-
Postów
4 863 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
Nic nie mówisz… Masz rację, nie mów. Wybrzuszają się i zapadają wilgotne, zimne ściany. Poszerzają się i kurczą siatki pęknięć… Pajęczyny. Pył… Jakieś pejzaże w zakurzonych drewnianych ramach. Nadmorskie impresje zapomnianych malarzy. Zapominanie, nic nieznaczące utrwalone momenty na plaży. Rybackie kutry. Mewy. Białe języki piany oblizują odciśnięte w piasku ślady stóp. Samotny rybak nad górskim potokiem w słońcu, w rozłożystym cieniu drzewa. Martwa natura. Kontrast światłocieni (Chiaroscuro) W wiklinowym koszu, na stole, kiście zielonych winogron. Rozrzucone, pojedyncze na nim sztuki. Rozsypane zdjęcia u mych stóp… Znajome… Nieznajome twarze. Uśmiechnięte. Rozbawione. Smutne… Wszystko tonie w oddechu nicości i opuszczenia, za otuliną przeszłości w wyblakłych już kolorach, bądź w kolorze sepii. W tym nadmiarze powietrza plątanina żeliwnych rur. Spójrz! Księżyc zawadza wolno, niemiłosiernie wolno o półzamknięte powieki nadciągającego snu. Spopiela się w postępującym bezkresie. W ogromnym milczeniu zagląda przez okna. Obserwuje i patrzy w swojej monotonni bytu. W swoim własnym unicestwieniu. Nie ucieknę przed nim. Nie schowam się za kotarę, regał, mur, ponieważ przenika niemalże każdą strukturę, jak wszystkowidzące oko promieniowania gamma. Wodzi za mną tym swoim spojrzeniem pełnym nostalgii. Odchodzę – idzie za mną. Chowam się w głębi pokoju – zawisa tuż obok, tak że mogę go niemalże dotknąć. Pogładzić dłonią po lodowatych morzach melancholijnych oczu i ust. Tajemnica światła. Tajemnica czasu zatrzymana w księżycowej smudze na ścianie sprzed 50 z górą laty. Albo słonecznej, w pełni gorącego lata. * Jakież to dziwne i zagmatwane. Deszczowy dzień, gdzieś w nerwowym centrum zatłoczonego miasta. Czekając w zgiełku na przystanku, obserwuję jak nie dojeżdżają do mnie, lecz skręcają znienacka albo jadą wyłącznie w przeciwnym kierunku autobusy, tramwaje.. Jakby to były jakieś kpiące ze mnie obce, prehistoryczne gady… Awaria sygnalizacji świetlnej? Chaos w organizacji ruchu? Nie. To moje życie, w którym rozmijam się ze wszystkim, nie dopuszczając do siebie. Gromada małych dzieci w słońcu. Ja, w księżycu. W deszczu. I w wietrze, który rozwiewa włosy. Łopocze na piersi koszulą. Szarpie za rękawy. Jakbym był negatywem, subatomową antycząstką o odmiennym znaku ładunku elektrycznego. Może i dobrze. Albowiem kontakt doprowadziłby niechybnie do emisji kwantów. Do anihilacji w potoku światła jaśniejszym niż eksplodująca gwiazda. Jakiś młody człowiek siedzi obok mnie na ławce w parku i rozmawia przez smartfon z kobietą. Musi być mądry i elokwentny, dlatego go słucha. Używa eleganckich, niestandardowych słów. Zresztą lubię słuchać ładnej, gładkiej mowy. Wyławiam wtedy nowe określenia i frazy, i staram się je wplatać w swoje teksty. Podobnie czynił Gustaw Mahler, tylko że on wplatał do swoich symfonii fragmenty popularnych ulicznych melodii, za co go nieszczególnie cenili współcześni mu krytycy. Lecz dopiero po jego śmierci… W moim przypadku to taka swoista, zasłyszana mowa ulicy, szeptana, wykrzykiwana... Ale również gra światłocieni. Uwielbiam obserwować rozmaite kontrasty na murach, ścianach, placach… I zapach. Jakiś nieokreślony bliżej zapach roślin? Życia? Perfum? Czuję to i widzę, kiedy tylko mogę się uwolnić spod ciężaru nocnego grobowca. Kiedy leżę na wznak… W każdym razie młody człowiek ocenia swoje życiowe