Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„PRALNIA”

Bohaterowie:

Eryk
Aldona- matka Eryka
Ignacy- starszy przyjaciel Eryka, dawny kochanek matki Eryka
Pracownik pralni- Adam
Człowiek z papugą- właściciel pralni
Duch

Akt I
Pralnia- duże, ciemne pomieszczenie znajdujące się w piwnicy wysokiego budynku . Pod ścianami stoi kilka zielonych pralek. Dwie z nich mają przyklejony napis- „nieczynne”. Po środku widnieje kwadrat utworzony z czterech czerwonych pralek, na których stoi tabliczka: „+wirowanie”. Na wiszącej półce stoją butelki do połowy wypełnione płynem z napisem: „wybielacze na każdą okazję”. W lewym kącie pomieszczenia na stołku siedzi mężczyzna w przekrzywionym kapeluszu z papugą na ramieniu. Ubrany jest w czerwono -czarną marynarkę w kratę, żółte, kudłate spodnie i brązowe, za duże buty. Przed nim stoi mały rozkładany stolik, na którym mężczyzna układa pasjansa. Po każdym nieudanym rozdaniu papuga krzyczy: „cóż to za wstyd!”. Naprzeciw właściciela pralni stoi parkowa ławka, na której siedzi dwóch mężczyzn. Młodszy energicznie gestykuluje. Ubrany jest w czarny garnitur, czarną koszulę i czarny krawat. Buty ma nienagannie wypastowane. Starszy nieprzerwanie kiwa głową słuchając młodszego. Ma na sobie spodnie w niebiesko białe pasy i sfilcowaną marynarkę z suszonym kwiatem wsadzonym do butonierki. Ponad głową zebranych wisi dyskotekowa kula, rodem z lat siedemdziesiątych. Nad zielonymi pralkami widnieje stary zegar działający w tył i w przód na zmianę. Ze ściany nad głowami dwóch mężczyzn wystaje kawałek blaszanej rury.

