Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

część 1.

Oczy... niebieskoszare oczy Mariki zapadły się, resztę dopełniły zaciśnięte, opuchnięte powieki. Budziła się powoli, jej ciało kąsał nieznośny ból. Dookoła łóżka krzątały się nieomal bez przerwy troskliwe pielęgniarki mierząc ciśnienie, a to znowu podłączając kroplówki.
- Proszę poruszyć palcami rąk i nóg - polecił lekarz, który nagle pojawił się przy łóżku.
- Słyszy mnie pani?
Marika skinęła głową. Zdziwiło ją dziecinnie proste polecenie. Oczywiście, że poruszy palcami rąk i nóg, ale w tej chwili chodzi wyłącznie o ten nieznośnie kąsający ból.
- Boli, boli... - jęczała tylko. Jej ciało - wychłodzone na stole operacyjnym - drżało, jak osika. Czuwająca na taboreciku obok łóżka siostra Irminka położyła na kołdrę koc, który leżał poskładany na łóżku.
- Zaraz przestanie boleć, już nie będzie bolało - zapewniała pielęgniarka przygotowując jednorazowo dawkę morfiny. W żyle grzbietu lewej dłoni tkwił wenflon, obok poduszki leżał zupełnie nieprzydatny woreczek foliowy, cewnik znajdował się na właściwym dla siebie miejscu. Marika leżała we wgłębieniu łóżka na wznak, jak długa, ponieważ tak było najwygodniej. Do wenflonu spływały kroplówki; butelka za butelką. O zawartości każdej z nich pacjentka była informowana na bieżąco. Leżąc zauważyła, że w pewnej chwili na salę weszła pielęgniarka, której dotąd tu nie widziała i nic nie mówiąc wstrzyknęła coś do wenflonu.
Po chwili ciałem Mariki wstrząsnęły torsje i przydał się ów woreczek leżący obok poduszki. To było okropne przy tej niemożności poruszania się. Zauważyła jednak podobieństwo pielęgniarki do dziewczyny z fotografii, z przedmałżeńskich pamiątek; twarz tamtej Wisi, z którą nie wyszło; jej krótkie, beżowe włosy i beżowa skóra. Tylko co tu miałaby robić Wisia, przecież ostatnio pracowała w Telekomunikacji, a przynajmniej taka wiadomość w dziwny sposób dotarła do uszu Mariki. Czyżby zmieniła miejsce pracy, w końcu to nic dziwnego. Rzecz w tym, że nie poinformowała, co wstrzykuje do tego wenflonu, a Marika zaraz zwymiotowała.
- Ktoś tu był - pożaliła się, gdy wróciła właściwa pielęgniarka, znana już z widzenia.
Więcej mówić na ten temat nie było sensu.
Nie jeść, nie pić, nie wstawać i te piekące oczy. Bezsenna noc - sprzed - dała się we znaki. Potrzebowała dużo snu, spać. Wydawało jej się, że spała całe wieki, ale tak nie było.
Przed jej oczami przesuwały się coraz to nowe postacie. Było tu wygodnie, zadbała o to przed operacją mając możliwość wyboru i wybrała łóżko pierwsze po lewej stronie, przez otwarte drzwi napływało tu dość powietrza. Syn był tu wieczorem, a tuż przed rozpoczęciem operacji poprosiła go, aby teraz zawiadomił bliską rodzinę i dlatego bliscy byli przy niej od razu po wszystkim.

część 2.

Syn zarwał studia i zastępował ją teraz w domu. Przyniósł na oddział wszystko, co było potrzebne; na dole, przy szatni, jest sklepik spożywczy. Tak więc po odwiedzinach członków rodziny powstały zapasy. Pożaliła się wcześniej na te piekące oczy, ale poza prośbą o cierpliwość niczego nie dostała. Do tej skargi nie przywiązano tu wagi. Dopiero, gdy przyszedł syn i powiedziała o co chodzi, poszedł do apteki i kupił krople do oczu, dobrze już znanego świetlika. Pomogły od razu przynosząc ulgę oczom - i po dwóch tygodniach ich stosowania oczy wróciły do dawnego wyglądu - przykre objawy ustąpiły. Bodajże po kolacji można było trochę się napić, na śniadanie zjeść smaczny kleik, a także na obiad smaczny kleik, i normalną kolację, ażeby wstać - nie pomyślała nawet, chociaż telefon dzwonił na stoliku, i tak nie zdążyłaby.
