Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

JESTEM NA DRZEWIE

Lepperowiec

Zmieniłem „pokój”. Znaczy się drzewo. Racja, powinienem napisać – „mieszkanie”. Wszak przeniosłem się z czereśni na wiśnię. Może dlatego, że łatwiej się ukryć – więcej liści, ale też i ogromna ilość „zakamarków”… Znaczy gałęzi, gałązek, bo to wiśnia duża, działkowa. Wszedłem i też wygodnie się usadowiłem, a tu szmer rozchylanych gałęzi, szum uciekających szpaków. Ci nie przede mną – znają. Przed kimś innym. O, czyjeś ręce rozchyliły liście i … zobaczyłem nieogoloną twarz.
- Witam – w odruchu przyjaźni, to ja się odezwałem.
- Witam – usłyszałem głos też przyjazny. Widać te nadrzewne typy tak mają. Obaj spragnieni byliśmy rozmowy. Bez gier wstępnych potoczyła się nam dyskusja – jakbyśmy się znali od zawsze. Z jej przebiegu wyłaniał się prospołeczny charakter mojego rozmówcy. Stracił pracę, ale by mieć prawo do chleba ( w myśl porzekadła: „nie pracujesz, nie jedz”) – szuka sposobów zarobkowania. Dlatego zrywa wiśnie i sprzedaje je na targu. Siedzi na stołeczku przy bramie wjazdowej i handluje. Pewnego dnia zaczepił go jakiś elegant i wypytywał o ceny, a czemu tak drogie, a czy jest zarejestrowany, a jeszcze kilka innych pytań. Mój rozmówca się zirytował i pokazał zgłoszenie działalności gospodarczej. Elegant wyraził zdziwienie, że nie płaci rolniczego ubezpieczenia społecznego. Na to, ten ode mnie, że nie, że chociaż nie ma 42 hektarów, tak jak Lepper, że tylko ma to co zerwie, to płaci prawie 800 złoty miesięcznie na ZUS, czyli 15 razy więcej od niego! Elegancik zamilkł i odszedł do furgonetki z napisem „dostawa owoców”…

Sumienie prezydenta

Wiśnie tego roku smakują mi wyjątkowo. Może dlatego – jem je przecież na drzewie, mając za kompanów gromadę rozgadanych szpaków. Nawet się nie zdziwiłem. Przyjąłem za coś naturalnego, zwyczajnego – jak odruch przy myciu zębów. Cóż, rozumiem ich rozmowy. Chociaż przez chwilę zastanawiałem się, czemu akurat wybrały sobie te wiadomości, a nie plotki towarzyskie. Pewnie fruwają po rabatkach balkonowych i przechwytywały Polaków rozmowy.
Jedne o prezydencie Francji, wyjeżdżającym na europejskim forum z moralnością wobec polskiego Prezydenta. A te ptaszyska ozdabiały tą wiadomość swoim śpiewnym komentarzem, a raczej powtarzanymi wkoło pytaniami typu:
- A jaką moralność reprezentuje prezydent Francji?
- Jakim prawem ośmielił się na takie wystąpienie?
- Zapomniał rankiem spojrzeć do lustra i zobaczyć swoją moralność?

