Ranking
Popularna zawartość
Treść z najwyższą reputacją w 23.02.2021 w Odpowiedzi
-
ociekam przez sito leje się pot i kapią łzy co zostanie gdy osuszę wspomnienia jarzębina goryczy po czasie robi się połowę mniejsza jak pieprz na języku nie pali ale nie smakuje zbieram korale na fundament domu będzie już stabilny twardy niewzruszony wycisnęłam wszystkie soki jestem jak pustynia gdy wodzi oaza jałowe historie rozkwitają po rodzinie trzeba być prawdziwym twórcą by ożywić martwą ciszę7 punktów
-
wystrzegam się ludzi którzy prowadzą własną grę bez zasad jej polem stół pokój cały dom całe miasto lub przestrzeń umysłu obracają planszą przesuwają i zbijają nieoczekiwane figury jedną z nich mogę być ja znienacka ustawiają nowe pod powierzchnią znaczeń ukrywają nieznane karty z innej talii6 punktów
-
trudny horyzont zwiędły kwiat malarza boli smutne niebo zimny wiatr poecie dokucza twarz śmierci droga donikąd męką rzeźby fałszywy los las nieszczęść nie dla aktora to wszystko razem w jednym kręgu kroplą bycia6 punktów
-
kochać się z tobą od nocy do śniadania to jak zapomnieć czy zima czy wiosna niczego nie obiecuję i. tak dalej tak dalej na drugim roku byłam aktorką. na trzecim malowałeś mi paznokcie albo pokój z widokiem brak mi tchu krzyczę i kłamię nic się nie liczy tylko ten zeszłoroczny agrest jakoś tak dziwnie. śpisz? nie rozumiem więc i ty nie próbuj tylko ten agrest jakoś tak dziwnie zabij mnie bo kiedy kocham się z tobą jestem zupełnie sama 2102215 punktów
-
zrywam falbany i kwiaty z sukienki spinam włosy milczę i mówię nieśpiewnie tylko po to idę po ziemi boso4 punkty
-
Wściekła się raz pewna osa wznosząc skrzydła pod niebiosa i na stwórcę pomstowała że dlaczego taka mała jest w stosunku do szerszenia stwórca jakby od niechcenia dał odpowiedź, bo wypada - słuchaj oso, moja rada żryj jak świnia, zwiększaj masę to przerobią na kiełbasę twoje napęczniałe ciało bo grubasem być się chciało. Osa niczym myślicielka przemyślała, że niewielka korzyść z tuszy ponad miarę wzięła nuty i gitarę do ogrodu poszła bosa choć na trawie była rosa i rzępolił pasikonik ten szarmancko się ukłonił i powitał jak królową chociaż była podstawową robotnicą w swym kokonie wnet podali sobie dłonie repertuar uzgodnili i do ćwiczeń przystąpili myśląc nawet o tercecie choć ten trzeci bzdury plecie.4 punkty
-
Serce me punktem ciężkości łaskawe do rozwagi szeptów strzępem dobroci przywiera i z pomyślunkiem przezornie błyskawic bruzdy w perzynę marzeń obraca w popiele klejnot łowi fantazją rozumne w swej dobroci rezolutne namiętnością roztropnie dalekowzroczną logikę kusi w swej anielskości dorzeczne a gdy pławisz się w blasku mą cnotą przemieniony to tkliwości ciepłem tulę byś stóp nie ranił o obłoków grafit więc obmyj swój diament gdy płatkami wielkodusznej puenty prószę.3 punkty
-
czekam na wiosnę na jej dotyk i pójdę za nią tak jak stoję zrzucę z nóg buty z serca smutek zostawię zimie niepokoje wsłucham się w świergot w oddech ziemi głowę umyję ciepłym deszczem pozwolę słońcu pieścić skórę i mrużąc oczy szepnę...jeszcze3 punkty
-
