Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Właśnie niedawno minęły dwa lata, kiedy Śiwy uciekł ze schroniska. Od pierwszej chwili, wiedział, że musi to zrobić. Przebywanie tu byłoby dla niego zbyt upokarzające. Przy pierwszej lepszej okazji, czmychnął brawurowo, wprawiając w osłupienie opiekunów i resztę pensjonariuszy. Kłapy, natomiast, dał dyla trochę później, za sprawą Siwego, który pomógł mu zrobić podkop. Siwy od pierwszego dnia po ucieczce, niczym Forest Gump, biegał jak w jakimś amoku, podróżniczym zapale, przemierzając ulice miasta. Okrążał wielokrotnie aleje parków, skwerów, osiedli. Biegał jak długodystansowiec, systematycznie pokonując coraz większe odległości. Biegał, biegał, biegał, żywiąc się powietrzem. Poszukiwał uparcie zapachu swojej ukochanej pani.
Po tygodniowej tułaczce z trudem odnalazł w końcu miejsce swego dzieciństwa i niezapomnianej młodości. Natychmiast postanowił zaszyć się na tyłach posesji od strony starego parku, aby tam spokojnie w ciemnej norze, przeżywać swą rozpacz. Czasem towarzyszył mu Kłapy, który nie wiedząc o co chodzi, asekurował na wszelki wypadek swojego wybawcę. Domyślał się, że Śiwy ma duży problem i niestety nie mylił się.
Historia jego była ciekawa i tragiczna zarazem.
Siwy trafił do domu państwa Podbielskich jako śliczna srebrno-szara kuleczka, akurat w dniu zaślubin pana Bronisława z piękną, delikatną, młodziutką poetką Joanną. Bronisław był, obiecującym, znanym literatem. Joannę pokochał szczerze z wzajemnością. Wyjątkowo wzruszała go, jej wrodzona, dziewicza wrażliwość na piękno natury i miłość do zwierząt. Pewnie dlatego przyjaciel z północy, obdarował Joannę w dniu ślubu śliczną puszystą, żywą maskotką. Od tej chwili, po Bronisławie, była to chyba największa miłość Joanny. Bawiła się z nim w chwilach wolnych, czyściła, pielęgnowała, wyczesywała mu obfite, srebrno-siwe futerko.
Siwy szybko wyrósł i stał się wyjątkowo okazałym, pięknym owczarkiem, obdarzonym przez naturę bujną, puszystą i gęstą, srebrzystą sierścią. Wyraźnie wyróżniał się wśród innych. Pan Bronisław, jako uzdolniony pisarz, robił dość błyskotliwą karierę. Zapraszano go wraz żoną w różne miejsca Europy. To też i Siwy, jako wybraniec losu, posiadał prawdziwy psi paszport z fotografią. Dreptał sobie czasem beztrosko z Joanną po bruczkach Londynu, Paryża lub Wiednia. Najgorzej zniósł podróż do Aten. Praktycznie cały czas pobytu, musiał spędzić w klimatyzowanym "hotelu" dla psich VIP-ów. Nie był bowiem w stanie znieść tamtejszych sierpniowych temperatur.
Tak więc można powiedzieć, pędził szczęśliwe życie światowca, miłującego podróże, aż do krytycznego dnia, w którym pękło z trzaskiem jego piękne, romantyczne psie szczęście.

Trafił do schroniska jako sierota nagle pozbawiona Pana. Powodem takiego nieszczęśliwego losu, był tragiczny, śmiertelny w skutkach wypadek jego ukochanej pani, którego notabene sam był świadkiem. Było to w lutym. Joanna postanowiła przejść się z psem na spacer, a przy okazji wstąpić do cukierni po wykwintne wypieki, mające uświetnić kolację z Bronisławem. Zginęła nagle na oczach Siwego, pod wyładowaną ciężarówką, która wpadła w poślizg na oblodzonej jezdni. Od tego czasu jego wierne psie serce krwawi nieustannie.

