-
Postów
2 822 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
3
Treść opublikowana przez Dekaos Dondi
-
Rozkład naszego niewielkiego miasteczka, zaistniał na pustym okrągłym polu. Otoczone górami, w golfa raczej grze nie sprzyja, gdyż żwawo wystrzelone, szybko wracają. Są bardzo wredne i pamiętliwe. Niektórzy zatem trzymają na meblościankach, te pocieszne białe kulki, by od czasu do czasu pomyśleć, jacy naprawdę są lub częściej… jacy są sąsiedzi. Na środku, w centralnym miejscu naszej ukochanej tarczy, spoczywa cmentarz. Też okrągły. Zamiast ratusza, który okrągły nie jest, bo go nie ma. A niby po co? Wszystkie sprawy załatwiamy między sobą. Polubownie, mniej polubownie lub ostatecznie. Stąd potrzeba grzebania zmarłych. Przy stawianiu ogrodzenia powstał konflikt, z której strony ma być wejście, żeby wszystkim wypadała ta sama długość, pod idące nogi. W końcu wybudowano jedną okrągłą bramę, czyli zburzono ogrodzenie. Wytyczono jedynie pas okalający, by było wiadomo, od którego miejsca odczuwać niepokój. Wtedy jeszcze nie wiedziano jakie zjawiska zaistnieją, lecz przeczuwano i stąd taka a nie inna prorocza decyzja. Nikt jednak nie zgadł, że sytuacje zakończy jakaś osoba i to jeszcze taka, której między nami nie będzie. Rada Miasteczka – czyli wszyscy mieszkańcy – jednomyślnie zdecydowała, iż cmentarz jest godny opieki, bez względu na to jak to rozumieć. No bo jakże to. Trzeba przecież pilnować, by jakieś obce siły nie wtargnęły na posesje, czyniąc zamieszanie wśród grobów. Przybyło ich trochę, jednak większość z przyczyn naturalnych. Na przykład ktoś komuś głowę kilofem rozwalił a przecież chciał trafić w naturalną skałę, gdyż akurat rzeźbiarz dłubał, a uderzył przypadkowo też naturalnego modela. * – Mam propozycje. Wybierzmy zgodne małżeństwo, jako cieciów. Zrobimy domek za granicą pasa. Tam zamieszkają, mając dozgonne spojrzenie na sprawę. – Tak, tak. My możemy być. Lubimy takie sytuacje. Żyjemy w zgodzie już od dłuższego czasu i żaden to dla nas problem. – Trzeba was jakoś nazwać, żeby odróżnić od normalnych mieszkańców. – Co ty pierdzielisz. Przecież będą się odróżniać miejscem pobytu. – Kto zbuduje Domek Cieciowy ? – My!! – Tak też myślałem. – My wszyscy. – A oni nie pomogą? – Nie. Od dzisiaj śpią na cmentarzu. Przywyknąć muszą. – Przecież plac budowy zbudujemy... to nie mogą kawałek dojść, by wspomóc rzeszę pracującą? – Nie. Siły będą im potrzebne do czegoś innego. – Co racja... to zjeść. – Właśnie. Na wewnętrznym obrzeżu cmentarza stoją dwa domki. Deklarowana zgoda okazała się nie zgodna z ich tradycją małżeńską. Problem polegał też na tym, że trzeba było wybudować ogrodzenie, żeby domki mogły spoczywać, po obu stronach bramy a oni żeby wiedzieli, gdzie koniec cmentarza a początek miasteczka. Jednym słowem: konkretny obszar do zerkania, otoczony półtorametrowym murem. * – Proszę księdza! Ruszajmy wreszcie. Wiadomo przecież jacy oni niecierpliwy i co może z tego wyniknąć. Nawet już tam nikt nie chodzi. Chyba że poziomo do ziemi. Ciągłe kłótnie słychać. Jak walną powtórkę… a jest na to duża szansa, to znowu beðzie problem – Wiem córko, wiem. Ale cóż. Nie zbadane są ścieżki Pana. – Ale ich na pewno. Nie mieszkają daleko od siebie. Po obu stronach ganku i tui. – Jak nie chce im się wychodzić, to wychylają głowy z okien, drąc się wniebogłosy. – Takich głosów niebo nie potrzebuje. – Fakt. Zagłuszają chóry anielskie. – Trąby jerychońskie przy okazji. – Nawet kiedyś marmurowy aniołek odleciał wnerwiony z pomnika, zatykając sobie uszy. – A znicz był dziwnie przygaszony. – Zakłócają spokój świętych pamięci zmarłych. – Nie wszystkich. – Co nie wszystkich? – Świętych. – Bez przesady. U nas sami spokojni. – Tak. Głuchoniemi, martwi lub co akurat śpią. * Kondukt zbliża się do cmentarza. Brama otwarta. Tego jak zwykle dopilnowali. Trzeba im to przyznać. Mieszkańcy idą z lekka spłoszeni. Ciekawie, co dzisiaj za hece wynikną. Różnie to z nimi bywa. Chociaż przeważnie rytuał jest zachowany. Okazuje się, że chyba dzisiaj też. Póki co nowości nie wprowadzają. Trumna przekracza granice cmentarza. Z obu stron wyskakują dziwne stwory, przypominające ludzi. Od czasu angażu i otrzymania umowy na czas nieograniczony, są znacząco podobni do podopiecznych, leżących dłużej od innych. Nie śmierdzą jednak. Mają na sobie czyste i schludne pośmiertne plamy. Niektórzy by nawet woleli, żeby śmierdzieli a zachowywali się w miarę normalnie. Nic z tego. To co zawsze. Walka o trumnę i jej wkładkę. Każda ze stron ma wykopany grób i nie chce, żeby pozostał pusty. Tu chodzi o prestiż. W końcu są nie tylko cieciami, ale czymś więcej. Kopią doły i nie chcą żeby zostały samotne. Takie coś ich cholernie dołuje. A że nieurodzaj i trumna zawsze jedna, to walczyć trzeba. Tak zwani żałobnicy – gdyż nieboszczyk był jaki był – odbiegają na wszystkie strony, robiąc kółeczko i scenę do zdrowej rywalizacji. Trumna spoczywa na ziemi. Po obu stronach dyszy i podskakuje: groźnie małżeństwo cieciowe. Jak zwykle w takiej sytuacji, zabiegają o wsparcie zgromadzonego tłumu. Przecież sami by trumny na miejsce nie zanieśli. I jak zwykle ktoś podaje urnę. Inni wyciągają kartki i coś do pisania. Początek wyborów. Kto pomoże żonie a kto mężowi. Wspomniani robią wszystko, żeby się przypodobać. Całun agitacji przykrywa wszystkich. Jedna ze stron tańczy na trumnie a druga czyni salta przez groby. Zapobieganie o głosy wyborców przybiera na sile. Kto dostanie więcej, temu pomogą w zaniesieniu pakunku i włożenia go do grobu. A poza tym, zwycięzca otrzyma niezwłocznie kasę, a drugiej stronie pozostanie ręce w geście rozpaczy rozkładać. Nagle nastaje cisza jeszcze bardziej cicha niż w grobach. Prawie ciemność napływa zewsząd. Nad drzewami pojawia się ciemna, pulsująca plama. Coś zaczyna z niej kapać. Tyle, że krótko. Jedna z kropli trafia tańczącą na trumnie. Zgromadzeni uciekają w popłochu. Doszło do tego, co dziadowie z fajek dziejów wydmuchali. Żona grabarza, przeistoczyła się w straszną Grabrzycę. Pożoga i zniszczenie nawiedza cmentarz. Wspomniana w powyższym akapicie, szaleje na cmentarzu. Jedyne pocieszenie jest takie, że nie może wyjść poza mury obronne. Wyglądem swoim nikogo nie dziwi. Zwyczajowe czarne okrycie z jeszcze bardziej czarnym kapturem, pod którym można dostrzec, trzy żółte oczka z niebieskimi rzęsami i barwnymi powiekami. Ludzie stoją bezpiecznie na zewnątrz, patrząc jak groby fruwają, kawałki drzew tudzież zwłoki. Nic jednak nie wylatuje poza ogrodzenie. Dobre chociaż to. Będzie więcej miejsca dla żywych. Ciemność się wzmaga, lecz niektóre znicze