Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 13.03.2024 w Odpowiedzi

  1. punkt widzenia kątomierzem między lożą a parterem
    5 punktów
  2. jednak nie przechodzi może nie znajduje przejścia a może wcale nie chce a może to ja nie chcę dlatego szukam podobnie i bez żadnego powodu podchodzę z uśmiechem odpowiada mi tym samym w końcu stoimy wspólnie po jednej stronie będąc ruchliwej autostrady nie przytłaczając się my teraz i tu potrafiący zrozumieć że właśnie kończy się świat zwyczajny a zaczyna kosmiczny stan nie przechodzący
    5 punktów
  3. śpij malutki mama smutki zetrze z powiek i opowie jak to było kiedy miłość wybuchała a nie bomby słuchaj bajki za lasami za górami dawno dawno kiedyś drzewo liść rodziło stało mężnie stało twardo tylko słońce a nie miasto zachodziło łuną krwawo myśli i ptaki fruwały między niebem Bogiem prawdą za górami poza frontem jest nadzieja zapamiętaj nie ma wojny nie ma strachu słuchaj bajki nikt nie strzela słuchaj mojej kołysanki w tobie synku będę żyła 26.03.2022
    5 punktów
  4. kiwi już nie dziwi banan potas da nam a gruszki na wierzbie wciąż udają choć my już siwi że ciągle są
    4 punkty
  5. W bezruchu tkwię, w milczeniu tonę, Dziecięcych lat nie wspominam, w cieniu pozostaną, Nikt opowie historię mego istnienia, Jestem tylko ja i ta pustka nieustająca. Choćby cień kogoś przemknął przez życie me, To przynajmniej tkwił w nim ślad historii, Cokolwiek to byłoby, a ja tu pozostaję, Samotna wśród martwej ciszy, wciąż nieświadoma. Jedyne, co wartem na tej ziemi, to relacje, Więzy z innymi, to jedyne co cenne, Nic nie zastąpi człowieka, bo w nim tkwi istota, Tylko ja i ta wieczna pustka, bezbrzeżna i głucha
    4 punkty
  6. Wszystko potrafię! I wszystko mogę! Każdą mam zdolność, prócz... kredytowej.
    3 punkty
  7. Umrę w samotności Lecz to dobrze Nie będę musiał wysłuchiwać jęków i narzekań Tych, co jeszcze żyją Nie będę widzieć ich spojrzeń Pełnych ubolewania Nad moim losem Umrę w spokoju, w ciszy Tak, jak się powinno umierać Z godnością.
    3 punkty
  8. w obiektywie — szekspirowski sen nocy letniej na fotografiach pamięci już tylko wspomnienie dobrze wracać tam, gdzie zostawiłam część siebie narysować perspektywę i widzieć znacznie więcej
    3 punkty
  9. @Łukasz Jasiński proszę Pana, dziękuję za opinię, refleksje i całkiem obszerne wyznanie, niestety jednak nie sposób mi tego ocenić, bo nie znam Pana sytuacji, za to intryguje mnie, nie powiem, całkiem zaskakujące nawiązanie do narodu wybranego. Chciałby Pan jakoś o tym szerzej? Jutro w synagodze mógłbym poruszyć pańskie rozterki z braćmi w wierze. Shalom, Panie Łukaszu.
    3 punkty
  10. Za górami, w pewnej wiosce, żył raz Piotr, dorosły, który wolał ciagle myśleć, że ma cztery wiosny. Mawiał wszystkim: "Jestem Piotruś, mieszkam w Nibylandii. Wyśmienicie tu się bawię z moimi kumplami. W naszym raju nie ma pracy, Wanda mi nie truje. Obowiązki?? Na co?! Po co?! Z Dzwoneczkiem baluję! Tu wyżebrzę, tam pożyczę, puszki sobie sprzedam. Czary-mary, hokus-pokus, niestraszna mi bieda. To zastawię, tamto oddam, wystarczy na teraz. Zagram w lotka, wiersz napiszę, wejdę na tindera. ... W pewnej wiosce, za górami, życie miło płynie. Wódka ciurka strumieniami, ludzie dają w żyłę. Tam nasz Piotruś, duży-mały, ucieka w nie-bycie. Przed złym "kapitanem hakiem", nazywanym życiem. 31.03.2022
    3 punkty
  11. Pod błękitnym niebem, pod dachem szerokim, pod kwitnącą śliwą, pod białym obłokiem... Z rękoma pod głową, z książką u boku, z wiernym psem przy nodze, z bystrą myślą w oku... Wiatr muska mą skórę, słońce gładzi włosy, wszystko nazbyt piękne: - Ach, te wstrętne osy! Poleżeć nie dadzą wśród świeżutkiej trawy. Zburzą chwile piękne - żywot mój niemrawy! Przymknięta powieka szerzej się otwiera, drzemki dziś nie będzie - A niech to ch...a!
    2 punkty
  12. Cóż, głuchy jest łowczy z Hajnówki na wieczne swej ślubnej wymówki, że huczy jej w głowie, gdy mężuś w alkowie, jak co dzień ją cmok z dubeltówki! lub, również z inspiracji Janka: po uszkach ją cmok z dubeltówki!