ERYK: I oni mi wtedy mówią: „Pan nam wybaczy, ale nie.”. Jak to nie się pytam, bo przecież prawo zapytać mam. A ten do mnie: „Pana tutaj nie chcemy. Cmentarnie pan pachnie. My chcemy od tego odpocząć.”. Odpocząć w zakładzie pogrzebowym. Wyobrażasz sobie?
IGNACY: Tak, tak. To jakby ciąg dalszy miał jednak nastąpić.
ERYK: A ja pierwszy raz poczułem się do czegoś stworzony. Do zimna przenikliwego i tego czarnego garnituru.
IGNACY: Wielbiciel ostatnich tchnień!
CZŁOWIEK Z PAPUGĄ(tasuje karty) : Też kiedyś miałem zamiar pracować w tym biznesie.
ERYK: Ale?
CZŁOWIEK Z PAPUGĄ: Otworzyłem pralnię.(pochrząkuje znacząco tym samym zakańczając rozmowę)
ERYK: (jeszcze przez chwilę patrzy ze zdziwieniem na właściciela pralni. Nagle podnosi się i zaczyna krążyć wokół czerwonych pralek) Umieranie, to jedyna część mojej egzystencji, która ma sens. Gdy się nieszczęśliwie zakocham, to o czym myślę? O umieraniu. Gdy ojciec zmarł, a ja tułałem się od baru do baru mając jako kompana kieliszek wódki, to o czym myślałem? O umieraniu. Gdy mi matka skarpet zacerować nie chce? O czym ja myślę? O umieraniu! Ciężko o amory w dziurawych skarpetach. Umieranie mi przecież potrzebne, by przed nim zrobić coś co by umierać się chciało. Weltshmerz mój drogi Wilhelmie!
IGNACY: Ignacy.
ERYK: Wszystko jedno.
Eryk i Ignacy zastygają w miejscu. Do pralni wbiega Adam, który zaczesuje włosy do tyłu grzebieniem. Podbiega do człowieka z papugą i salutuje. Spogląda w górę, i przy okazji nakłada na siebie biały szlafrok.
ADAM: Szefie. Ostatni raz. Bo babcia, klapcia, dapcia, papcia.
PAPUGA: Cóż za wstyd!
CZŁOWIEK Z PAPUGĄ: (składając karty) Dość! Problemy gastryczne twej babki to nie moja pinezka. Zegar wskazuje dokładnie, że dziesięć minut temu powinieneś stać na straży swoich obowiązków! Co to za strój?
ADAM: Wszystko w praniu! (wskazuje na jedną z czerwonych pralek)
CZŁOWIEK Z PAPUGĄ: Zapłaciłeś za to? Potrącę ci z wypłaty.
Eryk znowu zaczyna krążyć wokół kwadratu pralek, Ignacy wciąż znacząco kiwa głową. Adam siada na jednej z zepsutych maszyn.
ERYK: Widzisz tego młodego człowieka?
IGNACY: To przecież Adam. Nie poznajesz? Jedna piaskownica was wychowała!
ERYK: Nie o to tu chodzi. Adam za zarobione pieniądze uczy się czytać i pisać. To się nazywa praca u podstaw i to własna. A ta pralnia? Bez niego ten papugacz by sobie nie poradził.
IGNACY: Tak! Podziwiam go za to. Młody chłopak, a już pracuje. Niech tylko nie da się tak wykorzystywać. Tacy prości ludzie są przyszłością. Nie myślą zbyt dużo.
GŁOS: Eryk, obiad.
Eryk rozgląda się po pomieszczeniu. Nagle staje na ławkę i krzyczy do rury, która wystaje ze ściany.
ERYK: Mama! Ja mamę prosiłem, żeby mnie mama przez rurę nie wołała.
MATKA-ALDONA: To jak mam wołać?
ERYK: Mama w ogóle nie woła! Przyjdę przecież!
ALDONA: To sobie sam podgrzejesz!
ERYK: Dobra, mama da już spokój.
Eryk ponownie siada na ławce.
ERYK: Ignacy, ale tak naprawdę zaprosiłem cię na to spotkanie po coś zupełnie innego.
IGNACY: Tak? (zdejmuje marynarkę i przewiesza ją przez poręcz ławki) Jestem gotowy.
ERYK: (wyciąga z kieszeni plik listów) Powiedz mi co to jest?
IGNACY: Plik listów.
ERYK: Przeczytałem je. Są to listy, które wysyłałeś do mojej matki. Ich tematyka jest, ekhem, bardzo miłosna.
IGNACY: I co chcesz usłyszeć? Pewnie prawdę. Tylko prawda, mój drogi, tym razem cię nie wyzwoli.
ERYK: (podnosi głos) Po co mi twoja prawda? Całą ją doskonale znam. Dzisiaj w nocy czytałem te listy. Przez was nie dostałem pracy.
IGNACY: Incydent sprzed lat spowodował to, że teraz nie możesz znaleźć pracy? Mój drogi- to łatwizna.
ERYK: (głośniej) Moja matka zdradzała z tobą ojca, a potem? Przez następne dwadzieścia pięć lat mieszkaliście w jednym budynku. To nienormalne. A kwiat, który masz w butonierce? Taki sam znalazłem w pudełku, w którym były te listy.
IGNACY: A właśnie, że nie ma to znaczenia. Twoja matka zachowuje się tak jakby mnie nie znała.
ERYK: (z zastanowieniem) Bo ona faktycznie cię teraz nie zna.(nagle zaczyna krzyczeć) Ale dlaczego? Dlaczego?!
IGNACY: Bo wszyscy tak robią. Nie jestem jedyny. I nie będę cię przepraszał za błąd, który popełnia całe społeczeństwo.
Eryk podbiega do półki z wybielaczami i ciska jednym z nich w Ignacego. Właściciel pralni przestaje układać pasjansa i z lekkim poirytowaniem przygląda się sytuacji. Adam podbiega do Eryka i podaje mu pudełko proszku. Eryk rzuca pudełkiem w Ignacego, a proszek do prania rozsypuje się pod stopami mężczyzny.
IGNACY: Z resztą! (wylewa wybielacz na podłogę) Nie będę prał swoich brudów publicznie! (wychodzi z pralni)
GŁOS: Eryk, obiad już ciepły!
ERYK: Przysięgam, że ja mamie zatkam tę rurę. (wychodzi z pralni)
WŁAŚCICIEL PRALNI: (rozkładając karty) Chłopcze- posprzątaj ten bałagan. Nikt nie może tego zobaczyć. Renomowana pralnia na tym ucierpi.
ADAM: (wycierając podłogę chusteczką do nosa) Chcę podwyżki.
WŁAŚCICIEL: Słucham?
ADAM: Podwyżki.
WŁAŚCICIEL: Nie mam zamiaru ci jej dać. Coś ty sobie wymyślił w tym ciasnym móżdżku?
ADAM: Bo inaczej powiem wszystkim.
WŁAŚCICIEL: Ale co, co?
ADAM: Skąd prąd na to wszystko. Że przecież on nielegalny. Pan go kradnie!
PAPUGA: Cóż to za wstyd!
WŁAŚCICIEL: (wyciągając papiery z kieszeni) Tu są stosowne papiery. Jestem wybielony! Ale za to ty Adamie nie masz stosownych papierów.
ADAM: Ku czemu?
WŁAŚCICIEL: Ku temu by pobierać emeryturę babci, która nie żyje od ponad roku.
ADAM: Ale ja! Ja muszę- na naukę. Gdzie ja bym był teraz?
WŁAŚCICIEL: Swoją drogą. Zastanawiam się co zrobiłeś z ciałem babki. Nie mogłeś przecież urządzić pogrzebu.
ADAM: Babcia jest w dobrej formie. Zachowana.
WŁAŚCICIEL: Koniec! I ustaw te wybielacze. Nie mogę na nie patrzeć.

