Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Wczesne popołudnie zaczynało już kroczyć ku przyszłości, gdy zobaczył ja na swojej drodze. Właściwie rozumieć przez to trzeba to, iż zjawiła się na jego drodze we cudzysłowie, a nie bezpośrednio, mógł obejść ją wcale nie krzyżując z nią ścieżki, lecz nie zrobił tego. Kiedy jego oczom ukazał się jej widok w pierwszym momencie zatrzymał się. Nim oczy przekazały nowy obraz do jego mózgu, a ten wydał nowe dyspozycje dotyczące dalszego postępowania, uświadomił sobie, że widzi cos zjawiskowego i wykraczającego poza ramy jego doświadczenia. Może to właśnie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wtedy kiedy zatrzymujemy się nim zdamy sobie w pełni z tego sprawę?
Akacje kłuły samym już swoim widokiem. Kiwały się jakby chciały za wszelką cenę poczuć dotyk wiatru i okazać mu swą czułość. Jak to jest kiedy nawet z pozoru martwe drzewa okazują oznaki zmęczenia i samotności? Chropowaty brąz; wyblakły i błotnisty. Tylko błękit nieba mógł poprawić humor i samopoczucie, komuś kto patrzył i nie mrużył oczu. Niebieskie niebo i reszta tego świata pokryta brązem w takim czy innym odcieniu. To dziwne. Nawet szare, granitowe i czarne nagrobki zdawały się brązowieć i nie zwracać uwagi na prawidła natury i mylna fizykę Arystotelesa. Poczuł ciepło i zmieszanie spowodowane jej widokiem. Przez podeszwy swych butów wyczuwał ziemie choć nie chciał tego. Kiedy zwrócił na to uwagę dotarło do niego to, iż ma już kompletnie dosyć wszystkiego począwszy od smaku kakao z rogalikiem, aż po rozważania dotyczące genezy totalitaryzmu w filozofii klasycznej. Kiedyś siedział w pewnym barze i kiedy właśnie konsumował rogalika, a właściwie kończąc już trzeciego i popijając czekoladą z papryczką w jego wnętrzu zaświtała ponownie stara już myśl. Z trudem znalazła miejsce miedzy kolejnymi litrami limfy, a smakiem czekolady i jej składem chemicznym. „We wszystkim znajduje śmierć”. Sam nie wiedział czemu tak dziwne i absurdalne zdanie mogło zaistnieć właśnie teraz, gdy był w trakcie konsumpcji wyrobu piekarskiego dostarczonego przed paroma minutami z gorącego piecyka. Może to przez to, że przed jego stolikiem pewna starsza nieznajoma osoba z trudem oparła resztki swego istnienia na nowym krześle co niewątpliwie kontrastowało. A może powodem było zobaczenie młodej dziewczyny przechodzącej za szyba odzianej w białe dżinsy? Powtórzył w głowie pomyślane zdanie. „We wszystkim znajduję śmierć” To było dobre zdanie, to znaczy takie, które jest dobrym komentatorem wydarzeń. „Jeśli jest tak w istocie...Jest tak. To jest moja śmierć. Tam jest i twoja.” A teraz stojąc mocno na wcześniej udeptanej ziemi patrzył się na odzianą na czarno młoda dziewczynę przechodząca powoli, niepewnym krokiem przez cmentarną aleje o piątej popołudniu, w środku złotej jesieni, kiedy już w powietrzu prześwituje metaliczna posoka zwiastująca niechybnie deszcz lub śnieg, a często jedno i drugie.
