Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Ranking

Popularna zawartość

Treść z najwyższą reputacją w 18.06.2022 w Odpowiedzi

  1. W teleturniejach jest taka moda żeby o sobie chociaż trzy zdania skąd przyjechałem, jaki mam zawód co do udziału w tej grze mnie skłania. Śledziłem wcześniej różne rozgrywki dziś konkludując stawiam diagnozę, że przed występem, czyli premierą każdy odczuwa strach i psychozę. W głowie kołacze myśl chorobliwa co też powiedzą moi sąsiedzi kiedy odpadnę w pierwszym podejściu bo każdy przecież z nich TV śledzi. Psotnikiem jestem oraz zgrywusem postanowiłem, więc zagrać w kulki gdy mnie spytano skąd przyjechałem to powiedziałem, że z Koziej Wólki. Dalej swobodnie snułem opowieść, że choć po studiach jestem sołtysem tudzież myśliwym, który ugania się za zającem, wilkiem i lisem. Poszły pytania a odpowiedzi to jakby rzec wam istna ruletka migiem odpadał jeden po drugim pytania do mnie to była betka. Odpadł profesor i pan magister główna księgowa, syn adwokata zaś ja dotrwałem i zwyciężyłem nagrodą była suta wypłata. Wam jednak zdradzę gdyż mam nadzieję, że nikt nie będzie kłapał jęzorem ja ukończyłem, lecz wieczorówkę gdzie lekcje trwały późnym wieczorem.
    4 punkty
  2. Rachunek zdań Że wychwalasz zalety nie znaczy że dostrzegasz Że liżesz tylki nie znaczy że smakuje Że poszukujesz nie znaczy przebudzenia Że ronisz krew nie znaczy że zakwitnie Że łączysz słowa nie znaczy że poezja
    2 punkty
  3. 7. NA MIKOŁAJKI... Mikołajki, to... atrakcyjna miejscowość z prawdziwej, portowej bajki.
    2 punkty
  4. wlewa się we mnie ten smolisty śluz w jestestwa najgłębszego skrawek stopniowo rozrasta się niczym guz lichej radości pożerając cień nawet z czasem me puste skamieniałe wnętrze raz po raz odbija echem ów toksyczny szept napraw to gdy życie szanse dać ci zechce bo śmierć to czas nie płacz zagłuszy wnet
    2 punkty
  5. Prosił, zawodził: - Zawieź mnie, zawieź. Co ci to szkodzi? I nie zawiodła. Zawiodła gdzie trzeba i gdzie nie, więc przebacz... a czytaj jak chcesz.
    2 punkty
  6. tkam jego nić kiedy milczę smutek urywa się i wpada w rozpacz szuka ratunku po słowach po nitkach można wysoko byle tylko znów się nie zaplątać w doły
    2 punkty
  7. w TVP straszą - podzwrotnikowe masy zaleją Polskę
    2 punkty
  8. Kroki dwa kroki mnie dzielą od CIEBIE a są jak Himalaje przeszkodą nie do przejścia czy uda się je kiedyś pokonać 5.22 andrew,
    2 punkty
  9. Raj piekłem wyzwoliłem, O Ewie nie ma mowy, ale jednak zdążyłem. spięta liściem figowym. Ewie synów spłodziłem, Makijaż jakby wsiowy, szczęśliwy byłem przy niej. brzydula - do połowy. Klęska padła na ziemię, Adamie - proszę jabłko, grzeszy całe już plemię. słodyczą aż mnie naszło. Adamie poczuj drżenie, Boże! Toż świętokradztwo! niech cię w sobie docenię. masz piekło pod posadzką. Na odlew poleciało, Początek - błagam dotknij, gdzieś w środku pozostało. w usteczka czule - cmoknij. Że też im się zachciało? Płochy listeczek - ściągnij, Do ciała - drugie ciało. kiedyś będą pończoszki. Ona zaś w błogostanie, Pachnie z ust Ewo cydrem, Kaina, Abla - dostanie. krzykiem żądzy przeszyte. Strzały sterczą w kołczanie, Rączką nóżki rozwidlę, na następne zadanie. mojej enfant terrible. Miało niby nas przybyć, A teraz pod jabłonią, wyprężają więc kibić. na męki niech wygonią. Musiał w jamie gdzieś utkwić, Na rozkosz serca dzwonią, z lenistwa cicho zbutwieć. kropelki nie uronią. ----------------------------------------------------------------------------------------- "Gdy nie ma ochoty Ewa i nie chce zmienić zdania, zmienia taktykę Adam: od żebra do żebrania." - Elska. Rymy gramatyczne są założone przez autora.
    2 punkty
  10. lubię myśleć o nadziei bo choć ma wiele drzwi w niej mała iskierka zawsze się tli lubię o niej rozmawiać jest mi bliska jak cień nie psuje horyzontu z nią lepszy dzień nigdy nie dokucza jest lekiem na wszelkie zło które czasem czai się to tu to tam lubię swoje nadzieje są jak ciepły deszcz po którym życie uśmiecha się
    2 punkty
  11. ... smutek zawsze szuka ratunku, po to mamy głowę, żeby wymieszać w niej myśli po to, aby doły omijać jak tylko się da. Niełatwe to, ale próbujmy,. Życzę samych górek.!
    2 punkty
  12. chcesz ją stracić ożeń się...
    1 punkt
  13. Zapytałam. Czy mogę. O wpół do piątej znowu stać się szafą. Odpowiedziała. Nigdy nie byłaś. Zapytałam czy mogę. Odpowiedziała. Nigdy więcej nie zadawaj mi takich pytań. Zapytałam o wpół do piątej. Nigdy.
    1 punkt
  14. Rodzaje pamięci I tak więc: dziś, zaczniemy, dziś - wymienię kilka tajemniczych bogiń, święty - Parnas rozpalił ogień cichej wiedzy na dawno już zapomnianej górze - tańczą one: Abstrakcja i Magia i Semantyka, ja jestem tylko waszym takim małym Epizodem... Łukasz Jasiński (czerwiec 2022)
    1 punkt
  15. nic się nie formuje w odmętach rozumowania strugi deszczu przeszywają jedynie powietrze tamtejsze spoczywając na niezgrabnych zgliszczach nic się nie sublimuje ze szczątków myśli które w swojej błogości myślały że ożywczy spadnie na nie deszcz i podnieci je swym tchnieniem by gmach z nich zbudować co raz za to przychodzi błazen i śmiechem płomiennym szaleńczym gruzy smaga rozrzucając po kątach szczątki bez formy i kształtu na pożywkę płonnej nadziei która zgliszcza w końcu deszczem spowije 13 VI 2022
    1 punkt
  16. zachwycający świergot ptaka w zieleni ucichło miasto * krzewy jaśminu toną w powodzi kwiatów tonę w ich woni
    1 punkt
  17. Przyszłość Czymże jest, jeśli nie zbiorem fantazji Które mogą się spełnić Ale wcale nie muszą Przeszłość To tylko chwile minione Do których nigdy nie wrócimy Choćbyśmy bardzo chcieli Teraźniejszość To wiersz W którym każdy może dopisać swój wers Od nas zależy zakończenie.
    1 punkt
  18. więc idziesz na cmentarz tylko zastanów się dobrze którą emocję zabierzesz obnażysz i pogrzebiesz w szumie zieleni brzóz której obetniesz korzenie od innych oddzielisz wyplączesz wywleczesz wystawisz na zapomnienie tak bardzo publicznie więc idziesz na cmentarz najważniejszy z ważnych układać będziesz wieniec wstęga czerwone gerbery i banalny przy tym napis zanim uruchomisz silnik wybierz dobry sektor i nie zgub się wracając jedynka dwójka trójka na piątce dobrze się jedzie gdy jest czyste sumienie
    1 punkt
  19. otwarte okna pomięte prześcieradło wilgotne potem
    1 punkt
  20. upamiętnieni na twardo i zimno w kamieniu który przegapił miękkość skóry w brązie który zaniedbał ciepło dłoni w złocie czasem tak niezdarnym w minach zbyt wesołych i zbyt ponurych
    1 punkt
  21. Wydarzenia potoczyły się od teraz w szybkim tempie. Osiągnęliśmy swój główny cel. Zarówno ja, jak i Arman daliśmy naszym córkom szanse na normalne życie. Moje uczucie do Armana było coraz silniejsze. Los sprawił, że stanowiliśmy już jedną rodzinę. Nie wyobrażam sobie życia bez niego i wiem że on, beze mnie też. Nie umiałabym już chyba także żyć bez Jamili. Trudno mi zrozumieć co spowodowało tak silny związek z tą mała, bezbronną dziewczynką, pochodzącą z drugiego końca świata i do niedawna ciężko chorą a która teraz, mam nadzieję, zacznie szybko nadrabiać wszystkie zaległości swojego spowolnio- nego rozwoju. Czuję odpowiedzialność za jej przyszłość i wiem, że bardzo chcę uczestniczyć w jej dalszym wychowaniu. Nie potrafię powiedzieć skąd wzięła się ta wieź, ale na pewno nie wynika wyłącznie z miłości do Armana. To coś głębszego, nieokreślonego i tak bardzo odwzajemnionego. Nie wiem dlaczego Jamila tak bardzo mnie polubiła, dlaczego tak bardzo mi ufa i dlaczego już od pierwszego dnia, kiedy mnie poznała, z taką bezgraniczną szczerością i zaufaniem przytula się do mnie, jakbym była jej własną matką. Petia też bardzo polubiła Jamilę. A zresztą, któż by jej nie lubił. Po odwiedzeniu Kaltriny i Fidana, już jako oficjalni goście ich rodziny, zdecydowaliśmy że wszyscy pojedziemy do mnie, do mojego kraju, mojego miasta i mojego mieszkania. Problemy z brakiem wiz u Armana i Jamili ciagle utrudniały swobodne podróżowanie, jednak z chwilą zaprzestania działania strefy, granice pomiędzy Albanią i Macedonią oraz moim krajem, nie były już tak pilnie strzeżone. Kaltrina miała rodzinę w pobliżu granicy z Macedonią i jej wujek zobowiązał się do przewiezienia nas wszystkich do Macedonii. Po dwóch dniach spędzonych u Kaltriny i Fidana, zawieźli nas w pobliże granicy. Najpierw czule i gorąco pożegnaliśmy się z Kaltriną. Fidan powiedział nam w tajemnicy, że zamierza oświadczyć się jej i że zaprosi nas wszystkich na wesele. Tak wiele zawdzięczałyśmy tym bardzo młodym, lecz odważnym i dojrzałym już ludziom. Gdyby nie oni, Petia już by pewnie nie żyła. Zazdrościłam w duchu Kaltrinie i Fidanowi świeżości ich młodzieńczych uczuć. Przypominali mi trochę czasy, kiedy byłam na początku z Kristianem. Jak bardzo byliśmy wtedy w sobie zakochani, a Kristian nazywał mnie czule, swoją Stokrotką. Okazało się, że granice przekraczają tysiące ludzi i to w sposób niezorganizowany, również górskimi traktami i ścieżkami. Ludzie ze strefy wracali do domu i Albania oraz Macedonia postanowiła ich nie zatrzymywać jeszcze przez kilka dni. Wujek Kaltriny po prostu wsadził nas czworo do samochodu i zawiózł do Macedonii. Stamtąd już legalnie pojechaliśmy na granicę z moim krajem i weszliśmy na podstawie naszych paszportów. Celnicy nie robili już problemów z powodu braku wizy. Trafiliśmy wszyscy do wynajmowanego przeze mnie mieszkania. Arman nie wiedział jeszcze dokładnie jak zorganizować nasze życie, ale wiedział że nas nie zostawi i że chce abyśmy wszyscy byli razem. Poszłam pokazać się w pracy i zapytać czy jeszcze tam pracuję. W końcu urlop mi się trochę przedłużył. Wypytywano mnie o wszystko. Nie mogłam oficjalnie się przyznać, ale dałam im do zrozumienia, że kłopoty zdrowotne mojej córki się skończyły. Wszyscy w lot zrozumieli co im chcę powiedzieć. Szefowa z radości mnie wyściskała i widziałam łzy w jej oczach. Aż nie chciało mi się w to wierzyć. Powiedziano mi, że mam jeszcze dwa tygodnie wolnego na wypoczynek i na uporządkowanie swoich spraw a potem czekają na mnie w pracy. Nie wiem jeszcze jak będzie, ale chciałabym do nich wrócić i przynajmniej na kilka miesięcy wrócę do pracy. Arman w czasie swoich przygód w drodze do Albanii poznał jakąś parę Amerykanów. Oni dzwonili już kilka razy do niego. Widać, że bardzo się zaprzyjaźnili. Arman w końcu przez telefon opowiedział im wszystko oraz opowiedział im o mnie i o Petii i o tym, że będziemy już razem. Bardzo się cieszyli. Jak dowiedzieli się, że dobrze znam angielski to po kilku dniach znowu zadzwonili i powiedzieli, że pomogą nam załatwić pracę i wynająć mieszkanie i że mamy się nie zastanawiać tylko jechać na stałe do Stanów. Arman sam nie wie? Pyta mnie o zdanie czy tak bym chciała. Ja też nie wiem, ale chyba tyle zrobiliśmy dla naszych dzieci, że może warto byłoby pójść jeszcze dalej i zapewnić im lepszą przyszłość. W końcu po tym wszystkim, co złego miałoby nam się tam przytrafić? Obu dziewczynom bardzo się ten pomysł spodobał. Arman tłumaczył to Jamili na rosyjski i czeczeński. Jamila bardzo szybko się zmienia. Wszystko doskonale rozumie i angielski chłonie. Jeszcze kilka tygodni i będzie się porozumiewać po angielsku z nami wszystkimi. Poza tym bacznie podsłuchuje nasze rozmowy z Petią, dopytując się o znaczenie słów. Rozróżnia już i rozumie wiele wyrazów. Arman mówi, że jej nie poznaje. On i tak najpierw musi wrócić do Rosji przynajmniej na kilka miesięcy i pozałatwiać tam swoje sprawy. Coraz bardziej przekonujemy się do pomysłu wyjazdu do Stanów, chyba będziemy to załatwiać. Arman obiecał nam, że w przeciągu kilku tygodni po tym jak pojedzie do Rosji to zabierze nas wszystkich na jakiś czas do Mongolii i że nauczy mnie i Petię jeździć konno. Ja jeszcze muszę dokończyć sprawę rozwodu ze Stefanem. W skrzynce na listy czekał na mnie list z kliniki w której była leczona Petia. Już wcześniej widziałam, że próbowano dzwonić do mnie stamtąd, ale nie odbierałam tych telefonów bo nie miały dla mnie wtedy znaczenia. W klinice oczywiście nic nie wiedziano, że Petia pojechała do strefy. Mijał termin okresowych konsultacji a z nami nie było kontaktu. Ordynatorka nie wiedziała co się z nami dzieje i jaki jest stan zdrowia Petii oraz dlaczego przerwaliśmy leczenie. Po kilu dniach pojechałyśmy tam razem. - No wreszcie was widzę. Co się z wami dzieje? Dlaczego nie leczy pani swojego dziecka? - Pani doktor, trochę się nam pozmieniało. - Co się pozmieniało i jaki to ma wpływ na zdrowie Petii? - Polepszyło jej się. - Co pani za bzdury opowiada, jak to jej się polepszyło? Proszę zostawić Petię w klinice, trzeba zrobić badania i podać jej leki. - Jeśli chce ją pani badać to proszę to zrobić, ale leków proszę jej już żadnych nie podawać, Petia nie zostanie w klinice, nie ma takiej potrzeby. Ordynatorka dziwnie na mnie popatrzyła, jednak w końcu dotarło do niej o co może chodzić. - Hee? Przecież to nie Petia, ale Siana miała bilet? - Nie mogę pani więcej powiedzieć, ale chyba nie podejrzewa mnie pani o to, że chciałabym zaszkodzić swojej córce. - Ordynatorka uśmiechnęła się od ucha do ucha. No dobrze, już dobrze, proszę więcej nic nie mówić, ale jak to zrobiłyście? - Los nam sprzyjał, proszę zachować to w tajemnicy. Ordynatorka przytuliła Petię a w jej oczach pojawiły się łzy wzruszenia. - Dobrze dziecko, ciebie już badać nie będziemy. Szkoda, że nie przywiozłyście trochę tej mocy ze sobą, tylu moim pacjentom byłaby potrzebna. Pożegnałyśmy się z ordynatorką. Jednak zanim wyszliśmy z gabinetu to ona tajemniczo zwróciła się do Petii: - Jak chcesz, to zanim pójdziecie, możesz zajrzeć na salę numer 4. Wyszłyśmy z gabinetu. - Dziwna rzecz, o czym ona mówiła? - Skąd mam wiedzieć? Idziesz tam? - No pójdę, ciekawa jestem. Petia weszła do sali numer 4 i... znieruchomiała z zaskoczenia. Na moment odebrało jej mowę. Na łóżku leżała Siana. Nie wyglądała dobrze. Była blada i schudła. Na twarzy w okolicach nosa miała rurkę z tlenem a na palcu klips oksymetru. Aparat cicho klikał. Siana natychmiast poznała Petię. - Petia, jak się cieszę, że cię widzę. Myślałam właśnie dlaczego tym razem nie jesteśmy razem? Wiesz, ten szpital w mieście gdzie się przeprowadziliśmy był dużo gorszy od tej kliniki, nie miał doświadczenia w leczeniu białaczki i rodzice zdecydowali, że jednak tutaj będę się leczyć. Dlaczego się nie leczysz? - Polepszyło mi się trochę. Ale... co ty tu robisz??? Przecież byłaś... Petia ugryzła się w język. - Przecież miałaś być w strefie? - Petia byłam, ale mi nie pomogło. Siana zaczęła głośno, wręcz histerycznie płakać. - Jak to ci nie pomogło? Przecież wszystkim pomagało. - Petia, mam nawrót choroby, bardzo ostry, nawet te drogie leki już mi nie pomagają. - Co takiego? - Petia, już było tak dobrze, ale w tej pieprzonej strefie zabrakło mi... jednego dnia. Petia... jednego dnia, jak zastrzelono tego żołnierza. Jednego głupiego dnia. Petia a ty? Jak ty się czujesz? Tobie choroba się nie nawraca? - Nie, nie nawraca, dobrze się czuję. - Może ta strefa jeszcze kiedyś wróci to już na pewno pojedziemy tam razem. Petia gniewasz się na mnie za te leki? - To już minęło. - Wiesz, matka mi mówiła, że widziała twoją mamę w strefie. Ale to przecież niemożliwe, prawda? - Prawda. Trzymaj się Siana muszę już iść. Wracaj do zdrowia. Petia szybko wyszła z sali. Czuła jak po plecach płynie jej strużka potu. Czekałam na nią na korytarzu. - Źle wyglądasz, co się stało? - Siana tu jest, chodź, wszystko ci opowiem w samochodzie. Wróciłyśmy do domu. Po kilku dniach oglądałam telewizję i wtedy zaczęto pokazywać ten reportaż. Zdrętwiałam ze strachu, ale zawołałam natychmiast wszystkich do telewizora. Treść reportażu rozumiałam tylko ja i Petia. Tłumaczyłam Armanowi na szybko jak umiałam. Pokazywano w nim, że w lesie w Albanii w pobliżu strefy znaleziono wrak małego rozbitego samolotu w którym leciała rodzina milionera z jednego z krajów Ameryki Północnej. Cała rodzina, ojciec, matka i dwie córki oraz pilot zginęli. Zanim znaleziono wrak to od katastrofy minęło już kilkanaście dni. Śledczy ustalili, że samolot miał wypadek bo zabrakło mu paliwa. Następnie pokazano nas czworo ucharakteryzowanych w czasie kontroli w trakcie przyjęcia do strefy. Obraz pochodził z kamery monitoringu. Zwrócono uwagę na perfekcyjną, profesjonalną charakteryzację tych, którzy podawali się za rodzinę milionera. Arman z Petią popatrzyli na mnie wtedy znacząco. Pomimo emocji związanych z tym reportażem, to nie powiem żebym poczuła się źle z tym spojrzeniem. Potem powiedziano, że choć ustalono na których łóżkach wszyscy leżeliśmy, to w miejscu tych łóżek nie było kamer monitoringu i nie udało się ustalić prawdziwego wyglądu oraz tożsamości osób, które podszyły się pod tych, którzy zginęli w wypadku i wykorzystały skradzione bilety. Na koniec powiedziano, że z powodu braku możliwości ustalenia sprawców przestępstwa, jakim była kradzież biletów, postanowiono umorzyć postępowanie. Arman spokojnie posłuchał i pooglądał a następnie wyłączył telewizor i przyniósł z kuchni butelkę wina. Całą czwórką wznieśliśmy toast. Jamila tylko troszkę dostała. - Za naszą wspólną przyszłość! Po kilku kolejnych dniach w telewizji pokazano reportaż o państwie, które