AKT II

Kuchnia- ściany, podłoga i sufit zrobione w drewnie. Sprzęty kuchenne utrzymane w nieskazitelnej czystości. Na półkach stoją pamiątki z gór, a w antyramach wiszą portrety rodzinne. Po środku stoi duży, dębowy stół przykryty biało czerwonym obrusem. Do stołu przysunięte są cztery krzesła. W prawym kącie jest rura, która łączy sufit z podłogą. W rurze jest mały otwór zamykany na haczyk. Obok widać mikrofon i duże głośniki. Koło drzwi z prawej strony wisi stare, duże lustro. Aldona krząta się po kuchni nie wykonując żadnego niepotrzebnego ruchu. Jest szczupłą kobietą ubraną w zapinaną sukienkę w kwiaty. Ma na sobie fartuch.

ERYK: (wchodząc do kuchni) Mamo już jestem. Daj obiad.(siada przy stole)
ALDONA: Moment. Jak rozmowa o pracę?
ERYK: Mamo, czy Ty wiesz kim jest Ignacy?
ALDONA: (podaje obiad, na talerzu leży sucha kromka chleba i parę groszków) O naszego sąsiada Ci chodzi?
ERYK: Mamo! Co to jest?
ALDONA: Zrobiłam obiad według przepisu z najnowszej diety.
ERYK: Wszystko jedno. (odsuwa talerz)
ALDONA: Zatem jak rozmowa o pracę?
ERYK: Nie udało się, ale jutro będzie inaczej. (Aldona na chwilę wychodzi z pokoju) Ja i praca! Moje delikatne ręce i praca. Nie chcę i nie będę pracował. Ani w zakładzie pogrzebowym, ani w biurze z kawą. Jestem myślicielem, muszę wytłumaczyć ludziom sens, muszę unieść się w powietrzu, po to by mnie słuchali. Nie! Nie będę słuchał matki, nie jestem od niej zależny. Zostaję tu!
ALDONA: (wchodzi) Kochanie, ale wiesz, że za dwa miesiące musisz się wyprowadzić. Mój wyjazd jest pewny. Jutro finalizuję umowę sprzedaży mieszkania. Musisz być samodzielny. Mam dość wychowywania dziecka. I to tego samego od 25 lat.
ERYK: Tak mamo.
ALDONA: Muszę wyjść. Pójdę się przebrać do pokoju. A ty zjedz obiad i popraw krawat. Najlepiej w takiej kolejności. (wychodzi)
ERYK: Tak mamo.
Podchodzi do lustra. Eryk zamiast swojego odbicia widzi przezroczystą postać, która wyciska sobie pryszcze. Zjawa nie zauważa go. Eryk czeka na swoją kolej. Jest coraz bardziej poirytowany.
ERYK: Tato! Czy mogę?
DUCH: Eryk! Czekałem na ciebie. Co tak długo?
ERYK: Kolejny! Ale tobie powiem- nie idę do pracy.
DUCH: Nie jesteś zdziwiony, że widzisz ducha zmarłego ojca w lustrze?
ERYK: Nie jestem pewien.
DUCH: Wszystko jedno. Jestem tu w sprawie twojej matki.
ERYK: Co z nią?
DUCH: (wychodzi z lustra i chodzi po kuchni) Zauważyłem, że wiesz już o zdradzie. Z drugiej strony widzisz, że Aldona nie poznaje Ignacego. Wyparła z pamięci swój romans z Ignacy. Nie wiem jak to fachowo nazwać, ale po prostu o nim nie pamięta.
ERYK: To już było dawno.
DUCH: Twoja matka przed zakończeniem romansu ukradła Ignacemu znaczną sumę pieniędzy. Potem, ponieważ jednak mnie kochała, postanowiła pozbyć się tego incydentu ze swojej pamięci. Ignacy mieszka tu od 25 lat, ponieważ chce się zemścić. Nie zrobił tego do teraz tylko ze względu na ciebie. Kocha cię jak syna. Twoja matka za dwa miesiące wyjeżdża, a on pojedzie za nią i jeszcze nie jestem pewien co zrobi. Pieniądze te twoja matka wyjęła dopiero po mojej śmierci. Jest przekonana, że to ja je zostawiłem.
ERYK: O matko! A część dla mnie? Przecież i mi należą się te pieniądze!
DUCH: Eryk. Ogarnij się. Musisz jej przypomnieć o romansie i zmusić do oddania pieniędzy Ignacemu. Zanim stanie się coś złego.
ERYK: Złego! Złego. Przecież ja nie musze teraz iść do pracy. (poluzowuje krawat)
DUCH: Masz zrobić, to o co cię proszę.
ERYK: (poirytowany) No dobrze, dobrze. Idź już. Zaraz to załatwię. (Duch znika, do pokoju wchodzi Aldona ubrana w biało czerwoną garsonkę)
ALDONA: Dobrze, to ja już pójdę.
ERYK: Mamo czy mogłabyś tu na chwilę usiąść? Chciałbym ci coś pokazać.
ALDONA: Śpieszę się. Nie mam już dla ciebie więcej czasu.
ERYK: To tylko chwila.
ALDONA: Ale obiecaj mi, że to ostatni raz!
ERYK. No! Siadaj.( kobieta siada, a Eryk wyjmuje z kieszeni plik listów.)
ALDONA: Co to?
ERYK: Plik listów. Nienawidzę takich głupich pytań. Przeczytaj jeden z nich.
ALDONA: (bierze jeden z listów i zaczyna czytać) O Boże! Ja i Ignacy. Jak ja mogłam o tym zapomnieć? Zapomnieć i żyć tu z twoim ojcem i z tobą!
ERYK: Dawaj pieniądze! Muszę je oddać.(rozanielony) Myślę, że Ignacy się ze mną podzieli.
ALDONA: Nie! Nie wytrzymam tego! (chodzi szybko po kuchni, nagle upada i łamie obcas, rzuca butami w lustro, które się rozbija, potem wybiega z domu)
ERYK:(ironicznie) Jednak matka- czasu ci u nas dostatek. (rozgląda się po kuchni) A teraz poszukamy papierków.