jeszcze świecą. Nad okalającym ogrodzeniem, tłum widzi mniej więcej połowę Grabarzycy. Jest wysoka. Płachty odzienia fruwają jak skrzydła ogromnego kruka, na tle gwiazd i księżyca. Sukienka płonie, zapalona od świeczki. Postrzępiona, żółta poświata, okala zgromadzonych. To fajnie. Ciekawiej, chociaż straszniej. Właśnie Grabarzyca pochyla się nad czymś. Odwraca głowę w kierunku zerkających. Mogą dostrzec dwa żółte oczka, zakrywane na ułamki sekund, trzepoczącą mroczną szatą. Dwa, gdyż jedno omyłkowo wydłubała kamiennym sisiolkiem aniołka. Obserwujący rodzą niecierpliwość. Obowiązki czekają a tu trzeba stać i patrzeć. Jak długo to jeszcze potrwa. Nawet męża Grabarzycy nie widać… a jednak widać. Biegnie do nich od strony miasteczka z uśmiechem dziwnym na twarzy. Obok podskakuje jego małoletni krewny… gdzieś z głębi kraju. Przyjechał specjalnie. Też radośnie zadumany we wszystkim. Grabarz krzyczy do nich z daleka: – Pamiętacie? – Pamiętamy, ale co? – Przepowiednie. – Że gdy się pojawi… – … to trzeba ją wystraszyć… – ….i wtedy powróci do zwykłych kłótni… – … o kłótniach tam nie ma. – Ciekawe kto ją wystraszy i czym? – Ja! Tłum patrzy na dzieciaka głupkowato. On? To małe żabstwo? Nagle milkną w uwagach swoich, bo muszą krzyczeć. Chłopiec biegnie w kierunku zdarzeń, niecierpiących zwłoki. Przekracza jego granicę. A tam nadal szaleje Grabarzyca w odmętach cmentarza. Właśnie otwiera kolejną urnę. Wsypuje zawartość do ust. Przełyka i piekielnie głośno beka, szaro dymiąc z ust. Aniołek spada, znicz gaśnie, kwiaty więdną, robak zaprzestaje wcinać młodego trupka a w pozostałych grobach od tego wszystkiego szczęki opadają. – Siostrzeńcu – krzyczą wszyscy – wracaj. Ona cię rozszarpie. Nie widać, żeby miała poczucie humoru. No chyba, że specyficzne. – Spoko! Nie martwcie się – drze się jeszcze donośniej. – Długo oglądałem i doszedłem... – W takiej chwili? – ... do wniosku, że jednak od niej brzydsza. Zdecydowanie nawet, chociaż do rany przyłóż. – Kto? – Cicho być!! Zaraz jej pokażę. Powróci do swoich z przerażenia. – Co ty bredzisz – szumi tłum w połaciach zgrozy. – Wracaj. Młodyś jeszcze. Życie przed tobą. – Kurdę… jest problem. Wujek jednak nie padł… no nie. Spoko. Nie dowidział od dłuższego czasu… a rodzina się przyzwyczaiła… bo co miała zrobić. – Co ty tam brzęczysz? – Zaraz jej pokażę. Ona zobaczy po raz pierwszy. To będzie dla nie prawdziwy szok. Panika się nasila. Zgromadzeni widzą ponad murem Grabarzycę. Trzyma wybawiciela w sinych rękach na wysokości twarzy. Chucha na niego powiewami rozłożonej zgnilizny. Zaraz mu głowę urwie lub co tam natrafi. Kamienny aniołek wylatuje poza cmentarz i szybuje gdzie pieprz rośnie, kamiennie mlaskając. Nie chce na to patrzeć. Reszta też nie nie chce, ale cóż poradzić. Skoro już tu są. Nagle uwięziony zaczyna wyjmować coś ze spodni. Niektórzy odwracają głowy zniesmaczeni dedukując, że raczej tym jej nie wystraszy. A on trzyma w rękach jakiś mały prostokącik. Na wprost oczu Grabarzycy. Ta zastyga w przerażeniu, niczym spanikowany słup soli… by po chwili zrobić się mniejszą, ubraną jak kiedyś i marudzącą na męża swego, chociaż nie wie, gdzie on jest. Wszystko wraca do normy. Tylko cmentarz trzeba odbudować, aniołki wyłapać oraz urny uzupełnić. * Kondukt pogrzebowy zbliża się do cmentarza. Nad bramą, na pamiątkę wydarzeń, w ozdobnej obudowie spoczywa Fotografia Ciotki. Jak ktoś koniecznie chce, może przystawić drabinę, uchylić drzwiczki i sobie przypomnieć widok. Na własną odpowiedzialność. Ostatnio jeden spadł. Właśnie go niosą.
-
Jestem Wielki – Niby z ciebie taki wielki a o półpauzie przed J zapomniałeś Po diabła pauza. Wygląda jak ogon z przodu. Zresztą mnie wygadujesz a sam kropki na końcu nie masz. – Nie jestem pieprzonym leżącym i - Spójrzcie. Mam półpauzę z lewej. Można się przełamać. – To ma być półpauza Jakby mucha nasrała. – Cicho wy! A temu co się stało. Musiałeś wykrzyknąć takim wielkim wykrzyknikiem. Tu dzieci Interpunkcji śpią. Nie winne za wyczyny rodziców. – Przepraszam… jam tu obcy. Czy to u mnie na początku… to półpauza. – Nie. Jedna druga. – To w końcu jedna czy druga? - Oczywiście… musiał się pochwalić pytajnikiem. – No co ty. Zapytałem więc pytajnik. A u ciebie dywiz na początku, patałachu. • Dywizja To już wojna wśród nas Mogłeś zadać pytanie retoryczne. ~ Co tu się wyprawia. Się wnerwiam i się denerwuje. – My też. Trzy razy się. Się dobrze czujesz. I jeszcze się kropa na początku przypałętała. Dobrze, że chociaż przecinki poszły w cholerę. Upierdliwe paskudy. Nigdy nie wiadomo… – A temu co. Znowu kropki. Na dodatek trzy sztuki. Tu portal literacki a nie części zapasowe do biedronek. • Kropki nas nie opuściły. Zarazy jedne. Tylko jemu poskapiły obecności. Gdzie sprawiedliwość. – Skoro to portal literacki to dlaczego tyle głupot napisaliśmy. Nie my autor dziwak. – Dawać go tu A gdzie pytajnik - No tu ? Wrzuć go do góry palancie. Za napisaliśmy. – Autora tego bez kropki – Autora to w ogóle poza stronę. Niech sobie wsadzi interpunkcję. • W to miejsce którym zazwyczaj myśli gdy pisze ?¿ – Taa tylko nam wstyd przynosi a po ciula dałeś dwa pytajniki a ten drugi dziwny jakiś. Głupiś On jest pytajnikiem innym inaczej. – Taa Ciekawe do jakich końcówek będzie przydatny. • Do końcówek pytań rzecz jasna. – Skąd mam wiedzieć? Trza zapytać szamana Myślnika. On dużo wie. - O ile mi wiadomo w tej chwili jest na pauzie ,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,,, – Cholera zwiewajmy! Przecinki przed tobą z prawej. Atakują kolektyw i pasują jak wykrzyknik do zwłok. • Zawołajmy entery. Rozdzielą nas i będzie przecinasom trudniej trafić. Nie mamy tyle kasy a entery zachłanne. Każą sobie płacić powabnym ortami. ~ Chybu nie mumy zbut wieli. • Nie. To jeno literówki. ~ Ile procent % – Twardą spacją im przywalić! Zrobić z nich kropki i wykulać poza stronę! – Nie pytaj, tylko działaj? Daj przykład? Jestem autor. Coście porobili z moim tekstem, łobuzy zatracone. Toż to gorsze od chaosu! Ja tak nie napisałem. Jeżeli to próba buntu, to chyba wiecie co trzymam w ręce? –– –– Chyba nie – A właśnie że tak. Rózgę czarodziejską Delete. • O kużwa!!!!????……….,,,,,,,,– –– -%%%%
-
szubienica z patosu zrobiona pętla grafomańska kark zgniecie skonam nie bardzo stłamsi i zasmuci kiedy postara się dno zadusić lub gilotynę zamówię mejlem srebrnym ostrzem posłuży wiernie zetnie zaimki dopełniacze wyrówna rytm rymy zmieni z wiersza co złe zdoła wyplenić a kaci znawcy sprawnie utną co psuje całość ostrą przerzutnią biedny poeto tak się nie spinaj :( jeszcze ci pęknie weny sprężyna
-
? Ɲɑsíօղƙօ ?