sytuacje, sukcesy. Najprawdopodobniej muzyk, bądź muzykolog, gdyż odnosi się z empatią i uznaniem, do uczestników którejś tam edycji Konkursu Chopinowskiego. Jego narzeczona czy kochanka musi być w nim szaleńczo zakochana ze względu na ten jego niesamowity, wręcz barytonowy tembr głosu. Jest piękny tą pięknością nowego gatunku człowieka. To już nie homo sapiens sapiens, lecz homo pulchraensis digitalis. * Wracam do siebie. Do czego? Do niczego. Obserwuję plątaninę rur w kącie pokoju. Te odgałęzienia niczym u drzewa. Żeliwny krwiobieg martwego domu. Wspina się z bulgotem do sufitu. Zadzieram z podziwem głowę… A przecież nade mną nie ma już nic. Było, ale umarło. A teraz tkwi rozpięte na krzyżu. Z ramionami szeroko rozwartymi jak grób. Nade mną nic. Nic… Choć przechadza się jeszcze czasami w tę i z powrotem, jakimś takim powolnym krokiem umarłego. Patrzę na sufit. Na wybrzuszenia tynku. Brunatne zacieki. To coś tam żyje, wieczne. Niewyobrażalne i tajemnicze. I pogardza sobą. Żyje, będąc jednocześnie martwym. Jest niejako w zawieszeniu. Gdzieś, pomiędzy warstwami czasu. Pomiędzy czymś, a czymś. Jakaś forma udręki przecząca wszystkiemu. I nie mająca fizycznego sensu jak w obrazach Beksińskiego. Za oknami wiatr dmie w tył i do przodu. Chwieje strzelistymi topolami, które kołyszą się z trzeszczeniem kory zasklepionej zastygłą, martwą żywicą Czyjeś spóźnione kroki na ulicy. Kto ma przyjść? Nie przyjdzie nikt. Jedynie szmer przejeżdżającego po mokrym asfalcie samochodu. Noc księżycowa. Bezksiężycowa. Noc, w której wszystko zamienia się z powrotem w nic. (Włodzimierz Zastawniak, 2023-01-27)
-
Siedzę skulony w kącie. Zimna ściana za moimi plecami. Światło wiszącej lampy okrywa wszystko mdławą, żółtawą poświatą. W uszach pulsująca krew. Szum wodospadu, gorączki. Kłujący pisk… Pozostawione w nieładzie zapomniane milczące przedmioty. Obrazy za zasłoną z falujących pajęczyn i kurzu. Noc. Moja jedyna, utęskniona melancholia. Puste fotele. Kanapa, stół… Kosmiczna otchłań nicości i opuszczenia. Noc. Próbuję wstać. Na próżno. Kto mi poda rękę? Nikt. Gdzieś w odmętach pustego domu skrzypienie podłogi. Od czyich kroków? Niczyich. Gong stojącego zegara niesie się po korytarzach jakimś przytłumionym echem… Po zawiłych meandrach mojego mózgu… Kto tu jest? Kto? Noc szepcze mi do ucha. Nuci tkliwą pieśń, jakby kołysankę ustami mojej nieżyjącej już matki. Mamo, chce mi się spać. Coraz bardziej i nieubłaganie odpływam w dal, w czeluść nieistnienia. Mamo, śpiewaj mi wciąż. Nuć i szepcz najczulej jak wtedy pierwszy raz. Znowu trzeszczenie podłogi, ostre skrzypienie drzwiowych zawiasów… Mamo, jesteś tu? Spójrz, jestem sam. Moje ręce są jak z ołowiu a w głowie pulsujący ból. Wiesz, ona chyba nie chce. Choć nic nie mówi, czuję, że ma mnie dość. Czasem rysuję jej twarz w zaparowanej szybie okna. I wtedy patrzę. Podziwiam. I tęsknię. Czy kocha? Nie wiem. Słaniam się na nogach, ponieważ przytłacza mnie słabość, kogoś, kto już nie ma sił. Wypaliła się we mnie ostateczna iskra życia. Uśmiechają się do mnie umarli z rozrzuconych wokół złachmanionych wytartych gazet, czarno-białych fotografii, bądź w kolorze sepii. Patrzą zalotnie albo z uwagą skoncentrowanych oczu. Wielkie litery wytłuszczonej czcionki krzyczą: zabito torbacza! Diabły tasmańskie zagrożone! Kolejne próby atomowe na atolu Bikini o blasku jaśniejszym niż tysiąc słońc! Pierwsza bomba kobaltowa nadzieją chorych na raka! Lecz oto biała koperta u moich stóp. List? Od