AKT III

Pralnia- wszystko wygląda tak samo jak w akcie pierwszym z wyjątkiem kosza z brudnymi ubraniami, który stoi obok właściciela. Adam siedzi na jednej z pralek. Ignacy i Eryk zajmują ogrodową ławkę.

ERYK: Mój drogi Ignacy! Teraz kiedy ty odzyskałeś pieniądze, a ja wolność możemy zrobić coś ze swoim życiem (ciszej) za twoje pieniądze.
IGNACY: A co z twoją matką?
ERYK: Zatrzasnęła się na strychu.(wstaje i wchodzi na czerwone pralki) Ignacy! Teraz, gdy już żadna ręka kobieca nie ma nad nami władzy możemy wyruszyć w świat. Gdzieś, gdzie nikt nas nie zna. Zaczynanie od początku jest powrotem do dzieciństwa, nie uważasz?
ADAM: (podchodzi do Eryka i ciągnie go za nogawkę spodni) Panie Eryku! A zapłacił pan za pranie w tych pralkach? Nie można ich używać dopóki się nie zapłaci? Może chce pan wypożyczyć parę brudów do prania? (wskazuje na kosz z ciuchami)
ERYK: Adam! Ty pójdziesz z nami! Potrzeba nam człowieka, który pracuje nie zastanawiając się nad tym!
ADAM: Panie Eryku! Pralki są do prania. (Eryk schodzi z pralek, Adam mówi cicho) Stary! Wiesz, że ja bym ci nieba uchylił, ale papugacz się gapi.
ERYK: (klepie Adama po ramieniu) Nic nie szkodzi! I tak pójdziesz z nami! (siada obok Ignacego) To co?
IGNACY: Zastanowię się nad tym jutro.
GŁOS Z RURY: Kochanie! Proszę cię, wypuść mnie stąd!
ERYK: Znowu to samo!
IGNACY: Nie wypuszczaj!
ERYK: Mama! Mama!
GŁOS Z RURY: Co?
ERYK: Mama sama tam poszła i ja mamy nie będę ratował. Nie nadaję się na bohatera.
GŁOS Z RURY: Ale ja już wszystko zrozumiałam. Chcę przeprosić i zostać.
ERYK: A obiecuje mama, że nie wyjedzie i mnie nie zostawi?
GŁOS Z RURY: Obiecuję!
ERYK: A obiecuje mama, że nie będę musiał pracować?
GŁOS Z RURY: Obiecuję!
ERYK: (po chwili zastanowienia) Nie pozostaje mi nic innego jak tego nie sprawdzać. Mama tam zostanie dla pewności.
IGNACY: Dobrze jej tak. Złodziejka papierków!
GŁOS Z RURY: Błagam! Wypuście mnie!
ERYK: Mama, ale mama sama zamknęła się na tej wieży, to jest strychu. Mama przez tyle lat wybielała się utratą pamięci. To są konsekwencje!
PAPUGA: Cóż to za wstyd!
GŁOS Z RURY: Już nie będę! Wiem, co zrobiłam źle. To mnie odnalazło.
ERYK: Zatkaj się!
Ignacy bierze brudne ciuchy z kosza i zatyka rurę. Eryk i Ignacy zaczynają się śmiać. Ich śmiech wypełnia całą pralnię.
WŁAŚCICIEL PRALNI: Nie mogę na to patrzeć! (papuga wydłubuje mu oczy) Tak! Teraz będę mógł poświęcić się jedynie pracy.
Ignacy i Eryk wciąż się śmieją. Pralki zaczynają się trząść. Nagle wszystkie wylewają. Poziom wody podnosi się bardzo szybko. Tylko Adam stara się płynąć.

