnie uraczyłaś… a ty mi za to takie impertynenckie spostrzeżenia ślesz ? I to jeszcze z poziomu posadzki? – Gdybyś mnie bardziej kochał, to by nas razem spłukano i po sprawie. A tak co? Musiałem zeskoczyć… i co dalej? Ani tu żyć, ani do punktu wyjścia wrócić. – Nie gadaj żebyś chciał? Do tej ciemnej cuchnącej ciasnoty. A fuj!!! – Rolek! Ty mnie tu nie nawijaj na drążek! A ty niby co? Czysty papierek lawendowy? Cud zapaszek? Różyczka pachnąca? Do czasu, Rolek, do czasu. A po chwili zalatujesz... – Tobą, mój drogi przyjacielu, tobą… lub tamtymi, co na jedno wychodzi, ty mój Kupkusiu. Buziaczka dasz? – Tamten poprzedni, to nie ja. Wypraszam sobie! A buziaczka nie dam! – Klusio! Ty spójrz na siebie! Sedes jest lśniący. Zobacz swoje odbicie. Tylko na raty, bo inaczej nie przeżyjesz takiego widoku… ty mój... – Zwiń tą swoją pomarszczoną twarzyczkę. Mam świadomość swojego wyglądu, ale chociaż nie można mnie wyczuć. Zapachy powiedziały do mnie: pa , pa, Klusio! To już mam za sobą. Jestem świeżo wykąpany. A ciebie powieszono, żeby obdzierać twoją jaźń i nią… doliny bułeczek wycierać! – Przecież wtedy się kochamy. Zapomniałeś? W tym świeżym cieplutkim pieczywie. Spójrz mi w oczy i powiedz, że to nieprawda. – Mącisz mi na czubku. – Pomyśl Klusio o twoim charakterze. Z ilu przeróbek różnego jedzenia jest twoje ciało. Ty nawet nie wiesz kim jesteś. Kleistym ludzikiem. Kto by ciebie chciał? A ja mimo tego... – A ze mną kto pogada? - wtrąca Pani Spłuczkówna. – O czym mamy z tobą gadać zarazo jedna – zawołali chóralnie: Rolek Toaletnik i Klusio. – Zarazo? A to czemu ? Jest mi przykro. Aż mi łezka przez was utonęła… ta najbardziej ulubiona. – Bo kiedy jesteśmy razem połączeni, wonią i mazią, to akurat nas rozdzielasz grzmiącym wodospadem. Trochę kultury, szanowna panienko. Wyczucia sytuacji. Cierpliwości. Ogłady towarzyskiej. Delikatności. Taktu. – A kto wam broni teraz przytulania? – Przytulania? Dobre sobie! – To ja was doprawdy nie rozumiem: Chodzicie ze sobą, czy nie? – Oczywiście, że tak. To takie przekomarzania. Niegroźne, jak poczciwe bąki co wylatywały z naszej egzystencji. – Rozumiem...chyba. A właściwie kto mówi? Bo stąd nie widzę. – To ja Klusio. Chcesz pogadać z Rolkiem? Poczekaj chwilę. Rozwinięty zupełnie. Ani drgnie. Jak go paluchem dotykam, to owszem. O zgrozo litościwa! Do Jasnej Kanalizy. On nie żyje! Mój przyjaciel nie żyje. Moja miłość jedyna wstrzymała rozwijanie! – Przyjaciel? Miłość? Klusio, co z tobą? Przed chwilą, to był wróg… jeżeli dobrze pamiętam. – To było dawno i nieprawda. Źle pamiętasz. Jaki tam wróg. Pasowaliśmy do siebie jak masełko do papierka. Miałem nawet nadzieje, że mnie w końcu rozmaże na całej swojej długości. Nie chciałem być nachalny. Mógłbym go zdenerwować i by sobie mną z innym gębę wycierał. Trzeba zbierać na wieniec! – Na wieniec? Co to jest? Co z tobą? Jam Spłuczka skromna. Świat mi obcy. – Masz pojęcie, ile takie coś kosztuje? – No ile? – Dużo! – Na mnie nie licz. Jestem zupełnie spłukana. – Do ożywczych grzmotów w muszli, co teraz zrobimy? Zaczyna go pochłaniać otchłań rozkładu! – Tobie takie zapachy nie powinny przeszkadzać. On z tobą wytrzymał. Trochę wdzięczności, panie Klusio! – Wdzięczności? O zgrozo litościwa. Nie potrafię bez niego żyć. Czy