-
Postów
4 863 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija czyli puzony i wszelkiego rodzaju trąbiszcza nie wchodzą grę... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija it's alright, baby, z sekcją dętą w tle... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija masz tu coś do rytmicznego pedałowania razy trzy... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija codziennie? bez przesady. miałem na myśli raz na jakiś czas, czyli, co drugi dzień... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija nie myśl, napij się... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija ponoć homo sapiens sapiens za kilkaset tysięcy lat wcale nie będzie mądrzejszy, etc, ponieważ ma coraz więcej ułatwień. np. żarcia nie musi już zdobywać coraz to bardziej wyrafinowaną i wymyślną metodą, a jedynie wystarczy mu jedno kliknięcie w fonie. tak to już jest, że rozwój następuje w momentach trudniejszych, bo trzeba myśleć nad wieloma rzeczami, natomiast podczas sielanki, kiedy żarcie masz na wyciągnięcie ręki, cofasz się w rozwoju. cofamy się, każdy w odosobnienie, bo ma ekranik komputerka (prawie każdy klika w autobusie czy tramwaju, mając swój własny świat) to tak trochę jak elojowie z wehikułu czasu, h. g. wellsa. rasa niezwykle pięknych i młodych człowiekowatych istot z dziecięcym pojmowanie świata, pozbawiona umiejętności współpracy i zakorzeniona w sielance bez potrzeby myślenia. dlatego więc byli jedynie karmą (takim stadem baranów) dla morloków, rasy inteligentnych podziemnych, drapieżnych, ohydnych stworów... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija ty jesteś w temacie, ja ci jedynie skromnie asystuję... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija ponoć neandertalczycy wyginęli nie z powodu wojen z homo sapiens, ale w wyniku seksu z nimi. i ostatecznie przeważyły geny sapiens, który to gatunek wchłonął w ten sposób swoich, co nieco starszych braci. a działo się to przez około 100 000 lat, bo przez taki okres mniej więcej żyliśmy obok siebie. ale można odnieść wrażenie, ze chyba nie wszyscy neandertalczycy wymarli, jak się tak patrzy na zachowania niektórych. przepraszam, homo sapiens sapiens... tak w ogóle to nie ma pewności, z którego gatunku wyewoluował homo sapiens sapiens, czy z któregoś podgatunku homo australopitecus, czyli małpy południowej, czy homo erectus, czyli człowieka wyprostowanego... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija u niektórych, chyba tylko z samej wody, jak np u tego gościa z maczugą... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija on rezonuje i rozsnuwa srebrną pajęczą sieć, w której się plączę i miotam... czasami czuję, jakbym był pająkiem wyławiającym nawet najmniejsze wibracje... -
H. sapiens neanderthalensis
Arsis odpowiedział(a) na Somalija utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Somalija przepraszam, że tak trochę nie na temat, ale jeśli zobaczysz księżyc, to uśmiechnij się do niego, dobrze? -
1952 rok. Amerykański test atmosferyczny "Able". Zrzut z bombowca. Detonacja na wysokości 150 metrów. Operacja "Tumbler-Snapper". Poligon jądrowy NTS (Nevada Test Site) 1 kilotona.
-
Noc miażdży moje skronie, które pulsują i płoną w mdłej poświacie wiszącej lampy. W półmroku przedpokoju postać, nie-postać. Niewyraźny zarys jakiegoś dawnego życia. Mży, jak wysypujące się z ekranu telewizora milczące, czarno-białe piksele. Zakłócany strugami deszczu przekaz z zaświatów szumi mi piskliwie w uszach. Lecz oto światło idące na przestrzał lśni i migocze na pierwszej stronie pożółkłej już gazety. Pierwsza błyskawica przeszywa step. Jak gwiazda uderza boleśnie w źrenice. Przez pory skóry przeciskają się rozpalone cząsteczki drwiącej śmierci. Kroczy w oślepiającej koronie. W skręconej spazmem przestrzeni. * Gdzie ja jestem? Ojciec leży na podłodze opuszczonego domu, bełkocząc coś o raju w pijackim zwidzie. Próbuje mnie chwycić za nogawkę spodni. Lecz nie dosięga. Jego dłoń opada bezwładnie z cichym plaśnięciem. Jestem wolny, tą wolnością opuszczenia i samotności.. Oglądam się za siebie. Szczątki ojca przysypał pył wzruszony ostatnim jego tchnieniem. … opada jeszcze powoli, drży… Umrę jak on. Niechybnie i w zapomnieniu. . Woda kapie rytmicznie do pokrytego rdzawymi smugami zlewu. Gong stojącego zegara. Chrzęst mechanizmu…. Wychodzę przez drzwi, na zewnątrz. Na step spalony słońcem. Popiół opada na język. W środku dnia, w środku nocy… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-11-16)
-