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Sylwester_Lasota Dzięki:)→Masz całkowitą racje. Jak to w życiu. Nie zawsze rytmicznie i bez chaosu:) Pozdrawiam:) @Koziorowska Dzięki→Też→ Pozdrawiam ciepło:) -
__//-- Jego wyliniały płaszcz wygląda tak samo, jak pies idący przy nim. No… może zwierzę bardziej ekskluzywnie, bo mniejsze. Mniej się rzuca w oczy. Czyje? Chyba tylko jego pana? Nikogo więcej na ulicy nie ma. Owszem. Są. Zaropiałe od rdzy samochody, wybite szyby w oknach, wszechobecna roślinność i ledwo stojące domy. Kamienne, popękane figury, świecące pustymi oczodołami okien. Najgorsze jest to, że nie wiedzą skąd się tu pojawili. Pies nie wie, bo taka psia natura. Człowiek nie wie, bo nie ma czego wiedzieć. Całkowity brak wspomnień. Jakichkolwiek. Nawet odrobiny. Wędrują już od dłuższego czasu. Słońce właśnie zachodzi. Promienie prześwitują przez sczerniałe i suche gałęzie drzew. Nawet ptaków nie ma. I ta wszechobecna cisza, przerywana od czasu do czasu, szczekaniem psa. Chyba jedynego na świecie. Tego co kroczy wiernie u boku swego pana. Człowieka przestało cokolwiek dziwić. Może poza jednym. Nie odczuwa głodu. Tak samo pies. No i dobrze. Tu nie ma nic do jedzenia. Wszystko zostało strawione dawno temu. Gdy jeszcze jeździły samochody, a ludzie uśmiechali się do siebie nawzajem lub zabijali czym popadnie. Te dwie istoty tego nie wiedzą. Pojawiły się nagle. Nie wiadomo skąd. Dla nich świat prawdziwy to ten, co widzą i odczuwają teraz. Nie było żadnego przedtem. Kolejna rzecz go zastanawia. Że się może zastanawiać. Myśleć w określonym języku. Gdzieś na skraju świadomości zostało coś, co zostało mu kiedyś wrzucone. Odrobinki tego co nie pamięta. Nie kombinuje w ten sposób, że o czymś zapomniał. Raczej dziwnie czuje, że nie jest umysłową całością. Że kiedyś było w nim coś, co mu odebrano lub nie miano co odebrać. To by było jeszcze gorsze. Robi się ciemno. Pies co jakiś czas szczeka, jakby bez przekonania. Nie wie, że głos słyszy tylko jedna osoba. Nawet nie wypłoszy szczura tym szczekaniem. Chyba jedynie uśpione echa. Nie wie czegokolwiek. Tak samo jak jego pan. Pod tym względem są sobie równi. Wiedzą, że nie wiedzą tyle samo. A może nawet tego nie wiedzą. Nie rozpoznają deszczu, który zaczyna padać. Pierwszy raz go widzą. Coś im kapie na głowy. Nie chcą tego. Jakieś małe potwory, rozbryzgują się na ich ciałach. Co to w ogóle jest? Nie mogą się tego pozbyć. Pies biega w kółko, lecz to nic nie daje. Człowiek nie biega. Stoi zrezygnowany. Co go jeszcze czeka w tym nieznanym świecie? * Po jakimś czasie. * – Wiesz co – powiedział Pies do swego Pana. – Nie miej mi tego za złe, ale zagryzę tego narratora. W takim świecie w którym nas wymyślił, raczej nie wyżyjemy. – Skąd o nim wiesz skoro nic nie wiemy? – Nie wiem. Ale mam zęby. – Hmm… może i racja. – Wiem co szczekam. Spoko. – No nie wiem… – Tak czy siak, będziemy mieć chociaż nadzieję, że narratorem zostanie ktoś inny. Wymyśli lepszy świat, zapełni nasze umysły wspomnieniami… o czym to ja szczekałem? – A w ogóle szczekałeś?
-
(część instrumentalna) następny dzień a ty jak wariat śnisz na nowo kiedy się zbudzisz stwierdzisz odejść trzeba już gardło podcina przyszłość swoim bezsensem chwile nie wrócą choć byś tu klęczał cały wiek tyle prawd nazwałeś kłamstwem chociaż umysł płynął w dal zgasło światło ślad pozostał szary pusty już nie ten wtedy słowa twoje czy na zawsze pochłonęła kartki biel może ciemność w tobie bezsilność mordercy dnia (część instrumentalna!) dostrzegasz kwiat ukochany diament tej łąki gdy go rozgnieciesz zabijesz jego delikatny blask nigdy nie wróci żeby rosnąć tutaj jak kiedyś lecz być może jakaś inna gdzieś w dali jest * tyle kłamstw nazwałeś prawdą chociaż umysł płynął w dal zgasło światło ślad pozostał szary pusty już nie ten wtedy słowa twoje czy na zawsze pochłonęła kartki biel może zmieni zwątpienie w mrok co nie pokona dnia * spójrz w złote lustro obraz za mgłą widzi ciebie a może dotknij by nie zwątpić to chociaż ramki znajdziesz cień i lśnienie * czy zawładnie całym tobą przeistoczy w inny sens poszybujesz nie przy ziemi lecz wysoko gdzie echo twoje jest
-
Karawan klekoce na martwych kocich łbach. Są z kamienia. Tak samo jak serce nieboszczyka, którego ów pojazd musi transportować. Odgłosy kół współgrają z tupotem końskich kopyt, o twardą śliską powierzchnię. Dwie srebrne szarfy wiewają po bokach czarnego transportera. Upodobniają go do wielkiego ptaka, który chciałby wzlecieć, lecz nie może. A już na pewno nie w kierunku zachmurzonego nieba. Woźnica na koźle podskakuje to w jedną, to w drugą stronę. Śmierć na drągu patrząca w końskie ogony, miałaby podobny wygląd. Gęste krople deszczu bębnią o dach, jakby kosa na werblach grała. Przez brudne szyby widać zarysy trumny. Bez żadnych kwiatów. Nawet takich, co już dawno zwiędły. Karawan trzeszczy i podskakuje. Gdyby drewniana skrzynia zawierała śmietanę zamiast zwłok, to zapewne na cmentarz dowieziono by zjełczałe masło, gdyby przeniknąć w głąb myśli żałobników. Nad głowami szeleszczą zmoknięte transparenty o dość niecodziennej treści, jak na taką okazję: „ostatnie pożegnanie wreszcie” lub „w szczęściu pogrążona rodzina”. Twarze są uśmiechnięte a niektóre płaczą. Nie z tęsknoty za zmarłą osobą, tylko z radości, że wreszcie na cmentarz go odprowadzą i zostanie zakopany. Może aż tylu by nie szło, ale każdy chce zobaczyć na żywe oczy, że to zakopią napewno. Buty taplają w brudnych kałużach, raz po raz zakłócając spokój odbitemu Słońcu. Uchyla ono zza chmur rąbek tajemnicy, o której jeszcze żaden dreptający w niecierpliwości, nie wie. Orszak zaczyna iść pod górkę, lecz wytrwale kroczy do przodu. Krople deszczu coraz większe, a zachmurzenie coraz czarniejsze. Końskie kopyta co jakiś czas, wpadają w poślizg, na zboczach mokrych kamieni. Z krawędzi nielicznych parasoli płyną strumyczki wody. Wlatują innym za kołnierz, szukając tam cieplejszego kąta. Niektóre napisy spływają z transparentów. Trudno cokolwiek odczytać. Płacz ze szczęścia, wymieszany z deszczem z ciemnych chmur, wiatr rozwiewa na wszystkie strony. Nie wiadomo już gdzie pochowano prawdę. Stromizna coraz większa. Konie ledwo ciągną co mają z tyłu. Droga coraz bardziej wyboista. Karawan klekoce jak stado czarnych bocianów, podskakując na wybojach. Nagle trumna uderza w drzwi. Po chwili jest w połowie na zewnątrz. Przerażeni ludzie zaczynają ją wpychać do środka. Dłonie suną po mokrych bokach. Widać podeszwy podniesionych butów oraz słychać podniesione głosy. Słychać dopingujące nawoływania: do środka z nim. Jednemu rękę zakleszcza uchwyt. Nie może jej wyciągnąć. Wrzeszczy, że mu trumna dłoń urwie, gdy spadnie na bruk. A ona jakby na zawołanie, jeszcze bardziej wyłazi do tyłu . Niebezpiecznie opada w kierunku drogi. Żałobnicy na końcu pchają tych z przodu, by mieli więcej sił do pchania trupiej chatki. Deszcz jeszcze bardziej jest naglący. Słychać: sapania i bębnienie kropli o trumnę. Dłoń ciągle tkwi w potrzasku. Jakby ją ręka trupa od środka złapała. Na szczęście teren powraca do poziomu, a zawartość do środka. Słychać oddechy ulgi. Są blisko cmentarza. Nagła zmiana pogody. Białe pierzaste chmurki płyną wesoło po bezkresie nieba. Nastaje czas schowania trumny. Wokół słychać doping: szybko schować! szybko schować! Tyle tylko, że skrzynia tego nie chce. Co ją wpuszczą do grobu, to na nowo na wierzch wzlatuje. Goście zaczynają dreptać z niecierpliwością. No jak tak można ludzi w jajo robić i to jeszcze na pogrzebie. Co na to zakład pogrzebowy. Patałachy jakieś. Jak długo mamy czekać do pewności. Trumna w dalszym ciągu wisi z pół metra na dołem i ani myśli być w nim. Niby złowieszczy uparty zeppelin na sprężynującej poduszce. Czterech facetów na niej siada. Nie wiele to pomaga. Na jednym z uchwytów widnieje czerwona plama i strzępek skóry. Ludzie nie odchodzą. Zaczynają szemrać między sobą. Z boku stoi mała dziewczynka. Nikt nawet nie zauważył, że za nimi tutaj przyszła. Nic nie wiedziała o tym człowieku, co tam sobie leży. Czy był dobry, czy zły. Komu zrobił krzywdę a komu nie. Wie natomiast, że kiedy ona strasznie nabroiła, naprawdę paskudnie i wszyscy na nią wrzeszczeli, nie słuchając jej tłumaczeń… to tylko nieboszczyk obdarzył ją szczerym uśmiechem. Tylko tyle zapamiętała i tylko dlatego tutaj jest. Przy grobie coraz większe zamieszanie. Trumna nadal szybuje nad grobem. No chyba, że ją popchnąć, to wtedy płynie jak żaglówka obijając nagrobki. Wtem ktoś wpada na pomysł, żeby ją otworzyć. Może to jakaś maskarada obcych. Licho wie, co tam w środku siedzi. Niektórzy są przez to przeciwni. Żywią obawy, że coś na nich wyskoczy i rozszarpie nieskazitelne ciała. Aż w końcu przeważają głosy tych, którzy są za otwarciem. Aczkolwiek półgębkiem. Dziewczynka wpada w irytacje. Co oni od niego chcą? Dlaczego nie dają mu spokoju? Może gdyby dali, to sam by nakierował swój drewniany kubraczek do grobu. Miałby wreszcie święty spokój. Wyskakuje z krzaków na środek, wrzeszcząc: – Przestańcie pierdolce jedne!!! On nie był taki zły. Poczęstował mnie uśmiechem. Łapy precz od jego domku… a zresztą otwórzcie! Zobaczycie, że wcale nie taki łobuz. A nawet jeśli, to teraz na pewno jest inny. Może żałował za wszystko… pogięło was czy co!? Szukajcie kamieni. Ciekawam który rzuci. Nienawidzę was. Żeby tak nad grobem cyrk odstawiać! Dziewczynka oparta rękami o kolana, sapie w absolutnej ciszy, gdyż zgromadzonych nieco zatkał ten wywód. Nagle ktoś nieśmiało pyta: – No i… otwieramy? Nie słyszę sprzeciwu. Podniesiono wieko. Zawartość wszystkich zatyka. Nawet bardziej, niż przemówienie dziewczynki. Stoją tylko i nic poza tym. Trumna jest pełna masła. Niezjełczałego. Pachnącego i świeżego. Pod spodem nie ma nieboszczyka. Sprawdzono sztachetą od transparentu. Jak sprawdza się ciasto, czy już można z pieca wyjąć.