    2 punkty
  13. nie tylko radosne widoki twarze chwile częstuje uśmiechem również te smutne barwiąc nim szarość która od nich bije szarość za jaką nie tylko malarz piękno widzi
    2 punkty
  14. @Łukasz Jasiński No, ale z czegoś trzeba żyć, c'nie? :) Chociaż czy ja wiem, czy wszędzie jest tak źle? Sektor publiczny na pewno lepszy, ale i tam patologie się zdarzają, wszystko zależy od ludzi, z którymi mamy styczność. Własny biznes zawsze spoko, ale w niektórych przypadkach już potrzeba zarejestrowanej działalności a i nie wszędzie można wszystko sprzedawać (i to z powodów czysto prawnych, a nie praktycznych :)) A to jest z kolei przykre i demotywujące. Chociaż nie zgodzę się z tym, że dobrze być bezdomnym - to często są naprawdę nieszczęśliwi ludzie, którym się w życiu nie powiodło i ja im tej "darmowej" pomocy od państwa jakoś nie żałuję. Tak, w sumie, to praca człowiekowi nie jest potrzebna, tylko pieniądze :) No, chyba że żyje jak Robinson Cruzoe, na bezludnej wyspie. Pozdrawiam, dziękuję za wizytę i ciekawy komentarz Deo @Leszczym Dziękuję ! :)
    2 punkty
  15. Kolejna myśl błądzi w mej głowie, Czy zdążę przed sobą i Panem Bogiem? Ciągłe rozterki i stany lękowe, Dla mnie to norma, czy ktoś mi pomoże? Wróciła codzienna niechęć do życia, Nie umiem sama tego powstrzymać. Gorycz, rozpacz, czarna chwila, Życie to ciągła sinusoida. Nie chcę znów utknąć przy Mrocznej Pani, Błagam niech życie teraz się nie wali! W Miłości jest siła Nic mnie nie powstrzyma. Ta kula u nogi To TYLKO jedna chwila... Odskoczę od dna We wspomnieniach zatonę, Odwrócę się taktownie Przecież nie spłonę. Maraton zwycięstwem muszę zakończyć, Na ostatniej prostej już nie ma przeszkody. Dobiegłam, z Miłością udać się musiało. Już teraz zakończenie ma jeden scenariusz...
    2 punkty
  16. niezakotwiczony w mieliznach przeszłości dryfujesz po płonącym teraz ku przyszłym charybdom fantasmagorii oderwany od życia rabie słomianego bezczasu 21.05.2022
    2 punkty
  17. Żal Foch Ja chce (nie mam nic dla nich) Ukarzę ich: poczucie wyższości. No właśnie. ? (Godność jest w człowieku, czy w oczach innych?) Moja interpretacja emocji z tych wersów, może są inne? Pozdrawiam, bb
    2 punkty
  18. Jak to ktoś kiedyś napisał: "człowiek rodzi się samotny i umiera samotny". Czy tego chce, czy nie...
    2 punkty
  19. gdy tuje wciągną cień zimowy dasz się popieścić psu rudemu zagubionym ziarnem facelii spęczniejesz wzejdziesz i wyrośniesz rozkwitniesz błękitem pierzastym a ja cytrynkiem myk myk niech inni drzemią leżakują przykucnę dopadnę wedrę się w samo dno kielicha dopiję czego wcześniej nie
    2 punkty
  20. Pewien lama w świątyni Kaduka, Dość się wkręcił mocno w fejsbuka. Zamiast śpiewać głośno oooom, Myślał gdzie znajomi som. Zabrać mu sieć, to jak w banku nastuka.
    1 punkt
  21. Kiedy łbów pokręconych (Uniejów) pytał Maciej, czy głupich wciąż sieją, to rozbeczał się ogół, że chcą żarcia i stodół, a nie igrzysk i w koło Maciejów. https://www.facebook.com/reel/970840987166949
    1 punkt
  22. zapytałem aniołów czy śmierć boli czy mam się bać lecz nic prócz ciszy nie słyszę mimo że słuch mam dobry więc myślę sobie chyba jednak nie boli i nie jest smutna gdyby prawdą było - by mnie ostrzegli bym nie umierał więc dalej upajam się swoim życiem nie bojąc się ciszy
    1 punkt
  23. @Ewelina Świetnie, dziękuję, kłaniam się i pozdrawiam Cię :)
    1 punkt
  24. 1 punkt
  25. @beta_b @Leszczym Dziękuję serdecznie
    1 punkt
  26. - dla Belli i dla A. Brama, teraz już całkowicie uprzejmie otwarta, wykonana była z trudnoidentyfikowalnego materiału. - Być może jest ze stali - pomyślał Regis, dotykając czubkami palców lewej dłoni jej gładkiej powierzchni. - Ale pewności nie mam i mieć nie mogę, uznał. - Nie na podstawie li tylko dotyku. Mur, który otaksował uważnym spojrzeniem, oceniając jego wysokość na przynajmniej dziesięć metrów, również nie wyglądał na zbudowany - czy też raczej stworzony, wróćmy tu, mój Czytelniku, do właściwego słowa - z żadnego znanego budulca. Jego ciągła i jednostajna gładkość, i to po obu stronach, mogła pochodzić z bardzo starannego - ba, pieczołowitego - pokrycia cegieł równocienką warstwą