Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

PRZYJACIEL

Umarłam w niedzielę dziesiątego czerwca. Tego dnia obudziły mnie jaskrawe promienie słońca, przeciskające się przez dziury szmaty zawieszonej w oknie szopy. Wstałam obolała ze sterty starych koców i przywarłam policzkiem do poszarpanego materiału. Na niebie zasłaniając jasną połać kłębiły się brudnoniebieskie chmury, zza których niczym aureola okalająca ziemię spływały strumienie światła. Wpadłam w niemy zachwyt. Taka pogoda miała coś z boskości, pełna tajemniczego czaru.
- Ach… - co chwila wyrywał mi się z piersi okrzyk podziwu. Błądziłam wzrokiem po nieboskłonie aż do chwili gdy wszystkie promienie skryły się za ciemnym całunem, a nagły deszcz opadł na ziemię tworząc nieprzerwaną ścianę. W szopie zrobiło się ciemno jak w czasie najgłębszej nocy, a na dworze niebo jaśniało raz po raz przeszywane powykrzywianymi błyskawicami. Ta pogoda też była piękna, ale trochę się bałam, dlatego skuliłam się ponownie na kocach. Chciałam jak najszybciej biec do domu, do mamy i taty. I do siostry. Ale przecież nie mogłam. Oni mnie nie kochali, dla nich liczyła się tylko Karolina, a ja byłam tylko przywarą, kaprysem losu. Zawsze mieli do mnie pretensje, popychali i załamywali ręce patrząc na moją nieporadność. Ale ja naprawdę się starałam! Tak bardzo chciałam, by uwierzyli, że robię wszystko by byli ze mnie zadowoleni i chwalili jak starszą siostrę. Jednak im bardziej się starałam, tym bardziej wszystko leciało mi z rąk, niszczyło się lub sama sobie coś łamałam. Ale ja naprawdę chciałam dobrze! Nie rozumieli tego, aż w końcu nie mogli już na mnie patrzeć. Z resztą nie dziwię się. Sama nie lubiłam stawać przed lustrem. Widziałam w nim postać tak wykrzywioną jak w Miasteczku Luster. Gruba, niska jak karzeł, z koślawymi oczami i szerokim nosem. Karolina natomiast mogła całymi dniami wystawać analizując swoje odbicie, siadałam wtedy obok i sama podziwiałam jej doskonały profil. Była całkowitym zaprzeczeniem mnie, szczupła, wysoka o drobnej twarzyczce, którą okalała burza złotych loków. Nie można było jej nie kochać. No i była dobra, pomogła mi tu przyjść, tak by rodzice nie zauważyli. Musiała chyba im coś powiedzieć, choć nie pojmowałam co, bo normalnie zawsze mnie szukali nazajutrz, a dziś nikt nie biegał po podwórku i nie nawoływał po krzakach. Zrobiło mi się bardzo smutno. Zawsze gdy uciekałam czekałam na ten moment poszukiwań, czułam się wtedy ważna, zależało im na mnie. Mama nawet się martwiła i sprawdzała, czy się nie skaleczyłam. A teraz cisza. Nikt nie przyszedł. A głupia łza płynęła mi po policzku choć nie chciałam za nic w świecie płakać, bo duże dziewczynki nie beczą. Ona jednak nie słuchała się w zupełności, bo wezwała jeszcze swoje koleżanki i teraz jedna za drugą moczyły mi bluzkę. Gdybym nie była tak śmiertelnie obrażona, jak dziś, to pewnie wróciłabym sama do domu, zwłaszcza że po czekoladzie został mi tylko papierek, ale nie mogłam, mam swój honor. Zatopiłam się we wspomnieniach wczorajszego dnia, by wzmóc w sobie poczucie odrzucenia i buntu.
- Zostawisz ty ją w spokoju? To wszystko przecież na nic! – usłyszałam krzyk mamy zza drzwi ich sypialni. Nigdy nie podsłuchiwałam, ale teraz musiałam sobie wybaczyć. Przecież to nie moja wina, że Mruczek wdrapywał się po poręczy akurat tu.
- Co na nic, co na nic? Chcesz to wszystko tak zostawić? Wiecznie żyć nie będziemy, musi być samodzielna, Karolina nie będzie się nią przecież zajmować. – wyczułam, że tata był nie mniej wzburzony niż mama.
- Krzysztof, ona ma Downa, nigdy nie będzie samodzielna! Zrozum, ona nigdy nie będzie taka jak inni. Nie każ jej być kimś, kim nigdy się nie stanie. Jest głupia i głupia pozostanie.
- Ale żyć musi, nie zabijesz jej przecież jak my będziemy odchodzić. Jak umrzemy to co z nią się stanie? Myślałaś kiedyś trzeźwo?
- Przestań! Nie wiem co się stanie, ale nie zmienisz jej, ona ma pusty łeb, jest nieporadna, nie da rady żyć sama. Trzeba ją będzie oddać, w zakładzie lepiej się nią zajmą niż jak zostanie sama!