Ale, ale – znalazł się jakiś mędrzec wśród szpaków, bo wychylił się oryginalnie:
- Fakt tego prezydenta wywołał solidarność Polaków! W takich sytuacjach stanowią jedno!
No proszę, nawet skrzekliwe ptaki to zauważyły. Mógłbym zejść z drzewa i wrócić do moich rodaków. Nadleciały inne szpaczyska z nowymi wieściami:
- Przedstawiciele Izb Parlamentu USA opiniują w świecie. Rząd Polski musi oddać zagrabione mienie...
Ale tym od razu odpowiedział ten ichniejszy mędrzec, co po szpaczemu krzyczał z sąsiedniej gałęzi:
- Kto komu zagrabił mienie? Dokonał tego rząd suwerennej Polski? A jeżeli nie, to dzięki komu Polska otrzymała takie, a nie inne władze?
Zacząłem się nerwowo rozglądać. Ileż ma lat ten ptak. A może to coś w rodzaju pamięci pokoleń? Tak, to musi to być, bo skąd w ptasiej główce pojawiły się kolejne pytania?:
- Czy aby i prezydent USA do tego się nie przyczynił?
Ma rację. Ależ mądry ten szpak.
- A może to wszyscy ci, co przyczynili się do powojennego podziału Europy powinni zapłacić te rekompensaty?...
Na taki obrót sprawy mało się nie udławiłem pestką. Odkaszlnąłem. Ten jakby mnie usłyszał i pewnie wziął to za oznakę sprzeciwu, albo pohamowania, bo dodał:
- Może nie należy tego dochodzić, ale przy takich okazjach ich uświadamiać - uczyć prawdziwej historii i zadać pytania o mienie zagrabione Polsce - wróciło do Polski? Czy Amerykanie uwolnili Polaków w groteskowy sposób sądzonych? Czy Amerykanie ułatwiają Polakom wjazd do swojego kraju? A chcą mieć tarczę rakietową - czyim kosztem?
Zdumienie mnie już ogarnęło tak wielkie, że zacząłem się zastanawiać, czy nie przepędzić te rozgadane ptaki. Wiśni na drzewie starczy dla wszystkich, więc niech zajmą się nimi, a ten obok – najgorszy. Ciągnął swoje trele nieustannie:
- Globalnie chcą chronić świat przed terroryzmem. Niech dogadają się z Rosjanami i wspólnie z nimi budują tarczę. Więcej z tego dobra wyniknie, niż pakowanie Polski w niełaski z sąsiadami.
Zacząłem się zastanawiać, czy czasami nie chodzi mu o przestrzeń powietrzną. Obawia się rywalizacji z amerykańskimi rakietami…

Dziecinada

Na sąsiedniej gałęzi pisklęta zaczęły hałasować. Co raz zza krawędzi gniazda pokazywał się kawałek rozdziawionego dzioba. Skrzeczały za swoimi ptasimi rodzicami. Albo się same nudziły, albo ciągle były głodne. Ani ja ptasią niańką, ani też ich krewnym, ale przykro mi było wysłuchiwać ich żali. Myśl – pytanie gdzieś tam mi zaświtała… Ależ – pamiętam. Moje córki też były niemowlakami, ale myśl była, choć przewrotna – czy ludzkie maluchy też tak są nieporadne? A co mi szkodzi – postanowiłem, że zejdę i przejdę się ścieżkami parków, uliczkami miasta, zerknę na dzieciaków gromadki. Może będzie to ciekawe doświadczenie. Ledwo wszedłem do pobliskiego parku…, a już zostałem zdruzgotany. Chciałem zobaczyć bezsensownie szwędające się maleństwa, dłubiące kijem w krecich dziurach, albo ciągnące babcie na huśtawkę, albo do brudnego piasku, zapomnianej piaskownicy. Niestety – jakaś grupa studentów porozkładała płachty papieru na trawie między drzewami, dzieciakom rozdali farby i… maleństwa z rumieńcami na policzkach – malowały, kleiły – przygotowywały scenografię do przedstawienia. Potem zaczęły ćwiczyć, gadać, śpiewać. Uśmiechnąłem się. Patrzyłem i świętowałem duszą całą. Zauważyłem też, że nie tylko mnie to chwyciło – gapiów się nieco zebrało i już szepty do mnie docierały: „ogłaszali się?”, „będą tu codziennie?”, „jutro przyprowadzę moje wnuki”. Niestety przykrą odpowiedź usłyszeli po przedstawieniu. Ba, było i przedstawienie. Oczywiście – z wielkimi kukłami, muzyką, narratorem. No i co teraz miałem zrobić? Tak się wokół, wśród przypadkowej publiczności, sympatycznie porobiło – miałem wrócić na drzewo? Odwróciłem się od tego sielankowego widoku. Zrobiłem kilka kroków i … miękko poczułem pod sandałem. Nie musiałem patrzeć. Wiedziałem – psi „prezent”. Kilka kroków i następy, kolejny i kolejny. Poirytowany wypatrzyłem panią, spacerującą ze sznaucerem. Szedłem za nimi i czekałem, czekałem i się doczekałem. Piesek się zatrzymał, wygiął, naprężył, wypuścił cuchnący „prezent”. Pani popatrzyła i ruszyła dalej. Szybko podszedłem do niej z pytaniem, czy to nie czasami jej zguba, czy nie powinna to sprzątnąć. Tego, co z ust ładnej, elegancko ubranej pani usłyszałem nie sposób powtórzyć. Podsumowałem tylko – bilans wyszedł na zero – wracam na drzewo .