Czarne buty lekko stąpały po podłożu nie nazbyt pobudzając je. Lubił patrzeć kiedy glany osadzone są na stopach kobiety, a tym bardziej kobiety „ciekawej” oraz niepasującej do nich. Wydawać, by się mogło, że to same buty nadawały dziewczynie żelaznego tonu i pewności siebie jakiej najwidoczniej mogło jej brakować. „Niezła” – pomyślał. Kiedy on myślał o jej myśli, ona zaprzątała sobie głowę innymi sprawami na przykład poczuciem pustki i absolutu jaki zaczął się jej udzielać w tym dziwnym miejscu. Myślała, w rzeczy samej, o sobie i o nagrobkach, medalionach i o tym, że nie umie wyrazić słowami „dowolności” istnienia w tym świecie i w chwili, w słowie i rozmowie, temacie. Myślała o zmienności, a myśl o kruchym ludzkim istnieniu pocieszała ja. Łączymy w sobie bardzo wiele, a poznawanie wszystkich połączeń może pomóc nam w lepszym zrozumieniu nie tylko siebie lecz także otaczającej nas rzeczywistości. „To miłe” – wydukała pod nosem, sama nie do końca zdając sobie sprawę z tego że w istocie coś mówiła, a ni o czym mówiła.
Kiedy jego oczy już na dobre przykuły się do jej powiek zaczął odczuwać pewien dyskomfort polegający na, według niego, nie bezpodstawnej obawie o własny, prawidłowy wygląd zewnętrzny. Jego czarna marynarka wydawała się być porządna, ale czy na pewno? Kieszenie. Spodnie...Wszystko było na swoim miejscu. Marynarka. Lubił marynarki. Lata osiemdziesiąte w jakimś mieście na Florydzie. Vice City. Lata w których panowała tylko jedna pora roku – lato i nieskończone morze potu. Białe marynarki, garnitury bez krawatów. Piękne wspomnienie niedoświadczonych chwil. Jej czarna kurteczka i kręcone, ciemne włosy – o czym myślały tańcząc na wietrze? Czy na tym wietrze można myśleć? Kiedy to się skończy? Nic nie widzimy. Tylko szukamy czegoś po omacku.
Gdy jej ręka musnęła spodnie poczuła w tym samym momencie znajomy jesienny zapach palonych liści. Właściwie kiedy jej nozdrza odczuły tą dziwną woń nieświadomie skojarzyła swoją rękę i gest, który wykonała przed chwilą w łańcuch przyczynowo – skutkowy. Oczywiście w net zdała sobie sprawę z absurdalności swych implikacji jednak nawet ta błaha myśl umiała rozbawić ją i wprowadzić w dobry nastrój mimo tego skrajnie odległego miejsca. W gruncie rzeczy nowy zapach wzbudził w niej przez chwile odrazę. Jej zdziwienie nie znało granic, kiedy uświadomiła sobie ten dziwny fakt. Dlaczego dziwny? Zazwyczaj bowiem, gdy tylko poczuła ten zapach stawała się z chwili na chwile szczęśliwsza. Tym razem było jednak inaczej i do końca Ne zdawała sobie sprawy dlaczego tak się dzieje. Zapach był ostry i przenikliwy. Tym razem ognisko znajdowała się widocznie niedaleko. Szary, przeszywający, ostry, żrący i suchy dym skłaniający oczy do rodzenia łez. A jednak lekka gorycz ustępowała miejsca zadowoleniu i radości, które brały się niewiadomo skąd.
„Może to przez dobre wspomnienia” – wymamrotała. Może to przez dobre wspomnienia... Kto to wie...Lawendowe wzgórze ukwiecone zniczami i malachitem. Czy cmentarz może być piękny? Czemu cmentarz nie miałby być piękny? Czemu jest piękny? Suweren życia w pełni wigoru i polotu. Makabryczny spektakl cieni i szarości. Zawsze szarości. Z odrobina czerni. Teraz dym przenikał jego włosy i nadawał im jaśniejszego wyrazu. „Czemu nie wziąłem czapki, a może i dobrze?” – spytał się, zagniewany beztrosko. „A może i dobrze?” Słońce świeciło jasno, a jego czoło powoli robiło się czerwone i święcące od potu. Jego pory produkowały pot nie tylko z powodu przymusu ochłodzenia ciała nadmiernie przegrzanego przez słońce, ale również i z kwestii bardziej dosiężnych jego intelektowi i hormonom. „ To chyba dziwne miejsce dla takiej kobietki jak ona? – pomyślał. Mogła by być równie dobrze zupełnie gdzie indziej. Rozmawiać, śmiać się czy po prostu udawać, że zaloty jakiegoś dupka do niej nie przemawiają.” To dziwne stworzenie widocznie bardziej upodobało sobie jednak towarzystwo szarych i bezimiennych nagrobków niż żyjących w koło ludzi.