- Chodziła już pani do łazienki, do umywalki, wstawała pani?
- Z tym? - zdziwiła się patrząc na cewnik.
- Proszę usiąść, proszę wstać, proszę przejść się po sali.
- Dobrze, dobrze - zgodziła się próbując usiąść, wstać i pójść. Tylko po co, myślała sobie po cichutku, wolałabym najpierw nabrać sił, marzył się obiad, gotowane potrawy. Na szafce stał sok, w szufladzie bułeczki, pączki, mandarynki. Mandarynki łagodziły wszelkie drapanie w gardle i powstrzymywały kaszel. Halutka odwiedzała ją tu najczęściej, Daniela też była, a i Beata znalazła chwilę czasu na wizytę u... ciotki ;) Kto mógł, to i był, a syn przychodził tu codziennie nawet po dwa razy. Spodziewano się kryzysu w drugiej dobie - jak zdołała zrozumieć z przeprowadzonej tuż obok rozmowy sióstr - ale Marika w ogóle nie przeczuwała kryzysu, z każdą godziną czuła się lepiej, zwłaszcza po obiedzie i po odłączeniu cewnika. Trzeciego dnia przed obiadem zarządzono przeprowadzkę z sali operacyjnej na czwórkę. Wydawało się, że to nie najlepsze miejsce, ale nie było tak źle; było ciasno, ale nawet miło, a Marika zajęła łóżko przy oknie :)
Jak patrzyła na tę pogodę, a lało jak z cebrai wiało, to nie taki wielki był ten smutek; wypogodzi się i wszystko będzie dobrze - myślała sobie. Musiała jak najszybciej zwolnić syna od obowiązków przeszkadzających w nauce. Wszyscy o tym wiedzieli, zresztą nikogo nie trzyma się tu dłużej niż potrzeba, a i święta za pasem.

część 3.

Na razie trzeba było trochę się rozruszać, więc Marika odważyła się pójść do łazienki pod prysznic i włosy umyła, i zaraz poczuła się lepiej. Na sali pacjentki rozmawiały właśnie o malowaniu włosów i z tej rozmowy wynikało, że nie zawsze są zadowolone z uzyskanego koloru, gdyż wychodził zbyt ciemny lub zbyt intensywny.
- A ja też chyba umyłam włosy nieodpowiednim szamponem, ponieważ normalnie, to mam taki złocisto - żółtawo/rudawy blond, a teraz są takie ciemne... kasztanowe - stwierdziła.
- Ależ pani ma właśnie taki jasny kolor, jak mówi - zdziwiła się jedna z kobiet.
Marika spojrzała z niedowierzaniem;
- Tak? - a ja widzę takie ciemne, kasztanowe - zauważyła zdumiona, po czym zrezygnowała z dalszej dyskusji. Opuchnięte powieki zasłaniała zwykłymi, przeciwsłonecznymi okularami, dzięki temu nie piekły tak przy włączaniu światła. Powoli przypomniała sobie, że piętro niżej obok szatni jest sklepik z artykułami spożywczymi i higienicznymi. W sklepiku są mandarynki, które łagodzą suchość w gardle. Marika podeszła do schodów: czy podoła już pierwszy raz po operacji zejść do sklepiku i wrócić o własnych siłach. Zastanawiała się przez chwilę i zeszła po te mandarynki. Zadowolona z siebie wróciła na salę i odpięła z ręki nylonową tasiemkę; identyfikator z imieniem, nazwiskiem, datą urodzenia. Wrzuciła tę pamiątkę do swoich rzeczy, ponieważ przy wypisie ze szpitala ponoć trzeba zabrać ze sobą wszystkie rzeczy i niczego nie wolno zostawiać, bynajmiej tak powiadały pacjentki z sali. Posiłki przeszły już do normy szpitalnej, ale ta pierwsza rybka, to był prawdziwy twardziel do strawienia. Dokoła szwa coś zaczynało ciągnąć ,ale i pora na zdejmowanie już się przybliżała.