Pod kasztanami Gdy patrzę w Wasze oczy czuję że wsparcie mam nikt mi nie podskoczy bo bronicie mnie każdego dnia czuję że z Wami to mój cały świat wycieczki kochamy bo kochamy zwiedzać nie straszna nam choroba wiemy z czym chleb jeść a gdy jest mi źle nie pozwalacie smucić się często gdy pada deszcz schronienie w Was mam pojawia się wtedy piękna tęcza w sercu czuję ciepły płomień co otula mnie tu przyjaciół wspaniałych mam dziś jadę więc nie straszna mi nuda czy dół nie straszna wichura, grad bo Wy dla mnie jak siostra jak brat co na co dzień w domu brak a gdy zakwitną kwiaty postawimy je na parapecie będziemy patrzeć jak kwitną bo Wy wiecie że bez wsparcia i przyjaciół sensu nie ma żyć trzeba tu i teraz2 punkty
-
radość go spotkała rzekła aleś głupi nieraz byłeś obok a się oddalałeś ja potem płakałam ty zaś udawałeś twardziela którego nic nie boli jednak po czasie mocno cierpiałeś czując się losem skrzywdzony ja byłam tuż obok ty mnie nie widziałeś tylko pytam dlaczego2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
KORONAŚWIRUS nie będę płakał może śmiać się będę korona z głowy i tak mi nie spadnie wirusów mnóstwo na calutkim świecie wirus jak człowiek lubi życie stadne gdy włożę maskę to nikt mnie nie pozna będę mógł ćwiczyć jak najgłupsze miny choć nie wypada wszystko robić można pokazać język tej tamtej dziewczynie kurwiki błyszczą w ich zamglonych oczach szukają kozła a może ogiera ogierem raczej niestety nie jestem wykastrowała mnie kobieca chemia gra wstępna bardzo ostatnio mnie nuży tyle się trzeba napieścić nalizać moja wybranka w alkowie się nudzi nie chcę ją wszędzie i po wszystkim miziać pod maską najczęściej jest brzydka dziewczyna 11.02.21.2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
2 punkty
-
Gałąź dłoń ludzką spowija węzłem wspólnoty drgając i my te wszechżywoty tycie w dywan lądów wplecione pod nami puchar rzek pieniących bucha nad nami bławatkowy nieba lazur perli się nadziemsko rajskim chabrem dusze przyprószając nie straszne nam zgryzoty żywota bolączki a droga ciernista w żywicy drzew bursztynową łuną zastyga by tych co niebytu powieki zamknęli upamiętnić by dla przyszłych pionierów obeliskiem stać się i drgać miodową obfitością okrzepłych doświadczeń w złotawych próbach ognia mądrością pulsować oto lekcja pokory lekcja życia i ród wiekuisty miniony prastarym zębem czasu nadszarpnięty gasnący acz nieprzemijalny.1 punkt
-
Jest taka stara, chińska bajka o garncarzu, który lepił z gliny garnek. Robił to bardzo długo, jednak za każdym razem, gdy oglądał swoje dzieło nie był zadowolony. Miał wrażenie, że o czymś zapomniał, że czegoś brakuje. Dokładał gliny do rzeźbionej bryły, obracał ją na garncarskim kole, muskając dłońmi nadawał jej najbardziej wyrafinowane kształty. Rzeźbił piękne gliniane uszy o idealnych proporcjach, za które będzie można trzymać garnek, podając potrawę na stół. Dodał gliny na dno, aby naczynie dłużej trzymało ciepło. Jednak dzieło wciąż nie zadowalało garncarza. Po kilku godzinach pracy zrozumiał w końcu czego brakuje garnkowi. Naczynie nie miało otworu. Garncarz skupił się na kształcie, fakturze i pięknie naczynia, jednak zapomniał, że powinno być funkcjonalne. Zamiast czegoś w czym można gotować, stworzył piękną, lecz bezużyteczną bryłę. Garnek potrzebował pustki, aby zyskać swój charakter. By stać się tym, czym miał być. Boimy się słowa pustka. Na samo jego brzmienie czujemy lęk przed nicością. Niebyt kojarzy się z czymś ostatecznym, ze śmiercią, z nieistnieniem. Czasem boimy się tego stanu tak bardzo, że każdą wolna chwilę zapełniamy nic nieznaczącymi czynnościami. Wszystko po to, żeby nie poczuć nicości. Poganiamy siebie i innych, trąbimy na światłach, popędzamy dziecko, gdy wiąże buty, krzyczymy na kasjerkę, że za wolno kasuje. Nie