Po jakimś czasie Siwy, wyczołgał się ze swojego nowego mieszkania w norze pod starym dębem, na tyłach posesji Bronisława. Jego mądre załzawione psie oczy, ciągle były przepełnione rozpaczą. Zauważył to Kłapy, lecz jakby nigdy nic, krzyknął - nie marudź Siwy, chodź od dziś będziemy biegać razem. I znowu biegali, biegali, biegali. Przemierzali wzdłuż i wszerz ulice wielkiego miasta, żywiąc się powietrzem i porzuconymi resztkami żywności, znajdywanymi nocą wokół barów i sklepów. Bieganie weszło im w krew. Uczynili sobie z tego sposób na życie. Kłapy wykombinował sobie w swoim psim rozumku, że skoro Siwemu przynosi to ukojenie, to może i jemu pomoże. Kłapy nie znał historii Siwego i Siwy nic nie wiedział o losach Kłapego.

Mijały długie miesiące. Nasi niestrudzeni długodystansowcy, poprzez mozolne treningi, stawali się mistrzami i dobrymi przyjaciółmi zarazem. Czasem Siwy, gdy go chandra męczyła, zaszywał się na krótko w norze pod dębem, nasłuchując tęsknie odgłosów domu. Wsłuchiwał się niekiedy w dźwięki pięknej muzyki, lub strofy poezji czytanej przez kogoś, po czym od nowa rozpoczynał wraz z Klapym swój swoisty relaks.

Pewnego dnia musieli przerwać codzienny trening, gdyż w krzakach na obrzeżach parku obok Siwego, natknęli się na ciężko rannego Pikusia, psa pana Szczebelka. Pikuś poznał Siwego. Nie tracąc więc fasonu, prawie umierającym głosem rzekł :- a cóż to pan Podbielski znów w kraju bawi ? Nie wiedział małolat o tragedii sąsiada. Sytuacja wyglądała źle. Pikuś był w stanie prawie agonalnym. Mimo głębokiej rany zadanej mu jakąś motyką lub grabiami, był niemal wycieńczony z głodu. Siwy z Klapym natychmiast obskoczyli pobliskie rejony, przynosząc małemu trochę niezłego żarcia, aby mógł syty, w psi sposób, zacząć walczyć z chorobą, wylizując intensywnie swoje rany. Rany te zadał mu pan jego ulubienicy - Rudzi, sąsiad, zły człowiek. Przezywali go Burak.
Tydzień temu Burak podszedł pod płot i mówi:
- Panie Szczebelek, ten pański Pikuś to taki cóś więcej amorozo jest. Jak go jeszcze raz u swojej suki namierzę, to przypierdolę motyką gdzie popadnie, jasne!
Jak powiedział tak zrobił.
Rudzia była śliczną, małą suczką o rudej sierści, miłym wydłużonym pyszczku i cudownych granatowych oczkach przypominających koraliki. Nic dziwnego, że Pikuś oszalał. Burak nie dbał o zwierzę, bił suczkę i głodził, a sam głównie pił.
Rudzia przerażona tym co zrobił jej Pan Pikusiowi, natychmiast uciekła od Buraka w poszukiwaniu ukochanego. Zajęło jej to prawie trzy dni. Całkowicie wycieńczona odnalazła ciężko rannego Pikusia w krzakach na peryferiach. Byli już przy nim Siwy i Kłapy. Ranny lizał rany, a przyjaciele kradli dla niego, gdzie się da, najlepsze kąski. Zadbali również o maleńką Rudzię.
Ludzie czasem mówią " goi się jak na psie". W przypadku Pikusia powiedzenie nie było pozbawione racji. Młodziak i zdrów jeszcze, toteż z pomocą przyjaciół, jakoś się wylizał, wygrywając z motyką Buraka. Odczucia spowodowane cierpieniem kolegi, jego walką o życie a następnie wyzdrowienie, spowodowały, że razem okrzepli i postanowili się już nie rozstawać.
Przywódcą stada był oczywiście Siwy, jako doświadczony światowiec, obdarzony prezencją, oraz wybitnym rozumem i sprytem. Różnica wzrostu powodowała, że nie mogli jak niegdyś prędko pokonywać dużych odległości, więc szwędali się bez pośpiechu, obserwując otaczający ich świat, z godną uwagi psią filozofią. Krótko mówiąc spędzali razem czas, jak grupa dobrych przyjaciół. Siwy czasem przeżywał dołki. Oddalał się wtedy do swojej samotni pod dębem, aby tam bez świadków wypłakać się na zapas, lub posłuchać smutnej pięknej muzyki, płynącej z uchylonego okna pokoju Bronisława. Dołączał po kilku dniach do grupy, w nostalgicznym nastroju i wszystko wracało do normy. Znowu biegali po całym mieście w poszukiwaniu przygód i różnych ciekawych rzeczy. Zimne noce spędzali w upatrzonych ciepłych kryjówkach, a dniami niestrudzenie pod wodzą swojego przewodnika, wędrowali szukając wrażeń.