Tam tamy

Tego dnia z wielką wdzięcznością myślałem o gościnności drzewa. Liście osłaniały przed rażącym promieniami słonecznymi, a i też dawały lekki powiew świeżości, drżąc subtelnie od delikatnych podmuchów wiatru. Siedząc wygodnie na grubej gałęzi, oparty o solidny pień, wpatrywałem się w odległe okna kolorowych budynków… Wygodnie, bezpiecznie jest na drzewie, ale kontakt wypadało by mieć przynajmniej ze znajomymi. Tak, ale – przypomniałem sobie – telefon komórkowy oddałem do reklamacji. Zszedłem z drzewa i poszedłem do tak zwanego punktu, a tam… położyłem na biurku ich kartkę z nabryzgolonym zgłoszeniem, pytając o jego realizację. W odpowiedzi usłyszałem, że zgłoszenie się realizuje, a ustawowe 14 dni miną za dwa dni, a o telefonie zastępczym zapomnieli mnie powiadomić, bo się nie przypominałem. Na to grzecznie się zapytałem, czy to ja jestem ich, czy oni moim klientem? Zabrakło odpowiedzi. Ale za to usłyszałem, że jeżeli za dwa dni się przypomnę, to mnie poinformują o losach mojego telefonu komórkowego. Ponownie zapytałem – kto tu komu powinien się przypominać? W odpowiedzi m ł o d a pani wyjęła zeszyt z kartkami kratkowanymi i zapragnęła zapisać w nim moje dane. Błyskawicznie widok ten przeniósł mnie w lata siedemdziesiąte, do sklepu nabiałowego (taki punkt handlowy, gdzie można było kupić mleko i przetwory mleczne), gdzie sprzedawczyni (wówczas – ekspedientka), ubrana w biały fartuch i stosownym czepku we włosach – zapisywała ilość mleka (dwa, a może trzy litry) zamawianego przez klienta na dzień następny… Otrząsnąłem się ze wspomnień, pytając szczupłej brunetki, czy nie sprawniej byłoby, gdyby zapisać moje dane w komputerze, a odpowiednie oprogramowanie przypomniałoby. Szczekanie psa mojego brata jest przyjemniejsze dla ucha od warknięcia – „Ale ja wolę tak!” Na taką woła wolę, moja wola była bezsilna. Wyszedłem. W takim stanie nie mogłem wrócić na drzewo – poszedłem do innego punktu obsługi użytkowników aparatów telefonicznych. Nie po to, by coś załatwić, ale dla chęci popatrzenia na panie, co też pamiętają ekspedientkę, ale one – uśmiechnięte, sprawnie palcami po klawiaturze wpisywały dane, wydzwaniały, przepraszały. Podbudowany zwycięstwem mojej generacji – wróciłem na drzewo…

Obco…

Widząc przechodzącą znajomą, zeskoczyłem tuż przed nią. Szarmancko się uśmiechnąłem i ukłoniłem w pas. Osoba ta godna była szacunku. Żona, matka i zawsze chętna służyć pomocą, radom. Zaskoczona nagłym zamieszaniem wokół jej osoby, gwałtownie się zatrzymała, dłoń przyciskając w okolicach serca. Po chwili, co by tu nie pisząc, stresującej, zorientowała się, iż nie jestem złoczyńcą, ale tym, co przed miesiącami jeszcze współpracował. Uspokojona i już uśmiechnięta rozgadała się o naszych wspólnych wspomnieniach, zasypała pytaniami i niespodzianie opowiedziała, że obcokrajowcy, którzy mnie zatrudniali i zwolnili – uczynili to drugie, bo uparcie twierdziłem, że wiem lepiej jak z Polakami rozmawiać, a oni byli innego zdania. Obcy zna nas lepiej od nas samych! Wdrapałem się ponownie na drzewo.