chcemy pozostać w bezruchu, żeby cenne sekundy nie przeleciały nam przez palce. Bezczynność kojarzy nam się ze strata czasu, a to najcenniejsze co mamy. Nasze życie to linia, która niczym tykająca bomba odmierza nasze dni. Jesteśmy tym karmieni od pokoleń, wzrastając w kulturze zachodniej nie sposób myśleć inaczej. Ci, którzy tracą czas to nieudacznicy. Lenie, którzy nic w życiu nie osiągną. A gdy mocno się postarasz możesz osiągnąć wszystko. Tylko co to jest wszystko? Udowadniamy sobie, że jesteśmy coś warci, spełniamy czyjeś marzenia. Kreujemy wyobrażenia o sobie i wkładamy je w głowy innych ludzi, by potem uczepić się tego i wierzyć, że tak właśnie o nas myślą. Karmimy się tymi iluzjami i biegniemy w pogoni za czymś nieuchwytnym. Wierzyłam, że mnie to nie dotyczy. Przecież spełniałam własne marzenia i odnosiłam sukcesy. Miałam gdzieś opinie innych, wiedziałam co jest dla mnie dobre. Owszem, trochę nie pasowałam do korporacji, za dużo analizowałam i czułam. Aby upodobnić się do reszty nakładałam maski, których miałam tak wiele, że w końcu straciłam własną twarz. Pogubiłam się w tworzonych przez siebie kreacjach, byłam jak kameleon, czym bardziej nie pasowałam do otoczenia, tym bardziej starałam się wtopić w tło. I w końcu stało się to, co nieuniknione. To samo co z setkami, tysiącami innych, którzy zbyt długo żyli imitacją życia. Załamałam się. Wtedy nie rozumiałam co się dzieje. Widziałam to ze złej perspektywy, nie miałam przestrzeni, dusiłam się sobą. Był taki czas, gdy czułam jakbym nie istniała. Miałam prawdziwe przekonanie, że jestem tylko iluzją, że wydaje mi się, że jadę samochodem, rozmawiam z pracownikami czy podpisuje jakąś ważną umowę. Byłam przekonana, że mnie nie ma. Wpadłam w pułapkę własnego umysłu. Wychodziłam z psychoterapii i uzmysławiałam sobie, że mówiłam nieprawdę. Płaciłam za sesję, która miała mnie wyciągnąć z tego gówna, a szyłam obcemu człowiekowi jakieś nieprawdziwe historie. Opowiadałam mu własne iluzje na swój temat. Teraz już nie wiem czy ze wstydu kim jestem, czy dlatego, że po prostu zapomniałam, gdzie jest moje “ja”. Zmieniałam leki na mocniejsze, czułam co raz mniej. Trwało to osiem lat, aż w końcu coś pękło. Przemijanie i nieuchronność zmiany to jedyne czego możemy być pewni. Nawet jeśli nic nie robimy, to, co w tej chwili trwa i tak się kiedyś skończy. Wbrew pozorom nie trzeba podejmować żadnych akcji, przemijanie jest procesem niezależnym od nas. Za każdym razem, gdy słyszę: “A może to rzucić i wyjechać w Bieszczady” trochę mi smutno, bo takie rzeczy nie wydarzają się w prawdziwym życiu. To nie książka Grocholi. W Bieszczadach nadal będziesz walczyć ze swoimi demonami, bo tu nie chodzi o miejsce na ziemi, a miejsce w twojej duszy. To nie jest opowieść o szerokości geograficznej, a o przestrzeni jaką musisz odkryć w sobie, o otworze jaki musisz wydrążyć, aby twoje naczynie stało się funkcjonalne. Aby twoja dusza odzyskała prawdziwość istnienia. Wyjechałam do Tajlandii jako wrak. Mój mąż podjął decyzję, mi było wszystko jedno. Spakowałam nasze życie do pięciu walizek. I trafiłam do innego świata. Trafiłam do pustelni. Zaczął się mój życiowy detoks. To nie było niczym dotknięcie czarodziejskiej różdżki, a codzienny bolesny proces odwykowy. Przez pierwsze trzy lata nie miałam kontaktu z ludźmi. Oprócz moich najbliższych nie miałam żadnych znajomych. Nie poznawałam nikogo, bo nie miałam takiej potrzeby. Odpoczywałam