tego nie widzisz? Już teraz tęsknię. Niech mnie Wielka Kanaliza pochłonie. Co mi po takim życiu, skoro moja miłość zwisa jak trupia skórka. Rolek, pofaluj trochę szarym pyskiem. Tak jak dawniej. Chociaż odrobinkę. Pamiętasz nasze wspólne ślizgawki? Brązowe mazidełko? Wiatry ożywczego zapachu? Kanonadę wielokrotnych grzmotów? Daj mi jakiś znak. Możesz nawet powiedzieć, że jestem: Kosmicznym Wyrzutkiem z Czarnej Dziury. Jakoś to przełknę, bez urazy. Ale powiedz coś. Chociaż tyle. Proszę! * – Mamusiu! Znowu ten mały z sedesu wylazł i płacze. Co mam z nim zrobić? – Owiń go całą rolką i spłucz. – Ależ on jest taki mięciutki. Chyba przez ten stres. Nawet przez papier wyczuwam... Gul, gul, gul, już go nie ma... Mamo, jest mi go żal! – Dziecko! To tylko zwykła… no wiesz. -- A jednak spłukałam... no wiesz. Teraz zapewne zabłąkany w złowieszczych rurach pływa. Samotny i zagubiony. Chyba już nigdy nie wyjdzie. -- Mam nadzieję. Powieszę inną rolkę niż zazwyczaj. Po przecenie.
-
Filozof Na Sedesie
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Lach Pustelnik a od rozwolnienia człek mądrości śpiewa:)) Pozdrawiam:) @jan_komułzykant Zaiste. Obrazki pasują Twe wszystkie:)) Pozdrawiam:) -
jam tak usiadł na sedesie no nie powiem gołym tyłkiem i żym brodę dłonią podparł by nad życiem dumać chwilkę o tym wszystkim co minęło albo o tym co naprawić i tak jakby metafory tego co złe chcąc wydalić no i siedzę trochę stękam filozofem jestem teraz całe brudy ze mnie lecą rozwolnienie jak cholera toż to piękne tak wyrzucić aż tu nagle sobie myślę po co ja tu wyjść mi trzeba żeby zmienić coś faktycznie na co cała filozofia co mój umysł miała czyścić krwiożerczego ginetalka przegapiłem przez te myśli o pośladka kant to rozbić to wewnętrzne pitolenie skoro bestia mi odgryzła to co było tak potrzebne echo w muszli tęsknych wrzasków rurki nie ma pusto w mieszku tylko spłuczka łezki roni nad mym losem pomaleńku jam tak siedzę na sedesie no nie powiem gołym tyłkiem i żym brodę smutkiem podparł wspominając dobrą chwilkę aż tu sąsiad co pode mną do mieszkania mi się wdziera wrzeszczy spłuczkę głupi napraw bo mieszkanie mi zalewasz tego jeszcze brakowało współczujecie mi kochani? wszak nieszczęścia sami wiecie przylepiają się parami ••••••••••••••••••••••• Bonus w tarczy zegara klucz nakręca w proch obraca a gong uśpiony śni pierwszą godzinę by szare figurki szarym świtem budzić przez chwilę
-
Stukanie Na Cmentarzu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Lach Pustelnik Ależ!→Przecież nie wrócił:)→Tak wynika z tego dzieła:)) Co za dużo pochwał to nie zdrowo. Wieńce bobkowe, mogą urwać szyję, ciężarem swym. A na niej wszak głowa. Czasami potrzebna przecież do czapki :))→Pozdrawiam:) @jan_komułzykant Chyba w końcu tytuł wykasuje :) O me bezpieczeństwo chodzi:)) -
Stukanie Na Cmentarzu
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@jan_komułzykant Dzięki Wielkie:)↔A tak się bałem, że się nikomu nie spodoba. Napisałem ów tekst tylko po to, żeby mieć okazję pochwalić się tytułem:)) Pozdrawiam:) -
