Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

1
- ...Ironiczne zabarwienie tego tekstu wynika bezpośrednio z jego historycznej stylizacji. Autor chciał, żeby brzmiało archaicznie, a skrzywdził samego siebie, czyniąc swój tekst nadzwyczajną komedią. Ach... Bo któż z czytelników nie odbierze dwuznacznie stwierdzenia: „Wyruszył smok, by pożreć dziewicę”. Tak więc, jak to już określiłam... a może nie... w każdym razie...
Jak lekcja długa, Pani B. swoimi popisowymi wykładami rozkładała na łopatki wszystkich swoich uczniów. Jej lekcje nie były udręką, nie były torturami, męczarniami, czy konaniem w bólu. Nudna fizyka, czy chemia, to jak azyl w porównaniu z wywodami Pani B.
Pani B. miała o sobie wybitnie wysokie mniemanie. Uważała się za nadzwyczaj utalentowanego pedagoga, choć wszyscy wiedzieli, że była zmorą. Wszyscy to głośno mówili. Wszyscy, bez wyjątku. Uczniowie i pedagodzy. Lecz kogo ona słuchała... uwielbiała słuchać tylko siebie. Była swoim idolem i fanem jednocześnie. Jedynym zresztą. Ale nikogo nie musiała słuchać. Połowa jej rodziny obradowała w ratuszu.
Wszyscy uczniowie dostawali na jej lekcjach ataku dziwnego kaszlu. Podobnego do tego, gdy przy grypie... żołądkowej... kiedy człowiek klęka nad porcelanową muszelką i traci rachubę, który to już raz w przeciągu trwania tej paskudnej choroby powtarza ów rytuał. Tak więc, kasłając każdy pod swoją ławką, w nieznośnych konwulsjach, uczniowie przeżywali lekcję jedną za drugą. Z czasem nauczyli się to znosić. Przestali słuchać, co szybko przełożyło się na poprawę zdrowia, a czego niestety nie zauważono w szkolnym dzienniku. Nie odnotowano tego w żadnej księdze rekordów, ani nie zainteresowała się tym szkolna pielęgniarka, która, nawiasem mówiąc, handlowała po kryjomu papierosami. Nikt nie spodziewał się, tego, co miało właśnie nastąpić. Najbardziej nie spodziewałem się tego ja, choć dotyczyło to mnie osobiście. W tej chwili, jak grom z jasnego nieba zapadła w klasie cisza. Niezupełnie zupełna. W klasie nadal panował zgiełk sprzyjający lekcjom Pani B. Tylko ona zamilkła. To dziwne. Zdawało by się, że zrobiła to po raz pierwszy od czasu, gdy zawitała w szkole, jako nauczyciel, czego oczywiście nie pamiętają nawet nasi dziadkowie. Ponoć ich też uczyła. Podobno uczyła nie tylko ich, bo jak twierdzą dziadkowie jest nauczycielką poniemiecką, a jej nauczycielska historia sięga czasów, których nikt chyba z żyjących nie pamięta. Nasi dziadkowie zresztą też niewiele pamiętają. Na szczęście wystarczy to, żeby o Pani B. nie wspominać przy obiedzie. To mogłoby się skończyć tragicznie. Nie doszukiwałbym się, jakiegoś zbiegu okoliczności w tym, że dziadkowie nie pamiętają takiej ciszy, jaka teraz zapanowała w klasie. Może odebrało jej mowę i starucha pójdzie w końcu na upragnioną (przez uczniów oczywiście) rentę. Gdyby bowiem Pani B. miała dostać emeryturę i tak uczyłaby w szkole, albo w British Museum, jako eksponat niezwykłej wagi. Tylko renta dyskwalifikowałaby ją ze stanowiska pedagoga.
Cisza ta nie trwała wiecznie. Chwilę później jej skrzekliwy głos jawił się klasie na nowo. Jego ton zwiastował zdenerwowanie, a może nagłe olśnienie... Rzeczywiście – olśnienie. Naszła ją myśl, by kogoś spytać. To oczywiste, że tym kimś miałem być ja. Wśród moich kolegów panowała opinia, że jestem nierozgarnięty. To oczywiście nie było prawdą. Miałem dysgrafię, dysortografię, dysleksję i różnego rodzaju dysfunkcje, ale nie przeszkadzało mi to w normalnym funkcjonowaniu wśród społeczeństwa szkolnych małolatów.