Zimocha nam trzeba

Na drzewie nie ma telewizora. Liście szeleszczą, ptaki ćwierkają, wiatr porusza gałęziami. Czasami z dołu donoszą o wydarzeniach w szerokim świecie. Jakiś malec kopnął piłką o pień mojego drzewa. Krzyknąłem na niego poirytowany. Odpowiedział mi, że przecież są Mistrzostwa Europy, to mu wolno – ćwiczy, chce zostać jakimś tam – krzyknął nazwiskiem, ale liście rozproszyły jego brzmienia. Jednak zaintrygowany tą wiadomością zszedłem. Odezwał się we mnie niegdysiejszy wyczynowiec. Poszedłem zobaczyć te piłkarskie mistrzostwa i … Trzydzieści minut przetrzymałem telewizyjny komentarz, ale, gdy po raz kolejny beznamiętny, wkrętak komentował zachowanie trenera w okolicach ławki rezerwowych – wyłączyłem fonię. Zastąpiłem ją głosem radiowej Jedynki – REWELACJA! Dla tego głosu warto było zejść z drzewa. Pan Zimoch ubawił mnie setnie, a porażka już tak nie bolała. Gdy w telewizorze pojawiła się możliwość wysłuchani naszego selekcjonera – przywróciłem głos. No, Beenhakkera jeszcze się dobrze słuchało, ale jak polski dziennikarz odezwał się… Miał to być język niemiecki… Jak się oni tam znajdują? Poirytowany wdrapałem się na drzewo…

Prezesik

Wróciłem na drzewo zwłaszcza po tym jak jeden z prezesów, utyskujących na brak kontrahentów - nie wykazał się wytrwałością. Przedłożył mi swoją produktową ofertę. Uznałem ją za atrakcyjną. Momentalnie zaproponowałem ją osobom, firmom z mojej listy kontaktowej. Pojawiły się sygnały, świadczące o zainteresowaniu. Wystarczyło, by ów prezes się skontaktował. Nie uczynił tego... Tak, owszem - raz zadzwonił, ale było zajęte, więc przez tydzień nie dzwonił. Idę na drzewo.


Barwy kwalifikacji

Zszedłem z drzewa, i co zastałem?:
- kolejna rozmowa kwalifikacyjna, słuchaczem jest dyrektor handlowy, rozmowa w toku, jedno z pytań: "Czy poradziłby pan sobie, gdy trzeba było by tydzień w Niemczech, tydzień w Rosji i jeszcze na Litwę, a tylko tydzień w Polsce, bo ja nie mogłem sobie poradzić", w odpowiedzi usłyszał potwierdzenie oraz zaprezentowanie strategii postępowania na rynkach wschodnich i zachodnich. Rozmowa się zakończyła obietnicą kontaktu w ciągu tygodnia. Oczywiście kontaktu nie było, ale od moich informatorów dowiedziałem się, że dyrektor handlowy realizuje sam moje pomysły, no i dalej jestem ... w drodze na drzewo…

Po przeczytaniu wiadomości prasowych – idę na drzewo zrywać czereśnie.
Tak, gdy przeczytałem, że menedżer naszych Złotek został zatrudniony mimo, że nie zna angielskiego ani włoskiego, a na Polskiej Poczcie strajk i ponoć brak pieniędzy, a miliony płyną na gazetkę zakładową. O co w tym kraju chodzi? Gdy do tego dodam doświadczenia z rozmów kwalifikacyjnych, to... "... na drzewa..."

Cóż i ja zaczynam tracić cierpliwość i cały czas zastanawiam się o co właściwie chodzi:

To były rozmowy kwalifikacyjne -

- firma poszukuje osoby z doświadczeniem w działalności gospodarczej i z praktyczną znajomością języka rosyjskiego oraz z doświadczeniem na wschodnim rynku – mam, ale – rozmowę kwalifikacyjną prowadzi dyrektor generalny (kilka lat starszy) i w trakcie rozmowy
upiera się o istnieniu dwóch ekonomii – nie zgodziłem się z tym i ... cisza

- firma osiąga coraz słabsze wyniki na rynku niemieckim, jest elementem grupy przedsiębiorstw, a zatem - przedstawiam kompleksową strategię, w trakcie rozmowy (udział biorą pracownicy średniego szczebla i oczywiście dyrektor handlowy), spontanicznie pojawiają się nowe idee, pracownicy średniego szczebla ze zdziwieniem mnie słuchają (a oni tego nie robili), ale dyrektor handlowy – niewzruszony dopytuje się o aktywność akwizycyjną ... po dwóch tygodniach został odwołany ze stanowiska dyrektora, a jego miejsce zajęła inna osoba…