wapna, względnie innego, mniej znanego - albo wcale znanego - materiału. Lub wzięła się z niesamowicie precyzyjnego ułożenia wypolerowanych do śliskości kamieni - i to bez spajającej je dodatkowo zaprawy - jednego na drugim tak, iż znać nie było - ani wzrokiem, ani dotykiem - najmniejszych choćby przerw pomiędzy nimi. Bez żadnego śladu wspomnianej uprzednio, zaprawy lub innego, najwyraźniej doskonale pomyślanego i wykonanego zespolenia. Odległość między bramą pałacu od bramy głównej - jak pomyślał Geralt, oglądając się - wynosiła dobrą setkę kroków, postawionych przez kogoś słusznego wzrostu. Co znajdowało się za widoczną w tejże bramą, wewnętrzny dziedziniec lub jedynie korytarz - nie pozwalała ocenić. Dystans pałacowych ścian od okalającej je linii murów wydał się Geraltowi równomierny z każdej strony: tak po lewej, jak i po prawej ręce. Kształt budowli, jego zdaniem w każdym razie - przypominał najbardziej kwadrat. I radował oknami komnat, zapraszającymi do odpoczynku. - A ogród? - zapytała praktycznie Angoulême, z myślą o wampirku, rosnącym jej zdaniem o dziwo, spokojnie - pod jej sercem. Chociaż, spoglądając z drugiej strony - jako że nigdy wcześniej nie była w ciąży, ani z ludzkim, ani jak teraz z nadwampirzym mężczyzną - trudno oczekiwać miarodajności opinii we względzie, jak powinna przebiegać taka ciąża i jak zachowuje się rosnące w łonie wampiątko. - Znajduje się z tyłu za pałacem - odpowiedział jej Pierwszy Architekt. Tym razem to Regis w reakcji uśmiechnął się lekko... Cdn. Voorhout, 1. Lutego 2024
    1 punkt
  27. - dla Belli i dla A. Tymczasem Milwa i jej baron, wszedłszy na piętro pałacu, oglądali komnatę za komnatą i - dziś nazwalibyśmy je właśnie tak - apartament za apartamentem. Kolejne jednak, chociaż przestronne, widne i gustownie urządzone (przy czym każdy inaczej) - co w końcu nie może dziwić przy takim Stwórcy jak Jezus i zarazem, jak już wspomniano, Pierwszym Architekcie - nie zatrzymywały ich uwagi na więcej niż kilka długich, to prawda - ale jednak chwil. Podobały się, owszem i ba - znajdowały uznanie, co przecież było nie tylko spodziewane, lecz wręcz oczywiste i zrozumiałe. Mimo to w każdym znajdowali jakieś "ale". Widzieli coś, co nie odpowiadało. Dostrzegali coś, co nie pasowało. Zwracali uwagę na coś, czego w tym konkretnym wycinku przestrzeni nie chcieli. To okna zdawały im się za wysokie. To nie taki, jak chcieliby, kolor ścian i nie dobrane zasłony. To znów brak futer na podłodze po obu stronach łoża. Wreszcie za mała komnata, chociaż dla komfortu połączona korytarzykiem z drugą, równie jasną, tej samej wielkości. A może po prostu nasi bohaterowie w gruncie rzeczy nie wiedzieli, czego szukają? Może ich spodziewania były zbyt mało konkretne? Zbyt mało precyzyjne? A może - właśnie - zbyt wygórowane? Może, oglądając pomieszczenie za pomieszczeniem, z których żadnemu w żadnym szczególe można było cokolwiek zarzucić - zaczęli, mimo iż aświadomi tego, odczuwać przesyt? - Mój ty szlachetnie urodzony - zaczęła Milwa w kolejnej izbie. Przestronnej, z kamienną, jasną podłogą i pobielonym sufitem. Z dużym, trójczęściowym oknem, z których środkowa, całkowicie przejrzysta i podzielona ramą na górny i dolny prostokąt oraz trzy środkowe kwadraty zamocowana była na stałe. Boczne natomiast, uchylne do wewnątrz, były - jako stanowiące pola z przewagą zabarwionych na błękit, czerwień, żółć i zieleń ćwierćowali - trochę mniej przejrzyste. Za to, filtrując słoneczny blask, rzucały wesołokolorowe plamy na powierzchnię podłogi. - To którą - zadała kolejny raz to samo pytanie, w taki sam sposób rozglądając się po wnętrzu - komnatę wybierzemy? Obejrzeliśmy ich już tyle, czuję się zmęczona oglądaniem i wybieraniem... Baron uznał, że najwyższy czas przejść do rzeczy. Dla podkreślenia powagi materii i chwili usiadł przy stole, opierając przedramiona i splecione dłonie na blacie. Naprzeciwko usiadłej na łożu kochanki tak, aby móc na nią spoglądać. - Kochanie, chciałaś porozmawiać o ślubie... - zaczął powoli. Z nadzieją, że skoro Milwa sama zaproponowała rozmowę o nim, to może... Chciał się z nią ożenić. Chciał żony właśnie takiej, jak Milwa. Szczerej, kochającej