zaatakowało strefę. Już wcześniej cały świat potępiał to państwo i doprowadziło to do upadku rządu a prezydenta i kilku ministrów aresztowano. Jednak dziennikarze zaczęli drążyć temat i okazało się, że pomiędzy tym państwem a innymi dużymi państwami istniały nieformalne uzgodnienia, przyzwalające na zaatakowanie strefy. Zrobił się z tego skandal międzynarodowy. Ludzie zaczęli dostrzegać własną głupotę i głupotę rządów swoich krajów. Na refleksję było już jednak za późno. Zastałam kiedyś Armana jak ogląda z ciekawością telewizję. Zdziwiłam się, bo niewiele przecież rozumiał. Jednak on oglądał zawody sportowe. To były mistrzostwa świata w podnoszeniu ciężarów. Arman bardzo lubił sport. Interesował się również tą dyscypliną. Jak weszłam to prawie krzyczał: - Wiedziałem, wiedziałem że on wygra! - Arman kto? - No ten... Liu! ***** Petia, jak już w domu ochłonęła z tych wszystkich przeżyć, przypomniała sobie o pewnej sprawie. Usiadła przy swoim komputerze i wpisała w wyszukiwarce hasło: “Petyr Sokol”. Nie znalazła ani jednego rekordu, ale znalazła kilkanaście młodych osób o takim nazwisku na Facebooku. Do każdego z nich wysłała zapytanie czy ich dziadek, w wieku około 80 lat mieszkał 60 lat temu we wskazanej przez zielarkę Hanę miejscowości. Na początku nie było żadnego odzewu, jednak po kilku dniach otrzymała odpowiedz od 18-letniej dziewczyny o nazwisku Sokol, że faktycznie jej dziadek mieszkał tam kiedyś. Petia zapytała czy ta dziewczyna mogłaby do niej zadzwonić i w końcu doszło do rozmowy. - Część, mam na imię Petia, to ja pytałam o twojego dziadka. - Cześć ja jestem Slavia. O co ci chodzi? - Czy twój dziadek rzeczywiście tam mieszkał? - Tak, a czemu pytasz? - Czy on ma na imię Petyr? - Tak, skąd to wiesz? - Slavia, czy on jeszcze żyje? - Pewnie że żyje, a teraz, to jak na swój wiek ma się bardzo dobrze. - A jego żona? Twoja babcia? Żyje jeszcze? - Zmarła w zeszłym roku. Ale o co ci chodzi? - Chodzi o to, że ja chyba znalazłam jego dawną miłość. - Co takiego? Jaką miłość? Gdzie znalazłaś? - W Albanii. Po drugiej stronie zapadła długa cisza. - Hana. - Skąd wiesz??? Teraz Petia była zaskoczona. - On jej dwadzieścia lat szukał. Późno się ożenił. Dopiero po śmierci babci opowiedział mi o tym ze łzami w oczach, jak już był umierający. Petia, czy ona jeszcze żyje? - Żyje, ciągle za nim tęskni i ciągle go kocha. - Dobry Boże. Co zrobimy? - Jak to co? Zawieziemy go do niej... no jeśli będzie chciał. - Mam mu to powiedzieć? - Tak, zapytaj go czy chce jechać i czy będzie w stanie. To w sumie nie tak daleko, ze cztery godziny jazdy samochodem. Tylko delikatnie, żeby z wrażenia nie umarł. Petia pytała mnie czy zawiozę tego dziadka do Hanny. Bardzo się ucieszyłam i od razu się zgodziłam. Zadzwoniłam również od razu do Jakupa. - Jakup? - Tak. - Elena mówi, pamiętasz mnie? - No pewnie, co z wami, co z Petią? - A co ma być? - No jak to co? Żyje? - Żyje, żyje, Jakup udało się nam. - Byliście w strefie? Jest zdrowa? - Tak. - Jak to zrobiłyście??? Tak się cieszę! - To długa historia, ale może ci ją opowiemy osobiście. - Naprawdę? Zapraszam. - Słuchaj, ja nie po to dzwonię. - Tak? - Petia znalazła Petyra. Jakup zaniemówił przez chwilę. - Żartujesz, on jeszcze żyje? - Tak. Słuchaj, chcemy go przywieźć do Hany. - O Matko! - Chcemy żebyś nam pomógł, żebyś tam był i przygotował ją na naszą wizytę, ale nic jej nie mów o Petyrze. - Kiedy to ma być? - Nie wiem jeszcze, dam ci znać. - Bardzo chcę to zobaczyć. - Ok. Petia wszystko umówiła ze Slavią i w wyznaczonym dniu, wcześnie rano, podjechałyśmy do umówionego miejsca. Okazało się że Slavia mieszka 80 kilometrów od nas. Podje- chałyśmy pod dom w którym mieszkała Slavia z rodzicami. Mieszkał tam również jej dziadek Petyr. Zadzwoniliśmy z Petią do drzwi z dużą niepewnością. Otworzyła nam młoda dziewczyna. - Część, jestem Slavia, wejdźcie, on już czeka. Weszłyśmy do środka. Najpierw przywitali nas rodzice Slavi a po wejściu do pokoju zobaczyliśmy jego. Spodziewaliśmy się zgoła innego widoku. Byłyśmy przygotowane na to, że zobaczymy trzęsącego się starca z trudem się poruszającego z bardzo zaawansowanym Alzheimerem. W końcu Petyr miał już 80 lat. Zobaczyliśmy starszego mężczyznę w eleganckim czarnym garniturze, białej koszuli i granatowym krawacie. Wyglądał najwyżej na 70 lat. Poruszał się normalnie, jak każdy starszy mężczyzna a nie jak schorowany dziadek. Już po pierwszych wypowiedzianych słowach wiedziałyśmy, że o żadnym Alzheimerze nie ma mowy. Petyr zwrócił się żartobliwie do Petii: - Witam panie. Czy tej młodej dziewczynie zawdzięczam te nadzwyczajne przygody, które mnie dzisiaj czekają? Petia przeżyła deja vu. Ten widok już widziała. Na myśl od razu przyszło jej żywe wspomnienie pierwszego spotkania z Jakupem. - Panie Petyrze, mam pytanie do pana. Kiedy wrócił pan ze strefy? - Skąd to wiesz mądralo? Czy to widać? - Jeszcze jak. Petia się roześmiała. - No ok, zdradzę wam, dwa miesiące temu. Już naprawdę było ze mną kiepsko, ale jakiś... Przypadek... sprawił że trafiłem do strefy. Ledwie zdążyłem, zaraz potem strefy już nie było. No i jestem... po remoncie. Petyr uśmiechnął się od ucha do ucha: - Naprawdę znaleźliście moją Hanę? - Sam pan zobaczy, może to nie ta? Petia znowu się śmiała. - Dwadzieścia lat jej szukałem a tęskniłem za nią całe życie. Kochałem oczywiście swoją żonę, ale o Hanie nigdy nie umiałem zapomnieć. Jak ona teraz wygląda? Pewnie mnie już nie pozna, ale chociaż ją uściskam. Pamięta jeszcze cokolwiek? Czy da się z nią normalnie rozmawiać? - Pamięta, pamięta, jest zielarką jak zawsze. Pewnie panie Petyrze zostanie pan tam opierniczony, że nie szukał jej pan z dostateczną determinacją. - Slavia mówiła mi, że nie wyszła za mąż. - To prawda, kto wie? Może ma pan w tym udział? Wtrąciłam się do rozmowy: - Tak naprawdę to pan, panie Petyrze jedzie z nami tylko przy okazji. Jedziemy tam po cudowne zioła, które zatrzymują kobiece piękno i młodość. Matka Slavi, dla której Petyr był teściem, już wcześniej zadeklarowała, że musi koniecznie jechać z nami i teraz dołączyła do dyskusji: - Czy dla mnie też będą te cudowne zioła? - Na pewno, jedźmy już. Petyr im przerwał: - Tak poważnie, w jakim stanie jest Hana? - W bardzo dobrym, w takim jak pan. - Musicie poczekać na mnie jeszcze 10 minut. Kobiety popatrzyły na siebie z ciekawością. Po chwili Petyr przyszedł z walizką. Slavia nie chciała uwierzyć własnym oczom. - A ty dziadek? Co z tobą? Co to ma być? Przecież jedziemy tam tylko na kilka godzin. - Eee tam, włożymy do bagażnika, niech tam sobie będzie ta walizka, tak na wszelki wypadek. - Dobra dawaj tą walizkę. - Nie trzeba drogie dziecko, sam sobie poradzę. Pojadę za wami. - Co takiego??? Chcesz tam sam jechać swoim samochodem? Chyba cię dziadek powaliło? To ponad trzysta kilometrów. Przecież nie dasz rady. - Nie martw się o mnie, jestem... po remoncie. - Mamo co ty na to? - Niech jedzie, zostaw go. Nie wiem czy ten grat tam dojedzie? Dwa lata nikt nim nie jeździł. On coś kombinuje. Petyr chytrze się uśmiechnął. Podróż minęła nam bez problemu. Petyr jechał za nami bardzo sprawnie. Jego stary Volkswagen całkiem dobrze sobie radził, choć na granicach patrzono na niego i na kierowcę trochę podejrzliwie. Podjechaliśmy pod znajomy dom. Petyr został w swoim samochodzie. Slavia podeszła do niego. - Dziadek, przyjdę po ciebie w odpowiedniej chwili. - Ok. - Trzymaj się na razie. Slavia widziała, że dziadek jest bardzo przejęty i zdenerwowany. Weszłyśmy do Hany. Była bardzo poruszona wizytą. Do tego trochę stremowana obecnością wnuczki Petyra i jej matki. Dla niej były to obce osoby. Nie miała pojęcia kto to jest, a już zupełnie nie miała pojęcia, że na dole czeka wystrojony w garnitur i we własnym samochodzie, Petyr. Z Haną był już Jakup. Oboje wyściskali mnie i Petię. Opowiedziałyśmy razem z Petią im o swoich przygodach i przede wszystkim o tym, że udało nam się dostać do strefy i że Petia jest zdrowa. Powiedziałam Hanie, że przywiozłam swoją przyjaciółkę wraz ze swoją córką, bo obiecała nam cudowne odmładzające zioła i one, czyli Slavia z matką też są zainteresowane. - Ale żeście zapamiętały o tych ziołach. Ja tak trochę żartowałam wtedy, ale oczywiście coś dla was znajdę. Matka Slavi szeptała do mnie skrycie, że nie wierzy że ona ma już 75 lat. W końcu poczęstowane zostałyśmy kawą i herbatą oraz jakimiś smakołykami. Jak atmosfera się rozluźniła to stwierdziłam że już czas: - Hana, usiądź sobie, zostaw kuchnie i te zioła na razie. Hana zdziwiona usiadła. - Chcę ci coś powiedzieć, tylko obiecaj, że się tym za bardzo nie przejmiesz. - Co się stało? - Ta dziewczyna i jej matka, które z nami przyjechały nie są tu przypadkowo. - A kim są? - To synowa i wnuczka Petyra. Chciały cię zobaczyć. - Cooo takiego??? - To co słyszysz. - Znaleźliście go dla mnie? - Petia znalazła. - Będę mogła odwiedzić jego grób? - Nie ma mowy. - Nie? - Nie. - Dlaczego? Podeszłam do okna. Podejdź tu. - Widzisz tego Volkswagena? - Widzę. - Wiesz kto jest w środku? - On żyje? - Pójdziesz? Nawet nie usłyszeliśmy odpowiedzi. Hana włożyła tylko buty i nic się nie odzywając wyszła z mieszkania. Podeszliśmy wszyscy do okna. Petyr widział że Hana podchodzi do auta. Wyszedł z samochodu. Oboje padli sobie w ramiona. My w czwórkę beczałyśmy. Tylko Jakup spokojnie się przyglądał radośnie się uśmiechając. Ech były uściski i uściski, a jakie pocałunki! Aż się ludzie na ulicy zaczęli oglądać. Potem oboje weszli do samochodu. W końcu Petia się odezwała: - Co oni tam tak długo robią? - Petia? - Co? - Wścibski łbie, cicho bądź! Po godzinie Hana z Petyrem przyszli do mieszkania. Petyr oczywiście niósł walizkę. Długo jeszcze rozmawialiśmy. Hana z Petyrem wspominali wspólnie. W końcu Hana wyposażyła nas wszystkie w odpowiednie specyfiki. Dostałyśmy maści, syropy z wyciągów ziół i suszone zioła w torebkach do zaparzania. Hana szczegółowo wytłumaczyła nam co i jak stosować. Petyr został a my pojechałyśmy z powrotem. Hana szczególnie gorąco wyściskała Petię. Szepnęła jej do ucha na pożegnanie: - Dziękuję ci... bardzo. Jakup też już długo nie siedział, zostawił Hanę i Petyra samych. ***** Po kilkunastu dniach pod dom starców i hospicjum podjechał stary Volkswagen. Wysiadła z niego para starszych ludzi, trochę zmęczona długą podróżą z Albanii. Trzymając się za ręce weszli do środka. Przyjaciel Petyra Tatun, poczuł się gorzej i trafił na salę ludzi ciężko chorych, którzy nie umieli już sami wstać z łóżka. Na tą samą, na której jeszcze kilkanaście tygodni temu leżał Petyr. Petyr bardzo chciał odwiedzić Tatuna. Śpieszył się, zdając sobie sprawę, że może nie zdążyć. Petyra poznało i pozdrawiało wielu jego znajomych i personel, wszyscy nie mogli się nadziwić jego kondycji i zdrowiu. Petyr od razu zauważył, że na sali leży jeszcze jeden nowy pacjent, który wcześniej tylko czasem tam zaglądał. Na łóżku obok Tatuna leżał Kazu. Kazu słyszał rozmowę Petyra z Tatunem. Petyr opowiadał Tatunowi, że ta właśnie kobieta, która siedzi teraz koło niego to jest Hana. Że to ta, za którą tak bardzo tęsknił, że teraz mieszkają razem i mają wspólne plany. Tatun bardzo radośnie przyjmował te nowiny. Cieszył się szczerze razem z Petyrem. Hana zaniosła pielęgniarce swoje ziołowe specyfiki dla poprawy stanu zdrowia Tatuna. Kazu przysłuchiwał się temu w milczeniu. Miał dziwny wyraz twarzy. W końcu wezwał siostrę: - Sluchaj no, zmień mi wreszcie! Siostra przyniosła parawan. Petyr pożegnał się z Tatunem i na pożegnanie zagadał do Kazu: - Cześć Kazu, trzymaj się. Wziął Hanę za rękę i wyszli. Po chwili Kazu słyszał przez otwarte okno uruchamiany silnik Volkswagena. To już właściwie koniec historii Petyra i Hany, ale jeszcze jedna rzecz się w niej przydarzyła. Po miesiącu Hana zadzwoniła do mnie, że zaprasza mnie, Petię, Armana, Jamilę, Slavię i jej rodziców, na wesele. Petia skomentowała: - Trzeba jechać! ***** Pewnego dnia Arman rozmawiał razem z dziewczynami. Jamila powiedziała do niego coś po czeczeńsku. - Petia, Jamila mówi mi coś o tym blasku waszych oczu w strefie. - To tłumacz, co mówi? - Mówi, że ona ten blask już widziała wcześniej, zanim zauważyłyście go w strefie. Chciała ci to powiedzieć tylko nie wiedziała jak. - Co takiego? Gdzie? - Na starej ikonie w cerkwi w Nikozji. - Na starej ikonie? W jakiej cerkwi? - Jak byliśmy na Cyprze w Nikozji to zwiedzaliśmy starą cerkiew i tam na ścianie wisiała ta ikona. - Naprawdę? Może jej się wydawało? - Nie, ja też to widziałem, tam jest obraz świętego Dionizego. Stara XII wieczna ikona. Oglądaliśmy ją razem z Jamilą w bardzo słabym świetle i rzeczywiście świętemu świeciły się oczy błękitną poświatą. ***** Wiele zmieniło się w świadomości miliardów ludzi na całym świecie w tym krótkim, niespełna rocznym okresie, w którym istniała strefa. Niektórzy, ci wierzący, stali się jeszcze mocniej zaangażowani w wyznawanie swojej wiary. Niektórzy tworzyli nowe sekty i religie. Niektórzy wręcz przeciwnie, odchodzili od wyznawania swoich religii i zmieniali je albo tracili wiarę w ogóle. Cała ludzkość przeżyła kulturowy szok, który przewartościował systemy i ideologie. Tworzono różne teorie na temat tego co się stało. Pojawili się nawet tacy, którzy od razu negowali prawdziwość istnienia strefy, pomimo setek tysięcy autentycznie wyleczonych ludzi. Pojawiły się dziesiątki, a może i setki różnych opracowań naukowych oraz najróżniejszych innych publikacji, odnoszących się do wydarzeń w strefie. O jakież głupoty wypisywano w niektórych z nich! Generalnie świat nie był już taki sam. Był inny, może odrobinę lepszy. Jednak konflikty zbrojne o różnych podłożach nie ustały. Na świecie ciągle ginęli ludzie w różnych wojnach. Ludzie wciąż nie umieli cenić życia własnego gatunku. Jednak zrozumieli, że gdzieś obok nich, w innym nieznanym im bycie, istnieją zjawiska których nie są w stanie zrozumieć i w żaden sposób wyjaśnić. Buta wszechwiedzącego i wszystko rozumiejącego gatunku ludzkiego została całej ludzkiej społeczności odebrana, przynajmniej na chwilę. Na czas, po którym zaczną zapominać co naprawdę stało się w Albanii i wydarzenia te zaczną przetwarzać zgodnie ze swoją wyobraźnią i sposobem rozumienia świata, tworząc z nich historie. Historie nie obiektywne, ale takie, jakie im będą wydawać się odpowiednie. ***** Pewnego dnia zastałam Armana jak na osobności rozmawia z Jamilą. Nie rozumiałam o czym rozmawiali, jednak Jamila była cała przejęta i zapłakana a Arman ją przytulał i pocieszał. Dziewczyny poszły spać a koło północy Arman przyszedł do mnie, do mojego pokoju. - Arman, dlaczego Jamila płakała? - Opowiadała mi jak zginęła Amani. Ona wszystko widziała i wszystko pamięta. Arman położył się ze mną. Byliśmy już ze sobą bardzo blisko. Było mi z nim dobrze, bardzo dobrze. Tak dobrze nie było mi już od wielu lat. Tak dobrze było mi tylko z Kristianem. Rano, kiedy się obudziłam, zobaczyłam Armana jak pochyla się nade mną i mnie... wącha. - Ty, oberwiesz, co to ma być? - Eee, nic takiego. - No jak nic takiego? Czy Mongołowie codziennie rano wąchają swoje kobiety? Jak powiesz, że brzydko pachnę to oberwiesz na pewno! - No co ty? Wiesz, jak wczoraj rozmawiałem z Jamilą o jej matce, to pytałem ją dlaczego tak ciebie lubi. - Co ci powiedziała? - Powiedziała, że czuje że jesteś szczera i dobra i powiedziała coś takiego, że... pachniesz tak, jak Amani. - Cooo takiego? Ty też tak czujesz? - No właśnie nie za bardzo, nie pamiętam, dziwne, powiedziała jeszcze coś dziwnego. - Co? - Jak bojownicy postrzelili Amani to od razu uciekli a ona jeszcze przez chwilę żyła. Ścisnęła jej rękę i powiedziała jej do ucha jedno słowo, a potem umarła. - Jakie słowo? Arman powiedział coś po czeczeńsku. - Co to znaczy? - No właśnie nie wiem, chyba nic, to bez sensu, to nazwa kwiatka. - Jakiego kwiatka? - No takiego powszechnego, polnego. - Jak się nazywa? - Wiem po rosyjsku, ale po angielsku nie pamiętam. A czekaj już wiem to “daisy” - Stokrotka. koniec ........................................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
    1 punkt
  22. dozorczyni w moim bloku zawsze miła i uśmiechnięta dziś miała obce, obojętne spojrzenie pani w sklepie przy kasie zawsze poważna i oschła dziś promiennie się do mnie uśmiechnęła świat zawsze dąży do równowagi łamiąc przy tym słowo 'zawsze' nie myśl że jesteś jaki jesteś
    1 punkt
  23. @Nefretete zamierzony paralelizm składniowy:), dzięki za komentarz:) @Somalija Piłsudski na Kasztance również nie ;)
    1 punkt
  24. @Anna_Sendor Masz 3 razy "w" Oraz 2 razy "który" Warto poszperać w tekście! Mnie się podoba - po przeredagowaniu Pozdrowienia ślę
    1 punkt
  25. Nie pozwalają nam w szkole na inne świata widzenie na definiowanie pojęć przez samo-odniesienie lecz w rekurencji prostocie można pojąć coś więcej i odkryć czym są w istocie miłość, poezja i szczęście. Zobacz, natura się śmieje z nas i powoli kroczy, budując świat geometrią fraktali drzew i paproci i chowa niejeden szczegół nieskończoności w kształtach muszli i linii brzegów, w liściach i w śniegu płatkach w falach i w piasku zaspach trwa prostotą od zawsze rzeźbiąc skalą i czasem świat, co nigdy nie zgaśnie. I może niektóre idee gardzą początkiem i końcem jak lustra naprzeciw siebie swą głębią żyjąc najmocniej.