- firma, znacząca pozycja na polskim rynku w segmencie swoich produktów, nie może rozwinąć swojej działalności na rynku niemieckim – zanalizowałem ich błędy, przedstawiłem kierunki działania, łącznie z niestandardowymi posunięciami – w rozmowie z współwłaścicielem (o rok starszy) usłyszałem, że tak starych jeszcze nie zatrudniał, a moją wartość określił na poziomie urągającym godności

- firma zatrudniająca kilkaset pracowników - zapragnęła uaktywnić się na rynku niemieckim – chciała wykonać swój krok – przeprowadzić prezentację wobec potencjalnego kontrahenta – w ostatniej chwili zapoznałem się z ich prezentacją – poziom szkoły podstawowej – wprowadziłem zmiany, przedstawiłem zasady dobrej prezentacji – wykonali i przyznali mi rację; uczyniłem krok dalej i przedstawiłem kompleksową strategię działania wobec bardzo poważnego kontrahenta zachodniego – dyrektor handlowy się uwstecznił i zakomunikował, że ma swoje koncepcje – mi przedstawił propozycję... do odrzucenia; donosiciele donieśli, że realizuje moje koncepcje…

- firma zachodnia – bardzo poważna – jest niezadowolona z osiągnięć na polskim rynku - zanalizowałem ich aktualne działania w Polsce – na potrzeby rozmowy przygotowałem perfekcyjną prezentację, wskazującą na istotne działania jakie należy w Polsce wykonać (a jakich do tej pory w Polsce nie wykonali), by uzyskać poziom konkurencji USA, Japonii - prowadzący rozmowę Niemiec (szef sprzedaży, przyjechał prosto z lotniska, wstał o 5 rano) prawie przysypiał i praktycznie mnie zignorował…

- firma – poważna – doradzająca (tak wynika z informacji internetowych) poważnym, polskim przedsiębiorstwom poszukiwała współpracownika – przesłała mi e-maila, zatytułowanego "Ankieta" a treść i forma była na poziomie przedszkola - zasugerowałem swoje możliwości, wiedzę, profesjonalizm interdyscyplinarny – zamilkli…

  • 11 miesięcy temu...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Milion czerwonych róż, milion straconych chwil i do niczego niepotrzebnych  radości utopionych w wodzie.   Skroplone myśli wypełniają głowę, milion sekund mija, one wciąż wzbierają i jak ocean są nie spokojne.   Ocean łez zalewa moje ciało, straciłem oczy wypalone przez słone i żrące łzy.   Wielka złość obok radości stoi, kto przyniósł róże i dla kogo one były przeznaczone.   Za zakrętem się zatrzymam wyleję z głowy ocean skroplonych myśli, niech utopią uśpione stare miasto.   Jego szum zagłusza ciszę obudzone przedwcześnie miasto miesza się z tym co przynosi woda.   Jak ostre łzy, szum wody, ciągły sztorm, niekończący się  wiejący wiatr który nigdy nie przynosi spokoju.    Wzbierają myśli, zachmurzone burzliwe niebo z którego nigdy nie pada tylko gniew potęgujący i niepokój idą.   Milion uschniętych róż przynoszę komuś chciałem je ofiarować. Spalone przez wzburzone myśli i utopione w oceanie żrących łez.  
    • @andrew Dziękuję za strofkę,  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