Człowiek przyszedł na cmentarz, by odwiedzić groby swoich bliskich. Słońce zachodziło za horyzont. Niema ciemność stopniowo ogarniała to Zbiorowisko Pustych Opakowań po Duszach. Nie było tu zwyczaju palenia zwłok. Rozkładały się swoim tempem. Każdemu według potrzeb. W zależności od gabarytów martwego ciała oraz uwarunkowań rozkładu. Nagrobki też były skromne. Człowiek trochę stał przy grobie. Po chwili przykucnął, by zapalić świecę w otwartym zniczu. Zrobił to za pierwszym razem. Zawsze miał z tym trudności. Tym razem zapałka nie zgasła, choć oparzyła palec. Było mu cieplej na tej żyznej łące. Kucał jakiś czas przy krawędzi nagrobnej płyty i nagle zauważył ciemny cień, nasuwający się zza jego pleców. Było to o tyle dziwne, że na tym cmentarzu nie zainstalowano żadnej lampy. Widocznie coś za nim stało i wytwarzało cień bez źródła światła. Aż zimne dreszcze przeleciały mu po plecach. Usłyszał też dziwne stukanie o okoliczne pomniki. Całkiem blisko. Jakby ów obiekt, nie mógł się między nimi pomieścić. Przestał tkwić w niepewności. Spojrzał za siebie. Ujrzał stojące wieko od trumny. Większe niż normalne. Przez kilka sekund miał wrażenie, że na pionowym dnie widzi zwierciadło, a w nim swoje odbicie. Wieko kiwało się z lekka na boki, skrzypiąc podstawą o białe kamyczki przygrobne. Krawędzie oblepione białymi robakami, zdawały się nieustannie ruszać. Aż słyszał te wilgotne oślizgłe odgłosy. Niektóre spadały na ziemię, ale wciąż napływały nowe. Przyklejony strachem, nie mógł stamtąd uciec, chociaż pragnął tego najbardziej na świecie. Z ciemnej prostokątnej czeluści wylał się gęsty zapach. Wprost na niego. Nie potrafił go określić. Był lepki i zniewalający. Poczuł przeraźliwy chłód. Białe zimne robaki, oblazły jego ciało jak mięsne kryształki lodu. Z głębi wieka wylatywały czarne grube nitki, niczym kłębowisko węży lub przepalone włókna pajęczyny, polujące na muchę. Oplotły ręce i nogi. Ścisnęły bardzo mocno. Usłyszał trzask łamanych kości. Ból był potworny. Lecz wieko bezlitosne. Po chwili przykryło go całkowicie. Zaczął się dusić. Czuł wyciekającą krew, gdyż ostre krawędzie drewna, wystające ze ścian, wbijały się głęboko w ciało. Białe robaki wchodziły do oczu. Czuł ich nieznośne łaskotanie. Nagle wieko zaczęło się kurczyć. Dusiło swoją ofiarę. Owinęło go swoim drewnianym ciałem. Był jak nadzienie naleśnika. Coraz bardziej miażdżony. Ale o zgrozo, ciągle żył. Może właśnie po to, by mieć możność odczuwania bólu. Nasilał się z każdą chwilą. Wieko nieustannie zmniejszało swoją wielkość. Stał się niekształtnym workiem, pełnym: mięsa i pogruchotanych kości. Aż w końcu zakończył swój żywot, wyciśnięty jak cytryna przez szpary na zewnątrz. Otwarło się. Miazgą jego ciała, zachlapany był cały grób. Śliskie szczątki spływały w strumyczkach krwi, prosto na ziemię. Biała czaszka, przewróciła wazon a skrawki piszczeli, dzwoniły przez chwilę, spadając na kamienie, z nagrobnej płyty. Gdzieś w oddali skrzypnęła otwierana furtka. Nad jednym z dalszych grobów rozbłysła poświata. Widocznie zapalono dużo zniczy. Wieko natychmiast powróciło do swoich normalnych kształtów. Przyjęło pozycję równoległą do ziemi i poszybowało w głąb cmentarza, stukając o pomniki. Lecz owe odgłosy, były coraz mniej słyszalne. Aż nagle zupełnie ucichły. Po jakimś czasie, gdzieś w oddali, na konarach drzewa ukazał się cień. Prostokątny. * I znowu zapadła ciemność. Jedynie wśród grobów, słychać było: ciche, wyczekujące stukanie.
