Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

„The Hollow Men.”

Budzę się... Jak co dzień, budzę się ze snu, a może cały czas śpię, a to co widzę to sen? Budzę się w promieniach słońca, które wdzierają się do mojego królestwa przez małe, kwadratowe okno znajdujące się naprzeciw drzwi; wielkich , mosiężnych drzwi obitych miękkim materacem. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu mój wzrok nie znajduje, rozglądając się po jego ciele, klamki. Klamki którą mógłbym chwycić, złapać , pociągnąć, przekręcić i wyjść.
Budzę się powoli; najpierw pewna część mnie, mojej osoby zaczyna zdawać sobie sprawę z istnienia, potem uświadamiam sobie, że ogrzewa mnie jeszcze białe słoneczne światło, aż wreszcie, sam nie wiem kiedy, budzę się...
Czy to jawa czy sen? Ilekroć „budzę się”, zadaję sobie to pytanie. „Czy to jawa już, czy sen jeszcze?” Trzy na trzy na trzy; to wymiary mojego życia, tu i teraz. Trzy na trzy na trzy metry... Sześć na sześć na sześć, to znowu z kolei inny, niecodzienny współczynnik, który trafia się niezwykle rzadko w „świecie” . Musicie jednak wiedzieć, że „to” jest mój świat. Sześć poduszek wzdłuż, wszerz i wzwyż. Sześć, sześć, sześć. Dziwny zbieg okoliczności.

„Tu jest potrzebna mądrość. Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć. „

