Paweł Luis Opublikowano 30 Kwietnia 2007 Autor Zgłoś Opublikowano 30 Kwietnia 2007 Wstał z łóżka lewš nogš po ciężkiej nocy. W pamięci miał babciny zabobon i wierzył, że może to oznaczać nieszczęcie. Na domiar złego po wyjciu spod wilgotnej od nocnego potu kołdry zahaczył nogš o stolik przylegajšcy do łóżka i zranił się bolenie. Kiedy już wreszcie stanšł na nogach i podszedł do okna, zamarł. Za szybš zamiast codziennego ukochanego widoku na morze, dostrzegał subtelnie pokryte nieżnš czapš szczyty. Nieszczęcie wisi w powietrzu, pomylał. Poczuł w nozdrzach specyficzny zapach zbliżajšcej się do niego tragedii. Przetarł oczy i znów spojrzał za okno. Cišgle widział ostre granitowe wierzchołki i nieg. Poranne słońce napawało go, co prawda zachwytem i nieznanš dotšd radociš. Pomimo tego czuł jednak niepokój. Nie rozumiał powodu sytuacji, w której się znalazł. W głowie miał jeszcze szum fal i spontaniczny krzyk mew, ale przed sobš widział co zupełnie odmiennego. Nie przywykł do patrzenia na skały. Nawet nie znał ich widoku. Jedyne skały, jakie dotychczas dostrzegał, to kamienie i głazy pozostawione przez uciekajšcy pod naporem ciepła lšdolód. Najwięcej było ich na plaży, w okolicach klifu gdzie przesiadywał godzinami wpatrujšc się w błękitnš morskš dal. Dzi było inaczej. Horyzont ograniczał się do kilku niedostępnych, zdawać by się mogło, szczytów, jakich drzew dostrzeganych w oddali i nic poza tym. A gdzie przestrzeń? Gdzie morze? Gdzie fale i ptaki? Długo spacerował wokół cian pokoju, zdenerwowany, zanim odważył się wyjć na zewnštrz. Wreszcie spakował co do jedzenia, ubrał się ciepło i wyszedł. Zdziwiony, ulegał stopniowo wrażeniu, że im dalej w górę, im wyżej się wznosił, tym krajobraz stawał się coraz ciekawszy. Szczególnie strome zbocza powodowały wiele radoci i dostarczały nowych nieznanych wzruszeń. Z zachwytem spoglšdał swobodnie w głęboko wcięte doliny wzbogacone strumieniami pobłyskujšcej na słońcu wody. Patrzšc na te wstęgi płynšcych w oddali potoków rekompensował sobie tęsknotę za wielkš morskš przestrzeniš, do której był przyzwyczajony obserwujšc bezkresy Bałtyku. Podobało mu się także i to, że znajdował się wyżej niż czuby strzelistych sosen. Kiedy tak wspinał się coraz wyżej i wyżej zgłodniał wreszcie. Usiadł na jednej ze skał na zboczu. Zjadł przygotowane przed wyjciem kanapki i popił ciepłš herbatš z termosu. Zapragnšł jeszcze przez chwilę odpoczšć. W ciszy przegryzał soczyste jabłko, gdy nagle owoc wyleciał mu z ręki i potoczył się w dół urwiska. Wstał zdziwiony, wodził nieufnie wzrokiem szukajšc owocu i wyrzekł do siebie Boże, jak to wszystko ogarnšć? Dręczony rozterkami dotarł wreszcie do szczytu. Dopiero tam zaznał spokoju, za którym tęsknił od rana. Rozglšdał się dokoła i spostrzegł, że z wierzchołka szczytu roztacza się nieporównanie większa przestrzeń, od tej, którš mógł dostrzec dotychczas nad brzegiem morza, choćby nawet na najwyższej krawędzi podciętego morskiego brzegu. Dziwiła go zaskakujšca bliskoć innych wierzchołków, które z dołu zdajš się być bardzo odległe i wręcz nieosišgalne. Rad był, że mógł podziwiać inne, niższe szczyty z wyższego pułapu. Cieszył się z chmur, które go przenikały i nie potrafił już odróżniać ich od zwyczajnej mlecznej mgły. To wspaniałe miejsce na mierć pomylał, jeli kiedykolwiek będę musiał umrzeć, chciałbym, aby to nastšpiło tutaj, na jednym ze szczytów, pod samym niebem, na dachu wiata. Długo trwało zanim zdecydował się na zejcie. W dodatku znów, podobnie jak rankiem jego wrażliwe receptory wyczuwały zapach nieszczęcia. Niepostrzeżenie z chmur, którymi się cieszył na szczycie zaczšł padać drobny i ucišżliwy