-
Postów
4 861 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
-
Wygrane w rankingu
1
Treść opublikowana przez Arsis
-
@Somalija ...
-
Kobieta w gęstej czerni rozwianych włosów *
Arsis opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Kochasz? Powiedz… Ja kocham w trwodze i obawie odrzucenia. Po drugiej stronie cisza, zimny mrok otchłani. Błądzę zalękniony. Przechodzę o jeden dzień, o jedną noc… Przestępuję, jak wskazówka zegara… W błękitnym niebie biała smuga po odrzutowcu. W kwintesencji słońca twoja twarz. W cieniu drzewa… Wśród skwaru gorącego lata stęsknione pocałunków usta czerwonych róż… Jesteś tutaj. Blisko. W ogrodzie płonącej nasturcji, wśród strzelistych malw wyrasta karminem kosmos podwójnie pierzasty… Zaiste, rojnie tu i duszno, lecz jakoś smutno, mimo ptaków i brzęku pszczół w rozpełzłej przy ziemi koniczynie… Nie mów. Nic nie musisz mówić. Wiem… Czy mnie znów słyszysz? Słyszę chrzęst kroków na żwirku alei, kiedy Idę ogrodem, którym moglibyśmy iść. Rozumiem twoje milczenie. Wybacz mi, że nazywam bezprawnie rzeczy nie do nazwania słowami, że żyję poza logiczną konstrukcją czasu… Kocham cię. (Włodzimierz Zastawniak, 2022-12-09) * Tekst na motywach wiersza pt. „Kobieta w gęstej czerni”, Mieczysława Jastruna -
Ja jestem nocą, a ty dniem… Spójrz, idę w deszczu. Noc mnie okrywa otuliną snu… Światła ulicznych latarni pustego miasta. Lśniący asfalt opuszczonych ulic… W przestrzeni tej, co przypomina… W melancholii grudniowego zmierzchu idę… W wilgotnym powietrzu, wietrze, co porywa ku niebu, co szarpie plakatami, które łopoczą i szeleszczą w trwodze opuszczenia. Obserwują mnie z bilbordów uśmiechnięte twarze… Odbijając w lustrach swoich oczu dalekie światła gwiazd, które przenikają nieśmiało przez szczeliny chmur… … które drgają miliardami kropel, pomnażając je w niejednoznaczności enigmatycznych obrazów… Gdzieś, między istnieniem a niebytem wkraczam ― w niewidzialność… Przenikam drgające cząstki substancji czasu, atomy, mżące piksele opuszczenia… … wysypujące się z każdego zakamarka, każdego załomu… Tak oto podążam do ciebie, mijając przytłumione nikłym blaskiem witryny sklepów, w których przeglądają się jedynie duchy, jakieś zapomniane widma o nieustalonych rysach twarzy… Pełno ich, milczących… … snują się jak te opary, jak te mgielne kaskady melancholii, poprzez mury , ściany, szyby… Gdzie ja jestem? Jestem tutaj… Wśród kałuż, w których blask, wśród wilgotnych gałęzi drzew, bulgoczących rynien… … ociekających gzymsów i ścian… Wśród… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-12-07)
-
@Somalija
-
@Somalija dwa zajączki? mikołaje?
-
@Somalija będzie czekoladowy mikołaj, zajączek...
-
@Somalija cześć. nie. ponieważ nie umiem pisać... a zresztą, kupię sobie smakołyki i będzie mikołaj...