Potrząsnęłam głową chcąc odrzucić złe myśli. Nie kochali mnie, tyle wywnioskowałam z ich rozmowy. Nie było wątpliwości. Kłócili się przeze mnie i chcieli gdzieś oddać, a sami tylko z Karoliną uciec i zostawić mnie nie wiadomo gdzie. Nie kochali i już. Życie jest paskudne!
Chociaż właściwie nie do końca. Było jedno małe światełko w moim ciemnym życiu. Kamil. Był synem sąsiada i zawsze się do mnie życzliwie uśmiechał, przychodziłam do niego nieraz gdy naprawiał samochody. Był mechanikiem, jak mówił, a to bardzo odpowiedzialny zawód. Mogłam być tylko dumna z tego, że taki ktoś chce się ze mną przyjaźnić. Opowiadał mi o samochodach, o tym jakie są piękne i że mają duszę. Ja mu w zamian mówiłam o kwiatkach, jakie zerwałam z łąki i o wyprawach z Mruczkiem na polowania. Choć on chyba nie lubił gdy za nim chodziłam po dworze. Pewnie dlatego, że przeze mnie nie mógł złapać żadnej myszy. Tak, Kamil był super. Dawał mi nieraz cukierki, robił wianki z moich kwiatków, potem je nosiłam na głowie albo na szyi. Raz zrobił mi nawet bransoletkę, ale rozwiązała się i nie mogłam jej dłużej nosić. Kamil mówił że to dlatego, że łodyżki były za twarde, pewnie tak, on się na tym przecież zna. Czasami do Kamila przychodziła dziewczyna, prawie tak ładna jak Karolina. Nic mi nie zrobiła, ale nie lubiłam jej. Gdy widziałam ją z moim przyjacielem to coś się ze mną działo, byłam prawie gotowa pójść i uderzyć ją z całych sił. Raz, że uśmiechała się do niego tak ładnie jak ja nie umiałam, a drugi raz dlatego, że i on się do niej uśmiechał inaczej niż do mnie. Ale nie zrobiłam tego. Mama mówiła, że nie można nikogo bić.
Deszcz właśnie przestał padać i na niebie pojawił się wątły blask słońca przebijającego się zza ostatnich burzowych chmur. Wyszłam na dwór, a ponieważ byłam już strasznie głodna postanowiłam pobiec do Kamila. Może miałby jeszcze jedną czekoladę? Zdyszana dopadłam drzwi domu sąsiadów, ale były zamknięte. Dzwoniłam i dzwoniłam, ale nikt nie odpowiadał. Aż wreszcie sobie przypomniałam, że przecież dziś jest niedziela, a Kamil mi opowiadał o wyprawie za miasto jaką planują. Chcieli iść do takiego dużego lasu, pospacerować. I pamiętam, że byłam na niego zła, bo ta dziewczyna miała tam być, a mnie zabrać nie chciał. Ale już się na niego nie gniewałam. Mama i tata byli gorsi i chciałam mu to powiedzieć.
Cóż, nie pozostawało mi nic innego jak ich odszukać.
Wiedziałam gdzie jest stacja kolejowa i w którą stronę należy jechać, by dostać się do lasów. Nie zastanawiając się dłużej ruszyłam uliczką przed siebie, a stojąca woda zaczęła chlupać mi w butach. Kamil zawsze umiał pocieszyć, teraz też musi. Potrzebowałam go! On mnie zawsze zrozumie. Słońce zamigotało jakby trochę jaśniej i od razu poczułam się lepiej. Minęłam kasy, bo nie miałam czym zapłacić za bilet, zresztą wydał mi się on zupełnie zbędny, taki brzydki. Nie wiem dlaczego ludzie, w tym mama, płacą za takie byle co tyle pieniędzy. Po chwili znalazłam się na tłocznym peronie, na który wtoczył się długi pociąg dalekobieżny. Wszyscy poczęli na raz wsiadać, przepychać się i pokrzykiwać wyzwiska. Stałam trochę na końcu, ale na szczęście i ja się zmieściłam. Jak to dobrze, że te pociągi są takie duże. Jechałam stojąc przy oknie na korytarzu. Otworzyłam szybkę i wystawiłam głowę. Wiatr tak miło muskał moją twarz i rozwiewał włosy. Słyszałam swój śmiech, który porywały kolejne podmuchy niosąc go nie wiadomo gdzie. Krajobraz zmieniał się bardzo szybko. Najpierw migały mi przed oczami bloki, które z czasem ustąpiły miejsca takim małym domkom z działkami, a te znów zmieniły się w pola i lasy. Nagle pociąg szarpnął i z piskiem zatrzymał się na stacji. Pierwsza stacja! Kamil mówił, że to niedaleko, pierwsza stacja! Ruszyłam pędem do wyjścia. Niechcący potrąciłam jakąś starsza panią, bardzo na mnie krzyczała. Wysiadłam.