-
@Bożena Tatara - Paszko Dzięki:)→W sensie logicznym, niewątpliwie Masz racje. Tylko nie wiadomo, kim jest Głos? A odgłos ''buma''→nie zlależy od tego, czy ktoś go słyszy. I tak by był:)) Co do ''rozpizdrzone''→to chciałem tak→kontrastowo→dosadniej. Ale może faktyczne zmienię→gdy mnie napadnie→synonim:) Też Pozdrawiam:)
-
małe nasionko wspomnienia z liści wchłonęło oślepione dobrocią drzewa nie wiedziało czy tylko być czy ciemność zapraszać dla równowagi by nie szybować do lepkich cząstek czasu i tak jak one wolno śnić wiedziało dużo lecz za mało by myśli uchronić do jasnego świtu przez cienkie drgania przyszłości cały las ogarnąć a przez przeszłość pokochać go jeszcze bardziej długimi chwilami tęsknoty i lęku kropelkami rosy namalować deszcz ? spójrz czy widzisz te rajskie ogrody ozdobione cierniową wstążeczką gdzie w przezroczystym rdzawym krysztale mały kwiatek śni snem ostatnim a poziomki czarną porzeczką w strumieniu nadziei zmąconym mrokiem w czasie płyną chwile skalane małe nasionko leży samotne myśli sobie czy będę wkopane zgasło światło w pestce owocu zasiane w ziemi zakwitnie w ciemności lecz może z porzeczki źródło popłynie płatki kwiatów oczyści z podłości spójrz czy widzisz te rajskie ogrody w całunie ciszy chusteczki białej niebo jest nisko prawie przy ziemi wyrastasz dotykasz lecz znowu więdniesz gdyż chęć wzrastania zabrała ci wszystko co posiadałeś tam woda płynie zmieni nie zmieni no co nasionko zaryzykuj przestań płakać wkop się do ziemi ? w maleńkim nasionku więziona nadzieja wyjść biedna nie może na zewnątrz spoziera w miejscu tym szumi drzewo potężne pełne empatii jego gałęzie gdzie jesteś nadziejo? we wszystkich konarach nie dała mi zginąć we wzrost drzewa wiara z podciętego pnia wypływa gęsta żywica światłem jutrzenki spowita
-
jedni drugich w łyżkach topią beczki soli nieruszone w cudzych belki wciąż się tłoczą bliższe koszule kreują modę a środowisko rozpizdrzone aż kiedyś słyszą jak sobie chcecie wszystko jedno mi następnie bum!!! wciśnięte delete
-
TakitamWpis / jan_komułzykant →Dzięki:) Ten zestaw wrzucony do ''wody'' o bardziej!!→ lepszy. Jeszcze jeno falowanie z lekka potrzebne i przebłyski słońca→ale takie na poziomie→Pozdrawiam:))
-
Część 1 Starego Wampira wybudzają dziwne głosy. Otwiera oko. Po chwili drugie, żeby zobaczyć czy to pierwsze otworzył. Otworzył. No to patrzy. Widzi szyberdach, co mu zaprzyjaźniony Wilkołak wygryzł w wieku trumny. W okienku okrągły Księżyc puszcza do niego uśmiech, z Panem Twardowskim na czubku. – Hop hop – woła ów pan. – Czas wstawać leniu. Krew krzepnie z tęsknoty za tobą. No dalej, hej siup... ty baniaku ze wspomnianym płynem. Rodzina czeka. Obchodzisz dzisiaj Święto Jedynego Kła. No nie… tylko nie mów gryzaczku, że zapomniałeś, bo zajdę za cumulusa i żadnej imprezy nie będzie. Starego Wampira wzruszenie jak krew zalewa. Aż czerwone krwinki wpadają na białe, gdy gramoli przepite członki, uprzednio odrzucając dębowe wieko, razem ze srebrnym globem. Sędziwe ma ciało, ale przecież nie dziurawe. Płynne siły z niego nie uciekły. Swoją krzepę to on ma. Wiadomo od czego. Od wieków. Przed chwilą miał nadzieję, że wstanie owiany ciszą i spokojem. Posiedzi, poduma... o gardłach, żyłkach i tętnicach. Przy okazji jedyny ząb oskrobie z czerwonawej rdzy. Drugiego też ma, ale on się do święta nie liczy, bo sztuczny. – Dziadku, dziadku, jak fajowo, że wstałeś – słyszy piskliwy głosik małej wnuczki. –Sama przyszłam po ciebie, wiesz? Żadne strachy mnie nie obleciały. Wypiłam trochę wody ze strumyczka. – Wody? – dziadkowi na czole wystąpiło zmarszczone zdziwienie. – Ale później trochę wypiłam z małej sarenki. Nie zrobiłam jej krzywdy. Tylko taką malutką dziureczkę. Ona później odskoczyła. To znaczy sarenka. Nie była na mnie zła. Ale stary rogacz sobie przyszedł i wtedy miałam luzy w odwadze. A ty dziadku… też miałeś luzy? – Ty moja słodka Białokrwinko. Oczywiście, że tak. Przed ślubem z twoją Babcią. – Pogryzła cię Dziadku? – Tak… to znaczy… trochę. Dałem jej wtedy buteleczkę. – A z czym, dziadku? Jestem jeszcze malutka, ale ciekawość mnie ssie. – Dlatego masz taką postrzępioną czapeczkę z błękitnymi żyłkami, tak? – Oj Dziadku. Ty odbiegasz od tematu. Widzisz chociaż metę? – A o co pytałaś, ty mój Ząbeczku – Z czym była buteleczka? – A to ci powiem, że ze mną. – Nasikałeś do niej? A fuj, dziadku. Niegrzeczny byłeś! – Ty mój Purpurowy Strumyczku. Taka rezolutna dziewczynka powinna wiedzieć. A co piłaś z sarenki? – Wodę, dziadku. Przecież wiesz. – To ci nowina. Czyli sarenka biega na wodę? Tak? – No trochę była czerwona. Pomyślałam sobie, że sarenka dużo łazi w lesie, więc woda czerwona z wysiłku. No dziadku, co tak groźnie łypiesz zębem? – Oj wnuczko. Nie groźnie, tylko z powątpiewaniem. To była krew. – A co to? – My to pijemy. – Dziadku. No coś ty! Będę chyba wymiotowała… chwileczkę… to ty babci, wtedy ofiarowałeś… to? – To. – I co? – Wypiła. A później mnie ugryzła… ta moja Hemoglobimka. – Smakowało jej? – A jakże! – Mnie też smakowała z sarenki. Pycha. – Nie będziesz wymiotować, ty mój Pulsaczku? – Skoro cała nasza rodzina to lubi… to ja też będę i już. Zadowolony? – Dwoma kłami. Moim i sztucznym. – No to walmy na imprezę. – Walmy? Za moich dawnych ciućkań, tak brzydko nie mówiono… moja ty Cięciożyłeczko. – Spoko, dziadku. Wieko na trumienkę, zakluczyć i jazda. Część 2 – No dalej dziadku. Musimy już iść. Toast krzepnie w kieliszkach. Staremu wampirowi wypadł sztuczny ząb. Teraz to już naprawdę pasuje do święta. Lecz nie spieszno do wyjścia. A przynajmniej nie tak – rach ciach – już idę. Lubi sobie golnąć przed podróżą. Taki ma rytuał. Nigdy nie wiadomo, czy napotka jakieś „naczynia”. Wnuczka to co innego. Jeszcze mała. Wystarczy, że z myszki wyssie i wystarczy na pół nocy. Aczkolwiek nie lubi patrzeć na wyssane skórki, gdzie ino trochę mięska i kostek w dłoniach zostaje. To go napawa obrzydzeniem. Już jego – krwi pamięci – dziadek, zamykał oczy, gdy małe zwierzątka dusił. Oczywiście w czasie kryzysu gospodarczego, gdzie nawet z ludzi trudno było uzyskać pełnowartościowy napój. – No dziadku. Ruchy ruchy – wnerwia się wnuczka. – No co tam grzebiesz przy tej małej trumience. Nie wyciągaj tego dziecka. Ono jest nieświeże. Spływa ci z rąk. Dawno nie żyje. Plama pośmiertna zwisa ci ręki. No co ty dziadku. Nie pij z niego!! Fe !! Oczu nie masz… albo węchu? – O kuźwa, wnuczko. Rzeczywiście. Namieszałem. Otwarłem nie tą co trzeba. Stary wampir naprawdę namieszał. Podchodzi do innej trumienki. Tym razem trafia. Otwiera wieko. Dużo