od relacji, dyskusji, udawadniania swojej wartości, politycznych przepychanek, oceniania, przekonywania do swoich racji. Skasowałam social media, kontaktowałam się tylko z rodzicami i bratem. Okazało się, że nikt za mną nie tęskni, a wszystkie moje dotychczasowe znajomości zniknęły w ciągu paru chwil. Życie zweryfikowało moje relacje tworzone na fundamentach zawodowych koneksji, zależności i profitów. Sama tworzyłam te relacje, nikogo o to nie obwiniam. Nie miałam polskiej telewizji, nie słuchałam radia. Nie docierały do mnie żadne informacje. Odizolowałam się kompletnie od polityki. Nie interesowało mnie kto został prezydentem, jaki polityk objął ministerstwo, kto ma jakie poglądy. I wiecie co? Nic się nie wydarzyło. Nadal żyłam. Okazało się, że ta wiedza nie była mi do niczego potrzebna. Przez całe życie byłam przekonana, że muszę być na bieżąco, bo trzeba mieć swoje zdanie, a moja opinia się liczy. Ale nagle uświadomiłam sobie, że nic nie muszę. Mój brak zainteresowania polityką nie nadszarpnął podwalin świata. Wszystko trwa i toczy się swoim torem. To było wspaniałe, uwalniające odkrycie. Chodziłam po rozgrzanych ulicach Bangkoku i obserwowałam lokalny świat. W centrum miasta w labiryncie małych uliczek toczyło się sielskie, powolne życie. Bezpańskie psy, świergot egzotycznych ptaków w liściach wysokich palm. Wiszące w cieniu hamaki na wypadek, gdyby upał okazał się zbyt męczący. Rozgrzane paleniska ulicznych kuchni, zapach parującego sosu rybnego i kiszonych krewetek. Piekący w oczy, wyciskający łzy. Uśmiech ludzi, których nie rozumiałam, jednak nie potrzebowałam ich słów. Wystarczyła mi iskra w ich oczach, szczerość, której czepiałam się wtedy jak ostatniej deski ratunku. Prawdziwość prostych ludzi, którzy nie maja ochoty niczego udawać. Nawet nie wiedzą, że można. Siadałam czasem przy plastikowym stoliku, zamawiałam tajską zupę i patrzyłam na nich. Tak innych niż ludzie, których zostawiłam w swoim starym życiu. Patrzyłam, jak się śmieją, jak rozmawiają. Odkryłam wtedy, że słowa są zbędne, wystarczy otworzyć szeroko oczy, aby zrozumieć czyjeś emocje. Obserwowałam ich surowe życie, bez ozdobników, skupione na przetrwaniu i na tym, co tak naprawdę jest ważne. Ich widok był jak lekarstwo. Czasem dostrzegałam w ich wzroku to mgnienie, niemal nieuchwytny znak, że rozumieją. Jakby czytali mi w myślach i widzieli moje krwawiące serce. Prości ludzie, którzy skończyli kilka klas w przyklasztornej buddyjskiej szkole, patrzyli na mnie ze zrozumieniem, jakiego nie doznałam nigdy wcześniej. Z mądrością życia, której nie uczy się w szkołach. A ja patrzyłam w ich pomarszczone, zniszczone słońcem twarze o obcych rysach i czułam ukojenie. Wciąż byłam chora, nadal brałam tonę leków, jednak czułam, że coś się zmienia. Stroniłam od obcokrajowców, nie chciałam się integrować. Nie potrzebowałam słów. Bałam się, że ten wspaniały sen się skończy, że zakrzyczą mnie swoimi racjami. Że stracę to co osiągnęłam. Bywało, że słyszałam polskich turystów gdzieś na ulicy czy w metrze. W jednej chwili stare uczucie wracało, jakaś trucizna zalewała mi serce. Odwracałam wzrok, żeby mnie nie zdemaskowali, żeby nie dostrzegli w moich oczach zrozumienia, tego odruchowego spojrzenia na dźwięk znajomego języka. Wtedy tego nie wiedziałam, jednak teraz już wiem, że to wszystko nie wina ludzi, Polski czy korporacji. To były tylko narzędzia do samodestrukcji, które trzymałam w