Dookoła mnie wznosił się ciemnozielony las z mnóstwem ścieżek i większych szlaków. Teraz nie wiedziałam jak mam już iść. Poszłam prosto przed siebie, bo Kamil mówił, że tak najlepiej. Musiałam długo błądzić, bo minęłam już mnóstwo ludzi i nieprzebraną ilość drzew, aż nagle usłyszałam głos matki Kamila. Są! Pobiegłam w stronę skąd dochodził głos. Rodzice Kamila nie specjalnie mnie lubili, ale to chyba taka właściwość rodziców. Ważne, że mój przyjaciel był już dorosły i sam decydował z kim chce rozmawiać. Rozpierała mnie duma, postawił się ojcu dla mnie. Powiedział, że nie robi nic złego i że potrzebna jest mi chwila uwagi. Jakie to były miłe słowa! Aż mi serce biło mocniej! Wpadłam w zarośla i przewróciłam się. Głosy sąsiadów dobiegały z daleka, gdzieś poza szlakiem, przedzierałam się przez gęste krzewy, które jak złowrogie potwory czyhały tylko na to jak mnie złapać i skaleczyć. Miałam już porysowane całe łydki, gdy nagle zarośla przerzedziły się, a oczom moim ukazał się niecodzienny widok. Na małej polanie rozgrywała się dramatyczna scena. Najbliżej mnie byli rodzice Kamila i ta dziewczyna zwróceni w stronę mojego przyjaciela, który stał przyparty do drzewa, a tuż przed nim ogromny niedźwiedź. Opierał się na tylnych łapach, a przednimi niebezpiecznie wymachiwał. Zawsze myślałam, że misie są ładne i łagodne. Ten taki nie był. Chciał najwyraźniej skrzywdzić mojego przyjaciela i był brzydki! Bardzo brzydki! Brunatne futro było gdzieniegdzie prawie czarne, a w innych miejscach tworzyło wyszarpane zakola. Pysk zupełnie nie pasował do pluszowy zabawek, a ryk wywoływał dreszcze na skórze. To bardzo nieprzyjemne uczucie. Stałam tak chwilę zniesmaczona, gdy nagły zamach niedźwiedzia niemal zmiażdżył Kamila. Ledwo co zdołał się uchylić, a potężny cios został zatrzymany na drzewie. Patrzyłam na jaśniejące ślady po pazurach i zdałam sobie sprawę, że powinnam się bać. Nagła fala strachu oblała moje ciało, z całą jasnością dotarło do mnie, że mój przyjaciel może umrzeć! Nie mogłam do tego dopuścić, miałam tylko jego i on tak dużo dla mnie zrobił. Przed oczami stanęły mi wszystkie radosne dni z nim spędzone, jego ciepłe słowa i przytulenia.
- Nie! – krzyknęłam. Poczułam, że nogi same niosą mnie na polanę, pędziłam na oślep wprost na niedźwiedzia. Jakaś ręka chciała mnie zatrzymać, lecz wyrwałam się i biegłam dalej. Uderzyłam w twarde futro zwierzęcia. Potem wszystko toczyło się już poza mną. Poczułam ból w plecach, nagły krzyk Kamila, znalazłam się w powietrzu i wymachując rękami starałam się pojąć co się stało. Tak bardzo bolały mnie plecy, myślałam, że zaraz zemdleję, szumiało mi w uszach i coraz mniej do mnie docierało. Ktoś odciągnął ode mnie Kamila, jakiś ruch w krzakach, wyszło dwóch ludzi z bronią, ktoś ich wezwał, oczy zaszły mi krwią i przestałam cokolwiek widzieć, słyszałam jeszcze jeden strzał, a potem zaległa cisza. Umierając byłam bardzo smutna, bo pomyślałam, że Kamil będzie smutny. Nie wiedział, że już nie jestem na niego zła.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
    • mam życiorys spisany na kolanie popruty profil z facebooka mechanizm iluzji i zaprzeczeń opancerzony wokół dendrytów mam gumę turbo i młodość za sobą   schowałem niewypowiedziane w równaniach bez reszty drobne nieścisłości zaliczone zostaną w błąd pomiaru   czarne poranki gdy nic nie trzeba chcieć czyste życie hemoglobiną wypełnia krew   podmiot nie jest dany podmiot stwarza się   patrzy na mnie kriszna w kołysce w całej osobie liczby pojedynczej tuż przed podziałem przed brakiem zanim rachunek zdań nazwie pierwszą rzecz    
    • Alana za siksą wąski sazan. Ala
    • Jem sód od ósmej   Ech, cmokam! Sód ósmakom chce   I namakam. Sód od ósmaka Mani   Sód ułud. Ós!
    • Ano Kai lana kanalia kona
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...