deszcz. Schodził w dół niespokojny. Bardziej interesowały go rozłożyste widoki, niż liskie od mżawki powierzchnie skał, które miał pod nogami. Co jaki czas potykał się albo lizgał i bronił przed upadkiem. Wreszcie wypatrzył niewielkie jezioro w zagłębieniu, które przypominało gigantyczny amfiteatr. Widok wody, choćby w postaci najmniejszego polodowcowego stawu tak bardzo go zaciekawił, że zupełnie przestał pamiętać, ze wcišż leci z nieba nieprzyjemny, chociaż niewielki deszcz, który utrudnia swobodne poruszanie się po kamiennym szlaku. Za wszelkš cenę chciał dotrzeć do stawu i choć na chwilę popatrzeć w lustro przejrzystej wody. Schodzšc na skróty, stromym i liskim zboczem, stracił równowagę na wilgotnej granitowej powierzchni. Odpadł od skały i zleciał w przepać zahaczajšc lewym bokiem o gałš drzewa próbujšc ostatniego ratunku. Turyci obserwujšcy zdarzenie poniżej ze słonecznej hali, z przerażeniem myleli o niepotrzebnej, przypadkowej mierci. Tylko jeden stary człowiek siedzšcy pod wielkim głazem, trzymajšc drewniana laskę wstał i wyrzekł sam do siebie to piękny dzień na mierć i po tych słowach jakby na potwierdzenie pokazała się kolorowa wstęga na niebie. Bo czasem zdarzajš się dni odpowiednie, jakby specjalnie na co stworzone. Tamten dzień, był akurat dniem wymarzonym i odpowiednim na mierć.
Zenek Siwy Opublikowano 5 Maja 2007 Zgłoś Opublikowano 5 Maja 2007 Skomentowałbym ten tekst już wcześniej, ale myślałem, że Autor podmieni wersję, aby miała polska czcionkę. Źle się czyta z tymi znaczkami. Początek mi się nie bardzo podoba. Wstawanie lewa nogą sugeruje, że bohater opowiadania będzie zły, czy niezadowolony z czegoś, a tu nagle przenosi się w góry, chociaż mieszka nad morzem. Taki pomysł przeniesienia akcji w czasie i miejscu nie jest zły, ale dalej nic go nie uzasadnia, więc logiczniej byłoby powiedzieć o wyprawie w góry, wycieczce, urlopie. Rozumiem, że to był zamysł nadania opowiadaniu cech nierzeczywistych, ale dalej jest zwyczajnie, góry, turyści, stary człowiek. Brakuje jakiegoś początkowego elementu, który by usprawiedliwiał, czy sugerował, że coś jest nienormalnego w świecie bohatera. Niektóre myśli nie bardzo udane, np. "Poczuł w nozdrzach specyficzny zapach zbliżającej się do niego tragedii." Niby jak pachnie tragedia w dodatku w pokoju hotelowym? Specyficzny? "Nie przywykł do patrzenia na skały. Nawet nie znał ich widoku." Jak to nie znał? Nigdy nie widział gór, choćby na zdjęciach, czy w telewizji? "Długo spacerował wokół ścian pokoju, zdenerwowany, zanim odważył się wyjść na zewnątrz. Wreszcie spakował coś do jedzenia, ubrał się ciepło i wyszedł" Najpierw się odważył wyjść na zewnątrz (czyli wyszedł), a potem się spakował i wyszedł (drugi raz)? Zakończenie lepsze niż początek. Element zaskoczenia i mówiący ze spokojem, o śmierci w górach, stary człowiek, który pewnie sam już czeka na śmierć i zastanawia się jaka ona będzie. W sumie pomysł ciekawy, ale opowiadanie zostawia jakiś niedosyt po przeczytaniu. Może warto by było nad nim popracować bo zakończenie OK.
Paweł Luis Opublikowano 6 Maja 2007 Autor Zgłoś Opublikowano 6 Maja 2007 Bardzo Panu dziękuję za przeczytanie. Zdaję sobie sprawę, jaka to była trudność bez polskich znaków. Przepraszam za taką niefortunną czcionkę, nie wiem dlaczego taka wyszła. Jak wklejałem z worda, było ok. Dziękuję za wszystkie uwagi. Pozdrawiam.
Rekomendowane odpowiedzi
Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto
Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.
Zarejestruj nowe konto
Załóż nowe konto. To bardzo proste!
Zarejestruj sięZaloguj się
Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.
Zaloguj się