Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

IV


12 lat wcześniej.



Dochodziła trzecia. Pokój oświetlało światło dwóch czarnych gromnic. Magda tydzień wcześniej kupiła je w "veritasie". (Świece tak naprawdę były żółte, a tylko dokładnie obłożone czarną folią.)
Kadzidła i amulety dostała w “indyjskim”.
Wszystko było dopięte na ostatni guzik, a chłopak i dziewczyna rozebrani do naga.
Siostra Magdy i jej mąż mieli wrócić dopiero w poniedziałek.
"Niepowtarzalna okazja, żeby pójść na całość!" - mówiła Magda.

Grzegorz z początku nie myślał o tym serio. Ona zawsze śmiertelnie poważnie.

Byli ze sobą od roku. Grzesiowi nigdy wcześniej nie zdarzyło się chodzić tak długo z dziewczyną. Magda urzekła go swoją odmiennością, inteligencją, a przede wszystkim - t a j e m n i c z o ś c i ą.
Nosiła w sobie sekrety, które za wszelką cenę chciał odkryć.

Ich randki nigdy nie przypominały zwykłych randek. Nie były "normalne", bo i ona nie była zupełnie normalna.
I tak zamiast chodzić do restauracji, kin, dyskotek, wesołego miasteczka - chodzili po kościołach, psychiatrykach, cmentarzach...

Po kilku miesiącach razem odkryli świat narkotyków i magii. To wtedy zaczęli świadomie tworzyć własną religię. Budowali ją od podstaw, od zera, bo pierwszym ich krokiem było przekreślenie wszystkich nauk i doktryn Kościoła. Fundamentem miała być Wolność, budulcem Miłość, a całą resztą - brak zasad.
W sumie nie wiadomo skąd i w ich religii później pojawiły się normy i doktryny. Widocznie nie da się całkiem uciec od formy.
Kogo czcili? Każde wyznanie ma przecież bogów. Bogiem Magdy był Grzegorz, a ona - jego jedyną boginią.
Seks stał się najświętszym rytuałem.

Doszli w swoich badaniach do wniosku, że każda religia kłamie. Nieliczni ludzie poznali prawdę, a oni byli tego “poznania” bardzo bliscy.
Studiowanie "Biblii", "Biblii Szatana" LeVay`a, "Magiji" Crowley`a i wielu innych ksiąg miało dopomóc im w odnalezieniu szczegółów. Byli pewni, że mają pewną misję, a nawet obowiązek by "odkryć to, co zakryte", opowiedzieć o tym ludziom, wyprowadzić z błędu i... zbawić.

Rytuały miały dodawać im mocy.



Wybiła trzecia.
Oboje usiedli na ziemi naprzeciwko ołtarza. Magda rozpoczęła inwokację:


"Ja jestem najgłębszym Ego.
Przyglądam się na twój świat z ciemności niedostępnej twym oczom.
Wyciągam poprzez ciebie twe ręce i dotykam miękką przyjemność twego żyjącego świata

Jestem Starożytny, Stwórca Bogów.
Jestem Tym, który się Zmienia oraz tym, który jest Niezmienny.
Ilekroć spoglądasz w oczy innego, tam! Patrz!
Ja spoglądam na ciebie!
Jestem źródłem wszystkiego co Jest!
Ten, który Mnie rozpoznaje tako się stanie także Źródłem i Prawdą, Czarodziejem.
Ten, który pozwala by Me istnienie płynęło w nim
i przepływało przez całe ciało
aby istnienie Dotykało i Zmieniało Wszystko w zgodzie
z jego Wolą, Bytem, Prawdą
i Magią
Ma Smocza Magia słodką jest, bo gwarantuje spełnienie twych życzeń.

W tym co nazywasz snami, ja zbieram me siły.
W tym co nazywasz rzeczywistością, ja Ukazuję Me Sny.

Ja jestem prawdziwym Bogiem, Jedynym Bogiem, który jest.
Ja jestem w tobie a ty jesteś we mnie.
Mym symbolem jest Zwierciadło!
Poznasz dobrze me imię we wszystkich twych działaniach
zaistniejesz
i pozostaniesz godnym."