Czyż bym był bestią? A kto nią nie jest? Zastanawiałem się niedawno znowu kim jestem, zwierzęciem czy Bogiem? Kim? Którym jestem? Doszedłem do wniosku, że obojgiem naraz. Jedno ściąga mnie w przepaść i ciemną dolinę, a drugie ku niebu mnie wynosi. Jeden, który zabija i jeden, który kocha. Nauczyłem się na pamięć wędrówki promieni światła po wnętrzu mej celi, po wnętrzu mojego ja”. Ta wędrówka zmienia się stopniowo wraz z występującymi po sobie porami roku. Rozpoznaję je, nie dzięki temu iż mogę na nie patrzeć z bliska lecz właśnie po tych wędrujących promieniach. Widzę tylko światło, światłość, iluminację, którą obdarza mnie Pan. Oświeca mnie i obdarza mnie swą łaską. A więc tak wygląda ta jego łaska...Nie widzę świata, którego dla mnie nie ma. Nie widzę nic przez okno, nie patrzę przez nie z tego prostego powodu iż znajduje się ono grubo ponad moją głową i nawet skoki nic tu nie pomogą. Zapomniałem, jak pachnie deszcz choć czasem w nocy słyszę jego bębnienie o blaszany dach szpitala. Zapomniałem, jak to jest czuć powiew wiatru w czasie jesieni. Jesień i złote liście; jak wygląda złoty kolor? Tego też już zapomniałem. Zapomniałem większości kolorów i rzeczy...Zapomniałem swojego imienia. Zapomniałem siebie. Tak jest nawet łatwiej. Nie pamiętać siebie i tego , tych potworności które uczyniłem. Uczyniłem je rodząc się i żyjąc.
Dają mi trzy razy dziennie posiłek, który muszę spożyć nawet wbrew swojej woli. Gdy odmówię spożycia go, wetkną mi rurę w tchawicę i szara treść spłynie wprost do żołądka. Mimo, że dla nich jestem wariatem , to nie ja zwariowałem ,nie dam im tej satysfakcji z obdarcia mnie z godności. Zjadam te pieprzone posiłki bez obiekcji. Psie jedzenie, podawane mi przez psy. Moja skóra musi być cała biała. Moje odczucia stępiły się jak kilof uderzający po tysiąckroć ten sam niezniszczalny kamień. Kim jestem i gdzie? Po środku, w szerokości nieskończonej nicości. Jak do tego doszło, że znajduje się w tym miejscu? Może byłem niebezpieczny, a może i nie. Dziwne, to na pewno...
Mija kolejny dzień w mej celi nie z tego świata; który to już, drugi, trzeci czy może setny? Dni mijają wolno i szybko. Straciłem już rachubę i zdolność wyczuwania ilości odpływów i przypływów, wschodów i zachodów jakimi obdarza mnie życie. Właśnie, życie jako jeden z tych nie zidentyfikowanych terminów, których dany jest nam a priori, bez jakiejkolwiek dyskusji. Czy to nie dziwne ? Coś tak prostego z pozoru, w czym jesteśmy cały czas nie dając się nam określić definitywnie i jednoznacznie. Życie. Godziny po i godziny przed. Jak je zapełnić? Czym je zapełnić? Te nasze godziny po i godziny przed? Nie chcą mnie wypuścić, bo boją się albo bawią się tym, że trzymają mnie tu. Może boją się też że rozniosę cały ich świat w drobny mak? A może bawi ich to dręczenie człowieka, rozumnego zwierzęcia, z definicji przynajmniej. Ta najprostsza definicja tego kim „ja” jestem, i kim „ty” jesteś, jest moim zdaniem trafna. Arystoteles nawet się nawet nad nią zbytnio nie głowił; zastosował tylko zasadę „definicji”. Podaj szerszy rodzaj gatunkowy i jego różnice i gotowe. Mamy definicję człowieka, ludzkiego ścierwa, które toczy ziemię jak choroba. Zgroza, zgroza, zgroza...Moje myśli, mój wewnętrzny głos powoli blaknie i maleje. Cichnie, bo jak ma nie cichnąć bez jakiegokolwiek kontrastu? Przesycił się sam sobą choć na początku był głośny i dumny. Jednak nawet dumie potrzebny jest jakiś kontrast, bo inaczej nie zdajemy sobie sprawy z jej istnienia. Tak samo jest i w moim przypadku; logos cichnie. Stając się jednością ze światem, staje się nicością, a co gorsze, obojętnością. Zaczynam powoli nie istnieć. To jest chyba początek Nirwany, o której tak pisał i marzył Schopenhauer. Jednak to nic przyjemnego stawać się niestawalnym, nie-istnieniem.
Poznałem samego siebie na tyle, ile to w mojej ludzkiej naturze ułomności możliwe. Zastanawiając się nad sobą spostrzegłem iż rozmyły się wszelkie granice, które wcześniej wydawały się siódmymi wrotami za którymi jest tylko moja ciemność. Gdy przekroczyłem wrota Syjonu zrozumiałem WSZYSTKO; to co we mnie i nade mną i poprzysięgłem sobie że nigdy tej wiedzy i pustki nie zapomnę, zapomniałem, a w mej pamięci utrwaliło się jedynie parę szczegółów. Zrozumiałem jak próżnymi ludźmi jesteśmy. Żyjąc w cementowym zatraceniu, wydobyliśmy z siebie to co pierwotne i nieuniknione. Jakież próżne są nasze słowa; jak bezsensowne są ich nad wymiar błahe znaczenia. Osnute nutką dekadencji i pesymizmu wypływającego z ukrytego przeświadczenia, przeczucia jakby, niechybnej śmierci i bezsensu życia.
Zagubione kukły, w tramwaju życia, w dolinie rozpaczy i nieszczęścia. Porzuciwszy nadzieje próbują znaleźć ją ponownie, wskrzesić, stworzyć na nowo. Stworzyć podstawę, nową, w której żyć by mógł próżny człek, smutny, żałosny i nieświadomy swej nicości. Czy za to przymknęli mnie bym i ja przymknął się? Któż to wie, kto to wie? Ci, którzy zamknęli mnie, sami są zamknięci, w ceglanej kohorcie. Przeświadczeni o swej wyższości uśmiechają się błaho szczerbatymi szczękami wykrzywionymi w przedśmiertnym grymasie. Mina ich głupia i nieświadoma wszystkiego; choć sądząc po niej posiedli oni wiedzę Sokratesa, Platona i Arystotelesa. Ich wiersze i proza równa niby tej Dantego, Goethego i Prousta. Równania jak Pitagorasa, Euklidesa i Einsteina proste i oczywiste.
Śpię jeszcze, czy też już żyję? Niech odpowie mądrość i świadomość. Kolejne promienie zataczają półokrąg w mej celi; ich odcień jest teraz nieco pomarańczowy i ciepły; przywodzi mi on na myśl wybrzeże Włoch, o świcie, kiedy to fale i morska piana rozbijają się o kaszmirowy brzeg. Nigdy tam nie byłem jednak moje marzenia nie tyle nie znają granic, co ich moc zna swą mądrość i potrafi wytwarzać obrazy zgodne z prawdą. Prawdą, która jest prawdą bo ja ją tworzę, i nadaję sens; beze mnie byłaby mrzonką jeszcze większą od marzenia.