I już widziałem na sobie ten niezadowolony wyraz twarzy. Te po trądzikowe dziury, na wzór kraterów, które regularnie rozkładały się na całej twarzy sprawiając, że jej skupiona i zła twarz przekształciła się na grymas nie do zniesienia. Opuściłem szybko wzrok na podłogę, sądząc, że nie spotka mnie jednak to, co i tak już zostało przesądzone.
- Tak Marek. Do Ciebie mówię. Weź swój zeszyt i chodź tu do mnie. - powiedziała tonem który plasował się między łagodny, a złośliwy, ale w gruncie rzeczy był przesiąknięty żądzą odegrania się na klasie, która zdaniem Pani B. dała popalić.
Chwila milczenia trwała wiecznie. Oczywiste było, że nie zdziałam nic przy tablicy. Tego dnia tylko ja. W ogóle, tylko ja. To nie było sprawiedliwe...



...sądzę, że mimo wszystko jest inteligentny. Dziwi mnie ciągłe wyśmiewanie się Maćka i Kamila. Jakby ich cokolwiek mogło to obchodzić. Marek nie jest taki, jak oni uważają. Jest całkiem inteligentny, jest koleżeński i ma niezłe poczucie humoru. Na niektórych ludzi nie jestem jednak w stanie wpłynąć. Tak, to fakt. Maciek pozostanie sobą, a i tak nie będzie dorastał Markowi do pięt.
Gdybym umiała pomóc jakoś Markowi. Mogłabym się postarać. Spóźniłam się. Gdyby nie to, co usłyszałam dziś przypadkiem, nie przejmowałabym się tym zanadto. Ale to mnie zaczyna przerażać. Nie wiem, co mam zrobić. Jeśli mu powiem, będzie miał poważne problemy. Może się załamać. Na pewno się załamie!
Naprawdę, nie wiem, co mam zrobić. Co w tej chwili w ogóle mogę zrobić. Bardzo mnie to męczy. Ale w końcu chodzi o jego przyszłość. O jego być, albo nie być w szkole. A właściwie o jego „nie być”...
Wczoraj, gdy wychodziłam z sali gimnastycznej, usłyszałam rozmowę Pani B. z dyrektorem. Dyskutowali o Marku. To już oczywiste, że wyleci ze szkoły. Pani B. powiedziała, że zrobiła, jak kazał dyrektor. Dyrektor powiedział, że ma pewien plan względem Marka. I żeby się najlepiej o niego nie martwiła. Jego kariera edukacyjna zakończy się tak niezwykle, jak niezwykle się zaczęła. Dużo w tej rozmowie było ironii ze strony starego dyrektora, a Pani B. uśmiechała się za każdym razem, gdy dyrektor powiedział jakiś żarcik. Chwilę potem mogłam wyjść z szatni, do której musiałam wrócić, by nie zostać zauważona przez nich, bo akurat zmierzali w stronę sekretariatu mijając jednocześnie miejsce, z którego przysłuchiwałam się ich rozmowie. Nie mogę wprost uwierzyć, że niegroźna dotąd Pani B. może uczynić tyle złego. I to w stosunku do Marka, który, jakby tego nie ująć, jest moim najlepszym kolegą.
Teraz jednak nie mogę przejść do porządku dziennego nad tą sprawą. Wciąż mnie to nurtuje. Chciałabym powiedzieć mu o tym, że może mieć problemy. Ale czy to coś zmieni? Przecież to chyba przesądzone. Marek powinien uważać na siebie. I powinien wiedzieć, że to nie jego wina. A jeśli będzie miał z tego powodu wyrzuty sumienia, jeśli rzeczywiście nie będzie umiał sobie z tą sprawą poradzić. Jeśli wyda mu się, że jest za słaby, żeby uczyć się w tej szkole? Jeśli się podda? Nie, tego nie może zrobić. Nie przeżyłabym tego. Muszę mu pomóc. Tylko jak...