-
@Somalija
-
@Somalija cześć. może to nie na temat, ale utwór mi si ę podoba,,,
-
Spójrz na mnie, przemieniłem się w panteonie mroku. Tak właśnie wyglądam, sponiewierany menażerią subatomowych okruchów. Mogę przejść przez ścianę z kamienia jaskrawą smugą światła. Przemieniłem się nie do poznania. Zaczajony między zimną, wilgotną ścianą a pustym, poplamionym, głębokim fotelem z pozostałościami dawnego życia. Siadał w nim mój nieżywy od dawna ojciec, paląc papierosa, zapalając drżącą ręką kolejnego, rozniecając wokół siwy popiół, apogeum nadciągającej niechybnie śmierci. Nie wiedział? Ależ wiedział. Nieraz mówił o jej bladej twarzy, kiedy był sam. Kiedy patrzył w brunatne plamy zacieków na popękanym suficie, na starą reprodukcję obrazu z falującym płótnem pajęczyn. Pamiętam, że była tam jakaś dziwnie zdeformowana twarz w szarej aureoli. Człowieka? Nie-człowieka? Podobizna kogoś, kto przychodzi zawsze po czyjejś śmierci z zaciśniętymi szczelnie powiekami. Ten ktoś był przy ojcu, kiedy konał w pomiętej pościeli. Jak i przy mojej umierającej na moich rękach matce. Ojciec umarł w nocy, matka za dnia. Do tej pory słyszę ten nieustanny szept, jakby monologu, jakiegoś rodzaju kłótni. Matka do ostatniej chwili wygrażała palcem, wygłaszając mowę oskarżycielskim tonem. Rozwierając szeroko zdziwione oczy patrzyła najpierw na próg, potem na otwarte okno. Na parapecie przysiadł kos, czy szpak. Zaświecił czarną kropką źrenicy, lecz, zanim zdążyłem wykonać jakikolwiek ruch ― odleciał. Kiedy spojrzałem ponownie na matkę ― już nie żyła. Pożegnała się w ten sposób ze mną, spoglądając po raz ostatni na miejsce swojego życia, na mnie… Uleciała w przestwór szarego, pochmurnego nieba. Chwieję się teraz w mdławym świetle wiszącej lampy, zlizując kurz z regałowej półki. Nie jestem już człowiekiem. Ale nie jestem też upiorem. Jestem czymś pomiędzy. W zimnym półmroku mieszkania śnię. Wyławiam wszelkie dźwięki przeszłości, gładząc opuszkami palców gródki cementowego piasku. Biała, olśniewająca wręcz futryna do drugiego pokoju, w którym panuje piwniczny chłód, odór rozkładu. I słychać skrzypienie drewnianej podłogi. Otwarte szeroko wejściowe drzwi. Najwidoczniej wspina się ktoś stopień po stopniu, ściskając drewnianą poręcz schodowej klatki. Wspina się powoli i ociężale, jak ktoś przytłoczony bagażem śmierci. Kto taki? Czy to ty, matko? Ojcze? Ktoś, ty? Przekracza próg z rozstawionymi szeroko ramionami jak ołtarz. Rozwartymi jak grób. Wkracza jakiś żywioł rozgorączkowanej, oślepiającej jaźni… Leżę na podłodze. Z radiowego głośnika dobiega szemrzący, piskliwy szum kosmicznej transmisji. Za oknem deszcz, noc i wiatr. Za oknem mrok. Czołgam się, między fotelem i kanapą, wdychając nikły zapach woskowej pasty. Słoje i sęki w dębowych klepkach układają się w jakiś dziwny, nierealny wzór. Przenikam tajemnicę materii. Tajemnicę sennego widzenia, które wciąż się przekształca i dojrzewa, choć nie wiadomo, co to wszystko znaczy i w jakiej kolejności eksplodują wyraziste, poszczególne obrazy… * Wiem, że teraz jadę donikąd. W pustym, kołyszącym się przedziale pociągu. Ostrzą się czerwone oparcia siedzeń w przygaszającym, co chwila białym świetle jarzeniówek. Stoję, trzymając się kurczowo szarego uchwytu. W okiennej szybie zniszczona twarz… Jadę do ciebie. Donikąd… Jadę w stukocie kół na złączach szyn. Osaczają mnie mżące piksele samotności, wyłaniają się z każdego zakamarka… Ściskam w dłoni sponiewierany egzemplarz „Moskwy-Pietuszki”, Wieniedikta Jerofiejewa. Wpadł mi w dłonie, nie wiadomo, skąd, w poplamionej, poprzecieranej okładce. Wsuwam go do kieszeni szarej marynarki. Pulsują mi skronie. Szumi w uszach wzburzona gorączką krew. Jadę do ciebie. Donikąd… Podążając w zaświat nieznany, w absolutną pustkę deszczowego opuszczenia. Krople uderzają o szyby. Rozpryskują się… Jadę do ciebie. Czy wiesz? Powiedz, czy wiesz? Twoje usta poruszają się, lecz nie słyszę słów. Jestem coraz bliżej ciebie…Coraz bliżej… (Włodzimierz Zastawniak, 2022-11-30)
-
2
-
@Somalija wyjdzie, wyjdzie, zawsze ci wychodzi, nie to, co mnie...
-
@Somalija oj, Aga... a co mam powiedzieć... a, loki... no to pięknie... siedzę i piszę, co z tego wyjdzie, nie wiem...
-
@Somalija zaplatasz? a z jakiej okazji?