Na sali pojawiali się różni ludzie, każdy odwiedzał bliską sobie osobę, jedna z odwiedzających kobiet wpatrywała się natrętnie, więc Marika zasłoniła się gazetą. Zadzwonił telefon, to siostra Irminka, ale mówiła coś mało ważnego. Marika straciła cierpliwość, ponieważ to miejsce na długie rozmowy o drobiazgach było zbyt niewygodne, miała przecież w szufladzie komórkę i chciała ogarnąć się przed zdejmowaniem szwów. Ta kobieta znajdowała się teraz tuż obok za plecami, rzuciła więc słuchawkę na widełki przerywając - ble ble - rozmowę. Przecież po chorym można się tego spodziewać (?) - pa, pa. Kolacja była pomyłkowa, każdy woli bułkę od chleba, ale miała swoje bułki z serem, później jadła mandarynki. Trochę się denerwowała, chociaż na temat przebiegu zdejmowania szwów rozpytała się już na innej sali. Nie podawano już kroplówek, ani antybiotyków, ale w ręku ciągle tkwił wenflon. Przed obiadem zdziwiła się, ponieważ nikt nie przyszedł odłączyć ostatniej kroplówki. Chwyciła wiec pałąk dłonią powyżej i poszła z tym wieszakiem do zabiegowego.
- Można się tego już pozbyć? - spytała anielsko zamyśloną pielęgniarkę z oczyma wzniesionymi ku górze, która dotąd była bardzo miła i staranna. Naprzeciw, na korytarzu, siedział młody jeszcze mężczyzna. Pomyślała, że to może być ochroniarz. Ale teraz było już po kolacji, a sala opustoszała nieco, ponieważ to już weekend i jedna z pacjentek wyszła do domu, a druga poszła na badania. Wtem na sali pojawiła się specjalistka od zdejmowania szwów, kazała położyć się, wzięła jakieś narzędzie chirurgiczne i zabrała się do dzieła. Uchwyciła nitkę tym narzędziem i wyciągała wprawnie nawijając ją na to narzędzie. Był to moment, kiedy Marika przytrzymała się rękami brzegów łóżka, bo wydawało jej się, że na tej nitce uniesie się do góry, ale to było tylko takie wrażenie. Miejsce zabiegu nie było bolesne, było odrętwiałe.
Szew został zdjęty, a Marika poczuła, jak dwa brzegi blizny spotykają się ze sobą. Nie miała ochoty wstawać jak na razie, poprawiła więc koszulę i zamknęła oczy słuchając, jak jej ciało się zrasta. Teraz myślała tylko o tym, że wkrótce pójdzie do domu, bo trzeba jak najszybciej.

część 4.

Nagle zauważyła nóż na zlewozmywaku;duży, kuchenny nóż, który nie ma w tej sytuacji racji bytu, bo to różne osoby przychodzą do szpitala. Leżąc tam zakłócał poczucie bezpieczeństwa. Czasem na górze słychać większe natężenie odgłosów i różnie to przecież bywa.
- Przepraszam, czyj to nóż? - spytała zwracając się do współtowarzyszek. Okazało się, że nóż był pacjentki - tej pierwszej, zaraz przy drzwiach.
- To mój, do wędliny- powiedziała kobieta.
- Proszę, niech go pani schowa - poprosiła Marika i tak też się stało, chociaż nie w mgnieniu oka.
Jeszcze drugiego dnia leżąc na sali pooperacyjnej Marika zauważyła w holu osobę, z którą za żadne skarby świata nie chciałaby się spotkać w tej sytuacji, ponieważ tak bezbronna czuła się fatalnie. Te osoby, a były to kobiety, przechodziły tym korytarzem na prawo, na inny oddział i spotykało się je wychodząc do łazienki, a nawet zatrzymywały pytając o to przejście. Ale teraz Marika leżała na czwórce i co godzinę była zdrowsza, uspokojona zasnęła. Krzątanina w szpitalu zaczyna się o szóstej rano, jest trochę czasu między mierzeniem temperatury i śniadaniem. Marika myślała o powrocie do domu. Wczoraj przed obiadem dostała ostatnią dawkę antybiotyku, a wenflon ciągle jeszcze tkwił w grzbiecie dłoni. Po pierwszym obchodzie poprosiła o zdjęcie wenflonu. O wypisie jakoś nie było jeszcze słychać, a tu już godziny wchodziły w rachubę. W pewnym momencie usłyszała, że w pobliżu jest lekarz, zajrzała tam, odczekała aż doktor skończy rozmowę i spytała przymilnie;
- Panie doktorze, przyjdzie pan do nas?