różnych – prawie pełnych buteleczek – stojących jak żywe żołnierzyki na warcie. To jego barek. Żelazny zapas. Uzupełnia w miarę możliwości przerobowych. Ma już swoje lata. A może nawet więcej. Już nie te siły, co w czasach świetności. Gul gul gul – słyszy wnuczka. – Dziadku. Goście czekają. Przestań mi tu gulgotać i mlaskać, bo mnie to wkurza. Trochę kultury dziadku. Nie dosyć, że chcą wyprawić twoje święto, to jeszcze mają ciebie błagać na czerwonych krwinkach, żebyś raczył przyjść, tak? – Kochana wnuczko – gul gul gul – musisz dziadka zrozumieć. Dziadek ma tylko jeden samotny kieł. Dziadkowi wycieka – gul gul gul – po bokach. Dziadek musi sobie miseczkę podstawiać, żeby nie zmarnować. – Na przyjęciu będzie więcej, więc nie marudź. Nie musisz tutaj tutać. Mamusia i tatuś mówili, że idą na romantyczny spacer. Wtedy jeszcze nie wiedziałam o jaką romantyczność chodzi. Zapytałam tylko: po co wam te baniaczki? Odpowiedzieli: „Na czerwoną galaretkę”. Ładna mi galaretka –– myślę sobie – skoro już wiem o co biega. No… czyli... krwawy stół będzie. Jak tra la la. Bez obaw dziadku. – Jak ja cię kocham, moja wnuczko kochana. Widzę, że leży ci na sercu moje dobro. Chcesz wylizać miseczkę? – Nie, dziękuję. To kwestia higieny. – Jak chcesz. – Ale ja nie chcę. – No właśnie mówię. Nie ważne... zakryję tamtą trumienkę. – Zakryj dziadku, zakryj... i napisz kartkę na wieczku: „Nie otwierać” . Na wypadek, gdybyś chciał znowu… no wiesz. Zresztą niech malec ma spokój. Po co ma być gnieciony przez jakiegoś wampira. – Oj wnuczko. Tylko nie… jakiegoś wampira, bo mi przykro. – Przepraszam dziadku. To z emocji. A tak a propos… możemy już wreszcie iść. Bo w końcu po nocy, dzień księżyc schowa… i święto przepadnie. – No to przepadnie. Może i lepiej. Głupio mi tak przed rodziną z jednym zębem. Będą podśmiechujki robić ze mnie. A jak jeszcze zaprzyjaźnionych wilkołaków zaprosili, to już zupełna porażka. Wstyd… i to przed obcymi. Toż to inny klan. – Dziadku. Przestań chrzanić. Mówię tak, bo zgroza mnie do otchłani wciąga, jak to słyszę. Przecież to Święto Jedynego Kła. Rozumiesz? J e d y n e g o !!! – A kto powiedział, że mojego? – Ależ dziadku. T w o j e g o!!! – A po czym poznać, że mojego? – Ty udajesz głupka… czy już nie musisz. Zważ na to, że w nerwach mówię. – Szybko dorastasz wnuczko. Gadasz jak dorosła. Jak krwi pamięci twoja babka. Moja żona ukochana. No cóż. Wampiry tak mają. Nie musisz serduszka swego zadręczać. – A ja myślałam, że nas nie można zabić… nic nie mówisz… o zgrozo, można? – Stoisz jak kołek w płocie, wnuczko ty moja. – A co ma do tego jakiś kołek. Nie mam nastroju do jakiś… kołków. – A powinnaś mieć. I jeszcze do kilku innych drobiazgów. Ale bez obaw. Tu spokojne okolice. Pożyjemy jeszcze. To tyle na ten temat. No nie płacz mój skarbie. Dziadkowi zastawki w sercu skrzypią, gdy patrzy na smutną wnuczkę. – Skrzypienie skrzypieniem, ale musimy wreszcie iść. W końcu lektykę po dziadka przyślą. A wie dziadek jacy goście będą ją targać? – Zwisa mi to. Jak kropla z kła. – Wilkołaki! – E tam… – Nie… e tam, tylko wstyd. Przemawia ? – ... – Dziadku! Znowu chrupiesz krew! Ostatni ząb sobie wyłamiesz i święta nie będzie. Gdzie to znalazłeś? – Ależ… – Przecież słyszę, jak ciamkolisz! – To nietoperze. – Akurat. Wywalaj podszewki. Ale mi już! No tak… fuj… pełno okruszków. – Widocznie Hemoglobinka mi nakładła. – Nie zwalaj na babcię, bo tak nie przystoi! – Na stare lata mi zabraniasz. Wnuczko! No nie bądź taka. – To nie zgodne z rodzinną tradycją. – A moja córka, a twoja matka czasami chrupie. –Nie wiedziałam. Widocznie jest… degustatorką dla potrzeb naukowych. – Akurat. – Nie powtarzaj po mnie. Chodźmy wreszcie, bo mnie jasna krew zaleje! – To cię wykręcę nad barkiem. – … – No co? Żartowałem. – … – Zaradny jestem. – Dziadku! Idźmy już. – Muszę jeszcze zasłać łóżeczko. – O rany!!! dekaos dondi
-
Stary Pierdziel Orangutan
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Jan Paweł D. (Krakelura) Dzięki:)→Ze zjawą, to tak specjalnie:)... ale chyba zmienię? Przeważnie sylab nie liczę. Jeno na słuch. czy też małpą lepiej zostać?→tak pierwotnie było. Małpą nie może zostać... bo już jest. Pozostać→tak→Dlatego zmieniłem. Ale może to szczegół. I faktycznie zmienię:)) Moja→Pozdrawiam:) -
Stary Pierdziel Orangutan
Dekaos Dondi opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
stary pierdziel orangutan jest wciąż smutny jak karawan każdej nocy bez wyjątku zjawa przed nim się pojawia ni to człowiek ni to małpa albo jakaś inna mara stoi tylko i się patrzy ta straszliwa morda szara coś za jedna albo jeden orangutan w więzach strachu ty zapewne chcesz mej klatki pragniesz wysłać mnie do piachu popatrz na mnie ciut dokładniej twe serduszko z lęku pęka i najlepiej sobie odpuść te zerkanie do lusterka stary pierdziel orangutan sny ma dzisiaj jak marzenie bo zwierciadła on pomazał przetrawionym swym jedzeniem teraz bardziej jest szczęśliwy nic mu nocek nie zakłóca nawet bywa on pomocny lecz wnerwiony nadal rzuca taki jeden właśnie dostał stał przed klatką śmiał się z niego teraz siedzi w kącie płacze no bo śmierdzi na całego innym razem jakiś wariat metalowym dźgał go kijem on narzędzie jemu wyrwał stuknął w lico facet wyje jeszcze inny z lekka chwiejny oj nieładnie go przedrzeźniał wtem do klatki podszedł blisko dostał w mordę i wytrzeźwiał (.|.) stary pierdziel wciąż główkuje takim myślom musi sprostać czy ja pragnę być człowiekiem czy też małpą lepiej zostać -
@Rastu Dzięki:)→No wiesz..Bywa, że często coś przekombinuję, chociaż zawsze piszę... świadomie:) Bo inaczej, jest raczej trudno:) Lubię próbować różnych rodzajów tekstu... a co z tego wychodzi.... to bywa, że... hmm:))→Pozdrawiam:)
-