-
Sens Życia Dewiata
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@MIROSŁAW C. Dzięki:)→Właśnie strugam co trzeba:))→Dzięki za gratulacje:) Pozdrawiam:) @Lach Pustelnik Dzięki:)↔Zaraz poprawię:)→Chociaż w takim tekście, to aż... głupio:)) Pozdrawiam:) @Stary_Kredens Dzięki:)→No właśnie:)→Ja też dewiat i kocham wszystkich:)→A co!→Wolno mi:)) Pozdrawiam:) -
mówią że jestem dewiatem a ja chce żyć w zgodzie ze światem coś im się miesza w głowach to chyba jakaś choroba nikomu przecież nie wadzę moja sprawa gdzie kładę a oni bzdury klepią urągają złorzeczą miłuję kupę bliźnich uczonych w piśmie wszystkich rozsądnych głupich wielmożnych nijakich średnich mądrych ateistów pobożnych i wierzących inaczej tych z myśleniem na bakier chudych tłustych i średnich zagubionych i biednych te pola pochyłe oślepione słońcem malowane tyłem oraz z innych nacji większość dziwni tacy nie urągam nikomu chciałbym żyć pospołu ja nikogo nie tłukę skromny ze mnie żuczek nie mówię brzydko nigdy mam w dupie wulgaryzmy w tartaku pieszczę drewno choć złorzeczą mi przednio żadnych wyzwisk nie liczę nadstawiam drugi policzek na przekór miłuję tłumy dziś leci ze mnie strumień łez szczęścia zatrzymać nie umiem niedługo ojcem zostanę bardzo ją pokochałem właśnie przerżnąłem deskę będziemy mieć wiórki pocieszne * sens życia zyskałem wreszcie
-
Krasnalki
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Dzięki:)→Czasami trudno w trującym grzybie, zachować pokój→A kuchni mogli nie mieć :)) A może przez grzybiarzy kanibali... albo raczej... krasnobali...wyginęły:)? Pozdrawiam:) -
w zaułkach niechcianych chwil gniazda tulą ostatnią woń skrzydeł gdzie zwłoki szybowania wiatr związuje w supełki na cukrowych szubienicach w karmelowych pętlach zawsze za wcześnie śmierć szepcze trupim oddechem spójrz na mnie jestem pół rozpuszczone cuchną słodko w horyzoncie zdarzeń łopata wkopuje krzyk w ciszę tęsknotę w zapomnienie wycieka martwy wzrok ze środka źrenic obraz wymaże odłamki motylich skrzydeł ranią zwątpienie zwierciadło łąki spopielonej pomiędzy a nic nasionko wisi pod niebem
-
Ośmioletnia dziewczynka ubrana w czerwoną sukienkę w białe groszki, siedzi smutna i zamyślona pod wiśniowym drzewem. Codziennie tu przychodzi, jak tylko ma czas. Bo czasami zapomni. A to szkoła, a to zabawy w głowie. Takie po prostu zwyczajne. Rodziców już to nie dziwi, że prawie codziennie, ich córka idzie do sadu, rozkłada kocyk i siada. Teraz właśnie, nie wiadomo już który raz, spogląda na drzewo wyczekująco. Pełno na nim różowego kwiecia. Wygląda tak, jakby ktoś konary kwiatkowym lukrem posypał. Słońce snuje ciepłe promienie, między listkami a delikatnymi początkami wiśni. Zuzia ma na głowie wianek z płatków róży. Musi często robić nowy, czasami kalecząc drobne dłonie. Nie przejmuje się tym. Tak naprawdę martwi ją tylko jedno. Drzewo kryje w sobie pewna przykrą tajemnicę. Jeszcze nigdy nie wydało