         
    • Piętnaście milionów lat temu, gdy ziemia mocą ognia przygotowywała swe oblicze na przyjęcie życia, tereny obecnej Leśnej zostały szczególnie naznaczone. Podczas ruchów górotwórczych wypiętrzających Sudety, aktywny podówczas wulkan stał się miejscem świętym i szczególnym. Zanim człowiek postawił stopę na ziemi, to bogowie sprawowali na niej władzę. Nasycali ją energią, tworzyli miejsca mocy, które po dziś dzień mają służyć wszystkim żywym istotom. Podówczas, na południowy zachód od obecnego centrum miasta, na ziemię zstąpił sam Światowid, najpotężniejszy z bogów, czczony przez Słowian zachodnich. Naznaczył te tereny, zasilił mocą odwagi, równowagi, waleczności i ochrony. Do dnia dzisiejszego znajduje się w tym miejscu uśpiony wulkan, Stożkiem Światowida zwany. Moc tego miejsca niejednokrotnie dawała o sobie znać, a bezprawie i zło ludzkich serc, chcące te ziemi sobie podporządkować, budzą samego Światowida, sprowadzając jego gniew.  W XIII wieku ziemie Polski najechali Mongołowie pod wodzą Ordu. Dziesięć tysięcy wojowników bezwględnie parło do przodu, pozostawiając za sobą śmierć, pożogę i łzy niewinnych ludzi. Waleczność i pobożne serce ówczesnego księcia Śląska, Krakowa i Wielkopolski - Henryka II Pobożnego, nie uchroniły ziem Leśnej przed nadchodzącym nieszczęściem. Oddziały Tatarów rozgromiły armię księcia, a jego samego okrutnie zamordowano. Miało to miejsce w bitwie pod Legnicą dnia 9 V 1241 roku. Henryk II Pobożny nie doczekał się pomocy z zachodu, tracąc życie w nierównej walce. Armia Ordu parła dalej do Nysy, chcąc zając ziemie Królestwa Czeskiego.  Pięknego, czerwcowego poranka młoda dziewczyna, imieniem Agnieszka, udała się na zbiór ziół. W tym czasie zerwane miały bowiem największą moc. Przepełnione energią Słońca i mocą ognia uzdrawiały i chroniły przed wszelkim złem. Agnieszka wiedziała o tym. Babka ją tego nauczyła, a wiedzy tej nakazała strzec niczym oka w głowie. Ludziska w osadzie z szacunkiem traktowali rodzinę Agnieszki. Sam wójt Sulisław niejednokrotnie radził się jej babki w sprawach ważnych, a i z dobrodziejstw ziół korzystał.  Zbliżała się kupalnocka i Agnieszka musiała zebrać dziurawiec, który zdrowie, szczęście oraz ochronę miłości przynosił. Ważny był także rumianek, odpowiedzialny za dobrobyt i wieszcze sny. Nie wolno było dziewczynie zapomnieć o lipie oraz wrotyczu. Pierwsza potężną ochronę ściągała i uzdrawiała z najpoważniejszych chorób, drugie zioło niezbędne było do odpędzania gorączki i uzdrawiało najcięższe rany. Najostrożniej z piołunem należało się obchodzić. W nadmiarze mógł nawet uśmiercić, ale w odpowiedniej dawce sprowadzał wieszcze sny i przywoływał opiekuńcze duchy. Babka wykorzystywała go głównie w kadzidłach, a rzadziej do leczenia chorób i niedomagań po obfitych ucztach. Skupiona na swym zadaniu dziewczyna, nie zauważyła jak doszła do świętego miejsca, przed którym ostrzegała ją staruszka. Oczom Agnieszki ukazał się kamienny i wysoki stożek, na którego szczycie rosły przepiękne paprocie. Nagle ucichł śpiew ptaków, a promienie słoneczne poczęły jakby jaśniej świecić. Wszystko spowiła nieziemska poświata, liście, trawy i skały mieniły się niczym wykonane ze złota. Czas jakby stanął w miejscu, a wszelki ruch zaniknął. Nawet drobne listki tkwiły w bezruchu. Dziewczynę coś przyciągało do skał i nakazywało podejść. Upuściła kosz z zerwanym dziurawcem, a nogi same wiodły ją ku majestatycznemu miejscu. Wtem wszystko co widziała zniknęło. Otaczał ją blask i feeria barw, niczym tańczące struny muskające jej ciało. Podnosząc dłonie ku twarzy, widziała jak struny przeskakują, emanując magicznym światłem. Dziewczyna czuła spokój i radość.  