Nagle drzwi się nie zamknęły – O Wilciu mowa, kot zdechnie – wykrzyknęła Jędzosia.– Gdzieś ty był Wilciu? Kaptujek ma do ciebie żal. Żeby tak go wykołować. Babula też na ciebie czeka. – Szkoda warczeć – zaczął się żalić Wilciu. – Jakieś głupie zwierzaki, dukty leśne ukradły. Tylko cudem się tutaj dostałem. – Za ile taki przejazd cudem – zapytał Puchajtek – A biedna Babula tęskni – wtrąciła Jędzosia – Musimy trochę poczekać – dodał Kaptujek. – Niedługo zacznie się nocka ciemna, to Babula uśnie. A jutro rano jak się zrobi luz, pójdziesz do niej i ją połkniesz. Mam tu trochę jedzenia w koszyku i flaszkę bimbru, to z głodu i pragnienia nie pomrzemy. A połknietej Babuli, karmić nie trzeba. – Ale mnie chce się jeść – rzekła Zlota lyjbka. – A to czemu, zapytacie? – A to czemu? – zapytał Puchajtek – Bo jestem wnerwiona jak pijany spławik. Ten głupi starzec wcale mnie nie poprosił o koryto dla żony, tylko zawołał… – Może już mają koryto. Po diabła im drugie. No chyba, żeby się nakryć i pod spodem pofig… – Nie przerywaj mi Wilciu. On zawołał: Jaka ładna płocia! Złapię zarazę i usmażę. Albo przerobię na złote obrączki. Oczywiście nie dałam się złapać. Staruszek z tej wścieklizny machnął ogonkiem i wpadł do morza. Rekin najpierw wtranżołił ogonek… – A dlaczego najpierw ogonek? – Oj Puchajtku. Żeby wiedzieć, czy warto jeść resztę. Jego żona pozbyła się starego zrzędy i miała koryto tylko dla siebie. – Żona rekina? – Przestańcie gderać bo nie zasnę – warknął Wilciu. – Jutro mam pracę do wykonania. Połknięcie. Chyba nie mówicie, że będzie miała papiloty na głowie ? – Mówimy. A jakże. – Do jasnego lucyfera. Takich pierduł, to ja nie przełknę. Staną mi w gardle. – Nie martw się Wilciu. Golnij sobie jednego. Uśniesz i o troskach zapomnisz. – A jeżeli troski nie zapomną o mnie. Jak mi się te papiloty z Babulą pod spodem przyśnią, to co? – Zachowujesz się jak szczeniak – wrzasnął Kaptujek. – Jak zaraz nie uśniesz., to tak cię spiorę, że cię nawet leśniczy nie pozna. – A jeżeli nawet, to ustrzeli – dodała Jędzosia – W porządku. Śpię. – Na pewno ? – Tak – Tylko uważaj, żeby ktoś cię nie obudził – Uważam. – No to śpisz? – Tak – Bo gdyby nie, to coś ci wyczaryję na spanie. – Mówi się - wyczaruję. Ale dzięki. – A może ci przeszkadzam w zaśnięciu? Wal śmiało. Pójdę sobie. – Nie wiem co mówisz, bo śpię. Ale długo sobie Wilciu nie pospał. Jakby wszyscy się umówili. Do komnaty wpadła zrozpaczona Królcia Snieżek, wyrażając znacznym głosem, swoją prośbę: – Jędzosia ty moja kochana. Miej litość nade mną. Włóż mi wreszcie ten pieprzony grzebień . Trzy dni już nie śpię. Te paskudne Krasnolujdki, spać mi nie dają. Ciągle po mnie łążą. To tu wejdą, to tam zajrzą. Zdzielić nie mogę, bo jeszcze zabiję malucha. Jak mi włożysz grzebień, to się odeśpię za wszystkie czasy. – Jak będziesz taka nieżywa, to one tobie wejdą, nawet wszędzie – rzekł poważnie Puchajtek’ – Do ciemnego śniegu! Nie pomyślałam o tym. – Jest jeszcze jeden problem – wtrącił zaspany Wilciu. – Królcio Całus. Chyba wiesz, co może zrobić? – No to dupa. Nie wyśpię się. Mam pomysł, wrzasnął Kaptujek: – Wilciu, po połknięciu Babuli i jej wypluciu, będzie taki zmęczony, że może przy tobie leżeć i warczeć na Krasnolujdki. Powinny się bać. – Na Królcia Całusa też? – Też, ale bardziej, bo jest większy. – A nie byłoby prościej, gdyby Królcia Śnieżek została tutaj? – Musi leżeć blisko tych ciekawskich malców. W przeciwnym wypadku, grzebień nie zadziała. – To może te małe pierdoły przygonić do nas? – Coś ty Wilciu! Za dużo tego. Nie pomieszczą się – dodała Zlota Lyjbka – A może by tak uśpić Krasnolujdki? - zaproponował Puchajtek. – Pomysł przedni, ale głupi. Skąd Jędzosia weźmie tyle grzebieni. Przecież nie wyczaruje. – Och… gdzie ta moja młodość. Mogłam wtedy czarować… swoim wdziękiem też… – Nawet teraz możesz próbować – dodali wszyscy – Tego ci nikt nie zabroni. – Przestańcie nawijać o tych grzebieniach, bo się czuję rozczochrana – wrzasnęła Zlota Lyjbka. – A ja jak nie śpię, tak nie śpię – dodała Królcia * Po jakimś czasie, rozżalona Śnieżek – bo nie mogła zasnąć – zobaczyła przez okno Wilcia. Był za cienki na to, żeby w brzuchu targać Babulę. W pysku trzymał jakieś zawiniątko. Kiedy wszedł do komnaty, wszyscy byli już rozbudzeni. Nic dziwnego. Taki był wzruszony, że poślizgnął się, na własnych łzach. Walnął w zegar, kukułka wyleciała i podziobała śpiących , do samego rozbudzenia. Nie połknąłem Babuli – zapłakał Wilciu. – Ona do głębi wzruszyła moje wilciowe serce, mówiąc do mnie: – Och ty mój kochany pieseczku. Jakie ty masz ładne ząbki, łapki i pazurki. Wypisz wymaluj, mój wnuczek ukochany, nieboraczek. Zapomniał o mnie, łajza jedna. Tak mnie wzruszyły jej słowa, że zaschło mi w gardle. Muchy bym nie przełknął. A co dopiero sympatyczną kobietę właściwych rozmiarów. Położyłem pysk na pierzynie i rozryczałem się jak zrozpaczony bóbr, któremu pień drzewa z zębów wyrwano. Nagle ujrzałem portret jej wnuczusia. Jakbym siebie widział. Jeszcze bardziej się rozpłakałem, a Babula czule głaskała – raz mnie, raz obrazek. – Co było dalej? – niecierpliwiła się Królcia a Puchajtek ugryzł beczułkę po miodzie, bo się zasłuchał. – Kiedy zaczęło brakować łez, to polewała mnie wodą. Taka to była z niej wspaniała kobieta. Pomyślałem sobie, że może ktoś z jej rodziny jest właścicielem deszczu, który napada. A zatem wisi jej, ile na mnie wyleje. Napomknęła mi też, że ma zamiar zostać żoną leśniczego. Gdy ja z kolei jej napomknąłem, że jej narzeczony ma mi zamiar rozpruć brzuch, to jeno warknęła: – Niech tylko zostanie moim mężem. Wybije mu ciebie z głowy lub nawet w lufę przywalę. A swoją drogą, mógłbyś się Wilciu ogolić. Za szybko się zakurzysz, wiesz o tym? Mój wnuczek nie jest taki zarośnięty i przez to się wcale nie myje. Przyrzekłem jej, że się trochę podstrzygę. Na wychodnym dostałem worek karmelków o zapachu gęsi. Podziękowałem serdecznie. Wylałem dalsze swoje łezki, które przemoczyły obrazek z wnuczusiem i poszedłem precz. – A Królcia Całusa połknąłeś ? – O tym nie stoi w tej bajce. – Mądry Wilciu by się sam domyślił. Chodzi o sen Królci Śnieżek. Chyba pamiętasz? – O kuźwa! Przeze mnie się biedactwo nie wyśpi. – Trzeba Całusa innym sposobem na jakiś czas powstrzymać – rzekł Kaptujek – Mam pomysł – powiedział Puchajtek. – Przed chałupą Krasnolujdków wykopiemy w dole dół. Taką zapadnie na słonie… – Całusowi daleko do słonia – wtrąciła Jędzosia – Ale jak pójdzie to wpadnie. – A jak tylko będzie stał i się gapił? – To trzeba mu pułapkę podsunąć. – Puchajtku! Przestań! Podsunąć można komuś świnię a nie pułapkę – rzekła Lyjbka – A kto mu podpowie, że ma w nią wpaść? - dodał Wilciu – Nikt mu nie podpowie – wnerwił się Puchajtek. – Stanę na drugim końcu pułapki i będę udawać Królcie Śnieżek. Jak Królcio mnie zobaczy to oniemieje i wpadnie. – Oniemieje z czego? Z rozpaczy czy ze śmiechu? – Nie ważnie z czego. Byle wpadł. – Ja mam inny pomysł – rzekła Śnieżek – Wezmę po prostu klatkę z kanarkiem… – Nie zmieścisz się. Wykluczone – Racja. Krasnolujdki do niej powtykam. – A kanarek? – Co kanarek? – Na to zaśpiewa? Jakieś łobuzy będą mu po klacie łazić. Pokarm wyżerać. Wodę chlać. – Spoko Kaptujek. Poleciał sobie. – Słyszycie chrapanie? – A niech to!!! Ona śpi!!! Usnęła!!! Na próżno nasze starania!!! – Cicho sza!!! - wrzasnęła Jędzosia – Niech śpi. Przy okazji na grzebieniach zaoszczędzę !!!