Przyszedł i wtedy zapytała o wypis. Doktor zbadał Marikę raz jeszcze i zgodził się - zwłaszcza, że to tylko o dwie ulice od szpitala. Krótko powiedział co i jak. Ucieszona podziękowała i zaraz zawiadomiła syna, miał przyjechać o dziewiątej. Spakowała wszystko dokładnie, bo przecież niczego nie można zostawiać i pożegnała się z pacjentkami. Reklamówki nie brała, zabrał ją syn, a ubranie było tak ciężkie, że zrezygnowała z nałożenia kurtki. To nic takiego, bo do domu syn zabrał Marikę taksówką.

Opublikowano

Ciekawa opowieść,może napiszę kiedyś swoją,jak zasnęłam jak to pielęgniarki ujęły dzwoniąc do lekarzy to słyszałam'pacjentka usnęła na sucho'.Może kiedyś się odważę to opisać,przebudzenie było jak nie z tego świata i byłam 1szą pacjętką która nie spała po operacji,chyba się bałam usnąć.Ale wspomnienia powracają.
Pozdrawiam milutko

  • _M_W_ zablokował(a) ten utwór
  • _M_W_ odblokował(a) ten utwór
  • _M_W_ odblokował(a) i zablokował(a) ten utwór
  • _M_W_ zablokował(a) ten utwór
Gość
Ten temat został zamknięty. Brak możliwości dodania odpowiedzi.


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Proszalny Wydaje mi się, że arbitralne stwierdzenie 'nie ma ja' i wysnuwanie z tego dalszych wniosków upraszcza problematykę, ale niewiele wyjaśnia. Możnaby zapytać: Biochemia mózgu napisała Twojego posta? Jony potasu krążą w neuronach i nucą: nie ma ja nie ma ja nie ma ja? Kto właściwie mówi?
    • Zło   Gdyby tak można zdefiniować zło, zaznaczyć jego granice, ściśle określić linię zła, granicę zbioru, można by wtedy opublikować te kryteria klasyfikacyjne i poczuć się wolnym od uciążliwej, stałej penetracji, analizy. Można by komfortowo spędzać czas nie troszcząc się o wiedzę czy to co było dotychczas, jest już złe, a może nie było nigdy dobre? Można powiedzieć, że z grubsza, dzięki Objawieniu ludzie wiedzą co jest złe. Można pokusić się tu o takie piktograficzne porównanie wiedzy o złu do zbioru liter, które na pierwszym planie są wyraźne ale na dalszym rozmywają się w szarej mgle. Powszechnie wiadomo, że złem jest zabicie drugiego człowieka, swego bliźniego, ale z drugiej strony powszechnie wiadomo, że nie wszyscy mogą przetrwać. Niejeden „nawiedzony” mówił, że „to jest jedyna, słuszna droga, a wszelkie odstępstwa są błędem i będą karane z całą surowością prawa”. Po czym historia, czyli sędzia czasu, a może czas sądzenia pociągały takich osobników do odpowiedzialności za dokonane zło, pojmowane przeważnie jako ruina kultury materialnej. Mówiąc językiem tłumów „nie ma co do gęby włożyć”. Z tych ruin i zgliszczy, niczym przysłowiowy feniks z popiołów, pojawia się „nowy” i „jedynie słuszny”, trwa „odbudowa” i chwile „powszechnej szczęśliwości”, określane jako dobro. Mizantropia na którą można tu zapaść, też zapewne można określić jako przejaw zła. Miotanie się od hossy do bessy, to też jakieś zło. Zło niewiedzy o złu, które wydaje się przerastać człowiecze możliwości i nie wiadomo dlaczego ten świat jeszcze trwa. Wszędzie ktoś narusza czyjeś „dobro”, czyni „zło” i spustoszenie. Dzięki pisanym kodeksom etycznym i tzw. „prawu” wiemy z grubsza jak postępować nie należy aby nie zostać posądzonym o złą wolę. Choć gdyby zapytać nagle kogoś czy to co uważa za „złą wolę” jest nią rzeczywiście, odesłałby nas z pewnością „do diabła” albo do poradni zdrowia psychicznego. Wielu filozofów zauważyło, że zło to pochodna „złej woli”, „złego charakteru”, „złego zaczynu”, „skażenia bytu ludzkiego”. Ich