Nie może się dowiedzieć, że ja coś do niego czuję. To byłoby okropne. Boję się cokolwiek zrobić, a zarazem czuję, że nie mam innego wyjścia. Z drugiej strony, nie wiem, czy mogę coś zrobić. Odkąd go zapytała, był jakiś nieswój. Po lekcji polskiego szybko...




...Poszedłem do domu. Doszedłem do słusznego, moim zdaniem, wniosku, że nie ma sensu dalej siedzieć w szkole. Teraz to już było za wiele. Maćkowi i Kamilowi dałem przyczynę do wyśmiania mnie po raz kolejny. Wiedzą, że nie będę się z nimi bił, albo też z nich się śmiał. Wiedzą, że nie jest to w moim stylu. Nienawidzę takich, jak oni. Czemu miałbym być taki sam?
Kiedy wychodziłem ze szkoły czułem na sobie ich ciężki wzrok, którym odprowadzili mnie do samej furtki.
Od samego rana sądziłem, że będzie to ciężki dzień. W domu zbudziła mnie kolejna kłótnia mojej matki z ojczymem. Nie mieszam się w ich problemy. Ale oczywiste jest, że poszło o pieniądze. Oboje ponad trzy lata żyją razem. Od dwóch lat bezustannie się kłócą. Dziś w ruch poszły talerze i szklanki. Najdroższa zastawa. Mojej mamie przypominała ona ojca. Dlatego nigdy nie wyciągała jej z kredensu. Podły pasożyt wykorzystał to i bez wahania pobiegł do pokoju dziennego i otworzył z rozmachem drzwi kredensu. Był bardzo wściekły. Krzyczał, a nawet ryczał, bo nie można było już odróżnić poszczególnych słów, które zlewały się, to w ryk, to w bulgot, to w świńskie przekleństwa pod adresem mojej matki. Kiedy otwierał szafkę kredensu użył swojej siły, która po pijaku zazwyczaj w nim wzbierała. Pasożyt był dość mocno zbudowanym mężczyzną, który, choć silniejszy i bardziej porywczy, wzrostem nie mógł się do mnie porównać, a tym bardziej wykształceniem. Nie skończył żadnej szkoły. A obserwując jego sposób wypowiadania się, a tym bardziej traktowania kobiet, dziwię się matce, co mogłą w nim widzieć. Dziś, to i ona to dostrzegła. Mam taką nadzieję. Niszcząc sentymentalnie wartościową zastawę mamy zniszczył ich związek. Niestety zniszczył tym samym ostatnią pamiątkę po moim ojcu, który, nawiasem mówiąc, też był pasożytem. Zostawił matkę, gdy dowiedział się, że jest w ciąży. Tym samym nie mogłem go spotkać. Choć, gdybym to mógł zrobić teraz zrobiłbym to samo, co tego ranka. Niezłą jatkę. Pasożyt pożałowałby, tak jak ten dzisiejszy, poranny, że należy szanować moją matkę, bo inaczej ma się ze mną do czynienia. I choć nie jestem zbyt silny, ani postawny, to jeśli chodzi o sprawiedliwość, jestem w stanie unieść sie na wyżyny sprawności i przywalić gdzie trzeba i ile trzeba, by delikwenta uspokoić, albo pozbawić gruntu pod nogami. Przekonał się dziś o tym mój współlokator. Kiedy matka z krzykiem zaalarmowała, że przekroczył granicę, której nie powinien przekraczać, zerwałem się nagle. Jak dotąd nie wtrącałem się w ich sprzeczki. Teraz jednak dotknęło mnie to, co zrobił. Kilkoma sprawnymi ruchami pomogłem matce uporać się z gnojem, który chwilę później mógł co najwyżej podobijać się do drzwi, po czym opuścić terytorium naszego domu.
- Od teraz – powiedziała mama przez łzy, ale jakby spokojnie – od teraz nikt już nam nie zagrozi. Nie będzie powodu, by ktokolwiek nam zagroził. Teraz będziemy tylko my. Ty, ja i nasze domowe ognisko. Obiecuję ci to. Słyszysz? Tylko my...
Nie było powodów, żeby jej nie wierzyć.