  • Ostatnio w Warsztacie

    • []

      Postarzały mężczyzna zaczął opowiadać. 

      — Jeśli Państwo pozwolą, to chciałbym podzielić się historią pewnego człowieka, który trafił do Piekła.

      Rozejrzał się powoli.

      — Piekło może być podobne do miejsca, w którym właśnie się znajdujemy. Podobne — zaledwie. Tam, każda postać nosiła maskę.

      Zapadła cisza.

      []

      Ciemność przylegała do skóry.
      Okowy były brudne i oślizgłe.
      Chłód stali palił boleśnie.
      Było gorąco, a potem zimno.
      Diabły siedziały dalej. Nie zwracały na niego uwagi. Grały w karty.

      []

      — Zaczynam być ciekawa.

      — Oszukiwali?

      Śmiech przeciął ciszę.

      []

      — Witamy, chłopczyku.

      — To i tak stosunkowo wysoki tytuł.
      Czyżby pojawiła się pokusa na mały zakład?

      Głos był wszędzie.

      — Twój widok.

      Mlasnął z niesmakiem.

      — Stawiam wszystko, że nie masz nam nic do zaoferowania. Ciało… daruj. Mamy wyższe ambicje.

      Ktoś splunął w jego kierunku, a ślina spłynęła mu po twarzy.


      — Cóż mógłby nam zaproponować?

      — Ja… 

      Wyszeptał z trudem.

      — Ty. Rzecz jasna, że ty, czyli niczyj.

      — Bezpański.

      — Bezpański… ładnie powiedziane.

      — Trafnie, przede wszystkim.

      Uderzył talią o stół.

      []

      — Zaraz, zaraz. Skąd wiadomo, kto kim był?

      — Za chwi… 

      — Czego chciały Diabły?

      Barman przeciął odpowiedź.

      []

      Ból stępiał. Kontury gęstniały. W ustach pojawił się niesmak. 

      — Mości Panowie, czas na pierwszą rundę. To będzie przyjemność.

      Diabeł ściągnął cylinder i ukłonił się.
      Pozostali gracze przesunęli żetony. Jego stos nie zmniejszył się.

      — Ryzykować czy nie ryzykować?

      — Ryzykować? — odezwał się środkowy.

      — Państwo gotowi? Poprosimy o karty.

      Krupier klasnął, a talia zaczęła tasować się sama.

      — Panowie. Bez tradycji?

      Odezwał się Elegancki. Lekko uniósł dłonie.
      Wstał spokojnie. Wskazał na bar. Zatoczył w powietrzu krąg.
      Pusta butelka rozbiła się mężczyźnie na głowie. Na chwilę poczuł ulgę. 

      — Tradycji stała się zadość.

      — Powiem.

      Wykrztusił mężczyzna.

      — Powiem.

      Ryknęli wszyscy. Elegancki zawył jak wilk.
      Środkowy tylko parsknął i splótł dłonie. Czekał.
      Zrobiło się goręcej, a potem zimniej.