przestrzeń i łowy. Naturalnej i swobodnej, także seksualnie. Nie dziedziczki włości, sąsiadującej z jego własnymi włościami. Młodszej od Milwy, bardzo ładnej i zgrabnej, to prawda. Wykształconej i obytej, także w polowaniach, a nawet - przez bardzo przewidującego ojca, hrabiego skoligaconego z domem książęcym w Beauclair* - w rycerskim rzemiośle. Ale, chociaż marzyła mu się przez pewien, dość długi zresztą czas - nie miała tego czegoś. I chociaż nie potrafił dokładnie określić, czym owo coś właściwie było, Milwa widziała mu się lepszą kandydatką. Czuł to. Tak myślał. Pomimo wahań. - Byle naprawdę mnie chciała... - pomyślał po raz następny. - Mnie dla samego mnie, a nie dla majątku i tytułu. Uśmiechnęła się promiennie jak słońce, które tak lubił. I przejrzyście jak wiatr, który tak kochał. Wstała i wciąż z tym uśmiechem podeszła do okna. Obróciła się powoli, a jej uśmiech zmienił się w poważny. - Wyjdę za ciebie i dam ci potomka - powiedziała. - Ale chcę ślub. Dasz mi słowo? - Dam - zerwawszy się z miejsca baron podszedł do Milwy uroczystym krokiem i przyklęknął na prawe kolano, zgodnie z obyczajem ujmując jej prawą dłoń. - To moje słowo - ucałował ją dwornie. - Będę ci towarzyszką póki zdrowia i życia - wzruszona Milwa z trudem wypowiedziała wyrazy małżeńskiej obietnicy, których nauczył ją ojciec. - Dnia i nocy, podwórza i domu. Stołu i łoża, biedy i bogactwa. Tylko... - uczyniła zwyczajową przerwę. - Tak? - baron pytaniem dopełnił obyczaju. - Tylko mnie kochaj.** * W której powieści jej Autor umieścił Beauclair, nie wymaga przypomnienia. ** Jaki film kończy przytoczone zdanie, też wręcz nie powinienem przypominać moim Czytelnikom. Cdn. Voorhout, 4. Lutego 2024
    1 punkt
  28. @iwonaroma żadna wielka historia jednym słowem :)))))
    1 punkt
  29. mam nieodparte wrażenie że za chwilę wiatr z liści zacznie układać pasjansa a zaprzyjaźniona sójka usiądzie na moim zmęczonym ramieniu i zakwili tośmy się bracie świata naoglądali wówczas duszę schowam w maleńkim modlitewniku i naiwnie rozpalę ogień życia farmaceutykiem choć wiadomo że nikt szkapy nie zaprzęgnie do karety a tylko desperat posadzi dupę na spróchniałym wozie
    1 punkt
  30. @Corleone 11 Stary, chyba nikt jeszcze dotąd czegoś takiego nie napisał :))) I chyba faktycznie żeby tak się spiąć no to trzeba w Holandii mieszkać :)) W końcu w Holandii czyta się najwięcej na świecie książek :))
    1 punkt
  31. @Corleone 11 No muszę powiedzieć, że właśnie pożałowałem, że nie dałem rady czytać tych wszystkich części opowiadania, które faktycznie odbiega od reguł i norm kolokwialnych :))))
    1 punkt
  32. @Corleone 11 Czy imię Bella to nawiązanie do filmu Biedne Istoty?
    1 punkt
  33. @Leszczym :) dzięki @Klip również podziękowania:)
    1 punkt
  34. Prze -dziwny jest ten świat!
    1 punkt
  35. Może to autyzm, albo ADHD, A może paranoja, lub rak. To pewnie przez nie świat Raz zdaje się ptakiem, a raz gadem. Cisze wrzeszczą najgłośniej, Krzyków nie słychać, Szczęśliwy czas smutnie przemyka, A ból tkwi w gardle ością I nie znika, splątany radością. Malowane twarze wszystko wiedzą, Choć więcej czuje make up niż głowa. Tyle razy wszystko jest od nowa, Że dalej się dojdzie siedząc. Głupota od mądrości oddzielona miedzą. Nawet miłość inna niż na obrazku. Gorąca zimą, Nie wiążąc najsilniej trzyma I chłodzi w słońca blasku. Miłość, która nie jest maską, Kiedy chleb smakuje jak wino.
    1 punkt
  36. W moim domu zamieszkają inni Pewnie nigdy ich nie poznam Mam nadzieję że będą szczęśliwi W ścianach zagości śmiech Mam też nadzieję że nie zrobią krzywdy Moim drzewom w ogrodzie A zresztą każdy lubi posadzić swoje To w pełni zrozumiałe Przeobrażą też pewnie pokoje Tak że bym ich nie poznała Gdybym jakimś cudem zadzwoniła do drzwi A oni by otworzyli stałabym w nich zupełnie zbita z tropu powiedziałabym że się pomyliłam i odeszłabym w zapomnienie
    1 punkt
  37. Minęliśmy się Wśród skrzyżowanych oczu Pospiesznych kroków Po raz pierwszy Nie zdążyliśmy zapamiętać Tego miejsca Milion słów Przeszywa miejski zgiełk Usłyszysz nasz szept Nagie słowa Kiedy znów się miniemy Wśród skrzyżowanych oczu Pospiesznych kroków Po raz drugi?