owoców. A ona ma na nie wielki apetyt. Nie wie dokładnie: dlaczego. Wie natomiast, że musi tu często przychodzić... i czekać. Może się pojawią. Zobaczy je wreszcie, by chociaż kilka zerwać i sobie zjeść. Zuzia ma jeszcze inny kłopot. Jest wyśmiewana przez dzieci. A szczególnie przez jednego chłopca, któremu na imię: Staś. – Ty znowu tu? Tylko uważaj, żeby ciebie wiśnia nie zaatakowała. Może cię pożreć – Głupoty gadasz. Nie przeszkadzaj mi. Idź sobie! – Tak... czekaj... aż ci figa z makiem wyrośnie. Przecież wiesz, że to drzewo jest głupie. – Drzewo nie może być: głupie. Głupi jesteś ty. – Skoro jesteś tak mądra, to przychodź codziennie. Żebyś nie przegapiła... wyskakiwania wiśni. Rozbiegną się i co? Już ich nie znajdziesz. – Znajdę. Jestem cierpliwa. – Ooo... cierpliwa. Ciekawe, na ile ci wystarczy tej cierpliwości? – Nie twój interes! Daj mi spokój! Głupek z ciebie i tyle. * Dzisiaj dziewczynka się dowiaduje, że Stasiu ciężko zachorował. Wiele dzieci ma go jutro odwiedzić w szpitalu. Zuzia nie ma zamiaru tak długo czekać. Postanawia iść do niego dzisiaj. Wiadomo, ma trudny, czasami wredny charakter, ale cóż... to zawsze kolega. A kolegę należy odwiedzić. Nawet takiego uciążliwego. Szczególnie w takiej sytuacji. Stoi przy jego łóżku. Słyszy ciche słowa pełne zdziwienia: – Nie wierzę! To ty? Ta, której najbardziej dokuczałem, przyszła mnie odwiedzić jako pierwsza. Jesteś chyba bardziej chora, niż ja? – Powiedz lepiej, jak ty się czujesz? – Z tego co podsłuchałem, już chyba za długo nie pożyję. Przestanę cię denerwować. – Co ty gadasz za głupoty. Mam cię walnąć za to... oj przepraszam. Chorych nie można. – Wiesz co... – Co? – Mam apetyt na wiśnie. Choćby kilka. Właśnie z tego drzewa. Załatwisz mi to. Znasz to drzewo tak dobrze. No co? Chociaż spróbujesz załatwić? – Nie mogę niczego obiecać. – Wiem. Poczekam, ile będę mógł. Staś leży w szpitalu, a Zuzia chodzi do sadu. Teraz codziennie. Zaczyna nawet przemawiać do drzewa, trochę wnerwiona: – Posłuchaj Drzewo. Co ty sobie w ogóle myślisz? Jak długo mam jeszcze czekać? Wiśni mi daj! Ale już! Przepraszam... chociaż trochę. Dla chorego kolegi potrzebuję. Szczerze mówiąc, jest mi przykro, że nie dla siebie, ale w tej chwili on jest ważniejszy. Przychodzę i przychodzę... i co? I nic! Czy ty nie masz litości w gałęziach. Jestem małą dziewczynką, ale już wiele kłopotów życiowych za uszami. A teraz jeszcze to! Nie chcę dla siebie, tylko dla niego. Proszę! Bądź drzewo człowiekiem! Nie machaj gałązką, że nie możesz, bo wiem... że możesz i już! Tego pamiętnego dnia, jak zwykle przychodzi w dobrze znane miejsce. W pierwszej chwili nic nie zauważa. Aż nagle oczom nie wierzy. Na gałązce i to jeszcze blisko ziemi, wisi kilkanaście wisienek. Dużych, ładnych i zdrowych. Dziewczynka stoi jak oniemiała, a jej serduszko bardzo się raduje. Dziękuje pospiesznie Drzewu, zrywa owoce i biegnie co tchu w płucach do