    1 punkt
  26. nietolerancyjny aż kipi od nietolerancji na wszystkie bóle absurdu niegodziwości chamstwo snobizmem upchane po kieszeniach chroniczną głupotę słabości przemoc nietolerancyjny nakłada nietolerancyjną szatę na kłamstwo przyodziane w piórka pobożności ... nietolerancyjny w swojej nietolerancji nigdy nie uwzględnił czyjejś do kogoś miłości
    1 punkt
  27. @[email protected] U mnie lepsza sytuacja z każdej strony mam sąsiadki mogę z każdą, co innego z tą podziwiać mogę bratki Druga mocno niedowidzi i jak zacznie się przedwiośnie to zaprasza mnie do siebie bym popatrzał jak jej rośnie. Trzecia mija mnie z daleka bo z nastaniem wczesnej wiosny na krok jej nie odstępuje mąż, co o nią jest zazdrosny. Z czwartą nocą zasiadamy z alkoholem przy ognisku cicho by nie zbudzić żony bo nam może dać po pysku. Pozdrawiam
    1 punkt
  28. włamywacz w oknie z prześcieradłem wprost z magla na chwilę przedtem PS dałem serducho Sylwestrze, ale tylko za dwa pierwsze wersy, bo jak wiesz haiku nie pachnie, dlatego u mnie jest tuż przed zapoceniem. ;) Pozdrawiam.
    1 punkt
  29. @[email protected] W moim wieku to juz raczej sanatorium mi się kłania plus zabiegi i masaże odpoczynek od pisania. Ja tymczasem siedzę w domu skromna ma emerytura starcza na to by czasami iść na działkę i dać nura. Nie do wody, bo basenu ja na działce nie posiadam co najwyżej to w maliny tuż przy płocie od sąsiada. Pozdrawiam
    1 punkt
  30. @Henryk_Jakowiec Brak intuicji i wyobraźni- sąsiad zobaczy, a ja się zbłaźnię. Piersi zaś wypnę, przejdę ulicą, choć na czas jakiś jam celebrytą. Udanych wakacji Heńku.
    1 punkt
  31. @JWF Wilczek syty, owca cała, UE znów się będzie śmiała.
    1 punkt
  32. @[email protected] dziękuję :-) pukanie do drzwi z Afryki na ratunek mrożona latte połączyłem te haiku w jeden wiersz taki mamy klimat gorący temat: czy to lato czy zima - masy z Afryki w TVP straszą - podzwrotnikowe masy zaleją Polskę i już PO burzy grzeją się wyborcy PiS w cieniu TVP pukanie do drzwi z Afryki na ratunek mrożona latte fot. internety
    1 punkt
  33. @Marek.zak1 Pewnie tak jest. Żałuję, że nie ścinałem. Pozdrawiam
    1 punkt
  34. @Henryk_Jakowiec Takich nam trzeba, nie malowanych, co to już wiedzą co zrobić z głową. Po co więc mur rozbijać łbami, jak ponoć twardy, wszystkim wiadomo. Pozdrawiam Heńku.
    1 punkt
  35. Witaj - miło ,ze czytasz za c uśmiechem dziękuje - Pozdr. Witam - dziękuje za ową jasność jest miła - Pozdr.słonecznie. Witam - n to potańczyłaś - dzięki za czytanie - Pozdr.serdecznie. Witam - nie mam czego wybaczać - twoje prawo widzieć tak jak widzisz - szanuje to i dziękuje - Pozdr.serdecznie.
    1 punkt
  36. Ciekawie o wizycie na cmentarzu... na końcu, nie maiło być... sumienie (?)
    1 punkt
  37. @Amber Amber, poetycka przenośnia, tam zaczęli grzeszyć a więc wypada kontynuować to samo. W tym jesteśmy nadzwyczaj konsekwentni, przegoniliśmy Adama i Ewe o głowę. Wszystkiego dobrego. @WiechuJK Trzeba trochę mózg wyprężyć, by nie wstydził się nasz język. Kłaniam się Wiechu, dobrej nocy.
    1 punkt
  38. @Krzysztof2022 Rozhulałeś się Krzysztofie - umrzeć w zapomnieniu, czym zatem jest wartość ludzkiego życia? Pozdrawiam.
    1 punkt
  39. Ciekawy wiersz, bo zwraca uwagę na rzeczy, o których rzadko jest mowa, nie tylko w poezji. Muszle, amonity, płatki śniegu, struktura wody (poza jej pamięcią*), a nawet fale na morzu, to spośród wielu innych na Ziemi, formy tzw. złotego podziału (boska proporcja). Wiedział o tym już i mistrz Leonardo i wykorzystywał w swoich dziełach. Pozdrawiam. http://lambda.ckziu.jaworzno.pl/2019/03/28/zloty-podzial-czym-jest-i-gdzie-go-znajdziemy/ * http://www.nutao.pl/masaru-emoto-i-jego-eksperymenty-z-woda/
    1 punkt
  40. zatrzymaj się masz czas i kolorów tyle życie zna obdarzy na pewno Antarktyda topnieje w nas
    1 punkt
  41. @-_Marianna_- Ja mam tutaj zdanie inne Obyczaje mówią gminne Jak są Święta Bożego Narodzenia To razem wchłaniamy góry jedzenia
    1 punkt
  42. chlonie mroz niesione przez przystanki wnetrza autobusow drogi krete miasta monumentu zimne niedostepne nie czujace już pustki tylko nic wyrwane z piersi nawet i brutalnie nie dycha teraz już nic chlonac nie moze bo pustka zajela cała pełnie niemy krzyk już się nie wyrywa ze zdretwialych od zimna ust osiadl na dnie bolesci ostatniego czucia poddaje sie 2 IV 2022
    1 punkt
  43. A czasem myśl moja poszybuje lotem pikującego szybowca ku zastanowieniu jak było. Myśl moja i całe zastanowienie i zamyślenie, bywa że zastanawiające, na takie pytania – nawet nawet dociekliwe – nie znajduje prawie żadnych przekonujących odpowiedzi. Jest zadziwiająco mało argumentów. Nawet proste wydawałoby się ustalenie faktów wcale mi nie pomaga. Nie koi. Nie karmi duszy. Nie leczy schorowanego serca. Stąd właśnie mam jeszcze nadzieję i wybiegam w przyszłość. Stąd właśnie może wyda mi się czasem, że coś mnie jeszcze tutaj czeka. Może właśnie dlatego gdzieś dążę i próbuję zdążyć, być może zresztą naiwnie sądząc, że kiedyś tam w przyszłości dowiem się jak to tak naprawdę kiedyś było. Bardzo możliwe, że właśnie dlatego piszę, również niniejszy tekst. Gdybym tylko poszedł do psychologa ten nazwałby mnie i opisał chorobą PTSD i byłoby po sprawie. Dlatego właśnie do niego się nie wybieram, bowiem chodzi mi o głębsze i bardziej wszechstronne wyjaśnienie. Chciałbym móc kiedyś usłyszeć skrupulatnie i ze szczegółami opisaną opowieść z dawnych czasów. A może świat się nam pali, bo chcielibyśmy szerszych wyjaśnień na temat naszych licznych wyborów z przeszłości? A może zwyczajnie nie zdajemy sobie sprawy, że tutaj nigdzie nie ma i nigdy nie było łatwych odpowiedzi? A może nie umiemy nie pytać? A może – dla odmiany – nie potrafimy zadać właściwych pytań? A może przysłowie kto pyta nie błądzi ciut zbyt mocno wdało się w nasz krwiobieg? A może było jak było, jak być musiało, czyli wszystko było dobrze? A może najzwyczajniej w świecie nie ma i nigdy nie było do czego wracać? Warszawa – Stegny, 08.06.2022r.
    1 punkt
  44. Rzuć wzrokiem w dal - oto tajemna łuna spowijająca miasto niczym odwieczne fatum przyniesione przez produkt myśli wielkiej i technicznej - cywilizację... A nie, to tylko smog. XII 2021
    1 punkt
  45. Oddzielone od rodziców dziewczyny nieśmiało przesuwały się z innymi chorymi w stronę wejścia do strefy. Wejście zorganizowane było w prowizorycznym tunelu wykonanym z desek. W trakcie przejścia przez ten szeroki i oświetlony światłem dziennym tunel, zauważyli w jego połowie namalowaną farbą, niebieską linię. To tam zaczynała się strefa i to od tego miejsca nieznana moc rozpoczynała zbawienny wpływ na organizmy ciężko chorych ludzi. W miejscu tym, na drewnianych ścianach zrobionych z surowych desek, ludzie umieścili różne obrazy i symbole, różnych religii świata. Jednak w centralnym punkcie, dokładnie nad niebieską linią, umieszczony był duży obraz Matki Boskiej z Dzieciątkiem. W korytarzu panował gwar podnieconych z ciekawości chorych, jednak jakaś tajemnicza siła powodowała, że ludzie z chwilą przejścia przez niebieską linię milkli i dalej szli w ciszy w podniosłym nastroju, wynikającym z wpływu niewytłumaczalnego, cudownego zjawiska. Niektórzy pytani potem twierdzili, że w chwili przekroczenia linii odczuwali natychmiast wpływ strefy na ich organizm. Dziewczyny również w ciszy przeszły na drugą stronę korytarza ciekawie przyglądając się temu co ukazało się ich oczom. Cała wolna przestrzeń strefy pomiędzy budynkami była zabudowana prowizorycznymi, jednak stabilnymi, wielopoziomowymi konstrukcjami. Bazą tych konstrukcji były stalowe rusztowania budowlane a pomosty na nich wykonane były z desek. Oprócz dość szerokich przejść, rozdzielających się na ponumerowane sektory, cała przestrzeń pomostów wypełniona była ściśle materacami lub polowymi łóżkami. Odstępy pomiędzy łóżkami były nie większe jak czterdzieści centymetrów. Tylko takie, które umożliwiały dojście do tych materacy. Tunel wyprowadził ich na poziom trzeci tych konstrukcji i tam zorganizowany był główny trakt transportowy. Konstrukcje te miały po kilkanaście poziomów. Poziomy połączone były ze sobą schodami zrobionymi z desek. Po tych schodach liczni pracownicy obsługi strefy roznosili na noszach ciężko chorych, do wyznaczonych dla nich miejsc. Niemal wszystkie łóżka i materace były zajęte. Na każdym leżeli ludzie w różnym wieku, różnych ras i narodowości. To była istna Wieża Babel. Prawie każdy ubrany był w taki sam niebieski dres. To co zadziwiło dziewczyny i na co od razu zwróciły uwagę to fakt, że pomimo tego, że było tam mnóstwo ludzi, to panowała tam niemalże cisza. Ludzie rzadko rozmawiali między sobą. A jeśli już, to robili to najciszej jak to możliwe. Prawie wszyscy leżeli lub siedzieli na swoich łózkach i materacach i czytali lub słuchali muzyki albo czegoś innego przez słuchawki. Słuchanie czegokolwiek przez własne głośniki było zabronione. Generalnie nie wolno było w strefie hałasować. Ciężko chorzy leżeli w milczeniu. Chorzy w strefie nie krzyczeli i nie jęczeli z bólu, również nie dusili się w kaszlu. Prawdopodobnie związane to było z wpływem strefy. Przypominało to trochę atmosferę dużej czytelni. Dziewczyny również zwróciły uwagę na to, że przestrzeń strefy utrzymana była w czystości. Na podłogach brak było wymiocin czy innych nieczystości. Uwagę zwracał również zapach. W strefie nie czuć było szpitalnego zapachu wynikającego ze stosowania środków dezynfekujących lecz powietrze było wyjątkowo czyste, łatwe do oddychania i wypełnione bardzo lekkim, ledwie wyczuwalnym zapachem różanym. Nikt, włącznie z personelem lekarskim i naukowym nie rozumiał skąd w strefie bierze się ten świeży zapach. Dziewczyny przyglądały się temu wszystkiemu z ogromną ciekawością i zdziwieniem. Petii niemal odebrało mowę, Jamili, która była ciągnięta za rękę przez Petię, nie miało co odbierać, jednak ona również wytrzeszczała oczy ze zdziwienia kręcąc głową na wszystkie strony. Dziewczyny przydzielone zostały do grupy chorych, którą prowadziła pielęgniarka z obsługi. Jej rolą było rozprowadzić na swoje miejsca tych, którzy byli w stanie chodzić. Ta pielęgniarka potrafiła porozumiewać się w wielu językach świata. Dojście zrobiło się dosyć skomplikowane. Z drewnianych pomostów prowadziło do budynków, które były w miasteczku przed powstaniem strefy. Wejścia z pomostów do budynków poprowadzone były przez zdemontowane okna, udostępnione również za pomocą krótkich drewnianych schodów. Wewnątrz budynków również wszystkie dostępne pomie- szczenia z korytarzami włącznie, jeśli tylko nie stanowiły wyznaczonego przejścia, były wypełnione łóżkami i materacami. Tu również każde łóżko miało swój numer. Zorganizowane były tam węzły sanitarne z wykorzystaniem istniejącej już infrastruktury. Każda łazienka była czynna i ogólnie dostępna. Zabudowano dodatkowe prysznice, jednak z niewielu leciała ciepła woda. Brygady remontowe zatrudnione w strefie nie nadążały nad organizacją całej niezbędnej infrastruktury. Ich głównym zadaniem był obecnie montaż nagrzewnic służących do ogrzania konstrukcji pomiędzy budynkami oraz zabudowa drewnianych dachów i uszczelnianie tych przestrzeni grubą folią. Kończyło się lato i dni, a w szczególności noce, stawały się chłodniejsze a strefa musi działać cały rok bez przerwy. Pacjenci muszą mieć zapewnione dobre warunki. Grupa szła wzdłuż skomplikowanie poprowadzonego przejścia, przechodząc przez pomosty na rusztowaniach oraz przejścia w budynkach. Kilka razy wchodzono do budynków z jednej strony i wychodzono z drugiej. W końcu pielęgniarka, przewodniczka zaczęła wskazywać poszczególnym chorym ich łóżka lub materace. Przyszła kolej również na dziewczyny. Ich materace były na konstrukcji zewnętrznej pomiędzy budynkami i były koło siebie. Przewodniczka wskazała im je z daleka i chciała je zaprowadzić jednak Petia powiedziała, że musi skorzystać z toalety. Powiedziała tak po to aby nie iść tam ucharakteryzowana. Ponieważ warunkiem zajęcia miejsca była obowiązkowa kąpiel i przebranie się w przydzielone dresy, to Petia wytłumaczyła przewodniczce, że dziewczyny najpierw pójdą się kąpać a dopiero potem pójdą na swoje miejsca i że generalnie już sobie same poradzą. Przewodniczka przystała na to i grupa poszła dalej a Petia poszła szukać łazienki ciągnąc za sobą Jamilę. Prysznic i zmycie charakteryzacji zabrało dziewczynom kilkanaście minut i już przebrane w dresy, poszły w stronę swoich materacy. To był sektor młodzieży. Chorzy, którzy byli ich sąsiadami i otaczali je ze wszystkich stron, byli w podobnym wieku, mieli po kilka lub kilkanaście lat. Tutaj znowu była to mieszanka różnych ras i narodowości. Z jednej strony koło Petii leżał chłopak z Ameryki Południowej a z drugiej koło Jamili, jakieś czarnoskóre dziecko w wieku około 10 lat, z któregoś z krajów środkowej Afryki. Petia, podobnie jak jej matka, nie chciała, przynajmniej na razie, wdawać się w dyskusje. Zresztą towarzystwo było mało rozmowne a sąsiad Petii mówił po hiszpańsku, którego ona nie znała. Musiała być czujna, żeby przypadkowo nie przyznać się do znajomości języka swojego ojczystego kraju, bo to mogłoby ją zdekonspirować. Dziewczyny poleżały trochę i Petia się uspokoiła. Nikt nie zwracał na nie uwagi, nikt nic od nich nic nie chciał. Czas mijał w ciszy i spokoju. Petii po godzinie pobytu w strefie wydawało się, że jej stan zdrowia się poprawia, choć tym razem efekt nie był tak wyraźnie odczuwalny jak w podziemnym korytarzu. To raczej subiektywne odczucie, trudne do zweryfikowania. Ponieważ była już pora obiadu to postanowiła, że pójdzie z Jamilą na stołówkę. Podniosły się razem i wzięły wszystkie swoje rzeczy. Ponieważ Jamila była najbardziej podobna do Lily, siostry Emily, to u niej Petia pozostawiła identyfikator zdjęciem do przodu, natomiast swój odwróciła, tak jak to robiło wielu innych chorych. Do stołówki dziewczyny miały kilkanaście minut drogi. Petia musiała bardzo uważnie obserwować dojście, żeby nie zgubić się w tym gąszczu różnych przejść i pomostów. Droga do stołówki była opisana, ale z powrotem już trzeba było wiedzieć jak wrócić. Oczywiście na biletach były numery ich łóżek i opis kwartału w którym te łóżka się znajdują. Jednak trzeba by o to zapytać kogoś z obsługi. Arman przestrzegał Petię, żeby tego nie robić w żadnym przypadku. Znalezienie swojego materaca przypominało trochę szukanie swojego samochodu na dużym, wielopoziomowym parkingu. Dziewczyny trafiły na stołówkę. Należało ustawić się w długiej kolejce do lady. Cały posiłek był na dwóch talerzach. Wystarczyło podejść, oddać bloczek i zabrać jedzenie. Jeśli ktoś miał zaleconą specjalną dietę, to musiał zwrócić się z tym do obsługi. Dzieciom obsługa sama pomagała. Dziewczyny idąc na początku do swojego miejsca, zdążyły zauważyć, że dla małych dzieci, poniżej ośmiu lat, były osobne oddziały i dzieci te przychodziły na stołówkę w grupach z ich opiekunką, tak jak to dzieje się w przedszkolu. Zresztą dzieci w tym wieku stanowiły bardzo niewielki odsetek pacjentów strefy. Stołówka zajmowała duży sektor na najniższym poziomie, zaraz nad powierzchnią chodnika między domami. Było tam wiele bardzo długich stołów i ław pozbijanych z surowych desek. Stoły na stałe wyłożono jakąś kolorową folią lub ceratą aby łatwiej można było utrzymywać je w czystości. Na stołówce był tłum. Petia szacowała, że jest tam w danej chwili około dwóch tysięcy ludzi. Takich stołówek było w strefie kilka. Deski podłogi tej stołówki były nie wyżej jak metr od powierzchni ulicy. Z miejsca w którym siedziały i jadły można było obserwować małe okna piwniczne sąsiadującego budynku. Petii wydawało się, że z jednego z tych okien ktoś na nią patrzy. Że widzi blask czyichś oczu. W piwnicach domów oficjalnie nie było łóżek dla chorych. Były wszystkie pootwierane i wykorzystywał je personel do przechowywania różnych niezbędnych rzeczy. Petia zauważyła, że Jamila nerwowo przygląda się tym oknom. Mała pamiętała jak tam naprawdę jest. Tam też byli chorzy, choć nie mieli identyfikatorów ani niebieskich dresów, co biorąc pod uwagę poziom ochrony strefy, wydawałoby się niemożliwe, a jednak tak było. Petia też o tym wiedziała bo Arman o tym opowiadał. Istniał tam podziemny świat, nie wiadomo przez kogo zarządzany. Jamila z