II

„I Saw the horror, horror that you Saw.” Walter E. Kurtz


Nie ma już we mnie siły by przeciwstawić się temu wszystkiemu, temu co jest, a jest we mnie i poza mną, temu co jest wszędzie. Ciekawe co decyduje, że mamy siłę albo jej nie mamy? Co czyni z nas silnych ludzi, a co nęka nas przeznaczeniem słabości? Czy rodzimy się z tym pomazaństwem czy raczej je nabieramy, przejmujemy je?
Urodzić się silnym człowiekiem...To by było coś. Lecz czym jest siła o której śnię? Pierwotną, czystą energią; wypływającą prosto z pierwotnej woli życia. Prymitywnym instynktem jednoczącym to co dobre.
Moja skóra wybielała, a mięśnie zwiotczały. Tylko zmysły się wyostrzyły, na moje nieszczęście...Teraz słyszę wszystko, czuję wszystko. Wzrok jednak jest mi już całkowicie zbędny bowiem cóż miałbym oglądać? Teraz patrzę głównie oczami wyobraźni, wstecz i w przód. Wertując karty pamięci zgłębiam i rozbudowywuję wnętrza mojego Pałacu Pamięci, Mie palazzo di memoria. To tu mieszkam i tu żyję jeśli można to nazwać życiem. Podziwiam obrazy Flandrów, Włochów, Francuzów i Niemców. Zastanawiam się nad znaczeniem odpowiednich dźwięków utworów, których nauczyłem się na pamięć przez lata słuchając ich. W moim pałacu jest miejsce na moją prywatną pinakotekę, kolekcje obrazów etc. Jednak i w tym pałacu znajdują się podziemia z wnętrza których zieje przeraźliwy smród...Bo jestem jednocześnie Bogiem ale i zwierzęciem...Dwóch we mnie; ten który zabija i ten który kocha. A może dla tego tu jestem? Może dlatego muszę tu dogorywać i wycierpieć swe winy, grzech, który popełniłem rodząc się. Może dlatego tu jestem? Dlaczego ciągle szukam powodów mej niedoli; jasnej i przejrzystej przyczyny? Może i to jest oznaką mojej słabości? Próba odnalezienia jakiegoś logicznego wytłumaczenia. Czy chęć posiadania jakiejś podstawy na której można by zbudować swoje istnienie jest oznaką słabości a więc grzechu, w końcu zła?
Słyszę jakby drobne kroki. To pewnie personel „obsługuje” innych gości tego sanatorium pod klepsydrą. Swoją drogą, to ciekawe jakimi są ci, o których nic nie wiem prócz tego że żyją jak ja; w zamknięciu i odosobnieniu? Jak rozpoznać ludzi, których już nie znamy? Których nie poznamy? Widziałem grozę którą i ty widziałeś...Ale jak ty ją widziałeś, bo nie tak jak ja? Tylko tego mogę być pewien. Tylko pewien mogę być niepewności. I tego trzymać się będę. Czegoś w tym życiu trzymać się trzeba, bowiem bez tego mój ćmi taniec stałby się już zupełnie nierealny.
A jednak czuję czasem smak radości na języku mego powonienia. I zastanawiam się tylko z czego ta chora radość wynikać może? Może z przeświadczenia wolności jako końca tego co nazwać by można złem? A może...Sam nie wiem. Naszą wolność znajdujemy w innych ludziach; bliskich naszemu sercu, sumieniu i rozumowi. Wolność, taką jaką możemy uzyskać ograniczeni samymi sobą. Zyskać ją tylko możemy stając się jakimś sensem dla innych. Zyskać ją możemy i dać ją możemy. Bowiem najwyższą wolnością jest miłość bratniej duszy. Stać się kimś w czyjejś myśli serca. Sami nie możemy dać więcej jak sens drugiej osobie, dać jej miłość i wolność naszego serca, w naszym sercu. Bez miłości więc nie ma wolności, a bez miłości prawdziwego życia. Tak więc życie bez miłości nie różni się w niczym od śmierci i niewoli. Rodzimy się z potrzebą pocałunków, jednak zmuszeni jesteśmy modlić się do rozbitych kamieni, do liści rosnących na pustyni gorzkich rzek. Wypinamy nasze wargi w nadziei iż zostaną one zauważone i pochwycone w czułym uścisku rzeczy, stającej się w ten czas dla naszej miłości, człowiekiem. Pochwyceni w ten czas, uszlachetniamy się stając się rzeczywistością, a nie tylko sennym koszmarem bezpańskiego psa. Stajemy się poza światem i złem, poza wątpliwością a znakiem zapytania, przypływem i odpływem, zmierzchem a świtem, łzą i rozczarowaniem, suchą rzeką szemrzących przecinków, strachem i bólem, Bogiem a królem, namiętnością a wolą, grzechem i brudem, suchym jękiem a żałosnym skomleniem, wegetacją a irytacją, poza słowem a myślą... W wiecznym zamyśleniu, z zamkniętymi oczami a otwartym sercami. W miłości.
I tylko już wtedy jedno złudzenie po minionym świecie nam zostaje. Teraz już nieważne i bezsensowne; wspomnienie minionych eonów czasu, zastygłych w swym nieistnieniu. Dawne wspomnienie dziś już tak nierealne. Zapominamy o nim bardzo szybko.