    1 punkt
  38. uczysz mnie swojej gramatyki na najprostszym zaimku który znasz ja mnie moje ze mną o mnie beze mnie lecz słowa ześlizgują się z języka który nie przewiduje wspólnego czasu 18.04.2022
    1 punkt
  39. ukonstytuowana w obiektach w wielości miejsc i akcji w gęstwinie w pożodze w szkarłacie pochowana pod murem
    1 punkt
  40. Polecam liryczne „zdjęcia” z kolorową mgiełką.
    1 punkt
  41. Łąki przeżytych lat: wychnięte tataraki, puste kłosy i mak ... wszyscy jesteśmy narkomanami życia. Niby chcemy popełniać samobójstwa, walczyć na wojnach "na śmierć" - niekoniecznie, bardziej "na przeżycie." Z nudy wirujemy w lejach skandali, narzekamy, że nie ma dobra i miłości, wciąż za mało zarabiamy, nie warto się starać ... Piszemy poematy o trumnach, regularnie co kilka dni tracimy z oczu sens życia ... ... Ale! Niech no tylko nas zabiją! Nie, nie! Nie pozwalaj sobie! Mam kredyt do spłacenia, syn za chwilę będzie pisał samogłoski, córka już potrafi siedzieć, chcę zobaczyć Istrię, dostać fundusze na rozwój mentalności rezurekcyjnej w rzeczywistości postpandemicznej, kupić małe pastwisko w Górach Sowich, no i przede wszystkim - jestem bez makijażu, bez spowiedzi i bez sakramentów! Dlatego nie mogę teraz umrzeć. Sumienie to krzesło elektryczne pod słabym, ale stałym napięciem. Bywa, że pulsuje jak rwący ból, przerywa połączenie, miewa braki sygnału Ale to wszystko tylko przez sekundy: całkowitości mojego istnienia, kropli w kosmicznym oceanie ... Pustość! Pustka! Pustota! Spustoszenie! Co do tego nie mam złudzeń. Pełnia! Przeżywam ją bardziej, niż ktokolwiek inny. W białych pokojach, kąpielach z wody kolońskiej i róż, przy świecach o zapachu belgradzkiej czekolady ... Czy to romantyzm?! Młody mężczyzna, który dał mi sporo cielesnej miłości, z determinacją oznajmia, że musi mnie posiąść przez otwór duszy. "Zejdź do Żabki, może mają korkociąg." Idąc do domu liczę latarnie i klomby róż, mijam kościoły, pomijam "dlaczego." Tym razem to nie żarty. To już samobójstwo. Połykam cały listek leku o nazwie Laremid. Zdążyli mnie odratować. Na kolację pożeram własne ciało. W testamencie zostawiam tylko kawałek duszy. I potrzebuję się skupić.
    1 punkt
  42. przedawkowałam życie zaaplikowałam podwójną dawkę psychoanalizy dożylnie i domięśniowo stercząc z głowa w sedesie wyrzucając z siebie resztki darmowych porad zrozumiałam prostą rzecz nie warto być idiotą
    1 punkt
  43. bierze światło, soki, miejsce na wzór!
    1 punkt
  44. @poezja.tanczy Dzięki, trzeba się jej stawiać i nie ułatwiać jej pracy, a to przynajmniej może opóźnić wspólna wędrówkę. Pozdrawiam
    1 punkt
  45. Byłem wtedy w pokoju o zachodzie słońca. W przedpokoju. W pomarańczowej poświacie wirowały pyłki, cząsteczki kurzu mżące i lekkie. Szumiąca cisza rozchodziła się jak teraz o północy. Na schodowej klatce niczyje kroki. Lśniąca w słońcu drewniana poręcz wytarta, wypolerowana przez lata, błyszcząca… Zatrzaśnięte drzwi na wieczność do kogoś, kogo już dawno nie ma. Smugi blasku na ścianach, na stopniach, niknące powoli w nadciągającym zmierzchu… Gdzieś tutaj… Nie wiem. Nie pamiętam…. Ale tu było… Zaraz… Zaraz… A, tak. Już wiem. Nie, nie wiem niczego… Poplątało mi się wszystko i plącze nadal. Gdzieś tutaj, w tym stosie papierów, czasopism i książek, prześwietnych foliałów… Albo tam. W półmroku, w kącie. Za wygniecionym przez umarłego dekady temu ojca fotelem, bądź kanapą z przetartym obiciem… Coś się porusza. Nie. Coś się tam kiedyś poruszało. Teraz leży zwinięte w kłębek. Nieżywe. Martwe. Doskonale martwe truchło tą martwością zimnego kamienia. W absolutnie szczątkowej formie. Z dużą ptasią czaszką, której oczodoły wpatrują się w bliskość ściany, jakby próbując wydziobać z niej ziarenka kwarcu. Czasami siada w swoim fotelu ojciec. Martwy albo żywy. W zależności od sennej bioluminescencji. Siada w nim w jakiejś dziwnej aurze, która go otacza. I patrzy się, gdzieś przed siebie, w jakieś nieokreślenie tego albo tamtego świata. Albo mówi coś w doskonałym milczeniu, poruszając jedynie martwymi ustami. Mówi coś, śniąc razem ze mną. I przenikając skłębione byty, przedmioty rozjarzone dziwnym, wewnętrznym światłem. Otwiera usta i zamyka, między pulsowaniami, między uderzeniami mojego serca. Otwiera usta i