Ładnie jest w ogrodzie. Tak jesiennie, sentymentalnie, pusto… I tylko mgła czai się po kątach, niewyraźność kształtów… I cisza. Moja cisza jedyna i duch zapomnienia… Ale, nie zapomniałem. Mówiąc do ciebie szeptem, śnię… Wiesz, tak oto tędy idę, jakbym płynął w zaświatach podczas próby wniebowzięcia. Wśród widm o nieustalonych rysach twarzy. Jakbym był świadkiem wszelkiego przejawu niematerialnego życia… Wróć do mnie. Jeśli możesz… … jeśli chcesz… Usłysz moje wołanie odbijające się echem w przepaściach milczącej otchłani. Tam wiatr pędzi znikąd, donikąd. Trwa… Omiata chłodem kosmiczne bramy nieskończoności… Wróć… Jestem tu i czekam w perlistym snopie deszczu… W łkających westchnieniach nadciągającej nocy. (Włodzimierz Zastawniak, 2022-11-15)
-
Żegnaj, mistrzu
-
Jesteś obok. Twój szept jest ledwie słyszalny. Z zimnych ścian spływają rdzawe strużki. Wilgotnieją gąbczaste powłoki odpadającego tynku. Pęcznieją tworzące się nieustannie nowe purchle, bąble… Tak oto mówi coś do mnie nieżywy od dawna ojciec. Jego obrzmiałe, sine usta poruszają się powoli z odgłosem mlaskania… Lecz nie rozumiem przekazu. Wirtuozeria słów jest zagłuszana przez szum wzburzonej gorączką krwi i łomotaniem serca. Nie wiem, co mówisz, ojcze. Nie słyszę… Twoje słowa są powtarzalne, niczym podmuchy wiatru. Niezrozumiałe i ciche, tą cichością zaświatów. Jakieś niejasne gesty. Poruszenia. Symbole i znaki… Wszystko to zlewa się w jedno i tworzy wilgotną plamę brunatnego zacieku. * Jesteś tam jeszcze? Noc rozwiera nade mną swoje kościste ramiona, szeleszczące płótno doskonałej czerni. Morzy mnie pulsowanie w skroniach. Rozsadza potworne ciśnienie zwiastujące niechybnie śmierć. W żółtawym świetle wiszącej lampy liżę uwięzione w cemencie grudki piasku. Wodzę językiem po rozgałęzieniach pęknięć. Sięgając do samego spodu, do popieliska absolutnego rozkładu. Kurz i pył. Przesypujące się przez palce jakieś skorodowane artefakty dawnego życia. Ojcze mój, chrzczony studzienną wodą z dębowej kadzi. Ojcze mój, tyś jest… Pełzający po ścianie jak pająk. Istoto nie z tego czasu… Istoto uderzająca rytmicznie odnóżami o cienką membranę skóry, która próbuje nawiązać kontakt z ożywioną nie wiadomo przez co, widzialną materią wszechświata. Jesteś tam jeszcze? Przypadasz silnie do moich powiek, rozplatając silne sieci bez pośrednictwa rąk. Dlatego nie widzę niczego, poza rozpełzającym się wokół srebrzystym blaskiem wschodzącego wolno księżyca. Jesteś tam jeszcze? Sypią się do wnętrza mojego słuchu jakieś chropowate szmery i odległe piski… Złączam dłonie, jakby w modlitwie. Będąc w pozycji skulonej. Na kolanach i w przepoconej koszuli. Wyławiam z tej otchłannej zawieruchy zmysłów, cokolwiek wspólnego ze mną… Lecz stwierdzam, że nic tam nie ma, poza świadomością, jakąś pojęciową syntezą i niejasnym zarysem obrazu. Pusto się zrobiło i zimno z powodu utraconego raju widzenia. Próba przeniknięcia spełza na niczym. Ginie w chrzęście opróżnionych butelek po alkoholu. W lustrze stojącego trema, coś się barłoży i nuży w brudnych, leżących na podłodze łachmanach, starych gazetach i resztkach niestrawionego pokarmu. I od czasu do czasu podnosi mętny wzrok, kiedy czają się i następują jakieś bliżej nieokreślone odgłosy, dźwięki, wołania z tyłu, z przodu, znikąd… I jakby zatopiony w odmętach, czeka… Zaczajony i czujny… W tej dolinie, w tej gęstwinie pożogi zmysłów… Odejdę. Chyłkiem. Tylnymi drzwiami, przeciskając się piwnicznymi korytarzami pełnymi zatęchłej woni. Dawnymi korytarzami rodnymi, wniknę na powrót w łono matki otwarte szeroko jak grób. Bez niczyich podejrzeń i w tajemnicy przed światem, nim spełni się cokolwiek. Nie zobaczy nikt. Wszystkie ściany odsuwają się ode mnie. Drżą, jakby huczały w brzęku szkła i porcelany. Wśród wiwatów i oklasków. Wśród gwaru wznoszących toast. Nikt nie zobaczy, bowiem przesłonią wszystko napastliwe ściany, pełne chichotów i żartów. Pełne wewnętrznego echa zapomnianych dni… * Otwieram mozolnie pozlepiane, zapiaszczone powieki. Kto tu jest? Coś się miota i chwieje w progu uchylonych drzwi. Niedowidzę za wiele w tych iskrach przelatujących gwiazd, kłujących napastliwie i gorąco. Jakieś zjawy błądzą daremnie w oceanach mroku, mając w oczach resztki tamtego świata. Zbyt wiele tam ich się zebrało. Zbyt wiele. Za bardzo wszystko kołuje, za bardzo chybocze, niby na statku podczas wielkiego sztormu. Czuję się, jakbym dostał w głowę. Zatraciłem się wśród nocy. Wśród drzew szepczących czule do nie wiadomo, kogo. Wśród korzeni i chwastów rozpełzłych przy ziemi. Wśród wilgotnych, zwiędniętych już liści… Gdzie ja jestem? (Włodzimierz Zastawniak, 2022-11-11)