Magda odwróciła się i spojrzała partnerowi głęboko w oczy. Uśmiechnęła się ironicznie, po czym skierowała swój wzrok na na ołtarz. Skalpel połyskiwał na czarnym suknie niczym trzecia świeca.
Grzegorz aż do tego momentu nie wierzył, że kiedykolwiek dojdą aż do tego etapu.

Chwycił niepewnie skalpel i zbliżył go do lewego nadgarstka dziewczyny. Jeszcze raz spojrzał jej w oczy, czy napewno...
Magda wyczuwała wcześniej, że jej chłopak się waha, ale kiedy dostrzegła jak trzęsie mu się ręka, wpadła w prawdziwy gniew i choć nic nie mówiła, to było to czuć.
Przysunęła ramię bliżej, tak, że delikatna skóra dotknęła ostrza i rozcięła się płytko.
Lodowaty wzrok dziewczyny zdawał się krzyczeć: "tchórz! mięczak!".

Skalpel powędrował w poprzek żył, chyba nawet nieco za głęboko. Krew zebrała się błyskawicznie, najpierw w ranie, a następnie zaczęła ściekać jedną, cienką stróżką na podłogę.
Magda przysunęła się do chłopaka i wpiła się w jego usta. Była wdzięczna. Krew z rany kapała na brzuch i nogi chłopaka, ale nie było to w tym momencie ani straszne, ni gorszące, ale szalenie romantyczne i nieziemsko podniecające.
Oboje w jednej chwili poczuli przeogromną ochotę na seks, ale nie mogli tego zrobić. Ważniejsze było, by doprowadzić ceremonię do końca.


Dziewczyna kontynuowała rytuał. Zdjęła z ołtarza białą, czystą kartkę i położyła ją sobie między udami.
Palcem wskazującym przejechała wzdłuż swojej rany i nakreśliła na papierze literę "M". Potem znów nabrała krwi na palec i napisała pierwszą literę swojego nazwiska.


- Teraz ty - zwróciła się do chłopaka sięgając po skalpel.

Grzegorz posłusznie podał lewe ramię i sekundę później poczuł piekący ból, a w następnej chwili - niezrozumiałą, ogarniającą całe ciało, od stóp do głowy, przyjemność.

Kartka leżała już między jego nogami. Bez zwłoki wypisał na niej swoje inicjały. Nie mógł się już doczekać...

Magda pragnęła tego nie mniej niż on. Bezzwłocznie chwyciła kartkę, wstała i przyłożyła ją do płomienia świecy.
Kartka zajęła się błyskawicznie, wybuchnęła wręcz płomieniem, parząc "kapłance" rękę. Rzuciła ją na tacę ustawioną po środku gwiazdy, wyrysowanej kredą na dywanie i osłupiała.
Płomień wydawał się być za duży, o wiele większy, niż można by się spodziewać po jednym skrawku papieru...i długo nie gasł!
Grzegorz wyglądał na mocno przestraszonego, za to Magda nie kryła swojego szczęścia.
"To musiał być Znak! Znak, że wszystko dobrze poszło."



Obudził się o trzeciej po południu, we własnym pokoju. Przez chwilę, jeszcze z zamkniętymi oczami, myślał. Łudził się, że śnił o tych gromnicach, ołtarzu i całej reszcie, lecz kiedy otworzył oczy zobaczył ranę na ręce, podrapany tors i zakrwawiona pościel. Rozwiały się wątpliwości. Jednak to zrobili! Zrobili naprawdę!
Jak przez mgłę widział rozcinanie nadgarstków, płonącą niemal pod sufit kartkę. Jeszcze słabiej pamiętał, co działo się później, a za nic nie mógł sobie przypomnieć jak trafił do domu!