swoich rękach. Wtedy miałam żal do ojczyzny jakby była matką, która zostawiła mnie w sierocińcu. Tęskniłam za nią, jednocześnie jej nienawidząc. Miałam żal do przyjaciół, którzy tak szybko o mnie zapomnieli. Miałam żal do siebie, że straciłam czas. Że tracę go chodząc po gorących ulicach Bangkoku i nic nie robię. Jestem leniem, nieudacznikiem. Bo przecież bez pracy nie ma kołaczy i tylko ciężką pracą ludzie się bogacą. Stare prawdy wtłaczane moim przodkom przez ich matki i przekazywane z pokolenia na pokolenie niczym czarne dziedzictwo. Niszcząca siła, która doprowadziła nasze społeczeństwo na skraj przepaści. Gonimy za króliczkiem, który i tak nas wykiwa. Może było mi łatwiej, mogłam z dnia na dzień odizolować się od wszystkiego co mnie podtruwało. Jedna kropla trucizny nie zabija, jednak dodawana sukcesywnie, dzień po dniu zaczyna nasycać ciało toksyną. Krople przestały płynąć, jednak ja nadal potrzebowałam czasu na wyzdrowienie. Było mi łatwiej, bo zamieszkałam w kraju buddyjskim, gdzie słowo pustka nie powoduje strachu, a nic nierobienie nie jest lenistwem. Każdy ma swoją pustkę, osobistą przestrzeń tylko dla siebie. Gdzie zawsze można wrócić i poczuć ukojenie. Zawsze można położyć się na hamaku i odpocząć. Zamknąć oczy i słuchać zgiełku dnia. Ten kraj nie rozwija się w takim tempie jak kraje zachodnie, ale nikt nie ma z tego powodu żadnych kompleksów. Za niczym się nie goni, nie ma wielkich ambicji. Nie ma karier, chęci posiadania. Pracownicy nie chcą odpowiedzialności, a gdy czują presję odchodzą. Nie walczą, bo nie muszą. I wtedy właśnie, będąc tam, w tym dalekim, egzotycznym kraju zrozumiałam, że ja też nie muszę się nigdzie spieszyć. Nie muszę nic udowadniać, mogę marnować czas. Nie muszę wykorzystywać każdej wolnej chwili na kolejne osiągnięcia. Nikt tego nie musi. Poczułam wokół siebie przestrzeń, byłam wolna od ludzi, opinii, przedmiotów. Całe życie w pięciu walizkach okazało się zupełnie wystarczające. To było jak oczyszczający reset, wrócenie do ustawień fabrycznych. Są budynki, które można wyremontować, jednak czasem, trzeba go zrównać z ziemią, żeby powstało coś pięknego. Stałam na gruzach swojego życia, wyciągałam ramiona do błękitu nieba i czułam lekkość. Według filozofii wschodu wszechświat powstał z nicości, a każde żywe istnienie pochodzi z energii wszechświata. Jesteśmy z pustki, która jest częścią naszej istoty. Niczym w znaku yin-yang, gdzie czarne przeplata się z białym, byt współistnieje z niebytem, istnienie z nieistnieniem. Pustka nas dopełnia, a bez niej jest nas tylko trochę. Jeśli nie damy sobie przestrzeni na poczucie emocji, przyzwolenia na błędy i tej tkliwej troski o to, co czujemy, nasze człowieczeństwo zachwieje się w posadach. Jednak moja opowieść nie jest o religiach wschodu, nie studiowałam ich, nawet nie próbowałam. Moja opowieść nie jest też o wierze w Boga, bo to delikatna, intymna struktura mojej duszy, której nie warto wystawiać światu do oceny. Ta opowieść jest o mnie i o mojej drodze do miejsca, w którym jestem teraz. O surowych, prostych ludziach, o zniszczonych słońcem twarzach. O dialogach bez słów, w wąskich, gorących uliczkach Bangkoku i o pustce, którą musiałam poczuć, żeby zacząć żyć. Moje serce to wciąż delikatna, niewygojona tkanka. Taka jaką mieliśmy na kolanie, gdy odpadł nam strup. Delikatne ciało z cienką, różową skórą, którą łatwo zranić. Wiem o tym, dlatego nigdzie się nie spieszę. Powoli odbudowuje swoje życie, bez leków, bez toksycznych relacji. Nikogo nie udaję, nie oceniam, nie nawracam. Nie zmieniam światopoglądów. Dzielę się jedynie swoja fascynującą podróżą, która wciąż trwa. I mam nadzieję, będzie trwała jeszcze długo.1 punkt