Ale to tylko początek wydarzeń dnia. Po tym, co zdarzyło się w szkole wiedziałem, że nie mam po co dalej tam siedzieć. Wiedziałem, że nie ma po co tam wracać... Postanowiłem, że nie wrócę.
Ale kiedy opuściłem szkolne mury, nie wiedziałem w zupełności, dokąd mam teraz się udać. Zastanawiałem się, czy mogę wrócić do domu. O tej porze matka na pewno jest w domu. Dziś ma drugą zmianę. Po dzisiejszym poranku na pewno została w domu. Jeśli wrócę teraz do domu, to na pewno się na nią nadzieję i będzie się dopytywać, czemu jestem wcześniej. Obawiam się, że szybko powiedziałaby: „Coś mnie tu kręcisz”. A ja, jak zwykle, nie będę umiał ukryć prawdy. Skończy się na tym, że jeszcze dziś wrócę do szkoły, co dla mnie byłoby totalną porażką, a dla Maćka i Kamila – niezwykłą polewką.
Nie, nie wrócę teraz do domu. Najlepszym rozwiązaniem będzie ulotnienie się na jakiś czas z rejonów najczęściej uczęszczanych przez mamę. W grę wchodziły dwa supermarkety, które znajdowały się w naszej okolicy, targ i poczta, bo jak zwykle może się zdarzyć, że mama pójdzie wysłać nieco swoich staroci, które udało jej się sprzedać na internetowej aukcji. Jedynym miejscem, w które mogłem się udać, by tam przeczekać pozostałe cztery lekcje, było blokowisko na północnej części miasta. Dzielnica ta sąsiadowała co prawda z naszą, lecz moja mama z pewnością nie będzie miała dziś nic tam do załatwienia. Mam nadzieję, że nie zachce się jej przypadkiem zanieść zepsutych par butów, do tamtejszego szewca. Uznałem jednak taki bieg wydarzeń za mało prawdopodobny i skierowałem swoje kroki w kierunku pobliskiego parku, z którego od blokowiska dzieliło mnie zaledwie kilkaset metrów.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Gratuluję pomysłu na ten wiersz i sposobu w jaki prowadzisz czytelnika przez poszczególne wersy.    pozdrawiam   
    • to opowieść o świecie dwuwymiarowym gdzie wszystko jest płaszczyzną ? 
    • Trochę inna wersja  dawnego tekstu     Nie widzą siebie nawzajem. Nie wiedzą gdzie mieszkają. Inne zmysły napędzają życie. Pojęcie pionu jest dla nich pustym frazesem. Jak powstał ów świat i jak wygląda? Kim są i dlaczego? Też tego nie wiedzą. Poruszają się przylgnięci do podłoża. Wszystko takie jest. Doskonale płaskie. Nie wystaje poza świat. Ma jedynie grubość nałożonej farby. Kiedyś owa kraina, była Wielkim Białym Płótnem.      Nad nimi pusta przestrzeń, którą trudno sobie wyobrazić. Główne zmysły ułatwiające życie, to: dotyk, zapach, coś w rodzaju wzroku oraz inne umiejętności, trudne do racjonalnego wytłumaczenia. Na dodatek ciała nie mogą się na siebie nakładać. Tak samo jak cała reszta. Jedynie stykać bokami, niewyobrażalnie płaskimi. Do swoich domów, mogą wchodzić jedynie ustalonymi ścieżkami. Przesuwanie po ścianie, jest oczywiście niemożliwe. Wyobraźnia nie wystarcza, żeby wyrobić pojęcie o wyglądzie i otoczeniu świata, którego zamieszkują.       Są jednak krótkie chwile, kiedy widzą przebłyski otoczenia. Aczkolwiek nie wyraźnie i jakby za mgłą. Tak jest wtedy, kiedy jedno z nich wykrusza się z podłoża lub jest bardzo wytarte, prawie niewidoczne. Wtedy przeżywają Święto Namalowanego. Wielkie Coś, włochate na końcu, zbliża się do ich świata i maluje nowego osobnika, na miejsce tego którego już nie ma. Część malująca jest w przekroju spłaszczanym kołem. Jakby ogromny, nieforemny walec, składający się z tysięcy cienkich nitek. Są mokre, a zatem błyszczące.      