niej? Otwieram drżącymi palcami, rozpalony nadzieją… W kopercie – stare pokwitowanie z pralni. Kilka sreberek po cukierkach. Ojciec je kiedyś zbierał, aby przyozdobić bożonarodzeniową przed laty gwiazdę. Lecz nie zdążył. Umarł… Przesypują mi się teraz przez rozedrgane palce i spadają niczym wirujące płatki brudnego śniegu… Cyzeluję swój styl. Przynajmniej staram się to czynić. To taka cmentarno-piwniczna, poetyczna proza. Ale co mogę innego robić, kiedy uwielbiam wręcz pustą przestrzeń opuszczenia. Bijącą mnie po oczach nostalgię smutku. Co mogę innego czynić, kiedy cię nie ma. Kiedy jej nie ma… Kiedy nie ma nic… Opadam powoli na kamienne dno ostateczności albo mojego początku z pierwszych godzin moich narodzin. Lecz tam jest jedynie deszcz. Stalowe niebo okrutnego świtu. Pusta sala porodowa z kolumnami pełnymi krwi i białą pamięcią krzyku. Wyjałowiony ze wszystkiego szpitalny oddział. Tak jakby zapowiedź pustego życia. Majaczący na końcu długiego korytarza zarys postaci ÷ jest jedynie ułudą, widmem rozpływającej się w powietrzu naiwnej nadziei. Deszcz stuka o szyby. Szare lastrykowe parapety. Zimne skorodowane kaloryfery. Kilometry poplątanych rur zakończonych żeliwnym u sufitu kwiatem… Za oknami wiatr kołysze strzelistymi topolami. Za oknami maj, ale tak jakby to była lodowata jesień. Sączą się zewsząd brunatne zacieki o piwnicznej woni i pleśni. Kiedy do ciebie idę. Donikąd idę. Kulę się w sobie z każdym uderzeniem martwego już serca. Pełznę do zupełnej pustki… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-01-23)
-
2
-
1956 rok. Amerykański test atmosferyczny "Tewa". Detonacja ładunku umieszczonego na barce w lagunie atolu Bikini, na Pacyfiku. Operacja :Redwing". 5 megaton.
-
za dużo, by pisać, zanudziłbym cię...
-
@Somalija nie obrażaj się. dumam
-
@Somalija zatem z wyprzedzeniem przesyłam moc wszystkiego, co najlepsze... Agnieszko...
-
Okienne skrzydła nade mną. Ciężkie. Pancerne. Dalekiego zasięgu. Bombardujące kurzem, pyłem, martwymi pająkami w gąszczu pakuł, pajęczyn i brudu… Czyniące huraganowy wiatr białe motyle z chorobowej maligny. Z pijackiej kloaki smutku i otępienia. Opuszczenia, zapomnienia, nicości… Kłujące w szybach oczu rozbłyski. Gwiezdny rozsiew molekularnych strumieni. Uderzają mnie i chlaszczą po powiekach, źrenicach i skroniach. Po nagich ramionach, brzuchu, pośladkach… Odzierają do cna z człowieczeństwa. Pastwią się, szydzą i niemiłosiernie drwią… Właśnie znowu nadlatują. Spadają z nieba flotylle bogów o ostrych konturach. Tną ze świstem powietrze. Nurkują w zmasowanym natarciu całe ich zastępy. Zataczają kręgi, wypatrując ofiar. Lecz w oddaleniach są jeszcze inne. Odbite w lustrach obłoków poskręcane dziwnie maszkary ciągną za sobą pierzaste węże o zapachu smarów i ropnych spalin. Przylatują skądś do zupełnej pustki oplecionej stalowym deszczowym niebem. Pędzą żwawo do celu… Jakieś truchła w gęstniejących wyziewach nadciągających mgieł, kroczą ciężko w błotnistym powietrzu. W otchłani rur bluzgi hydraulików, bulgotania. Wyciekająca z otworów cuchnąca czarna maź. Niosą się jakieś jęki i stuki. Jakieś zapomniane istoty z głębokich warstw przeszłego czasu. Są w ciągłym ruchu. Wychodzą ze szpar w ceglanym murze, z tynku. Jednak, co chwila przystają. Milczą, jakby w jakimś namyśle. I znowu brną ku nie wiadomo czemu w morderczej udręce zagubienia. Idą na przestrzał. Przeze mnie… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-01-15)
-
@Somalija co ja?