-
nie znam ani jednego wiersza na pamięć nie pamiętam ani jednej Twojej myśli to wszystko co między nami się wydarza to kwadrans a jakby tego było mało potrafimy milczeć godzinami postanawiam poprawę nauczę się wiersza kilku myśli wieczność o nas kość niezgody znajdź poszukaj jej w sobie1 punkt
-
Pięciu zabiło szóstego, było im mało do tego, więc go poćwiartowali w ognisku zgrilowali i zjedli niemal całego. https://wiadomosci.radiozet.pl/Polska/Szczecin-Zabojstwo-i-kanibalizm-na-ofierze-rusza-proces-w-sadzie1 punkt
-
Bogowie którzy nami żądzą, nie wiadomo co o nas sądzą. Bogowie wiary i dobra (święta trójca) Wyście idealni pod każdym względem, A my wysławiamy Was każdym obrzędem. My chcemy do Was i chcemy Was sławić w raju, Jednak niektórzy bardziej miłują pobyt we własnym gaju. Bóg zguby i smutku Ciebie nikt prawie nie uważa za Boga, Bo tyś krnąbrny zły niczym źle poukładana Oda. Tyś zabierasz wiarę i nadzieje, Jednak twe królestwo by nie istniało bez Bogini która kończy każde dzieje. Bogini końca i żałoby Nas tak wiele a tyś posiadasz czas zebrać swe żniwa, Coraz więcej lat żyją ludzie a tyś nadal cierpliwa. Wcześniej myśmy się bali, A teraz snujemy teorię kota w pudle, i myśmy od Ciebie zacząć uciekali. Tyś nieposkromiona i nie hałaśliwa, Coś pozabierała nam i zabiła nawet Boga syna!1 punkt
-
@jan_komułzykant łyknę wódki.. i chyba czasem wywleką mnie moje demony .. w pole... no to i tak lepiej niż między ludzi1 punkt
-
Zapraszam:). Jeden z katolickich krytyków kiedyś wspomniał, że napisałem pornola, ale to mi nie zaszkodziło, a raczej pomogło. To zresztą nie był żaden pornol, ale prawda i tak ma niewielkie znaczenie:).1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
w ogrodzie na środku największe piękne póki co w strunie czasu zamknięty tajemny świat wybór masz miękkie krągłe powabne białą kartkę dziurawi cyrkiel koło zakreślił pojadła supernowa geometrii rozumy nie wszystkie zerwanie szypułka pękła soczek tryska trysekcja kąta kwadratura koła no nie to nasza tęskna zmora a ja rzeknę popatrz zmiażdżyliśmy piętę nie odwrotnie miało być wiesz co kochanie ach niegrzeczna ty wiem nie tylko my mamy przesrane na wieki wieków amen1 punkt
-
1 punkt
-
Młody poeta zadał mistrzowi pytanie, - Jakie, według waszeci, poezji zadanie? - Zawsze trzeba się starać, by inny w potrzebie, czytając twoje wiersze, znalazł coś dla siebie,1 punkt
-
@[email protected] potwierdzam, cudne są. u nas koło Zamku Książ w Wałbrzychu widziałam je niejednokrotnie :) @[email protected] i jak to jest, że im rogi dodają majestatu, a mężczyźnie już nie :) ot, taki głupiutki żarcik :)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
I ja piłem dobry trunek, kiedy byłem jeszcze młody. Dodawało się do słoja trochę drożdży, cukru, wody, jakiś owoc, czy ziemniaki nie pamiętam. Za to zapach się unosił i to jaki. Oczywiście później trochę, jak już w nocy to kapało, /trzeba było robić w nocy, bo w dzień by się nie udało/ smakowało jak najlepsze małmazyje, nawet lepiej. Nie ma dziś takiego trunku, bo i kartek nie ma w sklepie. :) Dziękuję. Tę fraszkę napisałem ponad pół wieku temu :) Teraz ją tylko trochę poprawiłem. W tamtym czasie modna była zagadka: "Co to jest H2O + bąbelki?" i dlatego tak już zostawiłem. :)1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