szpitala. Wyobraża sobie, jak go ucieszy ten prezent. – Może nawet jedną mnie poczęstuje. Ojej! Nie musi. Nie powinnam tak myśleć. Niestety. Po przybyciu na miejsce dowiaduje się, że Staś przed chwilą umarł. Znowu stoi jak oniemiała, nie mogąc powstrzymać łez. Czyżby wszystko na próżno? A może za wolno biegłam? Lub za długo zrywałam? Kolejny raz zobaczyła go w czasie pogrzebu. Zuzia, kładąc owoce na jego zimne ręce, szeptała cicho: – Weź je na drogę. Chociaż tak sobie myślę, że może już jesteś w innym świecie. Lepszym. Chyba nie byłeś zły, tylko... a tak w ogóle… to będę tęskniła za tym twoim dokuczaniem... głupku. W czasie pogrzebu i trochę po, drzewo zakryły piękne owoce. Po raz pierwszy w swoim drzewnym życiu obrodziło i to od razu wielką ilością. Tak już było przez wiele długich lat. Nawet ptaki omijały je z daleka, jakby wzbudzało szacunek. A owoce właśnie z Tej gałązki, miały najlepszy smak. Wiele dzieci się o tym przekonało. * Tylko Zuzia, po wielu latach nie wytrzymała i wrzasnęła w kierunku Wiśniowego Drzewka: – Czy on naprawdę musiał umrzeć, żebyś ty mogło zaowocować!!
-
? ? – Wyobraź sobie moja droga, że jakoś to przeżyłam. Zresztą sama widzisz patrząc w miejsce gdzie siedzę. – Ależ oczywiście. Spoglądam i podziwiam twoją ogorzałą cerę. Wydobrzałaś tam jakoś, odmłodniałaś… no doprawdy, jestem pod wrażeniem. – No nie, bez przesady, co ty mówisz. Czuję się skrępowana i onieśmielona potokiem jakże miłych, aczkolwiek z lekka krępujących słów. – Jak sobie życzysz. Więcej nie będę, skoro to dla ciebie takie trudne. A zatem opowiadaj jak do tego doszło… to znaczy nie doszło do najgorszego. – Wspomniałam już tobie, że nasz przewodnik, chciał nam pokazać… – A fe… czyżbyś… żartowałam oczywiście. – Pragnę wierzyć, że tak. Na czym to ja stanęłam? – Na przewodniku. – Dziękuję za podpowiedź. Nie masz pojęcia jaka jestem ci za to wdzięczna. – Drobiazg. Mów dalej proszę, gdyż ciekawość mnie rozsadza. – A zatem przewodnik zaprowadził nas omyłkowo… – Pozwól, że ci przerwę. Na pewno omyłkowo? – Sama nie wiem. Raczej tak, bo… nieważne. – A ciebie nie? – Jak widzisz, jestem cała i zdrowa. – Wyglądasz super… lecz wreszcie wytłumacz przejdź do meritum. Dlaczego cię nie spożyli? – Och. Dużo by trzeba mówić. A wiesz przecież, że ja skąpa w słowach. – Naturalnie. Często to powtarzasz. – Powiem krótko… – Zachorowałaś? – No coś ty. A niby czemu? – Przepraszam. Snuj swoją opowieść, gdyż coraz bardziej rozgrzewasz moją kobiecą ciekawość. – Nie zjedli, bo nie znaleźli stempelka… a raczej jego odcisku na mnie. – A niby co miał odcisnąć, że zapytam. Nie dziwi cię takie pytanie, prawda? – Też bym takie zadała… datę ważności. Nie ma jej na mnie. Byli ostrożni. Nie chcieli jeść przeterminowanego produktu. Zresztą trudno im się dziwić. – Och moja droga. Doprawdy miałaś szczęście. Dobrze cię widzieć i słyszeć na żywo. – A wiesz… to jeszcze nie wszystko. Mąż chciał