„And Death Shall Have No Dominium.”
Dylan Thomas

A wtedy śmierć nie będzie już miała najmniejszej władzy i znaczenia dla żyjących prawdziwie. Znających prawdziwe trwanie Jupitera. Umrze słabość i cierpienie a narodzi się piękno i dobro, w tej naszej nieskończonej miłości. Prawdziwym i obiektywnym będzie wszystko co powiemy a subiektywizm miejsca zniknie we mgle zapomnienia naszych serc śpiewających hymn o Prawdziwym istnieniu. Poza czasem i przestrzenią, życiem a śmiercią...A wszystko co uczyniliśmy zostanie nam przebaczone i zapomniane przez nas samych, nawzajem...Bowiem śmierć nie będzie już miała władzy. Władzę będzie miała już tylko miłość. Skończy się próżność, a narodzi się radość.
A o dawnym czasie przypominać mi będzie wiersz napisany na drzwiach celi, którą bezpowrotnie opuściłem. Pieczęci, która runęła, złamana naszą miłością.
T. S. Eliot - Próżni ludzie
I

„Jesteśmy próżnymi ludźmi.
Wypchane kukły.
Wsparte o siebie Głowy wypełnione słomą.
Kiedy do siebie szepczemy
Nasze suche głosy
Wydają się być bez znaczenia
Jak wiatr dmący przez osty
Jak szczurze kroki na rozbitym szkle
W naszej suchej piwnicy

Kształty bez formy, cienie bez koloru
Zastygła siła i gesty bez ruchu.