      — Bardzo chętnie wysłuchamy tej historii… 

      — może…

      — …miłosnej?

      Elegancki zawył jeszcze głośniej. Krupier strącił cylindrem stos żetonów. Rozsypały się po stole.
      Powietrze reagowało na ich głos.

      — Bo ja…

      — Bo ty.

      — Cisza!

      Powietrze zatrzasnęło się.

      — Jestem tchórzem.

      []

      — Nieźle. Ciekawe, że głos potrafi zrobić więcej niż słowa.

      Dziewczyna zmarszczyła brwi.

      — A dlaczego w Piekle miałoby zabraknąć barmana?

      Barman uśmiechnął się. Nie zauważył, że przestał wycierać szkło.

      — Nie musiało.


      []

      Mężczyzna podniósł głowę.

      — Panowie pozwolą.

      Pierwsza z kart pojawiła się na stole. Diabły milczały w bezruchu.

      — Poznałem ją wtedy, gdy nie powinienem był się odwracać.
      Na początku tylko na siebie patrzyliśmy. Za długo.

      Zatrzymał się. W gardle zacisnął się żelazny uścisk. Wziął głęboki oddech.
      Środkowy głaskał maskę.

      — Widywaliśmy się częściej. Zbieraliśmy kwiaty.

      Elegancki z trudem powstrzymał chichot.

      — Spacery dłużyły się, rozmowy przeciągały. Dłonie znajdowały się same.

      Środkowy chrząknął. Gorycz zalała mężczyznę. Coś truło go od środka. Płakał, ale kontynuował.

      — Myślałem, że wszystko ułoży się samo.

      Szlochał dalej. Musiał to powiedzieć.

      — Miałem powiedzieć jej coś ważnego… Długo na mnie patrzyła.

      Na stole pojawiła się kolejna z kart.

      — Dosyć — uciął Środkowy.

      Głowa opadła w dół. Nie skończył.

      []

      Gdy mężczyzna skończył mówić, ktoś upuścił szklankę.

      — Cholera. Teraz?

      Barman porwał zmiotkę i szufelkę.

      Starszy siedział z zaciśniętymi ustami.
      Młodszy kręcił guzikiem koszuli.
      Dziewczyna oparła głowę na dłoniach.
      W barze zrobiło się cieplej.

      — Co było dalej?

      Młodszy podniósł gwałtownie głowę.

      — To nie koniec, prawda?

      — Nie… nie koniec.

      []  

      Gdy otworzył oczy, przy stole trwała zażarta dyskusja.

      — Panowie. No to jak będzie? Mam jasność.

      Zaśmiał się krótko. Przesunął na środek stołu kilka żetonów. Rozparł się wygodnie.

      — Twój ruch.

      Skinął na Krupiera. Ten wyciągnął kieszonkowy zegarek i zerknął.

      — Skąd ten pośpiech? Dojrzałe decyzje wymagają czasu.

      Kiwnął głową w stronę mężczyzny. Coś ścisnęło go. Lód stali wbijał się w skórę.

      — Przede wszystkim, skąd nagła skłonność do ryzyka?

      Środkowy spojrzał na Eleganckiego. Ten pochylił się delikatnie i poprawił mankiet. Nie odpowiedział.

      Krupier przeliczył żetony. Pstryknął palcami. Był przy mężczyźnie.

      — To ty za to zapłacisz. Tak czy inaczej.

      Serce uderzyło gwałtownie. Pstryk — znów siedział przy stole.

      — Sprawdzę.

      Wskazał na pulę. Żetony zawisły w powietrzu. Wyrównał stawkę.

      — Pas.

      Środkowy rzucił kartami. Splótł dłonie przed sobą.

      — Skoro pas, to pas.

      Cisza.

      — Jak pas to pas! — wrzasnął Elegancki.

      Wstał gwałtownie. W następnej chwili trzymał w dłoni pasek. Powietrze drgało z gorąca. Mężczyzna zdążył tylko zamknąć oczy.

      Leżał na ziemi. Skulił się.

      — Nie powiedziałem jej.

      []

      Siedział sam w długim tunelu. Migotało rubinowe światło.
      Zimno wchodziło pod skórę.
      Krople wody spadały głośno. Zbyt głośno. 

      []

      Diabły rozkoszowały się oceną.
      Maski leżały na stole.

      — Panowie. Z pewnością tchórz, ale jest jeszcze jeden ważny element. Naiwność.

      Zadarł głowę Krupier i przymknął oczy.

      — Zakończy się fatalnie — to więcej niż oczywiste.