mniemania niejednokrotnie znajdowały swoje potwierdzenie w historii ludzkości. Zwycięstwa wielkich tyranów, despotów oparte o krwawą drogę do władzy na zawsze zapadną w ludzką pamięć jako totalitarne zło. Niektórzy upatrują zła we władzy, w dążeniu człowieka do panowania nad innymi. Ale z pewnością nikt nie powie, że władza rozumu nad namiętnościami to zło. Ktoś powie, że „czysty rozum” to zło, ale z pewnością nie władza rozumu nad namiętnościami. Można dodać z pewnością, że władza „zdrowego rozsądku” nad namiętnościami to jedyne dobro człowieka. To ów „zdrowy rozsądek” pomaga rozpoznać, które z objawień są dobre, a które złe. Z pewnością Łaska Boża oraz tzw. „sumienie” mogą stać się również pomocą dla tego dobra. Lecz znamy z historii przykłady ludzi bez sumienia. Dzięki „zdrowemu rozsądkowi” i Łasce Bożej oraz objawieniu człowiek może określić zło dość precyzyjnie poprzez swoje sumienie. Sumienie i „krnąbrna wola”, sumienie zaniedbane to z pewnością zło. Uniemożliwia ono trafne rozpoznanie i zdefiniowanie na czym polega w danej kwestii zło. Taki człowiek o nieprawym sumieniu lubuje się w sobie, nie potrafi pokonać własnego egoizmu, dla jakiejś tam „metafizycznej moralności”, jakiejś abstrakcji. Utarło się pojęcie „zło konieczne”. To tak jakby leczenie trucizną. Zło niedoskonałości nakazuje nierzadko korzystanie z takich połączeń pojęć: zła i konieczności, mimo, że większość wie o konieczności dobra (dobro konieczne). Czasem w świecie komedii spotykamy postacie o chwiejnym charakterze, skłonnych do egzaltacji, gwałtownych porywów czy omdleń, których w żaden inny sposób uleczyć się nie daje, jak tylko przemocą. Człowiek poszukując ideału natrafia na bariery nie do przebrnięcia, czy to przez formę bytu swego, czy przez powolność skojarzeń i nie może sprostać w rzeczywistości ideałowi moralnemu, etycznemu aby znaleźć owo konieczne dobro w postępowaniu. Mówi się „co nagle to po diable” i z pewnością coś w tym jest. Gdyby tak nagle upowszechnić klonowanie ludzi z dążeniem do eliminacji jednostek słabych i chorowitych. Czy to byłoby złe aby na świecie żyli tylko zdrowi, inteligentni i silni? Świat stałby się zdrowy, inteligentny i silny! To chyba logiczne. Świat nadludzi. Jakie to byłoby wspaniałe! Legendarne zło pierwszych rodziców ludzkości stanowi zagadkową zagadkę i tajemnicę tajemnic. Trudno nam uwierzyć w historię o wypędzeniu z Raju, choć z drugiej strony na każdym kroku widać konsekwencje tego błędu, tego zła, powielanego w każdej parze, mimo nowoczesnego, pozytywistycznego sztafażu. Legendarne zło Pandory, która uwolniła ze swego naczynia wszelkie nieszczęścia tego świata… . Legendarne zło Erosa, który nie posiada ani Dobra, ani Piękna i kombinuje, jak tu się przypodobać aby udało mu się nabrać kogoś, że ma jedno i drugie. Również legendarne zło jednego z dwóch braci: Kaina, jak bardzo dziś, w nowych czasach bije w oczy, w wielu regionach tego świata. Zło braci Józefa (Stary Testament), tak znakomicie przekazane przez dramaturgię współczesną i współczesną literaturę, to wciąż ta sama historia, powielana przez posiew diabła, szatana. A zło Sodomitów i Gomorian, tak pieczołowicie wynoszone na piedestał masowej kultury przez współczesnych ultra libertynów? Czy lepiej można oddać postać zła od takich mistrzów „pióra”, jak Sofokles, Eurypides, Ajschylos, J. Racine, P. Corneille, W. Shakespeare, F. Dostojewski, F. Durrenmatt, G. Greene? Ale i ich pewność o złu wynika z dość niejasnych