-
Dziewczę i Wierzba
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Konopek Dzięki:)→Fajne skojarzenie z tą→papryczką itd:))→Pozdrawiam:) -
w zaułku błękitnej łąki pod żółtym zielonym niebem samotne dziewczę stęsknione czy przyjdzie jej luby nie wie lecz trawa złowieszczo szumi coś tam zaczyna wystawać i nagle przed nią wyrasta hmm… wierzba pełna pomarańcz dziewczę raptownie zdziwione apetyt buzuje w trzewiach wtem słyszy słowa stłumione więc pragnie w cholerę zwiewać aż nagle owoc dostrzega sflaczały krzywy fikuśnie dlatego z czułością całuję w ogonek wierzbową gruszkę a on nabrzmiewa i reszta soczysty lepki nie smutny miąższ rośnie a dziewczę sapie tyś luby młodzieniec jurny miętoszą skórki frywolnie aż soczek słodki wycieka nie tylko zapach w głąb wchodzi nie chcieli z miłością zwlekać bo tak w zasadzie od zaraz pieprzyli się wśród pomarańcz
-
Myszodziadek
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Nata_Kruk Dzięki:)→No ba→:)→Pozdrawiam:)→?~~~~~* -
{Prolog} Za siedmioma górami, za ośmioma rzekami i za jednym fotelem fryzjerskim, leży miasteczko: Lochaluba. Nazwę zmieniono na właśnie taką, z uwagi na wydarzenia, które miały tam miejsce. * Mieszkańców budzą nieokreślone odgłosy dobiegające zewsząd. Niektórzy dochodzą do siebie natychmiast, inni zaś etapami, otwierając po jednym oku, by w końcu spojrzeć wszystkimi dwoma. Na domiar złego, całość obudzonych myśli podobnie: co za cholera budzi nas w środku nocy? Co prawda, jest południe i słoneczko już zapomniało, że wykuknęło z pościeli horyzontu, ale dla wnerwionych to wczesna godzina, gdyż lubią dłużej pospać. Okiennice otwierają się prawie równocześnie i z każdej natychmiast wystaje głowa, gdyż ludzie zaspani, też bywają ciekawi. Tym bardziej że pragną powrzeszczeć, na przyczynę ich wstawania o tak wczesnym świcie. Nagle zdają sobie sprawę, że owe dźwięki, to wrzaski rozpaczy a, i szloch między nimi słychać. Wszystkie głowy kierują swe spojrzenie, w jedną stronę, gdzie znajduje się Siedziba Golibrody, Fryzjera Brzytewki. Zakładają odzienie – gdyż bieganie na golasa po kocich łbach, może być niebezpieczne – i pospiesznie udają się do wspomnianego przybytku. Im są bliżej, tym zawodzenie jest głośniejsze i bardziej przyziemne. Niektórzy miarkują, że Brzytewka poślizgnął się na własnych łzach. * Jestem miejscową Czarownicą, przydzieloną do tego miasteczka. Utrapienie z tymi mieszkańcami. Wciąż pragną jakichś zaklęć. A ja mam inne zmartwienie na głowie. Zakochałam się we Fryzjerze. Nie zbywa mu na rozumie, ale uczucie nie sługa. Podąża swoją drogą, prosto do jego serca. Tylko że on bezczelnie ma już żonę. Nic nie wie o moim uczuciu, którym do niego pałam, całą sobą. Mam pewien plan. Szkopuł w tym, że Wielki Czarownik jest skąpy. Obdarował mnie tylko jedną możliwością na rok. Chodzi o zamianę, czegoś w coś. Inne lafiryndy dostały więcej. Domyślam się dlaczego. Pielęgnują jego Magiczną Rózgę. Nawet wiem, w jaki sposób, ale nie powiem, bo prawa ze mnie czarownica. Chociaż Fryzjerowi, to ja bym nawet... ech... No właśnie. Wspomniałam o planie. Czas na realizację. * Otwierają drzwi. Widok, którego doświadczają, nie napawa optymizmem. Fryzjer siedzi na fotelu (nie na podłodze) i faktycznie szlocha dużymi łzami, co by nie było takie straszne. Tylko że on trzyma brzytwę, z widocznym zacięciem w oczach. Dobrze chociaż, że przy swoim gardle, mamrocząc przez słoną wodę w oczach, że za chwilę się poderżnie. Zakończy to bezsensowne życie? Z tej niedoszłej krwawej przyczyny, dochodzi do początku wymiany zdań: — Człowieku! Tyś głupi? Brzytwę chcesz stępić, na tępej skórze? Narzędzie pracy. Popatrz na nas, fajnie zarośniętych. Nie pójdziesz na bezrobocie. Twoja rozpacz jest bezzasadna. Oddaj narzędzie zbrodni. — Co ty do niego gadasz? Jakie narzędzie zbrodni? Poczekajmy chwilę... — Nie żartujcie sobie ze mnie – charczy fryzjer – mnie wielkie nieszczęście spotkało. — Przecie piana z ust ci nie wycieka... — Zamknij się. On nie jest wściekły, tylko wewnętrznie struty. Gadaj Brzytewka, o co chodzi. A w ogóle, gdzie masz żonę? Przeważnie tu była. — Uciekła do lasu. Rozumiecie? — Poszła na grzyby? — No dobra. Odkładam ostrze, bo widzę, że się o mnie troszczycie. Posłuchajcie o nieszczęściu. — Twoim? — Przecież mówię. — W porządku. Chcieliśmy się upewnić. — Dajcie mi mówić! — Mordy w kubeł. Słuchamy. — On nie ma kubłów. Zaledwie naczynko na piankę. — Cicho! Wysłuchajmy go wreszcie! * Do żabich bobków i pajęczych skrzydeł... może źle zrobiłam. Wiadomo, jędza ze mnie... tylko żeby aż taka. Skoro kocham go przeraźliwie, to dlaczego sprowadziłam na niego nieszczęście. Już nie wspomnę o warunkach, co to wszystko cofnie. Żeby chociaż miał więcej rozumu. A jeżeli zgrywa głupiego? Jeżeli udaje, to jeszcze pół biedy. Chociaż trzeba uczciwie przyznać, że jego brzytwa ma bardziej wyostrzone krawędzie zmysłów. Co ja pierdzielę? To chyba od tej niespełnionej miłości, wiecheć miotły w mózgu miesza. Tak czy siak, wredne ze mnie babsko, choć zakochane, po sam czubek czarów. * — Trudno mi o tym gadać. Nadal nie mogę uwierzyć w to, co zobaczyłem. Siedzimy sobie z żoną, ja na fotelu a ona na mnie. Mieszam za nią po omacku pianę, bo mi jej ciało zasłania, aż tu nagle wchodzi nasza Czarownica. Widzę w jej oczach dziwne błyski. Żona zeskakuje z fotela i wali ją po gębie. Jakby coś przeczuwała. Jędza patrzy na mnie i wyznaje miłość. Pytam, czy ta miłość mnie dotyczy, bo jakby co, to ja już mam żonę, o czym przed chwilą miała okazję się przekonać. Potakuje, że mnie dotyczy i że mnie pragnie. Żona znowu ją wali po pysku, ale ona ją unieruchamia na lampie. Teraz wisi i tylko fika nogami ze złości. Czarownica do mnie podchodzi i całuje mnie w usta. Zalatuje sraczką dżdżownicy i czymś jeszcze. Szepce do mnie: ''tyś mój''. Ja odpowiadam: a gówno twój, takiego wała. A ona rzecze: ''skoro tak, to spójrz, co zrobię'' Spojrzałem. * Jestem Czarownicą od zarania dziejów, ale na taki zdumiony i smutny wzrok, drugi raz w swoim życiu spozierać nie chcę. Gdy było po sprawie, od razu pożałowałam mego haniebnego czynu. W końcu jego żona nie domaga na zdrowiu, to kto wie... może zostanie i tak wolnym wdowcem na wydaniu. Kurdę, znowu zaczynam myśleć jak egoistycznie pokręcona. Musiałam na poczekaniu ustanowić warunki, co wrócą żonę do poprzedniego stanu. Dlatego wyszło, jak wyszło. * Spojrzałem i zobaczyłem. Dziką świnię. Lochę konkretnie. Moją ukochaną żonę. Od razu spadła z lampy, gdyż jej waga dramatycznie wzrosła. Stała na mnie i się patrzyła, a ja siedziałem na fotelu i słowa rzec nie mogłem. Aż w końcu wrzasnąłem: – Coś ty zrobiła mojej żonie? Odczaruj natychmiast, w te zasrane pędy, bo w gębę brzytwą przywalę, rozcinając w międzyczasie powietrze przed tobą... a co one winne? No co tak patrzysz... o cholera... ty płaczesz. Umiesz? Dlaczego to zrobiłaś? Gadaj! Och ty niedobra! — Kocham ciebie nad życie a skoro tak, to dlaczego cię udręczyłam sowicie? — No właśnie. I czemu rymujesz? Durnowata jesteś? — Głupiś. Czar nie bardzo jeszcze działa. Lepiej otwórzmy drzwi, to ucieknie. Może nas zaatakować, jak już się stanie naprawdę świnią. — To jeszcze nią nie jest? Chyba wiem, co widzę? — Psychicznie jeszcze nie, lecz za chwilę będzie. — Cholera, zaczyna warczeć? — Raczej chrząkać jak już. — To moja ukochana żona. Wcale niepodobna. — Dopiero teraz