ojcem zdążyła trochę go poznać zanim zostali wyrzuceni i dlatego patrzyła z niepokojem w te okna. Dziewczyny spokojnie zjadły obiad nie nagabywane przez nikogo i udały się z powrotem. Bezproblemowo znalazły drogę do swoich materacy. Wieczorem Petia zadzwoniła do Armana. Rozmawiała po angielsku najciszej jak umiała, tak żeby nie zwracać na siebie uwagi. Petia wszystko już po angielsku rozumiała, jednak mówiła trochę słabo i z wyraźnym obcym akcentem. Uważny słuchacz z anglojęzycznego kraju bez problemu domyśliłby się, że angielski nie jest jej ojczystym językiem. - Arman, słyszysz mnie? - Tak, co u was? - Wszystko ok, nie mamy żadnych problemów, mamy swoje materace, byliśmy na obiedzie, nikt się nas nie czepia o nic. - Jak Jamila? - W porządku, a co u was? - Wszystko dobrze, dzwoń jutro o podobnej porze, trzymajcie się. Arman się rozłączył. Petia zauważyła, że bateria w telefonie jest prawie całkowicie rozładowana. Niestety w teatrze zapomnieli o naładowaniu telefonu. Można go było ładować w strefie, ale trzeba się było z tym zwrócić do obsługi. Petia zdecydowała, że nie będzie tego robić. Wyłączyła telefon. Cały następny dzień minął im wyjątkowo spokojnie. Było wręcz nudno. Dziewczyny chodziły tylko na posiłki a poza tym cały czas leżały na swoich materacach. Nic nie potrzebowały i niczego im nie brakowało. Petia rozmawiała trochę ze swoim towarzyszem z sąsiedniego łóżka. On znał angielski bardzo słabo. Dowiedziała się, że pomimo młodego wieku choruje na nowotwór kości i że leczenie kończy za trzy dni. Powiedział, że chora noga przestała go boleć. Petia zauważyła, że wszyscy pacjenci strefy byli dla siebie bardzo mili i uprzejmi. Jak trzeba było, to chętnie wzajemnie sobie pomagali. Wieczorem załączyła telefon i ponownie zadzwoniła do Armana. Powiedziała mu, że bateria jest słaba i telefon będzie miała wyłączony, ale i tak na długo jej pewnie nie starczy. Trzeciego dnia obie poszły na śniadanie. Spokojnie wzięły swoje porcje i zaczęły jeść. W pewnym momencie Petii wydawało się, że zauważyła kogoś znajomego. Spojrzała uważnie i zdrętwiała ze zdziwienia i przerażenia. Kilka rzędów dalej, odwrócona do niej bokiem, pomiędzy innymi, siedziała Siana. Petia nie miała już wątpliwości że to ona. Wiedziała, że Siana może ją zdemaskować i natychmiast odwróciła się tyłem. - Jamila idziemy stąd! Jamila pokazała że jeszcze je. - Zostaw, idziemy! Dziewczyny wstały i wyszły ze stołówki tak, żeby Siana ich nie zauważyła. Petia odetchnęła z ulgą. Domyśliła się, że skoro tu jest Siana to z drugiej strony może być jej matka. Natychmiast wysłała sms-a do Armana. -“Powiedz mamie że tu jest Siana i że możecie spotkać jej matkę. Siana mnie nie widziała.” Po wysłaniu tego sms-a padła bateria w telefonie. Petia nie wiedziała nawet czy sms dojdzie. Natychmiast zdecydowała, że na posiłki będą chodzić do innej stołówki, dokładnie po przeciwnej stronie ich miejsca, z nadzieją, że szlaki Siany i ich nie będą się krzyżować. Dziewczyny od razu poszły rozeznać drogę do drugiej jadalni. Ta była tylko o dwie minuty drogi dalej od poprzedniej. Jednak chodziło tu znacznie mniej młodych ludzi i trochę zwracały na siebie uwagę. Petia zdecydowała jednak, że i tak jest tu bezpieczniej. Stołowały się tutaj do końca pobytu. Siany więcej nie widziały. Piątego dnia wieczorem stało się coś nadzwyczajnego. Dziewczyny po kolacji leżały na swoich materacach i szykowały się do snu i wtedy Jamila wzięła Petię za rękę. Petia ze zdziwieniem popatrzyła na nią a potem przy niej usiadła. Jamila druga ręką przysunęła głowę Petii, uchem do swoich ust i Petia usłyszała cichy szept: - Petia. - Mój Boże, Jamila, ty mówisz! Petia nie mogła powstrzymać wzruszenia. Z oczu popłynęły jej łzy. Jamila zmęczona zasnęła. Petia bardzo chciała podzielić się tą nowiną z Armanem i matką, ale niestety nie mogła już zadzwonić. Długo nie mogła zasnąć. ***** Po drugiej stronie ogrodzenia w części przeznaczonej dla opiekunów czas spokojnie płynął Elenie i Armanowi. Nic szczególnego się nie działo. Sąsiedzi zrobili się towarzyscy i próbowali rozmawiać lub jakoś porozumiewać się między sobą. Uniwersalny język “na migi” miał tam duże wzięcie i ochoczo był stosowany. Generalnie ludzie byli przyjaźnie i radośnie nastawieni. Atmosfera radości z tego, że ich najbliżsi tam za płotem właśnie odzyskiwali zdrowie, udzielała się wszystkim. Elena i Arman uważani byli trochę za dziwaków ponieważ unikali dłuższych i głębszych rozmów. Jednak nie byli jedynymi, którzy podobnie się zachowywali. Ludzie różnie przeżywają swoje emocje dlatego nikt na to specjalnie nie zwracał uwagi. Elena, która z natury była bardzo towarzyska i przyjaźnie nastawiona do ludzi, chętnie zaangażowałaby się w dyskusje z innymi, z różnych krańców świata. To towarzystwo stwarzało unikalną w życiu okazje do takich kontaktów. Elena była ciekawa ich zwyczajów, światopoglądów i poglądów osobistych. Jednak unikała rozmów ze względu na to, żeby przez przypadek się nie zdekonspirować. Radość z tego, że ich dzieci wracają do zdrowia ciągle była u Eleny i Armana zakłócana niepokojem. Bali się, że coś się wyda. Napięcie wzrosło wtedy, gdy Arman odczytał sms-a od Petii. Nie dość, że przez rozładowaną baterię telefonu utracili możliwość kontaktu z dziewczynami to jeszcze musieli obawiać się spotkania z matką Siany. Niestety pomimo pilnego rozglądania się przez Elenę na wszystkich w około, wtedy kiedy musieli wyjść z namiotu na posiłek, do takiego spotkania w szóstym dniu pobytu jednak doszło. W czasie drogi na jadalnię matka Siany zobaczyła Elenę. Rozpoznała ją, pomimo że stała za Eleną i zaczęła szybko iść w jej stronę. - Pani Eleno, pani Eleno, Elena poczekaj! Elena zdrętwiała, Arman stał przy niej i powiedział: - Nie odwracaj się, uciekaj. Elena korzystając z tłoku, zaczęła uciekać a matka Siany pobiegła za nią. Nie mogła mieć stu procentowej pewności, że to była Elena bo jej twarz widziała tylko przez sekundę, jednak była prawie całkiem pewna, że to ona. Arman widząc co się dzieje, niby niechcący, popchnął biegnącą kobietę tak mocno, że ta omal się nie przewróciła. Matka Eleny nie zwróciła uwagi na to, że Elena była razem z Armanem. On zaczął ją przepraszać i zagadał na tyle długo, że Elena zdążyła uciec. Od tamtej pory Elena przestała chodzić na posiłkia z toalety i prysznica korzystała tylko późnym wieczorem. Poza tym, cały czas przebywała w swoim namiocie. Arman brał więcej jedzenia i chował je do kieszeni. Bardzo to utrudniło Elenie życie i zwracała swoją stałą obecnością w namiocie uwagę, jednak nikt z jej sąsiadów nie zainteresował się tym aż tak bardzo, żeby komuś o tym donosić. Ona nagabywana twierdziła, że trochę się źle czuje i dlatego nie wychodzi. Matka Siany natomiast zaczęła intensywnie szukać Eleny. Stołówka dla opiekunów była tylko jedna i ona siedziała w niej bardzo długo, przez cały czas posiłków. Arman ukradkiem ją obserwował. Na szczęście nie miała odwagi wchodzić do namiotów. Jednak zawiedziona tym, że nie potrafi znaleźć Eleny, w ósmym dniu pobytu dziewczyn a szóstym swojego, poszła do biura informacyjnego strefy: - Dzień dobry, czy jest ktoś kto mówić w moim języku? Powiedziała to bardzo słabą angielszczyzną. Urzędniczka zapytała czy to coś ważnego, jeśli tak to poszuka tłumacza. Ona nalegała i w końcu do biura, po 30 minutach, przyszła wolontariuszka która znała stosowny język. - Co się stało? - Widziałam tu swoją znajomą i chciałabym dowiedzieć się gdzie można ją znaleźć? - Pochodzi z pani kraju? - Tak. - Jak się nazywa? Matka Siany podała imię i nazwisko Eleny. - Zaraz sprawdzę... niestety nie ma obecnie nikogo o takim imieniu i nazwisku. Z pani kraju jest w strefie w tej chwili ponad 800 osób, ale takiej pani nie ma. - Co takiego? Przecież sama ją widziałam. - Może się pani przewidziało, tu jest wielu ludzi, bywają podobni do siebie. - To proszę w takim razie sprawdzić czy w tej chwili w strefie leczy się jej córka Petia. Podała imię i nazwisko Petii. Nazwisko Petii było inne niż nazwisko Eleny. - Sprawdzam... nie, nie ma nikogo takiego. Matka Eleny nie mogła uwierzyć, ale w końcu podziękowała i poszła. Gdyby nie sms Petii to Arman i Elena byliby tak zaskoczeni, że prawdopodobnie zostaliby zdekonspirowani. Petia prawdopodobnie uratowała ich misję. ***** Tymczasem życie w strefie biegło dziewczynom bez żadnych problemów. Siany do końca pobytu już nie spotkały, choć Petia cały czas była czujna. Sensacyjne wręcz było to, co działo się w związku z powrotem Jamili do zdrowia. Jamila już na drugi dzień po wypowiedzeniu szeptem pierwszego słowa zaczęła składać pierwsze zdania. Z każdym kolejnym dniem mówienie szło jej coraz lepiej a w ósmym dniu pobytu w strefie była już w stanie normalnie, szybko mówić. I wtedy rozgadała się na dobre, jakby chciała od razu nadrobić wielo- letnie opóźnienie. Petia cały czas musiała ją w tym pohamowywać. Przecież ktoś w końcu mógł zwrócić uwagę na to, że dziewczynka z dużego kraju Ameryki Północnej o imieniu Lily, cały czas gada coś w nikomu nie znanym języku, który w istocie był mieszanką 80 % słów czeczeńskich i 20 % słów rosyjskich. Starania Petii związane z uciszaniem Jamili na niewiele się jednak zdały. Udało jej się chociaż zmusić ją do mówienia szeptem. I tak wyglądało to dziwnie, bo Jamila cały czas była przyklejona do ucha Petii i paplała bez przerwy. Aby jakoś wybrnąć z tej sytuacji nakłoniła Jamilę, żeby ta zamiast ciągle gadać coś w niezrozumiałym języku, to zaczęła uczyć ją czeczeńskiego. W końcu dziewczyny przestały się przejmować, bo i tak nikt na nie nie zwracał uwagi, co tam do siebie mówiły i zaczęły wzajemnie uczyć się kolejnych wyrazów i prostych zwrotów. Petia uczyła Jamilę mówić po angielsku. Najpierw konieczne było ustalenie, co dane słówko oznacza. Obie porozumiewały się na migi a gdy wiedziały już o czym razem mówią to Petia uczyła Jamilę jak to wymówić a ta rewanżowała się, ucząc Petię danego słówka po czeczeńsku. Ponieważ obie miały aż zanadto wolnego czasu to był to nadzwyczaj intensywny i bardzo efektywny kurs językowy. Po prostych słowach dziewczyny przeszły do słów abstrakcyjnych na przykład oznaczających emocje a następnie do podstaw gramatyki, w szczególności odmiany zaimka osobowego “ja” w liczbie pojedynczej i mnogiej. Następnie przeszły do prostych zdań i podstawowych zwrotów. Obie były zaskoczone. Petii udało się wytłumaczyć Jamili, że angielski nie jest jej ojczystym jeżykiem. Ta nie mogła w to uwierzyć. Elena z Petią przy Armanie, Jamili oraz Kaltrinie i Fidanie, cały czas rozmawiały ze sobą po angielsku. Jak Petia zaczęła mówić do Jamili w swoim ojczystym języku, to ta niemal doznała małego wstrząsu. Słuchała tego z otwartymi ustami i wybałuszonymi oczami. W końcu doznała olśnienia o co właściwie chodzi w całym ich towarzystwie. Jamila pojęła, że nie tylko Petia mówi w swoim języku, ale także potrafi to Elena, która jest jej matką. Otwartą ręką walnęła się w czoło w uniwersalnym geście demonstrującym zrozumienie sytuacji. Petia była zadziwiona postępami Jamili w nauce angielskiego. Pomimo tego, że mała była osłuchana z angielskim przez ostatnie kilka tygodni to i tak tempo w jakim potrafiła uczyć się nowych słówek wydawało się Petii imponujące. Taka wytrwałość i determinacja była raczej niespotykana u 10-letnich dzieci. Jej samej nauka czeczeńskiego, w porównaniu do angielskiego bardzo trudnego, już tak dobrze nie szła. Jamila przejęta próbowała powiedzieć coś Petii na temat ich odkrycia dotyczącego blasku ich oczu w strefie, ale używała wielu słów rosyjskich i czeczeńskich i Petia nie umiała zrozumieć o co jej chodzi. Dziewczyny oczywiście nie uczyły się cały czas. Obie dużo czasu spędzały po prostu leżąc i rozmyślając. Petia uciszała Jamilę, żeby jej nie przeszkadzała kontemplować, dużo rozmyślała o całej tej sytuacji związanej ze strefą. Rozmyślała o ogólnej życzliwości wszystkich chorych, którzy się tu znaleźli w stosunku do siebie nawzajem. Zastanawiała się, dlaczego ludzie w normalnym życiu i normalnym świecie nie potrafią być tacy dla siebie. Dlaczego jest tak, że aby stać się lepszym, najpierw trzeba być ciężko doświadczonym przez los a następnie dostąpić łaski szczęśliwego zwrotu w trudnej czy beznadziejnej sytuacji. Trudno jest zrozumieć ludzi w normalnym świecie, którzy ciągle goniąc za dobrami materialnymi zapominają o tym, że oprócz ich najbliższych, istnieją także inni. I że tym innym, nawet bezinteresownie, też warto czasem pomóc. Może wartością równie wielką jak przywracanie zdrowia jest doświadczanie w strefie przez chorych życzliwości ze strony innych, której w normalnym świecie już nikt nie doświadcza. Może celem powstania strefy jest przypomnienie ludziom o tym, że natura albo jakaś wyższa siła stworzyła ich nie po to aby ze sobą walczyć, ale żeby mogli być dla siebie życzliwymi i dobrymi. Petia rozumiała, że oprócz tego że ma szansę wyjść stąd zdrowa, to wyjdzie stąd również inna, wewnętrznie pozytywnie nastawiona do innych ludzi i podstawowych wartości życia. I nie będzie sama w tej odmianie, tej łaski dostępuje tutaj większość chorych. Petia obserwowała jak Jamila zdrowieje. Przez ostatnie kilka tygodni poznała ją już na tyle dobrze, że była w stanie wychwycić zmiany jakie w niej następują pod wpływem działania strefy. Oprócz oczywistej zmiany, związanej z powrotem zdolności mówienia, Jamila stała się inna. Wróciły jej bystrość i jasność umysłu. Jej oczy zaczęły lśnić przenikliwością i inteligencją. Choć dziewczyny językowo praktycznie prawie się nie rozumiały, to Jamili niemal wszystko dało się w bardzo krótkim czasie przekazać za pomocą gestów czy mimiki. Wcześniej było to trudne. Jamila była ociężała umysłowo, co nie znaczy, że niczego nie była w stanie zrozumieć. Jednak potrzebowała na to więcej czasu. Teraz wszystko łapie od razu. Petia bardzo chciałaby przekazać Armanowi i mamie radosne wieści o postępach Jamili i jej powrocie do zdrowia, jednak postanowiła spokojnie czekać do końca, żeby niczego w korzystnej sytuacji nie zepsuć. Petia również czuła się coraz lepiej, choć w jej przypadku były to symptomy znacznie subtelniejsze i trudniejsze do zauważenia. Przede wszystkim od kilku dni przeszły jej mdłości, których doświadczała niemal bez przerwy od wielu miesięcy. Czuła, że jest silniejsza. Wcześniej bardzo szybko się męczyła i długo wracała do siebie po każdym wysiłku. Choć możliwości w strefie były ograniczone to Petia z wielką radością obserwowała, że jest w stanie wykonać teraz proste ćwiczenia, na przykład skłony czy przysiady i po kilku chwilach odpoczynku, odzyskiwała normalny oddech i tętno. Ciągłe uczucie zmęczenia przestało jej dokuczać. Dużo myślała o rodzinie z Ameryki Północnej, której zawdzięcza obecną sytuację i odzyskuje zdrowie. Zastanawiała się, kim była ta rodzina. Czuła wyrzuty sumienia, że dobrodziejstwa działania strefy doświadcza ona a nie ci, którym to się przecież należało. Jednak nie czuła się winna wypadkowi i dobrze wiedziała, że gdyby oni nie skorzystali z biletów to nikt by tego nie zrobił a materace byłyby puste. Petia zastanawiała się kim były Emily i Lily. Jakimi byli ludźmi a zwłaszcza Emily, którą przecież zastępuje. Czy miała dużo przyjaciół, do jakiej szkoły chodziła czy miała chłopaka, a jeśli tak to on pewnie teraz za nią tęskni. Zastanawiała się, czy Emily była dobrym człowiekiem i było jej przykro, że tak tragicznie się to dla niej i dla jej rodziny skończyło. Petia wyobrażała sobie, że Emily patrzy na nią tam z góry i wspiera ją w jej procesie odzyskiwania zdrowia. Pomyślała nawet, że Emily dała jej jakiś znak, bo gdy tak intensywnie o niej myślała to z półki zleciał jej na głowę źle odstawiony, metalowy kubek. - Emily, kurde, to boli. Powiedziała na głos rozmasowując czoło. Jakby tego było mało to Jamila zamiast okazać jej współczucie to się głupio uśmiechała i powiedziała jej jak jest “boli” po czeczeńsku. ......................... Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
    1 punkt
  46. korytarzem slalomem na gwałt bieży plecak z niego tylko wystają resztki człowieka od drzwi do drzwi się plącze co raz wchodzi i co raz wychodzi nabywa ciężaru litery szkiełek i oczu rozum mu lepią z gliny gdy ze zmęczenia w piersi już nic nie bije i świętym ogniem nie płonie zasad przestrzega to jego dekalog który mu drogę wytycza żelazną rózgą sensem jego życia fasad sam strzeże leząc wte i wewte dla widowiska dla zasady korytarzem slalomem na gwałt bieży plecak tu jego dom mrówek pasieka 03 VI 2022