Czego szuka twe serce?-usłyszała pytanie, które płynęło zewsząd. Jakby z niej i spoza jej ciała. Nie było przestrzeni, z której dźwięk by nie dobiegał.  Prawdy i ochrony dla ludzkich serc.- odpowiedziała spokojnie i stanowczo. Słowa wypłynęły jakby spoza jej świadomości, wprost z serca i z duszy.  W tym momencie jej oczom ukazał się piękny mężczyzna, odziany w srebrną, długą szatę ze złotym rogiem u pasa.  Wielu drogi do tej krainy szukało i wielu śmierć poniosło. Wielu złe serce miało i biedę na leśną krainę sprowadzili. Tyś wybrana została zanim twe stopy ziemi dotknęły. Ten oto róg ochroni i obfitość sprowadzi. Miodem napełniony ogień świętej ziemi rozpali, zło odegna i  rozbudzi dobro w ludzkich istotach. Przyjmij go i w Noc Kupały napełnij patoką. Następnie rozlej po trzy krople u granic osady,  poczynając od wschodu, przez południe i  północ na powrót w miejsce pierwszej kropli wracając. Niebezpieczeństwo nadchodzi, ludzi czas wyprowadzić i prawego wójta powiadomić. Nim kur trzeciego dnia po nocy ognia zapieje zło i śmierć zechcą te ziemie całkowicie opanować. Róg ma moc również przywracania życia, ale strzeż się korzystać z tego daru, gdy twe  serce i dusza  nie będą w zgodzie. Idźże teraz czym prędzej i ocal tę krainę. Moce natury będą waszym wsparciem. Pospieszaj się!- W tym momencie wszystko zniknęło. Nie było już magicznych strun światła, ni pięknego mężczyzny. Agnieszka na powrót stała przed kamiennym stożkiem, a śpiew kosa przywrócił ją do rzeczywistości. Tylko w prawej dłoni złoty róg dzierżyła, znak prawdziwego widzenia i spotkania z nieziemską istotą. Czym prędzej pozbierała dziurawiec, który wypadł z koszyka, a boski dar schowała pod fartuchem i ku domostwu pobiegła. Już od drzwi, zdyszanym głosem, nawoływać rodzicielkę i babkę poczęła. Opadła na krzesło i nie mogąc słowa z siebie wydusić, złoty podarek na stole położyła. Matka jęknęła przerażona, a babka z uśmiechem powiedziała: -Wypełniło się- Agnieszka nic nie rozumiejąc wpatrywała się to w matkę, to w babkę. Wówczas staruszka wyjawiła jej sekret tych ziem.  Było to w czasach nim książę Mieszko nową wiarę na te ziemie sprowadził i cześć cesarzowi okazał. Zamieszkiwało podówczas te ziemię plemię, Połabianami zwane. Tajemniczy i potężny był to lud. Znali język natury i pismo bogów. Raz na 100 lat rodziła się w plemieniu dziewczynka, naznaczona przez Siły Wyższe. Światowid, którego było dane ujrzeć Agnieszce, pojawiał się pośród ludzi, chronił ich, sprowadzał obfite plony, a kapłana i wybraną nauczał. Tylko ona miała dar rozpalania miłości i władania jej mocami. Każdego roku złoty róg napełniano miodem podczas nocy ognia. Ten słodki nektar został zesłany ludziom, aby rozpalać w nich dobro i radość, karmić ciało i duszę. Kapłan i wybrana upijali po łyku boskiego płynu, po czy ziemię wokół osady jego kroplami naznaczali. Tak obfitość, zdrowie i harmonia były na cały rok sprowadzane. Gdy nowa wiara nastała w kręgi kapłana wkradło się zło i do zguby osadę doprowadziło. Mroczni wysłannicy chcieli posiąść róg i jego moc. Wykradli boski podarunek i uciekli z nim. Od tego czasu osadę naznaczały głód, pożary i choroby, a Światowid nigdy więcej się nie ukazał. Złodziei nie odnaleziono, ani nikt o rogu nigdy więcej nic nie słyszał. Kapłani nadal następowali po sobie, ale wybrana na świat nie przychodziła. Roniono łzy, mówiąc że dopóty zło na tych ziemiach będzie, dopóki czyste i pełne miłości serce nie zjednoczy ludzi.  