mi zafundować tatuaż z przyszłą rocznicą naszego ślubu. A konkretnie chodziło o 25 – lecie spożycia… to znaczy pożycia. Wyobrażasz sobie, co by było, gdyby ją znaleźli. Wcale by się nie bali. Na szczęście odstąpił od tego zamiaru. – Oczywiście podziękowałaś mu za to. W końcu życie ci uratował, nieprawdaż? – Zostałam wdową. – Nie może być!! A to czemu? Opowiadaj w tej chwili. Jestem taka podekscytowana. – A więc moja miła, było to tak. – Nie przerywaj na oddechy. Mówże! – Przepraszam. To ze wzruszenia i tęsknoty. – Wiem kochanie, ale moja ciekawość tęskni jeszcze bardziej. No nie bądź taka okrutna. Nie każ mi czekać w niepewności. – Dobrze już dobrze. Tylko łezkę wytrę. – Szybciej wycieraj. Proszę! – A zatem wykombinował, że na sobie zafunduje tatuaż… datę… jak długo przewiduje ze mną wytrzymać. Takie coś w rodzaju prognozy. Teraz sobie myślę, że mogłam być straszliwą, wredną jędzą lub czymś gorszym. – Ty? Jędzą? Co ty mówisz. Tyś święta prawie. – Dziękuję za dobre słowo. Gdy znaleźli na nim datę i zobaczyli, do kiedy jadło ważne do spożycia, to ich wódz z radości podziękę mi wystosował. A trzeba ci wiedzieć moja droga, że przystojny był. Same mięśnie. Dobrze wypasiony, lecz nie gruby. A to jego pióro jak stało… – Przestań. Jak możesz tak mówić, skoro twój mąż jeszcze trawiony. Spożyto go na twoich oczach, a ty przeszłaś z tym do porządku dziennego, jakby nic się nie stało. Doprawdy. Pierwszy raz ciebie nie rozumiem. Gdyby mojego zjedzono, to bym… – Co? – Aaa… nic. Opowiadaj. Przepraszam. Poniosło mnie. – Wódz był wspaniałomyślny i wyrozumiały. Wydał polecenie, by czaszkę męża oskórować, gałki i mózg wyjąć, bo to najlepszy przysmak… i jeszcze szaman mnie dziwnie odmienił, w ramach zadośćuczynienia. – No nie. Nie mów, że cię poczęstowali mężowym mózgiem i oczami. A fe. – Co ty mówisz. Skąd w tobie takie pomysły. Dostałam od nich prezent. Chyba się domyślasz jaki? – To ta… na stole. Przyznam, że ładne wzorki na niej. Nawet w oczodołach kwiatki. – Codziennie podlewam jego... oczy. – O... a tu… na kopułce uchwyt… co w niej trzymasz? Mów prędko. – Przyprawy. – No nie! Fajnie. A do czego? – Do mięsa. – Do mięsa? – Tak. Mówię przecież. – Mówisz? – Co tak się powtarzasz. Czyżbyś odczuwała jakiś niepokój? – Niepokój? – Znowu to samo. Pamiętasz na co cię zaprosiłam? – Zaprosiłaś? Na miłą pogawędkę? – Też. – Też? A na co jeszcze? – Widzisz nóż w mojej dłoni. – No… widzę. – To się pomiarkuj, na co cię zaprosiłam. – Na… chcesz powiedzieć… na obiad? – Właśnie. ? ♨️?
-
narzeka krasnalek całe dnie ło jejku ło jejku tak mi źle mała krasnalka smęci też ło jejku ło jejku och jak źle mieszkają w grzybie on też wkurzony że w sobie gości takie pierdoły wtem przyszedł grzybiarz spojrzał na domek smaczne hałasy słychać na dole zaniósł do siebie głodny więc prędko skończyło kłótnie wrzące masełko lecz grzyb trujący już się rozkłada pachnące lasem ciało grzybiarza