zauważyłeś? — Rusza się coraz bardziej. Złowrogo spogląda. Otwieram drzwi. — Niepotrzebnie. Uciekła przez okno wystawowe. Szklarz będzie potrzebny. — Szklarz? Raczej psychiatra. I do mnie i dla ciebie. ~ — Odpocznij sobie. Mniej więcej się orientujemy, co zaszło. Twoja żona uciekła do lasu. — No chyba. Nie chcę odpoczywać. Posłuchajcie, co było dalej. Jest nadzieja. Jak mi pomożecie. Pomożecie? — Pomożemy! ~ — Posłuchaj mnie uważnie. Jam żałuję, tego com zrobiła. Ale istnieje szansa, że twoja żona powróci do stanu poprzedniego. — Byle bez racic. Tego bym nie przeżył. — Jeżeli wszystko pójdzie jak trzeba, to znaczy jak spełnisz warunki, to będzie dokładnie taka, jak poprzednio. — A nie można by ją przy okazji trochę... wyładnić... odmłodzić... ulepszyć... seksualnie pobudzić... — Nie!!! Słuchaj, co powiem. ~ — No tak. Dać komuś dłoń, to zaraz chce całą rękę. Jak mogłeś? Gdy się ważyły losy twojej luby. — Jego: Lochaluby. — Ale śmieszne. Wiem, dałem plamę. To przez stres. — Przez stres? A może przez co innego? — Zamknijcie się. Teraz będzie najważniejsze. Liczę na waszą pomoc. — Jesteśmy do dyspozycji. ~ — Musisz spełnić dwa warunki, by odzyskać żonę. — Aż dwa? A nie można jednego? — Wtedy do połowy będzie nadal świnią. — Której połowy? Bo tak sobie myślę... — Ty lepiej za dużo nie myśl, tylko słuchaj. — Dobra. Już milczę. — Warunek pierwszy. Musisz ją uczesać na fotelu, na którym siedzisz. — Tu nie ma miejsca. — Jak zejdziesz, to będzie. — Rozumiem. Ale chwila... to, po co daliśmy jej uciec. — Żeby się wyszalała w lesie, a nie tutaj. — A drugi warunek? — W samo południe, lub coś koło tego, musicie stanąć na ulicy, naprzeciwko siebie... — Mam się pojedynkować z dziką świnią. A jak mnie zastrzeli? Albo ja ją? — Głupiś czy co? Gdy ona podejdzie do ciebie, na dwóch łapach... to wtedy odzyska swoje ciało. — Dobre i to. Jak to: podejdzie? Nie widziałem lochy, chodzącej na dwóch. — Wielki czas, żebyś ujrzał. * Wielu mieszkańców pospiesza do lasu. Ciągną za sobą znaczny wózek. Na przodzie biegnie Fryzjer Brzytewka. On ją najszybciej rozpozna. To w końcu jego żona. Za pewnie jakieś szczegóły w niej pozostały, tylko jemu znane. Nagle zmartwionemu mężowi się przypomina, że locha miała żółtą kokardkę na głowie. Widocznie czar zadziałał na 99%. Będzie można łatwiej rozpoznać, gdyby się okazało, że jest ich więcej. Faktycznie. Jest łatwiej rozpoznać. Nie ona jedna biega po lesie. Po wielu zawiłościach i nie trafieniach na tą co trzeba, w końcu udaję się ją złapać, narzucając na żonę pokaźną siatkę. Transport przebiega w miarę bez zakłóceń. W końcu osiągają cel. — Trzymaj ją, do cholery! Wierci się jak dzika świnia. — Spogląda na mnie groźnie. — Kładźmy ją na fotel... a ty Brzytewka, zacznij ją czesać. — Grzebień stępię. — Nie marudź. Chcesz odzyskać żonę, czy nie? — Jak długo mam czesać. Trudno cholernie. Wierci się jak diabli, a szczecina twarda. Smyka się. — Przywiążmy ją. — Czym? — Czym się da. Będzie potrzebna do drugiego warunku... o kuźwa, co się dzieje? — Niech to licho... górna połowa jest... żoną.... a dolna jeszcze... dziką świnią. — Kurdę a ja miałem nadzieję, że będzie odwrotnie. — Ej ty... fryzjer... tobie na łeb padło od tego wszystkiego. O drugim warunku pomyślmy. — Ona nic nie mówi. — Głupiś! W szoku jest. Ale może kapuje, co jest grane. Wytłumacz jej drugi warunek. — Posłuchaj złotko. Wyjdziemy grzecznie na ulicę, ty podejdziesz do mnie na dwóch ła... nogach i sprawa załatwiona. Będziesz taka jak... poprzednio. Pokiwaj ry... głową, że rozumiesz. — O kurdę! Pokiwała... ale coś tam mruczy... jakby... o perłach. — Cholera wiem. Mamy rozwiesić nad nią perły, to wtedy pójdzie na dwóch do przodu, zbierając skrzętnie na naszyjnik. Zawsze o takim marzyła. Ale skąd je wziąć? — Ona nie wieprz, tylko dzik. — Cicho tam. Jedno i drugie prawie to samo. Podaruje sąsiadce swoje. Niech stracę. Tak miło obgaduje innych. Bez złośliwości, jeno z ciekawości. To wyjątkowa sytuacja. Trza pomóc w biedzie. W samo południe, Dzikożona i Fryzjer stoją na ulicy między szpalerem ciekawskich mieszkańców, pod końcami rozwieszonego sznurka, na którym dyndają perły. Luba do odczarowania trochę bardziej jarzy, o co w tym chodzi, ale nie na tyle, żeby ją martwił widok nóg oraz ich górnego zwieńczenia. Z wielkim wysiłkiem podnosi się do pozycji pionowej i zaczyna zbierać perły, idąc wzdłuż pod linką. Gdy dotyka swym ciałem Fryzjera, zamienia się ponownie w rodowitą żonę. Dokładnie taką samą jak była. Wiwatów nie ma końca. Hulanek i swawoli też. Nie pamięta czegokolwiek z okresu dzikiej świni. A nawet się dziwi, skąd nagle stoi na ulicy. Przecież siedziała mężowi na kolanach, gdy wiercił w pianie, zamiast... nieważne. * Mieszkańców budzą nieokreślone odgłosy dobiegające zewsząd. Niektórzy dochodzą do siebie natychmiast, inny zaś etapami, otwierając po jednym oku, by w końcu spojrzeć wszystkimi dwoma. Po jakimś czasie, wielu z nich znajduje się w zakładzie Fryzjera z Lochaluby. Tłumaczy im, że usłyszał głos Wielkiego Czarownika, który zaproponował: kompromis. Stąd te odgłosy rozkoszy, smutku i czegoś tam jeszcze. Tak przynajmniej domniema. — Teraz nic nie słyszymy. — Bo odłożyłem na bok. — W takim razie, nie rozumiemy, o co chodzi. — To bardzo proste. W.C. zamienił Czarownicę w skórzany pasek do ostrzenia brzytwy, z zachowaniem pełnej świadomości, ego... i tego typu głupot. Gdy pocieram, to słychać... to, co słychać. Jest ze mną. W końcu o tym marzyła. — Jak będziesz za często pocierał, to ci po gołej dupie tym paskiem przywalę - dodaje Luba.
-
@Wieszcz Doslowny Dzięki:)→Postaram się odbyć, ową podróż po matematyki łanach, od samego rana. Poza geologię, też mogę:)→Pozdrawiam:)
-
??????? na leśnej polanie gdzie mieszkają myszy leży sobie dziadek co już ledwo dyszy usnął sobie dziadzio ma on sny urocze ciało jego słabe lecz duchy ochocze śpi sobie cichutko smacznie i spokojnie jakby tutaj leżał poległy na wojnie mówi mysz do myszy co za dobry człowiek jest naszym łóżeczkiem nawet kot to powie pierwsza śpi w rękawie druga hyc w nogawkę trzecia na rydelku czwarta wącha trawkę burza się zaczyna pioruny gdzieś walą śpij dziadku spokojnie myszy cię ocalą widząc dziadek we śnie swoją ślubną starą budzi się szybciutko by nie zostać z marą całkiem rozbudzony chyba on się cieszy ujrzał swoją gwiazdę co do niego spieszy przyszła jego żonka z domku uroczego capła go za chachły do łoża swojego chałupa truchleje wioska lamentuje to luba z dziadziusia gości wydłubuje goście się wnerwiły każdy wam to powie poszły pod spódnicę i tam siedzą sobie * kiedy dziadek umarł jechał sobie w ciszy a za jego trumną BIEGŁO STADO MYSZY ? ? ? ? ? ? ? ?
-
trójkąty sześciany przybory potrzebne dwie bo muszą równoległe jeszcze jestem biegnę ołówek ekierka słuszną linie wykreśla a temperówka gdy myśli wcale nie powiem pomaga ostrzy zmysły nadzieją amen lecz cóż cyrkle kartkę wciąż dziurawią a gumki ? tak wiem pamiętam w końcu sru i wymażą * lecz póki co myśli zaprząta trysekcja dowolnego kąta * nic dziwnego jestem kołem o polu danym durnym idiotą! szukam kwadratu o polu tożsamym
-
Panna Szkieleciara
Dekaos Dondi odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Andrzej_Wojnowski Dzięki:)→Faktycznie. Czasami się za bardzo rozpędzę, jak już zacznę. Dlatego kiedyś, zacząłem pisać→drabble i dribble:)) ↔Pozdrawiam:)