    1 punkt
  47. Albania, okolice strefy, dziesięć miesięcy od błysku. Elena z Petią i Arman z Jamilą zdecydowali już ostatecznie, że wracają z okolic strefy z powrotem do domu. Pomimo całej determinacji, zwłaszcza Armana, w końcu i on przyznał, że nie ma już żadnej nadziei i żadnego sposobu na to, że dostaną się do strefy i będą mogli w niej być przez wymagany czas. Uznał swoją porażkę. Jego pocieszeniem było to, że z Eleną bardzo zbliżyli się do siebie. Pomimo całej tej trudnej sytuacji i prześladującego ich pecha, Arman i Elena się w sobie zakochiwali i to na dobre. Oboje od pierwszej chwili, kiedy się zobaczyli w tunelu odwadniającym, pomimo dramatycznych okoliczności tego spotkania, bardzo się sobie nawzajem spodobali. Bystra Petia oczywiście miała rację, opisując mydlane oczy Armana na widok Eleny. To uczucie było odwzajemnione. Elena w końcu zdecydowała, że na początek pojadą wszyscy razem do jej kraju, do jej mieszkania. Petia zostanie najszybciej jak to możliwe oddana pod opiekę swojej lekarki, czyli ordynatorki oddziału onkologii, który już dobrze zna. Elena była gotowa zostać również razem z Jamilą i puścić Armana do Rosji, po to aby pozałatwiał swoje sprawy i wrócił do nich po kilku miesiącach. Jamila tak przywiązała się do niej, że nawet nie chciała słyszeć już o tym, żeby wracać z ojcem z powrotem. Bardziej chciała być z Eleną niż z Armanem, co dziwiło wszystkich. To nadzwyczajne przywiązanie Jamili do Eleny przypisano w końcu defektom psychicznym ciężko chorego dziecka. Gdyby Arman już nie chciał być z Eleną to rozłączenie ich obu byłoby naprawdę trudne i to zarówno dla jednej jak i drugiej. On oczywiście nigdy nie zostawiłby Jamili nikomu innemu na stałe. Umówili się z Fidanem, że ten po nich przyjedzie i zawiezie ich najpierw do swojego domu, a właściwie kontenera w którym tymczasowo mieszkał z rodzicami, a następnie do granicy z Macedonią. Fidan przyjechał zgodnie z planem i zapakował wszystkich do samochodu. Zdecydowali się, że wyjadą z pobliża strefy wcześnie rano bo wiedzieli już, że punkty kontrolne na polnych drogach dojazdowych do strefy często wcześnie rano nie były jeszcze obsadzone. Parę minut po szóstej wyruszyli wszyscy pikapem Fidana, z mieszkania które Arman zajmował w pobliżu strefy, do oddalonego o 30 km nowego miejsca zamieszkania rodzin Fidana i Kaltriny. Tam chcieli zatrzymać się jeszcze na dwa dni, a następnie jechać już ostatecznie w dalszą podróż. Powoli jechano polną drogą. Nastroje wszyscy mieli minorowe. Arman obojętnie patrzył w boczną szybę, na zupełnie odludną okolicę. Nagle coś przykuło jego uwagę. Powiedział do Fidana: - Zatrzymaj się na chwilę. Fidan zdziwiony zatrzymał się na poboczu a Arman szybko wysiadł z samochodu. Za nim wysiedli pozostali. Arman patrzył w niebo. Wreszcie wszyscy zobaczyli, co go zaciekawiło. Bardzo nisko, znad horyzontu, pojawił się mały samolot. Leciał prawie dokładnie w ich stronę. Jednak nie leciał normalnie, tylko raz wyżej a raz niżej a silnik dziwnie przerywał. - Co on wyprawia? Dlaczego leci tak nisko? Leciał tak przez chwilę aż silnik przestał pracować a samolot zniknął gdzieś za linią lasu, bardzo niedaleko. - Dobra, wsiadajmy z powrotem, widać w tym lesie jest gdzieś jakieś lądowisko. Jedźmy dalej. Jednak w tym momencie dotarł do nich głośny huk a po krótkiej chwili, bardzo delikatnie zatrzęsła się ziemia. Petia krzyknęła: - Co to było? - Może się rozbił? Nie ma ognia ani dymu. Arman zdecydował: - Idziemy to sprawdzić, może trzeba komuś pomóc. Fidan, podjedź jeszcze trochę a potem pójdziemy na piechotę. Fidan podjechał jeszcze kilkaset metrów do miejsca, które wydawało się najbliżej źródła hałasu, a potem wszyscy poszli w kierunku gęstego lasu. Elena z dziewczynami szły wolniej a Fidan z Armanem pobiegli pierwsi. Po przebyciu około kilometra wbiegli na małą leśną polanę. Na końcu polany zauważyli ślady świeżo wzruszonej ziemi. Udali się w tamtą stronę i wtedy, na drugim skraju, zauważyli pierwsze ślady katastrofy. Najpierw drobne elementy samolotu, potem oderwane i zniszczone skrzydła, a na końcu przełamany na pół i całkowicie zniszczony kadłub. W kadłubie były trzy ciała, a dwa kolejne leżały przypięte pasami do wyrwanych foteli, kilkanaście metrów od kadłuba. Ciała były zmasakrowane. Niektóre nie były kompletne. To był koszmarny widok. Arman nie miał wątpliwości, że nikt z pasażerów nie przeżył. Nawet nie próbował ich reanimować, ani nawet szukać w nich oznak życia. Wrak nie wybuchł i się nie zapalił bo nie było w nim nawet resztek paliwa. Ponieważ pilot próbował lądować na polanie, to wrak nie uszkodził żadnej z koron drzew, a jego szczątki znajdowały się w gęstym lesie. Z góry był zupełnie niewidoczny. Arman wiedział, że aby go zlokalizować, to trzeba będzie na piechotę przeczesywać gęsty las. Obaj z Fidanem stali i bezradnie przyglądali się obrazowi tragedii. Elena z dziewczynami podeszła za nimi i Arman się do nich odezwał: - Nie przyprowadzaj tu dziewczyn i sama lepiej też tu nie podchodź. Od tego widoku możesz nie uwolnić się już do końca życia! - Na pewno nikt nie przeżył? - Na pewno. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn, jeden pewnie pilot i małe dziecko, dziewczynka. Wszyscy nie żyją. Pięć osób. Elena jednak podeszła, zostawiając Jamilę z Petią. Petia nie chciała podchodzić bliżej. - Co robimy? Trzeba powiadomić władze. - Tak, trzeba, w tym lesie mogą szukać ich tygodniami, z góry pewnie nic nie widać. Podamy im namiary z GPS-a. - Mam gdzieś dzwonić? - Poczekaj jeszcze chwilę, rozejrzę się dokładniej. Tu już nie ma się co śpieszyć. Arman podszedł jeszcze bliżej i zaczął oglądać szczegóły. - Chyba zabrakło im paliwa. Nie ma śladów pożaru. Nie czuję też zapachu benzyny. - Ciekawe gdzie chcieli lecieć? Może do strefy? - Myślę o tym samym, dlatego na razie nigdzie nie dzwoń. Arman znalazł małą walizkę, właściwie aktówkę czy neseser. Była solidnie wykonana i zachowała się w całości. Otworzył ją. - Są tu jakieś dokumenty. Fidan i Elena podeszli do Armana. - Arman, ty to widzisz? Dokumentacja medyczna do strefy. Gdzieś w niej są pewnie bilety. O są, i to jakie bilety. Licytowane na aukcji. Ten facet był chyba milionerem. - No tak, stąd samolot. Wszyscy byli chorzy? - Nie, zobacz. To rodzice z dwoma córkami. Córki były chore a rodzice lecieli z prawem wejścia do strefy jako opiekunowie. O, a tu są paszporty ich wszystkich. - Z anglojęzycznego kraju. Na kiedy są te bilety? - No pokaż zobaczymy? Kurde na dzisiaj. Lecieli do strefy. Starsza córka to Emily a młodsza to Lily. Są w podobnym wieku do Petii i Jamili. Arman nagle zrobił się żywo zainteresowany. Elena po raz pierwszy zobaczyła te jego dziwne przenikliwe spojrzenie. Zaczął nerwowo przeglądać dokumenty. - W licytowanych biletach nie ma odcisków palców! Dawaj te bilety. Całej czwórki, chcę zobaczyć zdjęcia. Zaczęli się szczegółowo przyglądać zdjęciom. W końcu Arman stwierdził: - Podobna i to tylko trochę, wydaje mi się tylko Jamila. Pozostali niestety nas nie przypominają. Na te bilety na pewno nie wejdziemy. Elena zastygła w bezruchu. Natychmiast zrozumiała sytuację. Wszystko stało się dla niej jasne. Nerwowo wzięła te bilety i zaczęła się im bardzo uważnie przyglądać. Oglądała zdjęcie i twarz Armana, zdjęcie Emily i Lily i z daleka Petię i Jamilę. Nagle wybuchnęła: - Która godzina?! - Dochodzi siódma. O czym myślisz? - Do której trzeba wejść do strefy? - O 15 zamykają. - Mamy osiem godzin. Fidan pamiętasz opuszczony dom kultury? - To kino z teatrem? - Tak? - No przecież, jest tylko jedno. - Musimy tam jechać, natychmiast, teraz!!! Arman nic nie rozumiał. - Elena co z Tobą? Co ci chodzi po głowie? Jesteś chyba w szoku. - Arman, przecież byłeś ze mną w tym teatrze. Tam wszystko zostało, wszystko jest. - Co wszystko? - No wszystko do charakteryzacji, wszystko czego teraz potrzebujemy. - Myślisz, że ci co sprawdzają te papiery w strefie to jakieś głupole? Połapią się od razu, kto niby miałby nas charakteryzować? - Człowieku ja to zrobię! - Ty? Ty to umiesz? - Arman, to mój zawód! - Co takiego? Charakteryzowałaś kiedyś kogoś? - Dziesiątki a może setki aktorów którzy grają w filmach. Robiłam ich twarze to zrobię i nasze. Co mamy do stracenia? - Tak nas ucharakteryzujesz że będziemy podobni do tych zdjęć? - Oczywiście. Arman nie wierzył własnym uszom. - No dobra, jak tak mówisz, dawaj te bilety. Bierzemy cały ten neseser z dokumentacją. Do nikogo nie dzwonimy. Fidan jedź z powrotem do teatru zanim przyjadą żołnierze. Ja nie wierzę że to się uda, raczej skończymy w wiezieniu, ale zobaczymy. Najszybciej jak umieli, wrócili do samochodu. Fidan zawrócił w stronę strefy. Po 30 minutach byli pod teatrem. Mieli szczęście, nikt ich nie kontrolował. Teatr był pusty, tak jak wtedy, kiedy go pierwszy raz oglądali. Elena wzięła się do pracy. Problem stanowił tylko brak prądu i brak ciepłej wody. Zimna na szczęście trochę leciała. Podzielili się zadaniami. Fidan z Armanem mieli studiować dokumentację i dowiedzieć się jak najwięcej o rodzinie Emily. Elena przetarła na szybko okna w garderobie, żeby mieć więcej światła. Poukładała bilety ze zdjęciami koło siebie i zaczęła jako fryzjerka. Ostrzygła wszystkich tak, jak na zdjęciach. Armanowi wystrzygła nawet małą łysinę na środku głowy. Problem był z fryzurą jej samej. Pomagali przy tym wszyscy a rolę głównej fryzjerki przejęła Petia. Elena szczegółowo ją instruowała. Następnie farbowano włosy. Największy problem był z Armanem i Jamilą. Oboje mieli czarne i grube włosy, charakterystyczne dla pochodzenia azjatyckiego. Zupełnie to nie pasowało do mieszkańców kraju Ameryki Północnej. Elena musiała je zmiękczyć, zmatowić i trochę rozjaśnić. Do tego jeszcze w zimnej wodzie farby słabo się rozpuszczały. Jednak w końcu się udało. Potem Elena zajęła się właściwą charakteryzacją. Tu znowu był problem z Armanem. Jego wyrazista męska twarz, z lekko wystającymi kośćmi policzkowymi, zupełnie nie pasowała do misiowatej, okrągłej twarzy ojca Emily. Jednak Elena wiedziała co ma robić. Już po pierwszych zgrubnych lateksowych podkładach, przypominających trochę elastyczną szpachlówkę, szybko i wprawnie nakładanych na twarze wszystkich i swoją, Arman uwierzył w powodzenie misji. Dla niego i dla innych zresztą też, działy się prawdziwe cuda. Cuda w które trudno uwierzyć. Elenie było o tyle łatwiej, że zdjęcia na biletach były en face. Zadanie polegało na tym żeby osoby były podobne do tych co na zdjęciach, tylko patrząc z przodu. Profile mogły być dowolne, jak wyszło, i tak były nie do zweryfikowania. Pracowała bardzo szybko. Wszyscy, nawet Petia, byli pod wrażeniem. Jamila wytrzeszczała oczy ze zdziwienia. Zaczęło ją to bawić. Na jej twarzy było widać coraz więcej uśmiechu, jak widziała jak szybko przeobraża się w dziewczynkę ze zdjęcia. Petia podziwiała matkę: - Nigdy nie mówiłaś, że potrafisz takie rzeczy. - Przecież wiesz gdzie pracowałam. - No wiem, ale tego to sobie nie wyobrażałam. Po czterech godzinach ciężkiej pracy Elena była zmęczona, ale zadowolona z efektu. Robota była skończona. Cała ich czwórka była nie do poznania. To była rodzina Emily, jak ze zdjęć. Oczywiście, że gdyby ktoś podejrzewał podstęp, to zauważyłby mistyfikację. Jednak Arman i Elena nie mieli na czołach wypisane, że wcielili się w role obcych im ludzi. Mieli być zwykłą, jednak bardzo bogatą rodziną, która miała kupione bardzo drogie i w pełni autentyczne bilety. Ten kto będzie kontrolował ich wygląd, niekoniecznie musi podejrzewać oszustwo. Arman z Fidanem w międzyczasie sporo dowiedzieli się o rodzinie. Wiedzieli na co i od kiedy Emily i Lily chorowały. Wiedzieli już o co mogli być ewentualnie zapytani w związku z chorobą obu dziewczyn. Arman z Eleną świetnie znali angielski. Poinstruowano również Petię o jej nowej historii choroby. Na tyle, na ile to było możliwe, byli przygotowani. Powtarzali jeszcze w trójkę w kółko, swoje nowe imiona i nazwiska. Arman stwierdził: - Najważniejsze żeby nie dać się wyprowadzić z równowagi. Nie wpaść w panikę. Elena ich instruowała: - Takie ucharakteryzowane twarze osłabiają mimikę i wyrażanie emocji. Mają z tym problem aktorzy, ale dla nas to może być korzystne. Fidan która jest? - Dochodzi czternasta. - Ile pojedziesz? - 10 minut. - Gotowe, jedziemy, wszystko w rękach Boga. Wszyscy usiedli do pikapa i zapakowali swoje bagaże. Elena się przeżegnała. - W drogę! Albania. Strefa Błysku. Fidan zatrzymał się w odległości dwustu metrów od głównego wejścia do strefy. Ze względów bezpieczeństwa dalej nie wolno już było wjeżdżać żadnym cywilnym samochodom. Wpuszczano tam już wyłącznie pojazdy wojskowe specjalnej jednostki działającej w strefie oraz pojazdy z zaopatrzeniem, najczęściej duże ciężarówki. Nawet chorzy na wózkach czy tacy których można było transportować wyłącznie na leżąco, byli wiezieni ręcznie po asfalcie. Dla najciężej chorych rzadko robiono wyjątki i dowożono ich karetką, ale tylko tą, która na stałe znajdowała się w strefie. W okolicach wejścia panował duży ruch. Nowych pacjentów przyjmowano w godzinach od 8 rano do 15 po południu. W innym czasie wejście do strefy było niemożliwe. Jeśli ktoś się spóźnił i nie dojechał do strefy na godzinę 15 w dniu w którym rozpoczynał się jego turnus, nie był wpuszczany w ogóle, ani w danym dniu, ani w dniach następnych. Zdarzały się przypadki, że ludzie bardzo ciężko chorzy spóźniali się dosłownie kilka minut i tracili w ten sposób bezpowrotnie szanse na ozdrowienie. W związku z tym w miejscu gdzie Fidan zatrzymał samochód powstało wielkie koczowisko ludzi, którzy w obawie przed spóźnieniem przyjeżdżali wcześniej i czekali na swój dzień. Wojsko kontrolowało tam dokumenty uprawniające do wejścia do strefy i tolerowało wyłącznie tych, którzy zaczynali pobyt nie później niż za dwie doby. Innych bezpardonowo wyrzucano, nie bacząc na ich stan zdrowia. W tej “poczekalni” na wolnym powietrzu wielu umierało. Żołnierze natychmiast konfiskowali ich bilety. O żadnej pomocy medycznej nie było tam mowy. Zmarłych, którzy nie mieli ze sobą bliskich, wywożono i chowano skromnie na koszt państwa. Elena jeszcze raz skontrolowała efekty swojej pracy a następnie wszyscy, najpewniej jak tylko byli w stanie, wysiedli z pikapa i pożegnali się z Fidanem. Uważając przy tym aby niczego w mejkapie nie uszkodzić. Arman, choć znalazł zniszczony wózek w samolocie i domyślał się, że starsza z sióstr musiała na nim jeździć, to zdecydował, że Petia udając Emily, pójdzie do strefy na własnych nogach. W dokumentacji choroby dołączonej do biletu nie było mowy o tym, że Emily jeździ na wózku. Zresztą i tak nie mieli innego wózka i nie mieli czasu by go zdobyć. Arman obawiał się, że jeśliby Petia wjechała do strefy na wózku, to siostry mogłyby być w strefie rozdzielone, a to byłoby bardzo niebezpieczne dla ich misji. Ustalili, że Petia na początku będzie symulować, że ma trudności z poruszaniem, ale może sama chodzić. Arman czuł się nieswojo. Po prostu się bał. Czuł się odpowiedzialny za wszystkich. Wiedział, że tutaj naprawdę wiele rzeczy może pójść nie tak i ryzyko jest ogromne. Elena czuła się podobnie. Nadzieją był tłum ludzi, pomimo kończącego się czasu. Strefa w ciągu siedmiu godzin przyjmowała około osiem tysięcy ludzi, czyli ponad tysiąc na godzinę. To bardzo dużo, nawet pomimo ogromnie rozbudowanego sektora przyjęć. Stanowisk do przyjmowania było kilkadziesiąt, jednak na jednego przyjmowanego przypadało i tak tylko kilka minut formalności. Sprawdzano bardzo szczegółowo dokumenty uprawniające do wejścia do strefy. Ich skomplikowane zabezpieczenia oraz porównywano zdjęcia z wchodzącymi osobami i ich paszportami. W każdym komplecie dokumentów był bilet. Każdy z przebywających w strefie był zobowiązany nosić go na szyi. Większą część powierzchni tego biletu zajmowało duże zdjęcie. W każdym przypadku jakiś nieprawidłowości czy nieporozumień wewnątrz strefy, strażnicy wyjaśnianie ich zaczynali od kontroli tych biletów i porównywania wyglądu pacjentów ze zdjęciem. U pacjentów którzy otrzymali swoje bilety w trybie normalnym sprawdzano również odciski palców, ale