Ci, którzy weszli nie spuszczając oczu
W inne królestwo śmierci
Wspomną jeżeli wspomną
Nie dusze gwałtowne
Lecz ludzi próżnych
Wypchanych ludzi.

II

Oczu napotkać w snach się nie odważę
W sennym królestwie śmierci
Nigdy się nie ukażą:
Tam oczyma będzie
Blask słońca w kalekiej kolumnie
Tam drzewo w kołysaniu
I głosy tam będą,
Jak wiatr w liści szumie
Bardziej odległe bardziej uroczyste
Niż gwiazda co traci blask.

Obym nie stał bliżej
Sennego śmierci królestwa
Niech wdzieję jak wszyscy
Takie wymyślne przebranie
Sierść szczurzą, krucze pióra
Patyki jak w polu strach
Niech chylę się jak wieje wiatr
Nie bliżej -

Niech się oddali ostatnie spotkanie
W mrocznym królestwie.

III

Oto kraina martwa
Kraina kaktusów
Gdzie przed wzniesionymi
Posągami z kamienia
Dłoń umarłego wzywa łaski głazu
Pod migotaniem spadającej gwiazdy.

I czy jest tak właśnie
W innym królestwie śmierci?
Budzimy się samotni
W chwili kiedy ciało
Przenika czułość
I wargi co chcą pocałunków
Do strzaskanego modlą się kamienia.

IV

Tu nie są oczy
Oczu tutaj nie ma
W mrocznej dolinie gwiazd umierających
W tej dolinie próżnej
Złamanej szczęce naszych dawnych królestw
W tym ostatnim miejscu spotkania
Szukamy się po omacku
I słów unikając
Stajemy w piasku nad rzeką obrzmiałą

Niewidomi zanim
Oczy nie zjawią się znowu
Jak gwiazda nieustająca
Stulistna róża
Mrocznego królestwa śmierci
Nadzieja tylko
Pustych ludzi

I okrążamy kolczasty kłąb
kolczasty kłąb kolczasty kłąb
I okrążamy kolczasty kłąb
O piątej godzinie rano

Pomiędzy myślą
A rzeczywistością
Pomiędzy zamiarem
A czynem
Kładzie się cień

Albowiem Twoje jest Królestwo

Pomiędzy pomysłem
A dziełem
Pomiędzy wzruszeniem
A odczuciem
Kładzie się cień

Życie jest bardzo długie

Pomiędzy żądzą
A spazmem rozkoszy
Pomiędzy możnością
A istnieniem
Pomiędzy istotą
A jej zstąpieniem
Kładzie się cień

Albowiem Twoje jest Królestwo

Albowiem Twoje jest
Życie jest
Albowiem Twoje jest

Oto jak kończy się świat
Oto jak kończy się świat
Oto jak kończy się świat
Nie z trzaskiem lecz ze skomleniem”

Skończy się czas próżności i wątpliwości, zacznie się bowiem epoka wolności i miłości. Ku przestrodze , dla naszych serc. Oto jak zaczyna się prawdziwy świat. Dla Ciebie i dla mnie...
KONIEC

Opublikowano

Witam.

Bardzo hybrydyczny twór; czasami przypomina esej (filozoficzny), monolog wewnętrzny, poezja... jeżeli mam być szczery, to ... bardzo, bardzo dobry tekst pod względem tematycznym, kopa ciekawych refleksji; człowiek/egzystencja, człowiek/świat, życie/przemijanie/śmierć, ciało/dusza... i wiele innych...pożyteczny tekst, pomimo tego, że nie jest to opowiadanie... przepraszam za lakoniczny komentarz, ale muszę zmykać na zajęcia...pozdrawiam :)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...