zamyka. Otwiera. Zamyka… Otwiera… Zamyka… Otwiera… Zamyka, jakby to były dwa płatki zastawki na włóknistym pierścieniu przedsionkowo-komorowym. Zamykając usta, zapobiega cofaniu się krwi. Choć czasem nie domyka swoich ust. Widać wtedy cienką, jakby śladową szparkę między sinymi kreskami warg… Mówi coś. Grymasi. Wspomina nieskładnie jak po alkoholu wychylonym do samego dna. Podniesionym w toaście przez mistrza ceremonii podczas nocnego misterium zwidów i mar. Albo opowiada ze wzruszeniem w kłębach papierosowego dymu o jakimś opuszczeniu, wtedy, tam przy drodze przed wojną albo zaraz po niej (której?) Zresztą cała ta opowieść jest pełna niedomówień, ponieważ mylą mu się epoki i lata. Plącze się. Kluczy… Przerywa wątek i zaczyna od początku, bądź od końca. Albo od środka. Albo jakoś tak po przekątnej. Opowiada o swoim ojcu i matce, o bracie… I jakimś takim tonem podobnym do pieśni pobrzmiewającej w szumiącym głucho lesie. W tym lesie ciężkim od powalonych, spróchniałych konarów… W tym lesie, w którym przetacza się westchnienie jak sen lekkie i niosące się echem. Wypowiada słowa za wcześnie albo za późno tak, jak to się dzieje w ostrej jak brzytwa gorączkowej malignie. Niezrozumiale, niejasno, dziwnie, ale za to z finezją nieboszczyka pełnego werwy. Tej werwy jaką miał za życia. I ściemnia się wtedy, i zmierzcha w płonącej łunie horyzontu. Gwałtowny dzień zamiera w ciszy rozproszonej i niemej. I odchodzi wtedy. I idzie wraz z wiatrem, który szeleści w liściach wierzby, w proroczym nad głową przelocie nocnych ptaków. Jak ta przyświecająca obietnica opuszczonemu przy drodze… Zaciskam powieki. Otwieram. W otwartych oknach wybrzuszają się firanki między płachtami zasłon pełnymi pajęczyn. Za oknami noc. Cisza. Senne przepływy tych wszystkich widm, których nie odstręcza żaden mozół w zaświatach. Przytulam się do ściany. Całuję pęknięcia tynku. I liżę te rowki gorzkie i słone zarazem. I płonę w aureoli żółtawej poświaty. W blasku wiszącej u sufitu lampy. I przywieram jeszcze mocniej do pustej ściany z cementu, której szepty narastają i nikną. Ona mówi do mnie. Coś mówi… W siedzeniu pustego fotela jedynie wgniecenie po ojcu. Ślad martwoty pełny kurzu i opuszczenia. A więc teraz mówi do mnie ściana. Albo coś, co tkwi w niej samej, bądź za nią. Co? Kto? Nie wiem. Ale jest i mówi. Albo raczej szepcze wraz z innymi szeptami w jakimś takim niesłychanym sporze. Albo ostrzega przed czymś, co nadchodzi każdej nocy. Albo znowu milknie, abym to ja się odezwał w tym osobliwym dialogu. Zadaje pytania jak matka dziecku, głaszcząc je po głowie. Czy go nic nie boli, nie doskwiera, nie dokucza… Tylko, że teraz zadaje je po śmierci podczas szeleszczącej liśćmi nocy. O coś się pyta. Nie słyszę. Niedosłyszę, albowiem zagłusza ją szum płynącego w moich żyłach strumienia. Czuję na twarzy, jakby muśnięcie. Subtelne. Ledwo odczuwalne. Nikłe. I nawarstwia się daleki krzyk rozpaczy, który nagle zrównuje się z życiem. „Już nie trzeba, nie trzeba”… — zdaje się mówić głos zza ściany i jak zapomnienie zwiewny. Matko. Mamo! To było trzy lata temu! — Krzyczę. Zalewam się łzami… „Już nie trzeba, nie trzeba, synku”… — odpowiada echo w pustce odpływającego czasu. (Włodzimierz Zastawniak, 2024-03-10) https://keosz.bandcamp.com/track/10-keosz-advena
    1 punkt
  46. - dla Belli i dla A. Wszyscy ich towarzysze - i przyjaciele zarazem - już tam byli. Oczywiście, wliczając Poszukiwanego, a jednocześnie jakże łatwego do znalezienia - bo przecież WszechObecnego. - Otoczenie naszego zamku - powiedział Ów z uśmiechem na powitanie - to rozprzestrzeniona cząstka Raju. Można powiedzieć, iż spodobał mi się pomysł, aby owa cząstka WszechWymiaru znalazła się tutaj, na Ziemi. Dla pożytku wszystkich mieszkańców, także ludzi. Jak bowiem wiecie, nie jesteście jedynymi korzystacielami z ziemskich przestrzeni. Ty Geralcie, znasz nawet kilku: mam na myśli krasnoludów i elfów. Ale także ty, Yennefer - podobnie. Bo aby zaś nie patrzeć w przeszłość, a zarazem gdzie indziej - tu uśmiechnął się do Regisa - jesteś właśnie jednym z owych. Po Koniunkcji Sfer, to prawda - ale tak, jesteś. - Podoba wam się ta muzyka? - zapytał aoczekiwanie Jezus. Co prawda, nie dla wszystkich w ten sposób, bowiem nadwampir usłyszał ją wcześniej, zbliżającą się, swoim słuchem dużo