przesłanek, których sami się obawiali i obawiają. Nie stawiają w swoich dziełach kropki nad i. Nie definiują zła ale znakomicie opisują i prezentują, a robią to z duszą na ramieniu, ponieważ zło jest ogromnie zaraźliwe. Gdy dobro jest tak trudne do osiągnięcia, tzn. wymaga pewnego wysiłku, zło zawsze jest łatwiejsze do osiągnięcia, łatwiej „lgnie do ręki”. Człowiek nieświadomy zbytnio zła, gdy sięgnie do dzieła przedstawiające zło, niejako automatycznie, a podświadomie zaraża się ideą zła, opisywaną przez autora dzieła. Co gorsza, idea ta puszczona w niepamięć odrazy i odrzucenia, znikając z horyzontu czytelnika nie obumiera lecz kiełkuje w ciemnościach na podobieństwo bladego ukwiału, na dnie Rowu Mariańskiego. Tak więc człowiek staje po raz kolejny pod krzyżem paradoksu: nie znać zła to znaczy je popełnić, znać zło to znaczy je popełnić. Jeśli nie wiadomo jak coś trzeba zrobić można to zrobić źle. Jeśli wiadomo jak robić nie należy, bo będzie to oznaczało taki to a taki skutek, ktoś może mieć złą wolę osiągnięcia takiego skutku. Jedną z najgorszych postaci zła jest niemoc jasnego rozumienia rzeczy, pogorszona percepcja, niedostateczna uwaga pod jakimś wpływem, pod wpływem jakiegoś czynnika. Brak ostrożności u alpinisty zabija go lub okalecza w oka mgnieniu. Podobnie u sapera, chwila zapomnienia, nieuwagi i… eksplozja zardzewiałego ładunku gotowa. Gdy zawodzi człowieka tak ulotny atrybut jak intuicja, może nie tylko atrybut, lecz także niejasne zjawisko, momentalnie popada on w jakiś konflikt, w jakieś uwikłanie, jakąś matnię. Może to być uwikłanie z szczęśliwym zakończeniem (happy endem), ale nie koniecznie. Zbytnia ostrożność, lękliwość, zdwojona czujność często prowadzi człowieka do obłędu, do utraty zdrowego rozsądku. Rzekomo wiadomo jak postępować nie należy, jak postępować należy, wiadomo o zachowaniu czujnej intuicji, jasnego umysłu, a zło i tak dopada człowieka w momencie, którego najmniej się spodziewa. W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w Kościele Katolickim wyszczególniono zło i nadano mu nazwę „grzechu głównego”. Liczbę, ilość grzechów określono na siedem, ale tzw. „grzechów ciężkich” jest w tymże Kościele więcej. Ogólnie można przyjąć, że grzechów dopatrzono się na znaczną liczbę, wynikających z dziesięciorga przykazań, grzechów głównych, dwóch najważniejszych przykazań ewangelicznych, przykazań kościelnych, grzechów przeciwko Duchowi Świętemu. Z pewnością inaczej przedstawia się sprawa, problem zła w kościele protestanckim, z którym od wielu już lat toczy się bogaty dialog ekumeniczny w duchu jedności chrześcijan. Dialog ten owocuje wspólnym dobrem. Protestanci w swoich doniosłych rozważaniach teologicznych usiłują jakoś uporać się ze złem tego świata, choćby w zakresie definicji grzechu, definicji zła. Sokratyczna definicja grzechu uzmysławia nam kondycję umysłową człowieka względem zła, występku i grzechu. Głupotę określa jako grzech. Grzech powoduje utratę wiedzy o nim samym. Człowiek, który grzeszy, traci wiedzę o tym, że źle postępuje, ponieważ gdyby o tym wiedział nie czyniłby tego co złe ale to co dobre. Człowiek sprawia wrażenie, że pojmuje grzech, wie jak postępować powinien, a jednak postępuje tak, jakby tej wiedzy zupełnie nie posiadał, a to co mówił o swej wiedzy nie miało nic wspólnego z jego postępowaniem. W dawnym Kościele Katolickim, myśliciel religijny i teolog Pseudo Dionizy myślał podobnie, choć dla współczesnego człowieka śmiesznie