      Elegancki Diabeł ziewnął i zapalił cygaro. Rzucił nogi na stół.

      — Moje zwycięstwo w pierwszej rundzie było… nieuniknione. 

      — Sądzę, że wystarczy odrobina stosownej motywacji… i skromna łapówka.

      Krupier uśmiechnął się.

      — Nie za duża. Są też inni, a jak dobrze wiemy… trzeba się dzielić.

      Zatarł przed sobą dłonie. Śmiech był krótki.

      [] 

      Z daleka usłyszał kroki. Powolne. Pewne.
      Przez chwilę pomyślał, że to…

      Cylinder nie pozostawiał wątpliwości. 
      Diabeł jednak ściągnął go i wziął pod ramię.

      Zrobiło się cieplej. Światło przestało migotać.

      — Nie cierpię tego prostaka. Klnę każdą chwilę w jego towarzystwie.

      Prychnął. Mężczyzna drżał.

      Diabeł kucnął. Zaczął przecierać jego dłonie. Pachniał wanilią.

      — Hierarchia jest wszędzie. Ja też jestem na dnie. Delikatność źle się tu kończy.

      Podciągnął rękaw.
      Na przedramieniu biegły cienkie, poprzeczne blizny. Jedna przy drugiej.
      Opuścił rękaw.

      — Wybacz… tę tkliwość. Nie po to tu jestem. Pozwolisz?

      Klęknął. Odłożył cylinder.
      Położył dłoń na łańcuchu — metal rozpłynął się bez dźwięku.

      Dotknął jego nadgarstków. Oddech mężczyzny wyrównał się.
      Ramiona opadły.

      — Dlaczego?

      — Nawet my potrafimy mieć nadzieję.

      Jego oczy błysnęły.

      — Ty też?

      — Bystry i zawzięty. Wiedziałem, że to nie koniec.

      — To nie koniec.

      — Pomóżmy sobie.

      Odczuł ciepło słów na skórze.

      — Czego chcesz?

      Diabeł uniósł głowę.
      Patrzył długo.
      Nie odezwał się.

      []

      Starszy wstał. Krzesło zgrzytnęło o podłogę.

      — Przepraszam. Potrzeba.

      Odszedł szybkim krokiem. Oblał twarz zimną wodą. Nie spojrzał w lustro.

      Wrócił.

      Barman wyraźnie się ożywił. Sięgnął pod ladę i wyciągnął butelkę.

      — Szkocka. Rocznik sześćdziesiąty siódmy. Rzadko się zdarza.

      Nalał wszystkim. Sobie również — lecz swoją szklankę wsunął pod ladę.

      — Za historię.

      []

      Siedział przy barze. Bar zmienił się, lśnił. 

      Mężczyzna miał ochotę dotknąć blatu. Widział i słyszał wyraźnie.

      — Panowie, czas najwyższy. Stawki poproszę. Zaczynamy drugą rundę.

      Diabeł ukłonił się. Gracze dostali karty.

      — To obelga. Psy przy stole.

      Syknął elegancki. Pozostali zaśmiali się krótko.

      — Mam nadzieję, że będzie ostrzej.

      — Oby.

      Złożył dłonie środkowy. Spojrzał na Krupiera.
      Odetchnął wolno. Płomienie świec cofnęły się wraz z wydechem.

      — Czekamy… z niecierpliwością.

      Zimny głos przytłumił światło. Na stole pojawiła się karta.

      — Mam mówić dalej?

      Pstryk. Przed mężczyzną pojawiła się szklanka. Zapach dotarł natychmiast.

      Wanilia.

      []

      Barman szybko chwycił szklankę i powąchał zawartość.
      Młodszy mężczyzna i dziewczyna spojrzeli na niego pytająco.
      Uśmiechnęli się pod nosem.

      — Nie…

      Rozejrzał się nerwowo. Zarumienił się.

      []

      — Okłamywaliśmy się od początku. Pięknymi słowami przykrywaliśmy ból. 

      Ktoś pociągnął nosem. Zapach uderzył w nozdrza.

      —  Tylko dla siebie. Godziny. Dni. Bez początku i końca.

      — Czyli nie pożądanie… tylko konsumpcja.

      Wycedził elegancki Diabeł i wstał.
      Chwycił wieszak i przycisnął do siebie.
      Otwartą dłonią przeciągnął od pasa w górę.
      Wciągnął powietrze zbyt wolno, zbyt głęboko.
      Jego kształt falował.
      Czas zastygł.
      Środkowy obrócił wolno maskę. Elegancki wrócił na miejsce.