Pewnego dość mroźnego wieczoru, Siwego znowu naszła melancholia. Tym razem zaproponował grupie, wspólne spędzenie czasu w pobliżu jego rodzinnego domu. Był czternasty lutego. Niebo prawie bezchmurne. Całe towarzystwo bezszelestnie prześlizgnęło się przez stary park, aż pod południową stronę wielkiego domu Podbielskich. Zaszyli się przytulnie w zaroślach tuż przy ogrodzeniu. Przewodnik dał znak, aby usadowili się wygodnie, gdyż spędzą tu sporo czasu. Siedzieli sobie cichutko, wpatrując się w pogodne niebo, oraz melancholijnie powiewające gałęzie roślin ozdobnych starego ogrodu. Zrobiło się już bardzo późno. Nagle spostrzegli, że na piętrze w niewielkim oknie zapaliło się delikatne światło, następnie usłyszeli odgłos otwierania okna. Było to okno pokoju pana Bronisława. Siwy zaskomlał łagodnie ze wzruszenia. Wyraźnie widać było męską sylwetkę szukającą czegoś na półce. Był to czarny krążek, widywał takie w domu wiele razy. -Teraz słuchajcie uważnie- powiedział Siwy bardzo przejęty.
Zwierzęta w pełnej koncentracji wpatrywały się w słabo oświetlone uchylone okno nasłuchując uważnie.
W pewnym momencie po starym ciemnym ogrodzie, przy akompaniamencie organów Hamonda, rozległ się niepowtarzalny, pełen dramatyzmu głos wybitnego artysty.

" Jednego serca tak mało, tak mało,
Jednego serca trzeba mi na ziemi !
Co by przy moim miłością zadrżało,
a byłbym cichym pomiędzy cichemi."

Sceneria przy, której rozległa się strofa sonetu, była wyjątkowa. W pewnym momencie zerwał się wyjący wiatr, który w ciemności potęgował podniosły nastrój.
Siwy, Kłapy, Rudzia i Pikuś poczuli dziwny dreszcz przeszywający ich ciała. Wiatr wył coraz głośniej. Siwy swą potężną piersią, dawał osłonę Pikusiowi i Rudzi. Słychać było coraz gorzej, lecz nadal w skupieniu przeżywali ten swoisty spektakl. Znowu wśród wiatru dał się słyszeć fragment pieśni.

" Bym zasnął słodko, marząc o aniele,
Który mnie niesie w objęciach do nieba;
Jednego serca! Tak mało mi trzeba,
A jednak widzę, że żądam za wiele!"