Czuł się fatalnie, choć nie rozumiał dlaczego. Pamiętał seks, ostrzejszy niż wcześniej, ale nie dlatego przecież czuł się źle. Magda uwielbiała tak, ale dziewczyna, z którą się kochał... nie była Magdą!
Miała inne ciało, inne piersi, zapach, głos...
Czuł, że zdradził! I nie mógł to być zwykły sen. Fantazje erotyczne, czy to w nocy, czy w dzień to nic takiego i już w czasach podstawówki przestał sobie robić tym wyrzuty. Później sumienie systematycznie słabło i przymykało oczy nawet na wiele poważniejsze sprawy. Być może w końcu nawet odeszło niechciane, a może nawet umarło.
"Zdechło" - Tak właśnie myślał Grzegorz, aż do tego poranka. Wtedy, kiedy jeszcze miało głos i zdarzyło mu się kogoś skrzywdzić albo zdradzić, czuł się tak, jak dziś. Dokładnie tak samo!
"Na cholerę to odżyło!?" - myślał wstając. - "Przecież nawet nie zdradziłem! Chyba..."



Prysznic zmył "urojoną" winę razem z krwią z nóg i rąk. Nie na długo, bo kobieta "ze snu" odnalazła go wkrótce, a szaleństwo, które przyszło razem z nią, miało zawładnąć nim na wieki.






V



Samochód mknął ulicami i rozpryskiwał wodę z kałuż na wszystkie strony. Nie przestawało padać ani na chwilę, a do tego robiło się ciemno - o wiele wcześniej niż powinno.
Grzegorz miał w bagażniku potężną latarkę, na osiem baterii, ale i tak wolał dotrzeć na miejsce nim zapadnie zmrok.

"Czy to, do cholery, może być ten dom!?" - zadawał sobie w myślach pytanie.
"Przecież to wariactwo!" - myślał - "Ten dom nie może istnieć!"


Zjechał z głównej ulicy w boczną, na chybił-trafił, kierowany przeczuciem, że jedzie dobrze. Nie pomylił się. Minutę później stał już przed ozdobną bramą i choć jeszcze nie widział domu, był pewny, że to właściwy adres.
Wyjął latarkę, sprawdził, czy działa i ruszył zapuszczoną ścieżką w kierunku budynku. Ledwie dało się dostrzec budowlę na szczycie pagórka, bo wzgórze bujnie porastały stare, potężne buki.
Wrony i kruki osiadłe na gałęziach rozpoczęły swój mroczny, powitalny koncert. Musiało być ich tam całe setki. Wszystkie zdawały się uważnie przypatrywać przybyszowi, a krakanie musiało oznaczać albo groźbę, albo ostrzeżenie, a już w najlepszym przypadku - niezadowolenie.
"Nie cierpię tych ptaków!"


Zrobiło się całkiem ciemno. Policjant włączył latarkę i wyrzucił snop światła między gałęzie. Dziesiątki ptasich oczu zaiskrzyło niczym gwiazdy na bezchmurnym niebie. "Niech to szlag! Tego jeszcze nie było!"

Po obu stronach, szerokich u podstawy, a zwężających się aż do tarasu, schodów stały dwie, sporych rozmiarów, figury. Miały chyba przedstawiać anioły, lecz jeśli rzeczywiście takie były zamiary artysty, to zdecydowanie mu nie wyszło.
Budynek był symetryczny. Środek wspinał się wysoko i kończył trójkątnym zadaszeniem. Po bokach wznosiły się dwie półokrągłe wieżyczki.
"Jezu, to nie może być prawdą!"
Gdyby ktoś wcześniej kazał mu naszkicować dom z jego snów, to dokładnie tak wyglądałby ten rysunek.


Drzwi były otwarte. Policjant wszedł do środka. Odór wilgoci i pleśni w korytarzu mieszał się ze smrodem gnijącego mięsa, intensywnym tak, że aż gęstym. Prawdopodobnie to on odstraszał bezdomnych i narkomanów.
"Komuś jednak nie przeszkadza ten fetor, skoro wypisuje nazwiska w piwnicy.
Mnie też nie powstrzyma."


C.D.N.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
    • @Radosław   wiem Radosław …niestety to takie silne oddziaływanie jest …międzygalaktyczne ;)))) nie wiem jak mogę Tobie pomóc…? ;) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...