bardziej efektywnym niż ludzki. Użyjemy tego właśnie słowa, bowiem termin "wyczulonym" nie oddaje rzeczywistości. Czarodziejka natomiast, będąc wysoce domyślną, a jeszcze bardziej wysokowrażliwą, wyczuła chęć zadania owego pytania. W oczywisty sposób powiązanego z urzeczywistnionym już zamiarem sprawienia radości przyjaciołom. Radości zarówno estetycznej, jak i duchowej. - To muzyka Ziemi? - spytała Yennefer, zasłuchawszy się z uwagą. - Azupełnie - odparł Stwórca Dźwięków i Muzyki. - To połączenie melodii, płynącej ciągle z ziemi, po której stąpacie. Płynącej z traw, kwiatów i drzew. Z wody, ciągle w nich krążącej. Płynącej z powietrza i z chmur, zmiennokształtnych istot nieba. Dla was wszystkich przyszedł teraz czas, aby ją usłyszeć. - Z roślin... wiedziałam - szepnęła zasłuchana - i zafascynowana - Soa. - Wiedziałam... Czułam i wiedziałam... - poprawiła się. - Słuchaj, ukochany - uśmiechnęła się do męża, zaraz potem całując go delikatnie. - Słuchaj... - Słuchaj, moje serce... - szepnęła do siebie po chwili. - Przepiękne... - wyszeptała Angoulême z wyrazem twarzy, jakiego nikt uprzednio u niej nie widział. - Chodź, Regisie - ujęła kochanka za dłonie. - Chcę tańczyć, szeptała dalej. - Chodź... - Chodź, ukochany - poprosiła Milwa swojego barona. Z uśmiechem, którego dotychczas nie zobaczył na jej wargach. - Chodź... Pozwól się prowadzić... - Najdroższy... - powiedziała Yennefer ledwie słyszalnie. - Słuchaj... Słuchaj i daj się ponieść... - Milu... - uśmiechnięta Bella przytuliła się do męża. - Czuję spokój, tak głęboki... Czuję, że i ty go czujesz... Dzielmy go tańcem - szepnęła po chwili. - Jezusie, zatańczmy - Zuzanna wzięła Go powoli za dłonie. Melodia Ziemi wciąż ich dobiegała. I przenikała. Zewsząd... * * * - Stał się cud... - powtórzyła przejęta Yennefer. - Ale przecież... - szepnęła zadziwiona Milwa. - Przecież ja... - Regisie... - biorąc jego dłoń i kładąc sobie na brzuchu uśmiechnęła się Angoulême. - Mężu... - zarumieniła się Soa. - Milu... dla nas to powtórnie właściwy czas - wyszeptała zawstydzona Bella. - Jest to i dzieje się to, czego pragnęliście - przypomniała im Zuzanna. - Zawsze tylko to, czego naprawdę chcecie. Mój mąż, mój Wszechświat - uśmiechnęła się do Jezusa uśmiechem, którego Soa momentalnie jej pozazdrościła. - Ach... - Wszystko to, czego naprawdę chcecie - powtórzyła Zuzanna. Cdn. Voorhout, 18. Lutego 2024
    1 punkt
  47. - dla Belli i dla A. Regis patrzył. Nadwampirza natura pozwalała mu w wysokim stopniu dzielić uwagę, azależnie od okoliczności. Kochając się z Angoulême, w który to akt angażował w oczywisty sposób i emocje, i wolę - ale także część duszy - widział wszystko. Wszystko rejestrował swymi wampirzymi zmysłami. Ciepło słonecznych promieni. Cień, rzucany przezeń na leżącą przed nim i obejmującą go udami dziewczynę. Powiew lekkiego wiatru, przyjemnie chłodzącego rozgrzaną skórę. Przyśpieszony z płynącego do pędzącego bieg krwi Angoulême w jej tętnicach i w żyłach. Czuł także jej wewnętrzny żar, kończący pochłaniać ją całą. Czego zresztą domyśliłby się, nawet gdyby nie czuł. Słyszał również jej nieliczne myśli, skoncentrowane na doznaniach. Na będącym ich przyczyną pragnieniu. Na jego imieniu, bezgłośnie wyszeptywanym jednocześnie w umyśle, sercu i duszy. I na... Uśmiechnął się lekko, kontynuując branie i dawanie zarazem. I wciąż poddając się pożądającej go i równocześnie biorącej go kochance. - Regis, chcę cię czuć... zawsze tak, jak teraz. Nie przestawaj... Miał zamiar i przemożną chęć kontynuować aż do - nazwijmy to tak - wampirzego finału. Który zresztą - jak czuł - nadchodził, by nazwać to w ten sposób. Który zbliżał się wcale wielkimi krokami. Nachylił się, aby złożyć czule długi pocałunek najpierw na jej rozchylonych pragnieniem wargach, w chwilę potem na rozedrganych powiekach, po nim natomiast na uniesionych piersiach. Właśnie miał zamiar przesunąć się ku jej krągłym udom, by ucałować miejsce, które przed chwilą opuścił, gdy usłyszał namiętny szept Angoulême: - Czy mógłbyś zacząć od nowa? Chyba mam ochotę na więcej... * * * Tymczasem Yennefer i Geralt... Cdn. Gdańsk, 9. Lutego 2024
    1 punkt