-
@Somalija nie o awatarze, bo to nie ty. o tekście, Aga, o tekście...
-
@Somalija przepięknie, Aga
-
W odmętach zasłon, w milczącej otchłani półmroku ćmy puszyścieją w przelocie. Uderzają skrzydłami. Drżą…. W poszumie wiatru. W pogwizdywaniach nocy zbieram dla ciebie kwiaty, pełznąc na czworakach po drewnianej klepce podłogi. Po sękach i słojach zagadkowej, neurastenicznej łąki, widocznej tylko przez mnie. Zbieram dla ciebie kwiaty z płatkami pajęczyn i pyłkami wirującego niczym gwiazdy kurzu… Kwiaty zapomnienia i pustki. Wyjęte z szarości. Przytknięte do bieli skamieniałych tęsknotą ust. Widzę przed sobą zielone pola, rozchwiane, rozwiane i klarowne jak lato, w którymś upalnym dniu lipca, jak włosy meduzy falujące w odmętach morza. Lecz ukazane tylko na mgnienie, jakby w ostrym błysku ogromnego flesza. Gdzieś w rozwierającej się nagle kolejnej warstwie wyrazistego, wielowymiarowego snu. Podążamy tam boso, i wciąż boso po chłodnej, majowej rosie traw. Między gałęziami pachnących krzewów, co zachodzą nam znienacka drogę. Ciii. Usłysz… ― bowiem szepcze coś do cienia spoza gęstwiny purpurowego bzu, zatopione w melancholii i w rozkwicie. Albo to ty szepczesz do nikłych owadzich uszu, zdmuchując je ze swojej drobnej dłoni. O świcie, w którym flotylla mgieł płynie nisko nad ziemią i oblewa nas migocząca refleksami woda jeziora Consequence. Klęczę na podłodze. Z twarzą wzniesioną ku mdłej poświacie wiszącej lampy. Jakby słońce wychodziło spoza grubej powłoki skłębionych chmur. Z pewnością jest tu potrzeba pocałunku, odległego na razie jak mgławica Andromedy. Ale zbliża się nieuchronnie, by ostatecznie spełnić się w zgiełku wielkiego zderzenia. Tak oto wspinam się po kamiennym masywie wyobraźni, zostawiając za sobą piekło martwoty. Milczące przedmioty, rzeczy. Jakieś okryte folią niedokończone popiersia w opuszczonych, otwartych na wskroś pracowniach. Leżące w nieładzie młotki, dłuta, potłuczone ceramiczne szczątki czegoś, co kiedyś stanowiło całość, chrzęszczące pod stopami okruchy tynku, powybijanego szkła. Zapisane białą kredą ciemnozielone tablice, rozsypane wokół pożółkłe płachty starych gazet, wykresy, zwoje kabli, plątawisko bulgoczących żeliwnych rur… Żałosne w swojej bezużyteczności składowisko drewnianych, wypaczonych radioli, telewizorów z popękanymi szaro-sinymi szybami kineskopów… Bliżej nieokreślone skorodowane artefakty zamierzchłej przeszłości, w której ktoś kiedyś kogoś kochał… W oszklonych gablotach, pełnych zagadkowych eksponatów, odbija się w aureoli galaktyk czyjaś zniszczona twarz. Mijają mnie z plakatów uśmiechnięci, dawno umarli aktorzy, przeszyci na wskroś słoneczną smugą czasu. Kiedy idę długim pustym korytarzem, kiedy płynę bez czucia jak na próbie wniebowzięcia. Jakbym był wyrwaną z zeszytu kartką. Opadającym w swojej nieważkości piórkiem przelatującego ptaka… (Włodzimierz Zastawniak, 2023-01-07)
-
2