Szare rozstępy pokrywające nagie twarze grobów czarniały od napisów, które nie znaczyły już nic. Kto tu leży? – garść prochu i litania spopielonych ciał. Niektóre groby były zapadłe już od starości i tylko przykuwały cudzą uwagę swym malkontenctwem. Przyszedł tu by oddać hołd nie zmarłym, ale pamięci i wspomnieniom o nich. Hołd złożony samemu sobie smakuje lepiej od tego dawanego obcym. Będąc tu odczuwał tylko ciekawość z wejrzenia jednocześnie w życie i śmierć. Ten mały, żółty kwiat koło grobu powinien już dawno rozpłynąć się w szarości. Co on tu robił? Co on tu robił? Myślał nie o zmarłej rodzinie, która rozpłynęła się w mroku niedopowiedzenia, lecz o kobiecie z krwi i kości, będącej żywym zaprzeczeniem tego miejsca.
„Jesteśmy wywróceni, miedzy słowami” – pomyślał, nie chwaląc się tym osiągnięciem nikomu. Sam nie zdawał sobie do końca sprawy ze znaczenia tych słów, zresztą jak miał zdawać sobie sprawy z czegoś co mogło wcale nie mieć sensu? „Ma ładne nogi choć...nie...nie...ładne są...zaraz przejdzie może i nigdy się już nie spotkamy nigdy a przecież można było wtedy kiedy teraz pójść i...takie smutne...szkoda” Gdy jego myśli traciły już zdolności do systematyki i semantyki, jedna z ich odnóg wysnuła teorie, która głosiła, iż gdyby spróbował zagadnąć owa nieprzenikniona istotę mógłby się z nią w niedługim czasie ożenić mieć dzieci i mieć dom i mieć szczęście i mieć złotą starość skryta w jej ramionach. Nadzieja i potrzeba to jedne z największych przekleństw człowieka, choć stanowić mogą również i błogosławieństwo.
Trawa prześwitywała już niepozornie spod zwałów liści. Jej zamyślona twarz wydawała się okazywać zmęczenie i coś w rodzaju grymasu bólu. Jej białe ząbki przygryzały jej małe wargi z lekkością i dziwnym urokiem. Gest ten nadawał jej lekko inteligenckiego tonu, choć zazwyczaj była odbierana przez innych jako miłośniczka transcendentalnych uciech i nieśmiałości, którą została bujnie obdarzona przez naturę. Jej włosy będące żywym świadectwem urody jej matki ukwiecały okoliczne sarkofagi dodatkowym czarem. Ich kolor nie dawał się określić, wyrazić prostymi słowami; był połączeniem brązu, czerwieni i czerni – jej, zresztą, ulubionych kolorów. Kiedy tańczyły i oplatały nostalgicznie jej szyje jej twarz nabierała niezwykle erotycznego i ciekawego polotu. To właśnie dzięki jej włosom w jego umyśle pokazała się niewidoczna jeszcze niedawno myśl - „Ona wygląda jak te kobiety z „Miasta kobiet” , ta sama karnacja i to coś. Chciałbym umrzeć przy tobie, albo Anoku Aime.” Drobne dłonie i stopy, liście i drzewa w kołysaniu tam były i ty tam byłaś.”
- „Czy wie pan może, która godzina?”

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...