nie robiono tego u tych, którzy wylicytowali je na aukcjach. Procedura tego nie przewidywała ponieważ te bilety pierwotnie przeznaczone były dla kogoś innego. Były dla tych, którzy nie mogli wyjechać do strefy, prawie zawsze dlatego, że tego nie dożyli. Ale być może nie sprawdzano odcisków palców dlatego, że obecnymi właścicielami biletów byli bardzo bogaci ludzie i tego by sobie z różnych względów nie życzyli. Możliwe, że używali swoich odcisków palców do celów potwierdzania ważnych dokumentów i transakcji i nie chcieli ich ujawniać. Elena i Arman wraz z dziewczynami, po odstaniu kilkunastu minut w długiej kolejce, podeszli w końcu do przynależnego im okienka. Urzędniczka w mundurze zanim zadała pierwsze pytanie, bardzo uważnie i nadzwyczaj długo przyglądała się całej czwórce, porównując ich wygląd ze zdjęciami z biletów. Jednak weryfikacja polegała wyłącznie na kontroli wzrokowej i to przez szybę. Nie mierzono ani nie ważono przyjmowanych oraz nie sprawdzano dotykiem czy mają na twarzy jakiś makijaż czy charakteryzację. Widać Elena wykonała naprawdę dobrą robotę bo urzędniczka w końcu uśmiechnęła się życzliwie i odłożyła bilety. Następnie włożyła je po kolei do specjalnej drukarki i nadrukowała na nich numery łóżek, zarówno w strefie dla Jamili i Petii jak i w części dla opiekunów dla Eleny i Armana. Potem podała im je przez okienko i kazała zawiesić na szyi. Urzędniczka zadała jeszcze kilka ogólnych pytań. Pytała przede wszystkim na co dziewczyny są chore i czy wymagają jakiejś specjalnej opieki. Arman z Eleną bez problemu odpowiedzieli i na tym kontrola się zakończyła a przy okienku stali już następni szczęśliwcy. Całą czwórką poszli dalej. Przeszli przez bramki podobne do tych, jakich używano na lotnisku, a następnie zostali sprawdzeni ręcznym skanerem do wykrywania metalowych rzeczy. Bagaż można było mieć tylko podręczny i ze względów bezpieczeństwa należało cały czas nosić go ze sobą. Wszędzie, na posiłki a nawet do łazienki. Pozostawiony bez opieki natychmiast był konfiskowany i nie było możliwości odzyskania go z powrotem. Za bramkami szli w pochodzie z innymi, a ludzie w cywilnych ubraniach, wyglądający na wolontariuszy, rozdawali im różne ulotki informacyjne oraz jeśli ktoś o coś pytał, to udzielano informacji we wszystkich, powszechnie używanych językach świata. Następnie przeszli do dużej sali w której także były różne okienka. Tam udzielano informacji i oddzielano chorych od opiekunów. Tam również wszyscy otrzymywali bloczki na posiłki i pościel. Dziewczyny oprócz pościeli otrzymały też dresy, stosowne do ich rozmiarów, pełniące rolę jednocześnie ubrania dziennego i piżamy. Zalecano, choć rygorystycznie tego nie przestrzegano, żeby pacjenci w strefie ubrani byli właśnie w ten błękitny dres. Traktowano go również jako formę identyfikatora, legalnego tam pobytu. Każdemu pacjentowi przysługiwały trzy posiłki dziennie a żywienie odbywało się na bardzo dużych, prowizorycznie zorganizowanych stołówkach. Takich stołówek w strefie było kilka i można było korzystać z dowolnej, choć zalecano aby korzystać z tej najbliższej swoich łóżek. Opiekunowie mieli taką samą stołówkę, ale poza strefą. Elena zdawała sobie sprawę, że charakteryzacja utrzyma się nie dłużej jak do wieczora. Cała czwórka umówiła się, że zanim dotrą do miejsc gdzie będą spać, to ją usuną. Ich sąsiedzi nie mogą zwrócić uwagi na to, że ich wygląd się zmienił. Zdawali sobie sprawę, że ich twarze nie będą takie jak na zdjęciach, które wiszą im na szyi i mieli nadzieję, że nikt tego bez powodu sprawdzać nie będzie. Elena nakazała Petii aby przypilnować Jamilę i pomóc jej usunąć charakteryzację. Poleciła jej również nie wdawać się z nikim w żadne, nawet najdrobniejsze konflikty, tak aby żadne służby nie musiały ich identyfikować przez cały okres pobytu. Opiekunowie mogli spotykać się ze swoimi podopiecznymi raz dziennie po obiedzie na wyznaczonej do tego dużej sali na pograniczu strefy albo w dowolnej porze na wyraźne życzenie którejś ze stron. Arman zdecydował, że w takich spotkaniach nie będą uczestniczyć ani ich inicjować w ogóle, przez cały okres pobytu ze względu na możliwość dekonspiracji. Zrobiliby to tylko wtedy, gdyby sytuacja była nadzwyczajna. Opiekunowie przebywający legalnie w strefie wywoływali na takie spotkania swoje dzieci i mogli obserwować na bieżąco postępy w ich leczeniu. Dziewczyny były zdane tylko na siebie przez cały 12 dniowy okres pobytu. W strefie działały telefony i można było z nich korzystać. Arman dał telefon Petii i ta miała im składać co wieczór raport z przebiegu leczenia i ogólnej sytuacji. Nadeszła chwila w której rozdzielono dziewczyny od ich rodziców. Elena się przy tym popłakała a Jamila była bardzo smutna. Nie do końca rozumiała co się dzieje. Arman i Petia zachowywali spokój. Przejęli na siebie ciężar panowania nad sytuacją i po jednej i po drugiej stronie. Elena z Armanem udali się do wyznaczonego im rejonu i ze zdziwieniem stwierdzili, że łóżka im przynależne nie znajdują się w którymś z budynków czy baraków, ale w dużym dwudziestoosobowym namiocie. Pierwsze co zrobili, to udali się do baraku w którym znajdowały się toalety i prysznice po to aby usunąć wizaż. Dopiero wtedy poszli do namiotu. Na każdym z prostych polowych łóżek leżał koc i mała poduszka. Nową, nieużywaną pościel otrzymali po drodze. Takich namiotów stało tam kilkadziesiąt. Warunki przypominały raczej obóz dla uchodźców niż apartamenty dla milionerów licytujących drogie bilety. W strefie nie segregowano opiekunów ze względu na rodzaj biletów i ich stan zamożności. Namiot był prawie pełny. Było tam dziwne, dosyć głośne towarzystwo. Ludzie byli w różnym wieku, wszystkich ras i narodowości. Dominowali młodzi. Wszystkim udzielała się łatwo zauważalna radość z tego, że ci z którymi tu przyjechali, najczęściej ich najbliżsi, za sprawą jakiejś nieznanej mocy, właśnie uleczani są z bardzo groźnych, często śmiertelnych chorób. Każdy na szyi miał bilet, ale w praktyce nikt nie zwracał na niego uwagi. Niektórzy pochowali je do przednich kieszeni w koszulach, bo tak było im wygodniej, niektórym poodwracały się na drugą stronę. Arman i Elena widząc to, również od razu odwrócili swoje bilety. W tej pozycji nosili je już do końca pobytu. Niektórzy z ich współlokatorów próbowali ich zagadywać, lecz oni, przynajmniej na początku, nie chcieli wdawać się w dyskusję. Powiedzieli tylko, że pochodzą z anglojęzycznego kraju. Oboje przebrali się w luźne sportowe ubrania i położyli na swoich łóżkach. Wtedy dopiero poczuli ulgę i napięcie zaczęło z nich schodzić a zaczęła wstępować radość i nadzieja, że może przynajmniej na razie się udało. Elena leżąc wysunęła swoją dłoń w stronę Armana a ten wziął ją za rękę i tak leżeli w milczeniu. ............................ Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
    1 punkt
  48. Miasto w dużym kraju Ameryki Północnej. Bar fastfoodowy przy autostradzie. Dziesięć miesięcy od błysku. - Czujecie ulgę, koniec nauki, wreszcie z tym spokój. - Trzeba by chyba jeszcze gdzieś dalej się uczyć? Chciałbym iść do szkoły samochodowej. Chciałbym naprawiać motocykle. - Przyjmij się do warsztatu, jest ich dużo, tam cię wszystkiego nauczą, nie masz dosyć szkoły? - No, zastanawiam się. - A ty Logan, co teraz będziesz robił? Idziesz gdzieś pracować? - Sam nie wiem, coś chyba trzeba by zacząć robić? Pomyślę po wakacjach. - Logan nie wie, bo Logan jest... zakochany. Chłopaki wybuchli śmiechem. Logan się nie śmiał. - Grabisz sobie, w tytę dostaniesz to się zamkniesz. - Ech, piwko by się łyknęło. - Nawet o tym nie myślcie teraz. Jedziemy do domu, zostawimy motory i pójdziemy do pubu. Co powiecie? - Nareszcie jakiś sensowny plan! Trzech młodych motocyklistów zatrzymało się przy barze i kończyło jeść swoje burgery. Na rowerze przyjechała Ava. Logan zauważył ją przez szybę już jak stawiała rower przed fast foodem, ale nic nie powiedział. - Chłopaki jedźcie beze mnie, chcę jeszcze tu chwile zostać, za pół godziny dołączę do was. Kumple Logana popatrzyli dziwnie na siebie, ale znali Logana i wiedzieli, że on wszystko robi po swojemu. Perspektywa napicia się piwa zadziałała na nich tak kusząco, że nie chcieli już zwlekać i pojechali. Logan właściwie nie wiedział dlaczego został. Dawno chciał przeprosić Avę, tylko nie wiedział jak to zrobić. Miał wyrzuty sumienia za to co zrobił. Nie wiedział czy Ava wie, że to on z Emily ją wtedy napadli. Ava go nie zauważyła. Bar był pełen ludzi. Logan patrzył na nią jak podchodzi do lady i zamawia burgera i kolę. - “Fajna ta Ava.” Pomyślał. - “Taka dziecinna, ale ładna.“ Ava wzięła swoje jedzenie na tacy, jednak przez roztargnienie zostawiła portfel na ladzie. Logan to widział. Już chciał reagować gdy stało się coś dziwnego. Za Avą stało starsze małżeństwo i mężczyzna zamiast oddać dziewczynie portfel, to schował go do kieszeni. Krew ze złości zarumieniła twarz Logana. Ava niemal natychmiast, po zrobieniu dwóch kroków, zorientowała się, że zostawiła portfel. Obróciła się i widziała jak facet go chowa. - Proszę pana, to mój portfel, proszę mi go oddać! - Leżał to wziąłem, skąd mam wiedzieć że to twój? - No przecież widział pan, że go zostawiłam, są tam moje dokumenty, moje pieniądze i karta kredytowa. Gość otworzył portfel, wyjął z niego wszystkie banknoty, około 300 dolarów i oddał go dziewczynie a pieniądze schował do kieszeni. - Sobie smarkulo pilnuj swoich rzeczy! - Ale moje pieniądze, pan mnie okradł, moje wszystkie pieniądze! Ava zaczęła głośno krzyczeć wzbudzając sensacje w barze. Do rozmowy wtrąciła się jego żona: - Jakie pieniądze? Tam nie było żadnych pieniędzy. Spadaj mała! Logan szybko podszedł do lady. Zignorował Avę, tak jakby jej nie znał. Oparł się o plecy starszego małżeństwa. Kobieta miała przez ramię przewieszoną dużą torebkę. Logan zagadał do obsługującej fast food kelnerki: - Proszę pani, proszę pani! A za dolanie coli trzeba płacić czy można sobie dolać? - Możesz sobie dolać. Logan odsunął się od lady i skinął na Avę, tak żeby małżeństwo tego nie widziało. Ava chciała wezwać policję, ale najpierw zapłakana podeszła do niego. Logan szepnął: - Nic już nie rób tylko chodź za mną. Bała się Logana. Napadu nigdy nie zapomni, ale za nim poszła. - A ty co tu robisz? - Ile ci zabrał? - Całą moją kasę. Dostałam na 16-te urodziny. Prawie 300 dolarów. Logan trzymał w ręku jakąś portmonetkę. Była pełna pieniędzy. Mogło w niej być kilkaset dolarów. Odliczył 400, stówę schował do kieszeni, a 300 dał Avie. Ava się przeraziła. Szeptała do Logana: - Zwariowałeś? Okradłeś ich. Jeszcze ja mam być tego wspólniczką? - Bierz kasę bo jest twoja, zresztą nikogo nie okradam, zobacz. Logan rzucił portmonetkę na podłogę i zawołał do małżeństwa, które już odchodziło od lady ze swoimi burgerami zapakowanymi “na wynos“. Facet zapłacił pieniędzmi Avy. - Proszę pani, proszę pani czy nie wypadła pani portmonetka? Bo tam leży! Kobieta zaczęła nerwowo się rozglądać i przeszukiwać torebkę. Następnie rzuciła się na leżącą portmonetkę. Nawet nie podziękowała. Logan skinął na Avę, żeby wyszła z nim na zewnątrz. Tam też stały stoliki. Usiedli przy jednym z nich. Ava przyniosła swojego burgera i colę. - Dzięki ci, chyba jestem zła, bo jakoś nie czuję wyrzutów sumienia. Ava się uśmiechnęła. - Mam jeszcze dla ciebie prezent. - Jaki znowu prezent? Logan dał Avie kluczyk od Mercedesa. To musiał być jakiś drogi model bo kluczyk wyposażony był w jakieś duże, ogromnie skomplikowane urządzenie do otwierania i uruchamiania auta. - Co to jest? - Przecież widzisz, Mercedesa ci daję. - Całkiem ci już odbiło, jakiego Mercedesa? - To nie wiesz że faceci z klasą dają damom kluczyki do Mercedesa? - Chyba całego Mercedesa im dają a nie tylko kluczyki? - No przecież, tam stoi, jest twój. Ava zastygła w przerażeniu. Trzymała w ręku kluczyk a Logan pokazywał Mercedesa do którego zbliżało się starsze małżeństwo z którym przed chwilą miała do czynienia. - Zwariowałeś, trzeba im to oddać! Logan wyrwał dziewczynie kluczyk. - Iiii, ty widać nie jesteś damą. I wyrzucił z całej siły kluczyk w stronę nieużytku na którym rosły jakieś byliny, tak gęsto i tak wysoko, że znalezienie tego kluczyka w tej trawie wymagałoby chyba zatrudnienia do tego całego pułku policji... na tydzień. - Logan, coś ty zrobił jak oni teraz pojadą! Ava niemal krzyknęła, jednak po chwili przemyślenia cicho powiedziała: - A właściwie. I uśmiechnęła się do Logana. Potem oboje siedzieli koło siebie i przyglądali się spokojnie nerwowej scenie, w której kobieta wyrzuciła całą zawartość torebki na wielką maskę pięknego nowego mercedesa, a facet darł się na nią tak głośno, że nawet ze stu metrów było to słychać. Ava jadła swojego burgera i nie bała się już Logana. - Logan. - Tak? - Ty naprawdę chciałeś mnie zgwałcić? - Wiesz, że to ja? - Od pierwszej chwili wiedziałam, że to ty i Emily. - To miał być tylko filmik, ona bardzo tego chciała, naprawdę to nikt nie chciał cię gwałcić. - Łudziłam się, że było tak jak mówisz. - Ava tak było naprawdę. Przepraszam cię za to, to było durne. Głupio mi. - Dlaczego ona mnie tak nienawidzi? - Zazdrości ci. Nigdy nie będzie taka mądra jak ty. - Logan, dlaczego ty z nią jesteś? Ona jest zła. - Nie wiesz jaka jest naprawdę. Ja też tego nie wiem. Nikt nie wie. Ona walczy całe życie ze wszystkim i ze wszystkimi. Choroba ją zmieniła, nie jest już taka jak kiedyś. - Co z nią teraz? Cały fejs pisze, że pojechała do strefy. - Ava, czy Bóg pomoże komuś takiemu jak ona w tej strefie? - Przecież On tam pomaga każdemu bez względu na to czy jest się dobrym czy złym. - Martwię się o nią. - Dlaczego? To chyba dobrze, że wróci zdrowa? - Wiesz, od dwóch dni nie mam z nią kontaktu. Przedtem dzwoniła kilka razy dziennie a teraz nie ma z nią żadnego kontaktu. - Może coś z telefonem, nie wiadomo jak tam jest. - Ava, coś ci pokażę, tylko nikomu nie powiesz, ok? - Ok. - Zobacz, zanim zamilkła wysłała taki sms. Logan wyciągnął telefon i pokazał jej treść sms-a: “ Przeproś wszystkich, kocham cię.” Ava i Logan popatrzyli na siebie. - Dziwna sprawa. - No właśnie. Byłem nawet u wujka Emily. Brata jej matki. On też był zaniepokojony bo też stracił z nimi kontakt. Ale dzwonił tam i mu powiedziano, że wszyscy w komplecie dotarli i są w strefie. Lotnisko w Europie i Albania. Dziesięć miesięcy od błysku. Emily, Lily i ich rodzice wylądowali na bardzo dużym lotnisku w jednym z bogatych krajów Europy. Ojcu Emily szczegółowo zaplanowano podróż do Albani, wtedy jak kupował bilety lotnicze. Była ona tak zsynchronizowana, że powinni znaleźć się w pobliżu strefy na dobę przed planowanym terminem ich przyjęcia. Do tej pory wszystko szło planowo, jednak okazało się, że lot do Albanii, do miejscowości w pobliże strefy, został z jakiś powodów technicznych odwołany. W samolocie coś się zepsuło. Ponieważ rodzina miała duży zapas czasowy, to zdecydowali udać się do hotelu i na drugi dzień w nocy polecieć innym samolotem do Tirany. Stamtąd powinno się udać dojechać do strefy jakąś komunikacją kołową. Jeździły pociągi oraz autobusy a awaryjnie można było wynająć samochód czy wziąć taksówkę. Jednak rodzinę zaczął prześladować pech. W nocy okazało się, że samolot do Tirany poleci trzy godziny opóźniony. Rodzice znali zasady przyjmowania do strefy i wiedzieli doskonale, że w strefie muszą znaleźć się przed godziną 15 następnego dnia. Jeśli się spóźnią, choćby dwie minuty, to nie będą do strefy przyjęci i miliony na bilety pójdą na marne, o szansie wyzdrowienia nie wspominając. Ale mieli jeszcze dużo czasu. W końcu przylecieli do Tirany w dniu przyjęcia nad ranem. Choć musieli zdążyć do godziny 15, to na biletach napisano im, że mają wstawić się w strefie o godzinie 8 rano, czyli wtedy jak strefa zaczynała przyjmować chorych. Z Tirany do strefy było nieco ponad 200 km i spokojnie można było wynająć samochód albo wziąć taksówkę. Jeden z taksówkarzy przy lotnisku w Tiranie podjął się dowieźć ich do strefy, ale ponieważ było to daleko a on chciał dobrze zarobić na zagranicznych klientach to zażyczył sobie za kurs 300 dolarów. Dla ojca Emily, i to jeszcze w takich okolicznościach była to śmieszna suma, ale dla taksówkarza mała fortuna. Rodzina wsiadła do taksówki i pojechała. Taksówkarz uprzedził ich jednak, że ponieważ nie ma tam