      — Muszę przyznać… — zebrał się w sobie mężczyzna.

      — …że to było miłe?

      — Tylko na chwilę.

      Na stole pojawiła się karta.

      Diabeł wskazał palcem w górę. Światło świec zgasło.
      Zrobiło się zimniej.
      Krótkie dmuchnięcie. Świece znów zapłonęły.
      Wszystkie żetony środkowego znalazły się na środku stołu.

      — Va banque. 

      Obrócił głowę na obie strony. Diabły powolnie odłożyły karty.

      — To nie koniec historii?

      Mężczyzna zadygotał na dźwięk zimnego głosu.
      W gardle pojawiła się suchość.
      Oddech urwał się w pół taktu. Zamarł.
      Miał wielką ochotę wypić zawartość szklanki… 
      Nie zrobił tego.

      — Nie uniosłem jej żaru — zrobili to za mnie.

      [] 

      Starszy długo i ślepo patrzył w jeden punkt. 

      — Domyślam się, że nie chcielibyśmy wchodzić w szczegóły?

      Młodszy potarł brodę.

      — Lepiej nie.

      — Nie napił się ze szklanki?

      — On nie, ale ja chętnie to zrobię.

      Zrobiło się późno. 

      []

      — Moja kolej.

      Oczy Diabła zapłonęły. Ledwie poruszył dłonią.
      Zanim zrozumiał, leżał na ziemi. Coś zacisnęło się na jego karku.

      Diabeł zapalił cygaro. Drugi koniec trzymał w ręku.

      — Chodź… przejdziemy się.

      Ruszył w ciemność, ciągnąc go za sobą.

      []

      Do baru weszły dwie, roześmiane dziewczyny.

      — Zamknięte!

      Krzyk padł, zanim drzwi zdążyły się domknąć.

      — Ale przecież…

      Dziewczyny spojrzały po sobie. Żachnęły. Obróciły się na pięcie i wyszły.

      []

      Znajdował się teraz na peronie.
      Związany i niemy. 
      Mógł jedynie obserwować.
      Ciężar osiadł w piersi.
      Diabeł siedział rozparty, z ręką na oparciu ławki.
      Oddzielały ich tory.

      — Od początku wiedziałem, że to obelga. Psy przy stole?

      Warknął, kręcąc przy tym głową.

      — Klasyka. Nieśmiertelna.

      Zawył głośno.

      Na peronie zaczęli pojawiać się ludzie. Zajęci zwykłymi sprawami. Dzieci biegały. Dorośli sprawdzali zegarki.
      Nagle z jednej strony peronu wyszła para.
      Mężczyzny nie rozpoznał.
      Ją — od razu.

      Szarpnął się, ale liny tylko zacisnęły się mocniej. Diabeł zaczął czytać gazetę. 
      Szli blisko, trzymając się za ręce.
      Szeptali sobie do ucha.
      W pewnym momencie wskazała w jego stronę — na zegar nad nim.
      Pożegnali się, gdy nadjechał pociąg.
      Ona wsiadła. 

      W tej samej chwili z drugich drzwi wysiadła inna. 
      Czekający na nią mężczyzna wyrzucił ręce w górę i podbiegł do niej. Uścisnęli się.
      Trzymali się teraz za dłonie, a on zabrał jej bagaż.
      Odeszli w drugą stronę.

      — Podziwiam, jak regularnie kursują tutaj pociągi.

      Odezwał się w końcu Diabeł.

      Kolejna para. Kolejny pociąg.

      []

      — Panowie! Wielki finał! Czas na ostatnią rundę.
      Pytanie, które mam śmiałość postawić, jest proste…
      Czy psy zaczną w końcu szczekać?

      Mężczyzna nie zareagował. Był wyczerpany. W głowie wciąż słyszał dźwięk pociągu. Wciąż widział sylwetki kolejnych osób.
      Diabły przesunęły kilka żetonów na środek stołu.

      — Tradycyjnie poprosiłbym o stawkę na wejście i…

      — Pas.

      — Ja również.

      Kart nie rozdano.

      Siedział na krześle. Oddech przyspieszył.

      — Tym razem, łatwo nie będzie.

      Zimny głos uderzył go.
      Środkowy Diabeł machnął dłonią. Zostali sami.
      Ściągnął maskę i położył ją obok. Mężczyzna nie potrafił go ujrzeć.
      Brakowało mu tchu.
      Pstryk.
      Mężczyzna siedział teraz przed lustrem. 
      Było zakurzone.
      Milczało.

      []

       


        

       

       

       

        

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...