Ty z plemienia Połabian się wywodzisz, jako i ja, jako i twoja matka. Ty jesteś wybraną, nosząc znamię ognia. Odnalezienie rogu przyniesie zbawienie tym ziemiom. Czym prędzej idziemy Agnieszko do wójta.- oznajmiła staruszka i jako żywo chustę na głowę narzuciła, wnuczkę za rękę mocno złapała, a córce róg schować nakazała. Po czym żwawo do Sulisława obie poszły.  Wójt opadł na krzesło. Powietrze z płuc wypuścił i zbladł. Wiedział, że armia pod wodzą Ordu, syna Dżocziego, na zachód się kieruje, ale miał nadzieję, że te ziemie ocali. Słowa kobiet przyjął z powagą, bowiem o mocach drzemiących na świętym wzniesieniu słyszał. Jeszcze dzisiaj zarządzę wymarsz ludności po nocy ognia. Ukryjemy się w lesie i na pomoc będziemy oczekiwać.- powiedział z wiarą i stanowczością.  Wójcie działajcie prędko, acz ryzyka nie podejmujcie. Ludności jest mało, a i gro słabowitych. Wiem, że chęć walki i obrony twe serce przepełnia, ale tym razem ludzi trzeba ocalić, a dobytek przyjdzie nam odbudować.- odpowiedziała staruszka.  Tak też wójt uczynił. Osada opustoszała, a ludność w pobliskim lesie, po drugiej stronie rzeki schronienie znalazła. Nad ranem ujrzeli łunę ognia nad domostwami. To tureccy najeźdźcy palili i plądrowali ich dobytki. Wójt bezradnie i ze złością miotał się, chcąc czym prędzej do walki ruszyć, ale słowa staruszki były dla niego ostrzeżeniem. Agnieszka ze łzami w oczach patrzyła na ludzki smutek, płacz i bezradność. Bez namysłu ujęła spod fartucha złoty róg, odeszła na bok i poczęła w niego dmuchać, chcąc wydobyć jakikolwiek dźwięk. Jej serce i dusza zjednoczyła potężną siła, acz kierował nią nieznany motyw,  czysta miłość zalała jej wnętrze  a odwaga nie pozwoliła stać bezczynnie. Niestety, żadnego dźwięku róg nie wydał, dziewczyna bezradnie patrzyła na mieniący się kawał złota. Rozpłakała się i usiadła pod dębem, nie wiedząc czemu boskie siły opuściły leśnian. Wnet wiatr się wzmógł, a drzewa poczęły śpiewać głośną pieśń. Zewsząd było słychać łoskot, tętent kopyt i świst strzał. Ludzie z przerażeniem gromadzili się jeden obok drugiego, nic nie widzieli, jeno słyszeli. Nagle zza dębu, pod którym siedziała Agnieszka, wyszedł potężny mężczyzna, a za nim było widać cienie armii leśnych ludzi. Nikomu nie trzeba było mówić któż to przed nimi stoi. Wszyscy wiedzieli, że to sam Karkonosz przyszedł im z odsieczą. W wójta i w ludzi wstąpiła potężna wola walki. Runęli wraz z Karkonoszem na najeźdźców. Na to wszystko przybyły posiłki mieszczan z Gryfowa i drużynników z zamku Gryf. Wróg nie miał najmniejszych szans. Tatarzy uciekali w popłochu, jeno kilku z życiem uszło. Nikt poza leśnianiami ducha gór i jego armii nie widział, a posiłki z Gryfowa dziwiły się, jak wielka moc w osadnikach drzemała.  Niestety po czasach światła i dobra ponownie zło na ziemie Leśnej nadciągnęły, a róg zaginął. Złe rządy poczęły nastawać i ludzi dzielić. Od tamtej pory pożary, powodzie i choroby jęły ziemie leśnej osady nękać, a wybrana do tej pory się  nie narodziła. Dopóty kłótnie, zwady i bieda będą się tutaj szerzyły, dopóki nie narodzi się dziewczynka o sercu pełnym miłości i dobra, której Światowid róg we władanie odda. Co roku przed kupalnocką przejście do boskiej krainy się otwiera i czeka na wybraną.
    • nie ma czasu na sny ani na marzenia jest twardy jak przydrożny głaz   nie ma czasu na łzy ani na uśmiechy jest jak wiatr nie boi się burz   ne ma czasu na miłość mówi że ona to nie wolność że to są  trudne drzwi   nie ma czasu na nic ciągle myśli o niczym lubi ciemność nocy nie brzydzą go wszy
    • @Jacek_Suchowicz Jacku Twoje poetyckie odpowiedzi mnie rozczulają.Dobrego dnia..dziękuję od

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...