autostrad i drogi są słabe, to na ósmą nie zdążą. Będą jechać cztery godziny i będą w strefie około 9 rano, co według niego nie stanowiło żadnego problemu bo woził on już wielu ludzi do strefy i wiedział, że trzeba wstawić się tam do 15. Jednak Emily zaczęła po drodze bardzo się denerwować aż w końcu histeryzować, że się spóźnią: - Niczego porządnie nie umiecie załatwić. Mogliśmy jechać dzień wcześniej. Co będzie jak się spóźnimy? Do końca życia będę musiała jeździć na tym wózku. - Emily, weź się uspokój. Przecież pan powiedział, że na pewno zdążymy. Mamy dużo czasu. Ojciec zwrócił się do taksówkarza: - Czy na pewno zdążymy? On słabo znał angielski, ale zrozumiał i powoli, prostymi słowami, bardzo słabą angielszczyzną, zaczął tłumaczyć, że dobrze zna drogę, że wie ile potrzebuje czasu i dokładnie wie gdzie ma jechać, bo już tam jeździł i że na pewno będą na miejscu na wiele godzin wcześniej niż to konieczne. I wtedy matka Emily wpadła, na jej zdaniem genialny pomysł: - A może dałoby się wynająć jakiś mały samolot? Bylibyśmy dużo szybciej! Zaczęto wypytywać taksówkarza czy wie gdzie jest małe lotnisko i można wynająć samolot. Taksówkarz się zdenerwował, ale powiedział: - Mister, była umowa, ale jak wy chcieć, to ja jechać na lotnisko gdzie mały samolot. - A samolot? Czy tam będzie samolot? - Nie wiem, jest piąta rano. Emily natychmiast podjęła temat: - Na lotnisko, powiedz mu, że ma jechać na lotnisko! W końcu tak zdecydowano i taksówkarz zamiast wieźć ich do strefy to zawiózł ich na małe sportowe lotnisko w Tiranie. Kazano taksówkarzowi czekać a ojciec poszedł zrobić rozeznanie. Taksówkarz powiedział: - Mister, my gubić czas. Autem jest ok. Ojciec udał się do małego budynku w którym zarządzano lotniskiem. Przy monitorze komputera drzemał tam młody mężczyzna. - Czy pan zna angielski? - Tak, a o co chodzi? - Muszę pilnie z rodziną dostać się do strefy. Czy jest jakiś samolot albo helikopter który może nas tam zawieźć? Mężczyzna się zastanawiał. - Helikopterów tu nie mamy. Kiedy chcecie lecieć? - Natychmiast. - Po co się tak spieszyć? Macie cały dzień. - Jak mamy lecieć samolotem, to od razu. - A ilu was jest? - Czworo, plus bagaże. - Zadzwonię do kogoś i zapytam się. Mężczyzna wziął telefon i rozmawiał dłuższą chwile z kimś po albańsku a potem trzymał telefon nie rozłączając się. - Natychmiast, to on może was zawieźć, ale za 5 tys. dolarów. - 5 tysięcy, dlaczego tak drogo? - Mówi, że jak ma być natychmiast to za 5 tysięcy, inaczej nie poleci. - Ile potrwa lot? - Niecałą godzinę, ale stamtąd gdzie wylądujecie będzie jeszcze 20 km do strefy. Wylądujecie na polu bo tam nie ma lotniska. On już tak robił. On w czasie lotu załatwi wam, że ktoś was stamtąd zawiezie do strefy. Mówi, że na pewno zdążycie na ósmą. - Zgoda, to kiedy odlatujemy? - On będzie tu za 15 minut i od razu polecicie. Mężczyzna potwierdził to przez telefon i się rozłączył. Odprawiono taksówkarza i rodzina czekała na samolot. Po 20 minutach przyjechał pilot w średnim wieku. Słabo mówił po angielsku. Po kolejnych kilku minutach pilot wraz z tym, który siedział przy komputerze, otworzyli wielkie wrota hangaru i spośród wielu samolotów i szybowców jakie tam stały, wytoczyli obaj chyba najmniejszy ze wszystkich. Okazało się, że samolot ma tylko cztery miejsca, dwa z przodu i dwa z tyłu. Następnie pilot podjechał do samolotu traktorem, do którego doczepiona była mała cysterna. Pilot podłączył wąż i zaczął ręczną pompką pompować paliwo do samolotu. Trwało to kilka minut. Widać było, że ta czynność wyraźnie go zdenerwowała. Następnie pilot odstawił cysternę i poszedł do biura w którym był ten, który przed chwilą mu pomagał. Ojciec Emily słyszał, że przez dłuższą chwilę kłócili się głośno po albańsku. Nic z tego nie zrozumiał. Następnie pilot przyszedł już spokojniejszy i kazał rodzinie wsiadać do samolotu. Ponieważ w samolocie nie było wystarczającej ilości miejsc, to ojciec usiadł z przodu a Emily z matką z tyłu. Lily siedziała u matki na kolanach. Za fotelami pilot upakował bagaże, było ich sporo. Samolot był mocno obciążony. Następnie usiadł na swoim miejscu za sterem. Ojciec zapytał: - Mamy spadochrony? Pilot zrozumiał. - Nie mamy, nie będą potrzebne. Dużo ważą. Pilot uruchomił silnik, po krótkim rozgrzaniu skierował się na trawiasty pas startowy a następnie, po bardzo długim rozbiegu, z ryczącym na maksymalnych obrotach silnikiem, z trudem uniósł się w powietrze. Rodzina odetchnęła z ulgą. Lot wydawał się bezpieczny i miał być bardzo krótki. Pilot, czym dłużej lecieli, wydawał się coraz bardziej zdenerwowany. Nie zgadzała mu się prognoza pogody. Owszem miał wiać przeciwny wiatr, ale około siedmiu węzłów a wiało ze trzydzieści a w porywach to i ze czterdzieści. Po pewnym czasie skupił już całą swoją uwagę na jednym przyrządzie. Pilot powtarzał w myślach słowa kłótni sprzed czterdziestu minut z operatorem lotniska: ”- Dlaczego w bańce nie ma paliwa? - Spadochroniarze wczoraj wylatali. Dużo ich było. Szykują się do zawodów. - To jak ku..a mam lecieć? Bez paliwa? - Jest zamówione. O dziewiątej będzie, tak jak zawsze. O tej porze lotnisko jeszcze jest nieczynne. Jak nie masz, to poczekaj aż przywiozą. - Wkurzasz mnie. Raz na rok trafi się dobry klient a w tym burdelu nie ma paliwa!” Pilot pomyślał potem, że za taką kasę to choćby na oparach. Nie ma opcji, żeby przepuścić taką okazję. Ojciec Emily zapytał pilota: - Jak długo jeszcze polecimy? - Dwie minuty, jeszcze kilka kilometrów, zaraz lądujemy. W tym momencie silnik się zakrztusił i z powrotem zaczął pracować. Pilot nerwowo pokręcił jakąś gałką. Silnik znowu zaczął się krztusić. Tym razem nie wrócił już do normalnych obrotów tylko zaczął przerywać i wracać na wolne obroty, następnie znowu przerywać i znowu wracać na obroty. Samolot leciał na wysokości 300 metrów i zaczął gwałtownie tracić wysokość. W końcu silnik zgasł. Pilot nerwowo próbował go uruchomić. Silnik na chwilę zaskoczył, ale znowu zgasł. Już więcej nie zapalił. Matka Emily zaczęła głośno krzyczeć. Szybko szybowali nad gęstym lasem i szybko tracili wysokość. Słychać było świst powietrza a w dole widać już było korony poszczególnych drzew, które bardzo szybko się przesuwały. W pewnej chwili z lasu wyłoniła się mała polana. Pilot krzyknął po albańsku: - Tam wylądujemy, trzymać się! Następnie gwałtownie zniżył lot powodując, że samolot jeszcze przyśpieszył. Emily wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni spodni i szybko coś pisała. Samolot przyziemnił na polanie, ale na zatrzymanie się nie było już miejsca. Z całym impetem uderzył w grube pnie drzew, gęstego lasu. ................................ Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
    1 punkt
  49. Albania, kilkadziesiąt kilometrów od strefy. Dziewięć miesięcy od błysku. Elena i Petia szły na piechotę w stronę strefy. Starannie dobierały trasę tak, żeby trzymać się jak najdalej od głównych dróg i skupisk ludzkich a w szczególności od miast. W odle- głości poniżej stu kilometrów od strefy, czyli w tam gdzie się znajdowały, wszystkie główne drogi dojazdowe były już kontrolowane. Policja i wojsko poszukiwało podróżujących bez wiz i biletu. Takich ludzi było naprawdę dużo. Nadciągali z całego świata. Oczywiście większość z nich przepadała gdzieś po drodze na kolejnych granicach, jednak niektórym, tak jak Elenie i Petii udawało się dostać do Albanii. Ta podróż była dla dwóch kobiet szczególnie niebezpieczna. Najwytrwalsi przybysze z całego świata koczowali w lasach i w opuszczonych zabudowaniach. Nie mieli nic do stracenia. Mogli być niebezpieczni. Pomimo to Elena z Petią z pełną determinacją, po około 30 km dziennie, zbliżały się do strefy. Pierwszą noc przespały w zaroślach gęstego lasu. To był zły nocleg. Było zimno i wilgotno. Petia brała leki oraz wyciągi z ziół, które dostała od Hany, jednak pomimo to czuła się coraz gorzej. Obie były bardzo zmęczone a Petia coraz słabsza. Zaczęła regularnie, co kilka godzin wymiotować i czuła silne bóle brzucha i głowy. Drugiego dnia wieczorem podeszły pod małą wieś. Na skraju wsi stał dom. Zapukali w nadziei, że znajdą tam pomoc. Jednak właścicielka, starsza kobieta była bardzo nieufna. Musiała mieć już do czynienia z obcymi którzy szli w stronę strefy. Poza tym nie rozumiała po angielsku i Elena z Petią nie umiały się z nią porozumieć. Język albański nie przypominał języka kraju z którego pochodziły. W końcu na migi udało się jej wytłumaczyć tyle, że pozwoliła im spać w stodole. Żadnej innej pomocy nie chciano im udzielić. Poszły do tej stodoły, jednak Elena zauważyła, że właścicielka rozmawia z kimś przez telefon. Elena była czujna, nie umiała zasnąć. Petia zasnęła od razu. Tuż przed zmrokiem Elena zauważyła że pod dom podjeżdża samochód. Z samochodu wysiadł młody mężczyzna i od razu poszedł w ich stronę. Prawdopodobnie był to syn tej, z którą rozmawiali. Wpadł do stodoły i zaczął się na nie wydzierać po albańsku a następnie bardzo słabym angielskim wykrzyczał, że mają się wynosić. Elena z Petią wyskoczyły ze stodoły, bo nie wiedziały czy na krzyku się skończy. Czy napastnik nie będzie agresywny. Jednak w stodole zostały ich plecaki. Mężczyzna wykorzystał to i zamknął drzwi a następnie wyjął telefon i powiedział, że dzwoni na policję. Przynajmniej tak Elena to zrozumiała. Do stodoły nie chciał ich wpuścić. Po prostu je okradł a właściwie obrabował. Elena na szczęście miała paszporty i dokumenty przy sobie. Obie uciekły w stronę lasu. W plecakach zostało ich jedzenie, ciepłe ubrania oraz wszystkie leki Petii. Zdecydowały się na kolejny, bardzo zły nocleg w lesie. Nazajutrz Petia była już tak słaba, że z trudem się pozbierała. Próbowały iść dalej, znowu przez las. Korzystały z GPS-u w telefonie, jednak bateria się wyładowała. Elena ustaliła przybliżony kierunek na podstawie położenia słońca. Petia szła pierwsza. Nagle zaczęła przerażona krzyczeć. - Petia? Co się dzieje? - Tam zobacz, pod tym drzewem. Elena spojrzała i od razu odwróciła wzrok. Wzięła Petię za rękę i odciągnęła ją z powrotem. Obeszły to drzewo szerokim łukiem. Pod drzewem były ludzkie zwłoki w znacznym stopniu rozkładu. Ten kto tam umarł, siedział oparty o to drzewo. Kobiety nie miały wątpliwości, że to ciężko chory człowiek, który tak jak one zmierzał nielegalnie w stronę strefy. Petia szła jeszcze godzinę aż w końcu się zatrzymała: - Dalej chyba nie dam rady, źle się czuję. - Petia próbuj jeszcze, za 3 kilometry powinna być jakaś osada, może tam ktoś nam pomoże? - Mamo, czy to ma sens. Jesteśmy bez rzeczy, bez jedzenia, bez leków. - Dopóki mamy choć trochę sił to walczmy. Zmobilizowała się i szła jeszcze trochę. Potem już ostatecznie opadła z sił. Były około 30 km od strefy. Doszły do nowo budowanego osiedla. Na jego skraju, nieco powyżej, stała jakaś stara stodoła. Elena pomogła Petii do niej wejść i położyła ją na połaci pokrytej sianem. Sama przy niej usiadła. Nie wiedziała co ma dalej robić. Na szczęście nadchodząca noc wydawała się być wyjątkowo ciepła. ***** Albania. Nowa osada, 30 km od miasteczka. Dziewięć miesięcy od błysku. - Ale ciepła noc. - I ten księżyc. Oszalał chyba, taki wielki. - Pełnia. - Kaltrina, kocham cię. - Fidan przecież wiem, ja ciebie też. Kaltrina przytuliła się do Fidana. Następnie stanęła na palcach a on objął jej głowę dwoma rękami i namiętnie ją całował. Oboje stali boso na łące w pobliżu “ich” stodoły. Z oddali słyszeli muzykę i widzieli blask ogniska, które ktoś rozpalił w pobliżu osiedla. Kaltrina objęła Fidana i całowali się namiętnie w zupełnej ciszy. Oboje słyszeli przyśpieszone bicie swoich serc i szybki oddech. Fidan rozpiął jej stanik i namiętnie całował jej piersi oraz docisnął wewnętrzną część dłoni do pępka dziewczyny i zaczął powoli przesuwać ją w dół. Kaltrina przytrzymywała jego rękę, jednocześnie namiętnie go całując. Fidan jednak zaczął bardziej zdecydowanie napierać dłoń i dziewczyna z coraz większą siłą go powstrzymywała, ale w pewnej chwili wyraźnie zwolniła opór i dłoń Fidana, minąwszy gumkę majtek, trafiła tam gdzie chciał, żeby trafiła. Kaltrina przytulona wyczuwała podnieconego chłopaka. Po chwili Kaltrina chwyciła Fidana za rękę i pociągnęła go za sobą w stronę stodoły. Oboje niemal wbiegli do środka. Fidan ułożył Kaltrinę na plecach na połaci pełnej siana a ta już nie stawiała żadnego oporu. Fidan zdjął jej majtki i usta chłopaka od piersi, w szeregu namiętnych pocałunków, podążały w stronę gorącego krocza podnieconej dziewczyny, a ta obejmowała rękami jego głowę i kierowała ją niżej i niżej. I wtedy gwałtownie odepchnęła go od siebie krzycząc przerażonym głosem: - Fidan, ktoś tu jest!!! Kaltrina usłyszała odruch wymiotny Petii. Oboje wystraszyli się tak, że na chwilę zaniemówili. Wybiegli przerażeni ze stodoły, ale dalej nie uciekali, tylko stali przy wejściu zdezorientowani. - Nie bójcie się, nie krzyczcie. Chcemy tylko tu przenocować. Powiedziała cicho Elena po angielsku. Była tak zmęczona, że nawet nie miała siły się podnieść. - Znacie angielski? - Fidan widzisz ją? - Nie, nic nie widzę. Poczekaj mam telefon. Fidan włączył lampkę w telefonie i ostrożnie wszedł z powrotem do stodoły. W słabym świetle lampki zobaczył siedzącą w kącie Elenę i leżącą na jej kolanach, półprzytomną Petię. - Kaltrina, chodź zobacz. - Znamy angielski trochę, co tutaj robicie? - Szliśmy do strefy, ale nie mamy już siły. - Skąd jesteście? Elena wymieniła nazwę kraju. - Możecie przynieść nam trochę wody? Córka jest chora, chce się jej pić. - Mamy wezwać pogotowie? - Nie, to nic nie da, tylko trochę wody. Rano sobie pójdziemy. Nie mówcie nikomu że tu jesteśmy. - Poczekajcie, zaraz wrócimy. Fidan i Kaltrina uspokoili się trochę i poszli w stronę kontenerów w których mieszkali. Nie mówiąc nic rodzicom wzięli wodę, ciepłą herbatę i coś do zjedzenia. Kaltrina wzięła duży koc i ogrodową lampę na baterie. Wzięła też jakiś popularny lek na żołądek. Oboje wrócili do Eleny i Petii. Napoili je i trochę nakarmili. Petia doszła do siebie na tyle, że mogła usiąść. - Jak ona ma na imię? - Petia. - Jest poważnie chora, ma gorączkę. Może jednak wezwać jakiegoś lekarza? - Nie, lekarz nie pomoże. Jutro wróci trochę do sił. Elena powiedziała cicho, tak żeby Petia nie słyszała: - Jej nie da się już pomóc. Litość i współczucie zastąpiły strach i nieufność u Fidana i Kaltriny. - Możemy wam jakoś pomóc? - Nie wiem, chciałyśmy iść w stronę strefy, ale i tak już nie mamy siły. - Przecież i tak tam nie wejdziecie, tam trzeba mieć bilet. - No wiem, ale tak jakoś myślałyśmy. - Jeśli chcecie to mogę was jutro zawieźć w pobliże strefy. Mamy tam przepustkę bo jeszcze niedawno tam oboje mieszkaliśmy, ale nic wam to nie da. Do strefy nikt nie wejdzie bez biletu, nawet jakby umierał przed bramą. Zresztą wielu tak właśnie umarło. - Zostawcie nas same do jutra. Jutro zdecyduję co będziemy dalej robić. Możliwe, że będziemy już wracać w stronę domu. Nie wiem jak jutro Petia będzie się czuła. Bardzo dziękuję wam za pomoc i przepraszam, że was wystraszyliśmy. - Nic się nie stało. Przyjdziemy do was jutro. Noc jest ciepła, nie zmarzniecie. Fidan i Kaltrina poszli do swoich kontenerów. Umówili się na jutro, że przyjdą i zastanowią się wspólnie, co mogliby dla nich zrobić. Ustalili również, że nic nie powiedzą o Elenie i Petii rodzicom. Oni pewnie wezwaliby do Petii lekarza, tym samym ją dekonspirując. Fidan długo nie mógł zasnąć i intensywnie myślał co można by zrobić. Miał tą przewagę nad obcymi, że znał każdy kąt, niemal każdy kamień w miasteczku w którym się urodził i wychował. W końcu zasnął. Miał dziwny sen. Śniło mu się, że jest dzieckiem tak jak kiedyś i że jest z kolegami w jakimś ciemnym pomieszczeniu. Koledzy wołali do niego, żeby do nich przyszedł bo muszą mu coś ważnego powiedzieć. Rano gdy się obudził to starał się, żeby nie zapomnieć co mu się śniło. Ten sen bardzo go poruszył. Bardzo się nim przejął. I wtedy, jak leżał jeszcze w łóżku, doznał olśnienia. W jednej chwili dotarło do niego co odkrył. Zerwał się jak oparzony. Włożył tylko spodnie i pobiegł pod okno Kaltriny: - Kaltrina, Kaltrina, wstawaj! - Ty, szósta rano, odbiło ci? Kaltrina wystawiła zaspaną głowę przez małe okno jej pokoju w kontenerze. - Wiem jak im pomóc! Chyba wiem jak im pomóc! - Fidan, kurde ja jeszcze śpię. Pobudzisz