i naiwnie bo widział ideę aniołów inteligencji. Dopiero w ostatnich latach swego wielkiego pontyfikatu, Papież Jan Paweł II napisał najbardziej znaczące dzieło dla całego Kościoła, mianowicie encyklikę „Fides et ratio”. Można powiedzieć, że świat ma jeszcze jakąś szansę ocalenia cywilizacji przed zagrożeniami i złem, określanym przez naukę jako „zagubiony paradygmat”. Że balansująca na krawędzi ateizmu cywilizacja pełna pychy (C.K. Norwid „Cywilizacja”), społeczności – robotów, zbiorowej patologii miejskich molochów, zdziczałych watach biedoty, otrzyma szansę nie tylko dalszej ale i jakościowo lepszej egzystencji, godnej człowieka. Że przeżyje jeszcze kilka pięknych chwil przed finałem, właśnie dzięki temu „zagubionemu paradygmatowi”, dzięki „Fides et ratio”. Współczesna, totalitarna cywilizacja, uzbrojona po zęby dzięki złu konstruktorów bomb ABC, „złu koniecznemu”, śpi na „beczce prochu” nie wiadomo jak długo jeszcze. Może przecież dojść do serii prowokacji, fali wzajemnych urazów i pretensji, za którymi czai się pieczołowicie kultywowana i realizowana idea walki z wrogiem.  Byle pretekst da możliwość ujścia, zniszczy tamę i doprowadzi do otwartego konfliktu. Żyjemy w świecie, w którym dobrem jest to, że zło uniemożliwia zło innym. Można powiedzieć, że czasy, gdy „zło zwyciężało się dobrem” bezpowrotnie minęły. Dziś ktoś jest „dobry” dlatego, że fizycznie, przez zło większe nie może zrealizować zła mniejszego. Jest więc pozbawiony wolnej woli i wyboru, sprowadzony do roli zwierzęcia, które czeka na okazję, kiedy będzie mogło się odgryźć, odkuć, wyjść na swoje i zniszczyć konkurencję. Myślenie innego typu jest uznawane za infantylizm lub chorobę. Przymus ekonomiczny wielkiego kapitału i jego długich macek wysysa z ludzi energię i nakazuje się cieszyć tym, że za swój ciężki wysiłek może w ogóle przetrwać. Zło wyzysku ponad sprawiedliwość (zob. Jan Paweł II „Centesimus annus”) zabija w człowieku nadzieję na godziwy byt, nie wspominając o luksusie. Ktoś, kiedyś obliczał ile to można by zrobić, gdyby sumę pieniędzy miast na zbrojenia przeznaczyć na „postęp”, ile to istnień ludzkich, które co dnia umiera z głodu mogłoby przetrwać. Tyle zła jest na tym świecie, a mimo tego on trwa… to zdumiewające… nieprawdopodobne.  
    • Jestem huraganem, który wraca do Ciebie.   Jestem ciszą między słowami, w której chowam to, czego nie potrafię powiedzieć...   ...może nie chcę. Niczego nie obiecywałem. Byłem prawdziwy. Przy Tobie.   Lilie też więdną...   Zawsze jest nowy dzień. Uśmiechnij się...
    • Jestem huraganem, który wraca do Ciebie.   Jestem ciszą między słowami, w której chowam to, czego nie potrafię powiedzieć...   ...może nie chcę. Niczego nie obiecywałem. Byłem prawdziwy. Przy Tobie.   Lilie też więdną...   Zawsze jest nowy dzień. Uśmiechnij się...  
    • chcę przenieść góry pagórki i łąki chcę dostać się do mojej ukochanej biedronki chcę bażanta widzieć w pełni krasie i w wiosennym budzić się to czasie chcę kochać ptaki na rzewnym niebie i wszystko dotykać co rośnie wokół w siewie motyle i pszczoły zawsze pielęgnować chcę modry naturę, i drzewa o las próbować chcę rzeką spłynąć niczym morzem tańczyć w kwiatach z młodym zbożem chcę Tulipany wąchać i je głaskać od róży miłości chcę ciągle wzrastać chcę powiedzieć jak cię lubię że w mych myślach się nie chlubię że poemat wietrzy czułą nową dłoń to miłości ze spojrzeniem moja skroń
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...