Pikuś pod ciepłą osłoną Siwego, zaczął leciutko przytulać się do Rudzi, a ona odwzajemniała się tym samym. Oboje poczuli cichutkie, miłe kołatania w swoich maleńkich psich serduszkach. Pikuś wyznawał miłość, oblizując jej piękny pyszczek.
Znowu wiatr trochę ucichł. Tym razem słychać było głos artysty wspomagany dynamicznym żeńskim chórkiem. Wszystko to w połączeniu z brzmieniem wirujących głośników wspaniałego instrumentu, dawało im niezapomniane przeżycia. Gdy rozległo się końcowe parlando: aaa aaa aaa, Siwy nie wytrzymał wzruszenia i mając przed oczyma obraz swej Pani, pierwszy zaintonował, wyjąc żałośnie cichym basem: auuu .....
Klapy, Pikuś i Rudzia natychmiast dołączyli do chóru, wzbogacając brzmienie coraz to wyższymi dźwiękami. Wyszło im to pięknie. Donośnie brzmiący, wzruszający chór grupy przyjaciół, niósł swą pieśń daleko w tę mroźną noc.


KONIEC

W opowiadaniu wykorzystano fragmenty sonetu A. Asnyka.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @piąteprzezdziesiąte   Dziękuję podwójnie