wszystkich. O dziewiątej w stodole, tak, jak się umówiliśmy. - No, ok. Fidan wrócił do siebie, ale nie mógł już zasnąć. ***** Albania, bezpośrednie sąsiedztwo strefy. Dziewięć miesięcy od błysku. Arman mieszkał z Jamilą w opuszczonym mieszkaniu już prawie tydzień. Wychodził sam albo na krótko z Jamilą. Jeśli sam, to na dłuższe rozpoznanie. Najczęściej późnym wieczorem. Znał już na pamięć całą dostępną część miasteczka. Poznał dokładnie rozkład ulic, których zresztą nie było wiele. Nawet z widzenia poznał już kilku mieszkańców, którzy zdecydowali się nie opuszczać swoich domów. Byli to najczęściej starsi ludzie. Na początku bali się Armana, ale jak zorientowali się, że jest z małą córką to przestali się go bać. Wyludnione miasteczko w tej części wyglądało trochę jak po wojnie atomowej. Do mieszkania w którym zamieszkał, na razie nikt nie przychodził. Arman nie zbliżał się już do strefy bo wiedział, że jest bardzo mocno strzeżona i w dzień i w nocy. Unikał również wszelkich kontaktów z żołnierzami z którymi miał już do czynienia. W zasadzie zrezygnował już z zadania. Pogodził się z porażką. Był już w strefie i rozumiał, że nawet jakby udało mu się jakimś cudem dostać tam drugi raz to nie był w stanie tam przetrwać z Jamilą niezauważony. Tam nie było się gdzie schować. Rozważał jeszcze jedynie wariant dotarcia do strażników, czyli pilnujących strefę żołnierzy, którzy zarabiali tam na nielegalnym przyjmowaniu chorych. Jednak bez znajomości albańskiego było to dla niego niewykonalne. Domyślał się, że to jakiś rodzaj albańskiej mafii, która zarabia na tym procederze fortunę. Prawdopodobnie nawet jakby znalazł sposób porozumienia się z nimi, to pewnie nie byłoby go na to stać. Podejrzewał, że cena nielegalnego pobytu liczona jest w setkach tysięcy dolarów, co i tak stanowiłoby mały procent tego, co płacą za bilety milionerzy licytujący je na aukcjach. Jednak jeszcze był w miasteczku bo nie mógł rozwiązać jednego problemu związanego z infrastrukturą. Arman zauważył, że główna ulica przecinająca miasto na całej swojej długości i kończąca się w strefie, jest w obniżeniu ze względu na pagórkowaty teren. Ulica ta w znacznej części swojej długości położona była w niecce bezodpływowej. To znaczy, że w przypadku deszczu tworzyłyby się kałuże a w przypadku intensywnych opadów, cała niecka byłaby zalana wraz z sąsiadującymi do ulicy domami, na głębokość kilkunastu centymetrów. Zauważył, że aby zabezpieczyć teren przed ciągłymi podtopieniami, to ulica ta została tak zaprojektowana, że stanowiła linię spływu wody i była w najniższym miejscu tej niecki. Rozumiał, że podłączenie kanalizacji burzowej wzdłuż tej ulicy do zwykłej rury kanalizacyjnej byłoby ryzykowne, bo w przypadku nagłej ulewy, woda mogłaby się w tej rurze nie zmieścić i doszłoby do podtopień piwnic domów w samym centrum. Arman zaczął się bacznie przyglądać studzienkom kanalizacyjnym i zauważył, że są one bardzo gęsto rozmieszczone. Regularnie co kilka metrów, wzdłuż całej ulicy. Następnie odkrył, świecąc latarką do środka, że łączą one jezdnię ulicy nie z rurą, ale z tunelem odwadniającym, który był usytuowany około dwóch metrów pod jezdnią i tak wyniwelowany*, że odprowadzał wodę poza nieckę. Arman widział ten tunel przez studzienki i bardzo chciał się do niego dostać. Z obserwacji niwelacji ulicy wychodziło mu, że jest bardzo prawdopodobne, że ten tunel kończył się w strefie. Jednak kanały odprowadzające wodę z licznych studzienek do tego tunelu były wykonane z rur o średnicy około 30 cm i nie dało się przez nie wejść do środka. Podejrzewał, że ten tunel jest na tyle wysoki, że da się w nim chodzić na stojąco. Przynajmniej tak to wyglądało przez otwory studzienek. Domyślał się, że utrzymanie takiego tunelu, który jest bardzo ważny dla miasteczka, musi wymagać jakiejś jego kontroli. Trzeba tam na pewno co jakiś czas wejść i skontrolować choćby stan jego obudowy. Jednak przeszedł całą dostępną część ulicy kilkanaście razy i nigdzie nie umiał znaleźć wejścia do środka. Były tylko studzienki, ale wejścia nie było. Domyślał się, że w takim razie wejście jest albo gdzieś w strefie, co czyniłoby go dla niego bezużytecznym albo gdzieś tutaj, jednak tak ukryte, że on nie może go znaleźć. Szukał wejścia do tunelu, dlatego jeszcze był w miasteczku. Właśnie wybrał się na kolejny rekonesans. Pogoda dosyć gwałtownie się zmieniła. Nad miasteczkiem pojawiła się ciemna burzowa chmura, choć jeszcze kilka godzin temu było słonecznie i bezchmurnie. Wiedział już, że wejścia do tunelu wzdłuż ulicy nie ma, ale tunel jeśli był prosty, a tak podejrzewał, to poprowadzony był pod kilkoma domami. Postanowił wejść do piwnic każdego z nich i znaleźć miejsce przecięcia tunelu z tymi piwnicami. Choć wydawało mu się to mało prawdopodobne, to być może do tunelu wchodziło się z piwnicy któregoś z tych domów. Znowu kładł się na jezdnię i świecił latarką do kolejnych studzienek. Zaczął padać deszcz a po chwili bliskie grzmoty zapowiadały gwałtowną burzę. Zerwał się wiatr i zaczęło bardzo mocno lać, chciał już wracać. Wejścia nie znalazł. Do skontrolowania pozostał mu już tylko jeden dom. Pomyślał: - “Wejdę jeszcze tam, czas to już zakończyć.” ***** Albania. Nowa osada. Dziewięć miesięcy od błysku. Fidan znowu przyszedł do Kaltriny. Ta przygotowała śniadanie i gorącą kawę i razem poszli do stodoły. - To co wymyśliłeś? - Pamiętasz Fransa? - Tego z podstawówki? - Dokładnie. - Chyba wyjechał z rodzicami kilka lat temu. - Tak, trzy lata temu. Jak chodziłem do podstawówki to był moim najlepszym kumplem. Do tej pory czasem gadamy przez telefon. On mieszkał w domu przy głównej ulicy. Kiedyś jak przyszedłem do niego, to nie było rodziców. Byliśmy sami i nudziliśmy się. W końcu on powiedział, że może mi pokazać coś ciekawego, tylko żebym nikomu o tym nie mówił. Wziął latarkę i małe kombinerki, zeszliśmy do piwnicy i prowadził mnie po korytarzu. Wszystkie drzwi były do piwnic, ale na samym końcu były drzwi trochę inne od pozostałych. Były całe stalowe i zamykane nie na kłódkę, ale na taką śrubę. Frans umiał kombinerkami tą śrubę odkręcić i weszliśmy do środka. Za drzwiami były krótkie betonowe schody na dół. Zeszliśmy nimi i Kaltrina,... tam był korytarz, taki tunel ściekowy do odprowadzania wody z ulicy. Poszliśmy z Fransem tym tunelem. Oświetlało go światło dzienne ze studzienek połączonych z ulicą. Ten tunel był bardzo długi, szliśmy chyba z dwadzieścia minut, aż w końcu doszliśmy do końca. - Co to ma wspólnego z tym, żeby pomóc tej kobiecie? - Kaltrina, nie rozumiesz? Ten tunel chyba kończył się w strefie. - Myślisz, że by to przeoczyli? - Trzeba to sprawdzić. Ci ze strefy mogą w ogóle o nim nie wiedzieć. Frans mówił, że widział czasem jak przychodzi jakiś dwóch facetów, z wodociągów i go kontrolują. Kiedyś podsłuchał jak wychodzili z piwnicy. Mówili, że jak się tam wchodzi to trzeba bardzo uważać, żeby nie było deszczu bo wtedy płynie w nim woda i można się utopić. Frans mówił, że jego ojciec mówił mu, że ten tunel jeszcze w latach 50-tych kończył się na powierzchni i był na końcu zamknięty kratą. Nawet mi pokazywał gdzie. Ale potem, jak zrobiono główny rurociąg kanalizacyjny, to podłączono go do głównej rury o dużej średnicy. Teraz, jak woda kogoś porwie to się w tej rurze utopi. Dlatego ojciec zabronił mu tam wchodzić. - No tak, Frans zawsze był ciekawy a ojca nie zawsze słuchał. - No właśnie. - Myślisz że warto to sprawdzić? - Koniecznie trzeba to sprawdzić, może to wejście jeszcze tam jest. Bo tunel jest na pewno. Możliwe że kończy się już w strefie. Kaltrina i Fidan podeszli pod stodołę. - Hej tam, żyjecie? Jesteście jeszcze? - Tak tak, jesteśmy. - Jak Petia? - Chyba trochę lepiej. Petia wyszła na zewnątrz ledwie trzymając się na nogach. Najpierw zwymiotowała a potem się przedstawiła. - Cześć, Petia jestem. Mama nie mówiła, że jesteście tacy młodzi. - Jak się czujesz? - Nawet nie pytajcie. - Co ci właściwie jest? - Mam białaczkę. - Zjesz coś? - Spróbuję, może sam chleb, kawy chętnie się napiję. - Macie może coś przeciwbólowego? - Pójdę jeszcze raz i poszukam. Na pewno coś się znajdzie. Elena zapytała: - Kaltrina nie wiemy co mamy teraz robić? Możecie podwieźć nas jakoś z powrotem w stronę tego miasta z któregośmy przyszli? - Fidan ma pewien pomysł. Fidan gadaj. - Możliwe, że jest sposób żeby Petii pomóc. Może potrafiłbym umieścić ją w strefie. Pewnie nie na dwanaście dni, ale chociaż na kilka godzin. - Co takiego ?! Co ty mówisz? Jak? Fidan streścił Elenie i Petii swój plan: - Do tej części miasteczka przy samej strefie wolno wejść? - W zasadzie to nie. Pilnują jej żołnierze. Ale ja znam polną drogę, którą tam czasem jeżdżę. Tam żołnierze są rzadko. Tam mieszka jeszcze paru ludzi. Ci żołnierze aż tak bardzo tego nie pilnują, właściwie to tylko ścigają złodziei bo ludzie pozostawiali tam część dobytku. A poza tym, ja i Kaltrina mamy specjalne przepustki. - Zawieziecie nas tam? Jeździsz samochodem. Petia już dalej nie pójdzie. Nie ma siły. - Mam starego pikapa. Jak wypłacili odszkodowanie to ojciec kupił sobie nowe auto, a pikapa dostałem ja. Niewiele jest wart, ale jeszcze dobrze jeździ. - Kiedy jedziemy? - Zbierajcie się, nie ma na co czekać bo nam Petia zaraz zejdzie. - Ale zabawne, wcale mi nie do śmiechu. Fidan poszedł po samochód. Po kwadransie podjechał pod stodołę. Zapakowali się w czwórkę i pojechali w stronę miasteczka. Polnej drogi nikt nie pilnował. Dojechali na miejsce i Fidan zaprowadził ich do swojego mieszkania. Petia była w tak kiepskim stanie, że musieli pomóc jej wysiąść z samochodu i wejść na drugie piętro. - Idę rozeznać sprawę a wy tu na mnie spokojnie czekajcie. Fidan uzbroił się we wcześniej przygotowane małe kombinerki, olej w sprayu i latarkę. Na miejsce doszedł po 10 minutach. Pełen obaw wszedł na korytarz domu o którym mówił i poszedł do piwnicy. Wejście było otwarte. W całym domu było zupełnie cicho i pusto. Prawdopodobnie nikt w nim nie mieszkał. Po przejściu piwnicznego korytarza doszedł do drzwi, które pamiętał sprzed lat. Nic się nie zmieniło. Te same drzwi były na swoim miejscu tyle, że od tego czasu mocno zardzewiały. Widać było, że nikt o nie nie dbał i dawno ich nie otwierał. Zaczął siłować się ze śrubą. Była zardzewiała i na początku nie chciała nawet drgnąć. Ale w końcu udało mu się ją trochę rozruszać i powoli, zwój po zwoju zaczął ją odkręcać. Udało się i wszedł do środka. Poczuł intensywny zapach wilgoci i stęchlizny. Zszedł po schodach i zobaczył tunel. Był taki jak wtedy. Uznał, że pójście nim dalej to strata czasu. Pójdzie nim z Petią. Zamknął drzwi, zakręcając lekko tylko śrubę i szybko poszedł z powrotem do swojego mieszkania. - Otwarłem, wszystko jest tak jak myślałem. Petia idziemy. W międzyczasie Elena i Kaltrina przygotowały Petii mały plecak z zapasem jedzenia i termosem z herbatą a Fidan zabrał dodatkowo turystyczny karimat, składane krzesło i dużą folię. Wyposażyli Petię w telefon i umówili się, że jeśli rzeczywiście uda im się wejść do strefy, to Petia będzie w tunelu do wieczora. Wieczorem Fidan po nią pójdzie. Właściwie to nie wiedzieli czy Petia wejdzie do strefy czy nie, bo nie było sposobu żeby to jakoś sprawdzić. Nie wiedzieli również czy w podziemnym tunelu strefa również “działa”. Fidan umówił się z Petią, że będzie z nią kilka godzin a potem zostawi ją samą. Gdyby coś ją niepokoiło to ma dzwonić. Petia ledwie umiała chodzić. Fidan nie chciał podjeżdżać samochodem pod ten dom, bo obawiał się, że zwróci to czyjąś uwagę. W końcu Petia wsparta na jego ramieniu, powoli poszła na piechotę. Rozejrzał się nerwowo i weszli do budynku. Od razu poszli do piwnicy i zaprowadził Petię pod stalowe drzwi. - To tutaj, poczekaj otworzę je. Fidan otworzył drzwi i lekko zamknął je za sobą. Włączył latarkę i pomógł Petii zejść ze schodów. Następnie powoli poszli tunelem w stronę strefy. Po około 30 minutach Petia nagle się zatrzymała. Ślepy koniec tunelu był już blisko. W świetle latarki widać już było jego końcową ścianę. - Fidan czekaj. - Co się dzieje? - Jesteśmy w strefie. - Skąd wiesz? - Czuję to. - Co czujesz. - Trudno mi to opisać. Przestało mnie mdlić. Jestem pewna. Fidan wybrał najlepsze, najsuchsze miejsce, rozłożył karimat i małe składane krzesło i pomógł Petii przygotować legowisko w tunelu. Petia się położyła. Posiedział z nią jeszcze z godzinę. W końcu powiedziała: - Idź już, przecież nie będziesz tu ze mną siedział cały czas. Dam sobie radę. Fidan zostawił ją i wrócił do mieszkania. - I co? - Wszystko się udało, Petia jest w strefie. - Na pewno? - Tak na 100%, już się lepiej czuje. Elena się rozpłakała: - Nie wiem jak mam wam dziękować. - Nie musisz dziękować. Jutro po południu musimy wracać. Nie wszystko mówiliśmy rodzicom. Ty tutaj zostaniesz. Wieczorem wyciągniemy Petię z tunelu, w nocy nie może tam być sama. Nakarmimy ją a potem zaprowadzimy ją rano z powrotem. Pójdziesz ze mną, żebyś wiedziała gdzie jest i jak jej pomóc w razie czego a potem zostawimy cię tutaj. Elena, to bardzo ważne. Jak Petia będzie w korytarzu to musisz cały czas pilnować pogody. Jeśliby zbierało się na deszcz to dzwoń do niej, niech stamtąd wyłazi. Jakby nie odbierała to idź po nią. Jak będzie lało a nie zdąży stamtąd wyjść to może się utopić. Przyjedziemy do was pojutrze. Bez potrzeby nie wychodź z mieszkania i w nocy nie zapalaj światła. - Ok, będę na was czekać. Wieczorem Fidan poszedł po Petię. Trochę zmarzła, ale ogólnie czuła się lepiej niż przez cały okres ostatnich kilku tygodni. Już sama, bez pomocy potrafiła szybko wyjść z tunelu i przejść kilkaset metrów ulicą. Elena radośnie się z nią przywitała: - Jak się czujesz? Nie bałaś się sama? - Jakoś niespecjalnie. Czuje się rewelacyjnie. Moc strefy działa. Idę do łazienki. Elena znowu się rozpłakała. Była bardzo zmęczona. Bardzo przeżywała wydarzenia ostatnich dni. Z sytuacji beznadziejnej, udało im się w jakiś cudowny sposób odzyskać jeszcze nadzieję na to, że Petia wyzdrowieje. Nazajutrz Elena z Fidanem zaprowadzili Petię z powrotem do tunelu. Elena koniecznie chciała iść do końca razem z Petią, zobaczyć jak jest w strefie. Następnie zostawili Petię i oboje wrócili do mieszkania. Elena została w domu a Fidan z Kaltriną wrócili do siebie do nowego osiedla. Był ciepły letni dzień, jednak wieczorem pogoda nagle zaczęła się zmieniać. Nad miasteczkiem pojawiła się nie wiadomo skąd, ciemna chmura. Fidan zauważył to z osiedla. Do miasteczka było tylko 30 km. Zaczął dzwonić do Petii jednak telefon nie miał zasięgu. Już wcześniej były z tym kłopoty, widocznie tunel osłabiał sygnał. Zaczął dzwonić do Eleny. Niestety ona też nie odbierała. Była tak zmęczona, że bardzo mocno zasnęła. Fidan się przestraszył. Pobiegł do Kaltriny. - Kaltrina wracam z powrotem! - Co się dzieje? - Wyjdź i zobacz. - Kaltrina wyszła na zewnątrz i zobaczyła czarne niebo nad miasteczkiem. - Ja pierniczę, dzwoń do nich. - Dzwonie, żadna nie odbiera. - Co takiego? - Jadę, jadę z powrotem! - Jedź, a ja będę dzwonić cały czas. Wsiadł w pikapa i szybko pojechał w stronę strefy. Elenę obudził dopiero silny hałas grzmotu gwałtownej burzy. Wyjrzała przez szybę i zobaczyła ścianę wody, wyjątkowo ulewnego deszczu. - Petia, Petia... moje dziecko! Wybiegła z domu nawet się nie ubierając, wprost w ulewę. ............................. Dotyk Amani, Tajemnica Pluszowego Misia, Spisek Duchów ......... www. Ebookowo.pl
    1 punkt
  50. Nie wiem, nie mam ochoty. Na co? Na czas, na siebie ... Ale - nie próbuj mnie czytać, nie sil się to na morderstwo. W afekcie - odpowiem ci tym samym. Chodniki zawsze zadzwiają mnie historią - umarłych kroków, odejścia, minionych defilad triumfu i marszów osaczenia. Staram się jak najmniej chodzić. Posadzki jednak - uwodzą mnie magnetyzmem i tańczę! ... w gorącym betonie. A kiedy zastygam - złota suknia z gwiezdnego pyłu przypomina, że trup naszej miłości to nie ta szafa, że musisz poszukać u siebie, i głębiej! Może na półce z butami, może po śladach chodnika ... ? On ruchomy, jak schody, z determinacją wyczekuje nowych żyć, świeżych istnień, nie ociężałych jeszcze od tzw. przeświadczenia o ... O, już peron, ostatni pociąg! Nie gonię. Niech spóźni się. ... Jutro.
    1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+01:00


×
×
  • Dodaj nową pozycję...