1 punkt
-
O, talia kart, trak, a i lato. Iwo, i zapamiętaj; a ja tę im, paziowi. Ale dat, Adela. 21.11.211 punkt
-
1 punkt
-
Jako "kiedyś tam" absolwent chemii nie mogę przejść obojętnie. Przeczytałem z przyjemnością. Pozdrawiam1 punkt
-
Przypomniała mi się z dawnych czasów piosenka: "Cyt, cyt, cichuteńko gaz mi syczy, cyt, cyt - słychać wody dźwięk w chłodnicy, bul, bul, mówi rurka do wężyka - jaka ładna to muzyka! Mniam, mniam, mówią drożdże sacharozie, mniam, mniam - w cieście byłoby nam gorzej; cmok, cmok - to drożdż z cukrem się całuje - i zaraz potem pączkuje. " Pozdrawiam1 punkt
-
Zaczynajcie beze mnie na pewno nie zdążę mam kolejny pogrzeb bardzo nieprzyjemnie wczoraj głośno żyją a dzisiaj już gniją kolejne marzenia odkładane na później znów skończyły w trumnie piasek zapomnienia w dłoniach Alzhaimera dół przykrywa równo1 punkt
-
Dobre :) Był też Roch, pijaczyna, co nie sprzeczał się z wujem. Dziś w pręgierzu pogina, a się w głowie kołuuujeeeeee1 punkt
-
1 punkt
-
INO IWONKOM - CMOK! NOWI ONI. @-Marianna__ : Dziękuję. :) O, HALO! POZIOMKOM - CMOK, MOI Z OPOLA, HO! IM - O, JAN ZIOMKOM - CMOK! MOI ZNAJOMI.1 punkt
-
1 punkt
-
Witaj Dawidzie - jestem całym sercem za wierszem - To moim zdanie twój najlepszy wiersz - super - Pozdr.1 punkt
-
@Marcin Krzysica Tak, ale nie nawiązywałem do książki, a miejsca. Tytuł jak pisze w Wikipedii „Anus mundi” to określenie po łacinie użyte w 1942 przez Hauptsturmführera Heinza Thilo, niemieckiego lekarza SS, który podczas obserwacji zagazowywania 800 kobiet po selekcji, nazwał obóz „odbytem świata”.1 punkt
-
Gdzieś po pszenicznych plaży piaskach co to łoże oceanu pierścieniem otulają Wódz Dakotów ze swą wnuczką kroczy. W tej krainie gdzie ziarna niezliczone pod stopami miodową łuną trzeszczą. I wystawia Indianin świętą fajkę na arcysłony podmuch dym wypuszczając a chłostane sztormem smugi okręgiem nad lazurową bryzą domknięte tysiącem białych fal przemawiają … Dziś droga wnuczko podpiszemy traktat co to nigdy nad twym słońcem i cieniem nie uśnie. Wpięte we włosy Wodza pióro w subtelnym orlim locie za swe pędzle chwyta przestrzeń pastelowymi szkicami zwierząt oprószając. I pulsują obrazami ryciny z wigorem przez okrąg przewleknięte: Gorący oddech bizona, niczym aureola unosi się nad górskimi szczytami śnieżnych kapeluszy. Życie tym jest właśnie! — ryknął a preria zadrżała od uderzenia kopytem. Zielonkawe błyskawice żwawych świetlików odmykając gwiaździste niebo zawibrowały: innego świata nie ma! Wilk, w którym wyje srebrna tarcza księżyca warknął: nie szukaj znaków wielkich! Pszczoła krążąca nad obfitością łąk z rozpędu nurkując w pąk złoty zabzyczała: bujniej już nie można! Jastrząb, czepiając się sosny która w igłach swych tajemnicą szumi zadudnił echem: nie czekaj trąb niebiańskich! Niedźwiedź, odpoczywający na pogniecionym runie wśród atramentu jagodowych krzewów rzekł zaspanym głosem: Ot, życie, chytrze się w małych śladach ukrywa. I w ciszy po. Ocean wezbrał w dziewczęcym sercu szelestem falistych łuków i zamykając w klamrę traktat cały, zaświstał: Oto mandala życia paradująca w przepychu tylko przed tym kto patrzeć umie.1 punkt
Ten Ranking jest ustawiony na Warszawa/GMT+02:00
-
Ostatnio dodane
-
Wiersze znanych
-
Najpopularniejsze utwory
-
Najpopularniejsze zbiory
-
Inne