  48. Lukrowane watą cukrową ,cukierkami z niecałkiem niewinnym nadzieniem. Kraina,która na zawsze pozostanie w czeluściach naszej duszy. Dzieciństwo. Smak gumy do żucia okręcającej się niedbale wokół śnieżnobiałych zębów. Baloniki,które raz wypuszczone już nie wrócą. Błędy,których w dorosłości będziemy żałować. Zepchnął ją tylko raz. Niby nie chciał. Zwyczajna demonstracja męskiej siły. Czy dzięki temu poczuł się lepiej ? Widząc jej łzy. Za karę oczekiwał bezczynnego siedzenia w domu przy wyłączonym telewizorze. Srogich batów od ojca-komandosa. Tyrady od wiecznie umęczonej życiem matki. Nie przeprosił. Będąc niedojrzałym zadufanym w sobie 30-latkiem został pozbawiony tego co najważniejsze w życiu - właściwego celu,drogi po,której mógłby iść. Znajomi z pracy mówili mu - dorośnij wreszcie,nie masz przecież 5 lat. W szkole zawsze był błaznem. Koledzy z klasy zadowalali się dowcipami,którymi sypał jak z rękawa. Był gwiazdą,która błyszczała nie mogąc spaść. Może jakiemuś dziecku spełni się życzenie. Po szkole nie znajdując wspólnego języka z rówieśnikami włóczył się uparcie po wiecznie otwartych supermarketach. Słuchał muzyki,która była jego duszą. Dawała szansę na przeżycie. Pewnego dnia kiedy matka wyjechała do sanatorium podskrobał w totalnym afekcie ojcu pieniądze. Robił to systematycznie doprowadzając się w ten sposób do nieuchronnej destrukcji. W końcu prawda wyszła na jaw. Nie mógł liczyć na przebaczenie. Przynajmniej nie w tym momencie. Już nie był jego synem. Zbrodnia i kara. Zawsze idą w parze. Odebrano mu prawo do kieszonkowego za,które kupował sobie komiksy. Pozwalały mu wierzyć,że jest suberbochaterem, który uzdrowi świat. Matka miała łzy w oczach. Jak mogłeś mu to zrobić ?! Nawet nie wiesz jak go to boli. Ja ?! Zuchwale zapytał sam siebie. Przecież to on. Gdyby się do mnie odzywał,mówił dobranoc. Jest dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Rzucił się na łóżko a jego łzy tuliły poduszkę do snu. Teraz tak jak i kiedyś stał na balkonie opierając ramiona o cienką nić balustrady. Wpatrywał się w ludzi tuż pod nim. Do jego uszu docierały szczątki zasłyszanych rozmów. Zapamiętrywał je oszukując swój umysł,że mówią właśnie do niego. W dzieciństwie sytuacja była niemalże podobna. Tylko,że wtedy rzucał kamieniem. Pragnął aby go zauważono. Oczy unosiły się do góry. Automatycznie chował głowę. Nie chciał im zrobić krzywdy. Rzucał zawsze pomiędzy. Każde kolonie były koszmarem. Próbowali go nauczyć palić,pić. Pytali czy wali sobie konia,lubi chłopców czy dziewczynki. Na to ostanie nigdy nie potrafił odpowiedzieć. Zatracił swoją tożsamość. To wszystko przez nich. Nie potrafili czytać tabliczek,okolicznych drogowskazów. Zawsze szli równo z tłumem. Przecież tak jest łatwiej. Karmiąc się swoją samotnością,która była jego siostrą,życzeniowym bratem,kochanką,zwierzątkiem,które zdechło specjalnie ,cierpeniem zapadł w głęboki sen z,którego miał się już nie obudzić. Szpital pełen ludzkich aniołów. Wszyscy mają maski. -Niech pan oddycha spokojnie -zaraz powinno się otworzyć. Ból nie do wytrzymania. Nie,nie taki jaki czują kobiet w ciąży. Ból po stracie. Jedna z pielęgniarek przypominała dziewczynkę,którą zepchnął ze schodów. - Przepraszam - wysapał przez dławione traumą zęby. -Wszystko będzie dobrze - odpowiedziała czule i ciepło. Zamknął oczy. Będąc jeszcze bezpieczny w brzuchu matki poznawał swoje ciało. Teraz miał je odkryć na nowo. Jego ulięsniony od ćwiczeń brzuch otworzył się niczym biblijne Morze Czerwone ukazując chłopca o niebieskich jak ocean oczach. Przytulił go mocno do serca. Odzyskał wolność.
    1 punkt
  49. niech stanie czas niech zatrzyma się świat dość już mam korowodu barw chcę wyjść juz stąd i nie wrócić tam gdzie świat był mną nie czuć nie widzieć nie słyszeć tylko żyć tylko być pozwólcie mi poczuć jak to jest człowiekiem być a nie tylko kupką szarych płyt pozwólcie mi w końcu zrozumieć mój błąd może powrócę tu lecz nie ja tylko ja nie odnajdę siebie bo zmienię mnie nie poddam się
    1 punkt
  50. niezasłużone dla siebie słowa ostrym kopniakiem traktuje i pazurami rozrywa na strzępki by nikt ich raz wtóry nie wymówił odpycha złe kłamstwa oczywiste i z palca wyssane słodycze jakby musiała tęgo zarobić na najdrobniejszy komplement a wystarczyłoby dygnięcie uśmiech "dziękuję" [sub]Tekst był edytowany przez natalia dnia 30-04-2004 01:35.[/sub]
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...