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

          Pozdrawiam
    • Dziś* Walenty z miasta Kęty Czuł się jakby z krzyża zdjęty Była wolna chatka Miała przyjść Agatka Doszedł z viagrą sam do ...puenty   *czyli 15 dnia lutego
    • @Wiechu J. K. Próbujmy bracia nieustająco, Pięknego dnia!
    • @Berenika97 @Rafael Marius @Jacek_Suchowicz   Za mistrzem...   Fraszki to wszystko, cokolwiek myślimy, Fraszki to wszystko, cokolwiek czynimy; Nie masz na świecie żadnej pewnej rzeczy, Prózno tu człowiek ma co mieć na pieczy. Zacność, uroda, moc, pieniądze, sława, Wszytko to minie jako polna trawa; Naśmiawszy się nam i naszym porządkom, Wemkną nas w mieszek, jako czynią łątkom.    Dziękuję. 
    • nie pamiętam, kiedy to się zaczęło. czy wtedy, gdy furtka zgrzytnęła w środku nocy, jakby ktoś szukał wejścia nie na posesję, ale do mojego ciała. czy wtedy, gdy znalazłem pod wycieraczką zardzewiały gwóźdź, wygięty na końcach, gotowy wbić się w dłoń, w serce, w sen, jakby już wiedział, gdzie trafić. a może wcześniej. gdy jego córeczka biegała po ogrodzie i krzyczała do pustego powietrza: - nie ruszaj mamy. - nie ruszaj mamy. jakby ktoś stał tuż obok, dokładnie tam, gdzie nic nie powinno stać. robert był idealny. punktualny. pomocny. uśmiech miał gładki jak szkło polerowane w laboratorium cieni, tak czyste, że nie zostawiało odbicia. ale oczy… gdy w nie patrzyłem, zimno zaczynało się we mnie poruszać, powoli, jakby znało drogę. w źrenicach coś było - nie ciało, raczej miejsce po nim. głód bez kształtu, po czymś, co już zjadło swoje imię i nauczyło się patrzeć dalej. jego cień czasem nie nadążał. spóźniony o ułamek sekundy, jakby musiał się zastanowić, czy jeszcze chce za nim iść. kiedy mówił, odbicie w szybie nie otwierało ust. jakby coś z jego wnętrza słuchało osobno. pierwsze ciało we wrześniu. drugie w październiku. trzecie w grudniu, tuż przed świętami. kolejne w marcu. zawsze młotkiem. zawsze kobiety. zawsze noc. ostatnia, trzynaście lat. media pisały o „fryzjerze”. o tym, że wkładał im włosy w dłonie, jakby chciał, żeby coś jeszcze miały przy sobie po śmierci. ja wiedziałem wcześniej. widziałem go nocą z czarną torbą, spokojnego, jakby wracał z miejsca, gdzie wszystko było już załatwione. zacząłem dziennik. czasem kartki były ciepłe. jak skóra po czyimś dotyku. znały mój charakter pisma, zanim nauczyłem się go pisać. atrament pachniał metalem, zanim dotknąłem pióra. każdy krok. każdy oddech. każdy cień. śniłem o nim. za niego. czułem chłód żelaza, puls dłoni tuż przed śmiercią, serce drugiej osoby sekundę przed tym, jak świat przestaje się do niej odzywać. czasem nie wiedziałem, czy zapisuję, czy tylko pozwalam, żeby przechodziło przeze mnie. wysłałem anonim do policji. zdjęcia. cisza, która nie miała końca, tylko głębokość. potem list. w środku zdjęcie mojej córki. jej twarz - zamarznięta w półuśmiechu, jakby ktoś kazał jej nie oddychać. na odwrocie odcisk błotnistego buta. ciężki. pewny. tej nocy córka nie spała. chodziłem, zapalałem i gasiłem światła, sprawdzałem zamki, jakby dom mógł się jeszcze obronić. - tato? jej oczy patrzyły jak okna do innego czasu, takiego, który już się wydarzył, ale jeszcze nie dotarł. - tato… czy to, co patrzy przez twoje oczy, też śni? poszedłem do roberta. drzwi otwarte. on w kapciach. dziecko przy nodze. kolęda w tle. jabłka z goździkami. zapach, który powinien być bezpieczny. - potrzebujesz czegoś? zapytał. - nie. tylko… porozmawiać. uśmiechnął się. nachylił, jakby mówił nie do mnie, tylko do mojego odbicia: - trudno jest być tylko niewinnym, prawda? zamknął drzwi. zbyt cicho. zbyt dokładnie. jakby zamykał nie dom, ale proces. od tej nocy nie śpię. palę, bo dym zagłusza coś słodko-mdłego, jak gnijące jedzenie w ustach, jak obietnica, która już się psuje. czasem czuję coś obcego na dłoniach, jakby pamiętały pracę, której nie wykonałem - jeszcze. w szafie młotek. obok różowy bucik. nie od mojej córki. nie od nikogo, kogo znam. w dzienniku zapiski, które nie są moje: „nie krzyczała.” „skóra pod paznokciem.” „kolor włosów: ciemny blond. zbyt młoda.” litery są równe. spokojne. jakby pisane bez pośpiechu. pod poduszką pukiel włosów. idealny. zimny. jakby jeszcze o czymś pamiętał.   nie córki. nie wiem czyj. w nocy śniłem, że śpię. we śnie śniłem, że wstaję. obudziłem się w łazience. nóż do tapet w ręce. lustro zaparowane. ktoś narysował na nim odwróconą trójkę. znak, który wyglądał, jakby zawsze tam był, tylko czekał, aż zacznę patrzeć. coś drgnęło za mną. - tato? córka stała w drzwiach. czerwone plamy na jej palcach pulsowały, jakby nie były plamami, tylko miejscami, przez które coś oddycha. jej spojrzenie było spokojne. rozumiała więcej, niż powinna. - nie wychodź,  szepnęła. rano młotek w kieszeni. zardzewiały. ciepły. jakby oddychał wspomnieniami poprzednich nocy. trzymałem go jakby był mój od zawsze, pamięta mnie dłużej, niż ja pamiętam siebie. na ścianie nowe lustro. odbicie nie moje. przechodzę obok. moje oczy patrzą na mnie, jakby znały coś, czego ja jeszcze nie wiem. moją przyszłość. czuję już. coś we mnie patrzy przeze mnie. coś śni przez moje dłonie, przez moje ciało, przez moje dziecko. coś, co nie jest tylko innym. coś, co jest mną, zanim ja sam będę. coś, co ma więcej wspomnień z przyszłości niż ja z przeszłości.                
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...