I właśnie w nich, ludność zamieszkująca może widzieć jak za mgłą, zarysy samych siebie i otoczenia, spoglądając z ukosa na odbity obraz. Nie daje to jednak pełnej możliwości, wyobrażenia sobie, co tak naprawdę widać. Nawet wtedy, gdy malowany jest większy obiekt i przestrzeń odbijająca jest także większa. Tym bardziej, że tego typu czynność przebiega bardzo szybko. Kiedy postać już istnieje i zaczyna się ruszać, Wielkie Coś szybko znika, zostawiając jej, ograniczone możliwości wyboru. Zostaje znowu nad nimi niezrozumiana pustka. Nastaje kolejna tak zwana: widoczna noc.    *** Po przebudzeniu, nie wiedzą w pierwszej chwili, na co patrzą. Zdają sobie jedynie sprawę, że wszystko jest nie takie jak zazwyczaj. Szczególnie gdy spoglądają przed siebie. Widzą wielkie ilości kolorowych ruszających się kształtów. Jakby ktoś nad nimi rozwiesił ogromny obraz z ruchomymi postaciami. Dopiero po bardzo długim czasie, gdy ich mózgi dostosowują się do nowej sytuacji, zdają sobie sprawę, że patrzą na samych siebie. Widzą świat w którym żyją. Muszą tylko spoglądać w górę. Nie wiedzą skąd, ale przychodzi im na myśl, że jakaś ogromna siła o wielkich możliwościach, rozwiesiła nad nimi ogromne lustro, z dziwnego materiału, równoległe do ich świata.     Wreszcie wiedzą, gdzie żyją, w jakim otoczeniu, jak wyglądają, jakich mają sąsiadów. Cieszą się i wiwatują. Na dodatek zwierciadło posiada przydatną właściwość. Dostrzegają siebie jakby patrzyli z góry, oglądając film, w którym występują. Gdyby cokolwiek pisali, napisy można by normalnie odczytać. To bardzo ułatwia postrzeganie tego co czynią. Radości i zachwytów nie ma końca. Lecz po jakimś czasie, kiedy pierwsza euforia mija, zaczynają dostrzegać różnice…     A im więcej różnic, tym więcej zawiści do użycia. A ten ma ładniejszy domek, lepszą farbką wybudowany, a sąsiad solidniejsze ciało, takie z utwardzaczem. W tym sadzie drzewa się nie łuszczą, a w innym liście odpadają. Jeszcze inny drugiemu terpentyną zalatuje. To dziecko z farbek wodnych, a inne z plakatowych. W jednym miejscu ślad po pędzlu widoczny, a obok sąsiada wszystko ładnie wygładzone.    Nerwowość i poczucie niesprawiedliwości, narasta z każdą chwilą. Im więcej obrazów dociera, do ich świadomości, tym więcej mają pretensji. Ktoś zechciał pomóc temu światu. Dał możliwość, której nigdy nie doświadczyli. A może rzeczywiście owa Siła była przekonana, że lustrem polepszy egzystencje. Że będą wiedzieć więcej, zrozumieją to i owo. Zobaczą wreszcie swój świat w którym żyją. Będą wiedzieli jak się poruszać i co jest ważne, co mniej, a co wcale. Zrozumieją prawdziwą istotę Farby.     Niestety. Coś nie idzie zgodnie z oczekiwaniami. Tylko nieliczni, po prostu nie patrzą w górę. Żyją tak jak kiedyś. Jakby lustro nie istniało. Nie jest im łatwo.     Zaczynają walczyć między sobą. Tym bardziej, że w lustrze widzą kogo tłuc. Oczywiście słowo: tłuc jest trochę nie na miejscu. Okazuję się, że odwieczna tradycja zabraniająca nakładania się na siebie, przestała obowiązywać. Osobniki z grubszej warstwy farby, włażą na te z bardziej cienkiej. Wydrapują te pod spodem, z podłoża. Inni znowu nasuwają się na ściany domów, by sąsiadowi życie uprzykrzyć. Niektórzy z nerwów, dostają łuszczycy. Mieszają się z innymi obrazkami. To całe zamieszanie rodzi wiele pustych wydrapanych miejsc.     Wielki Pędzel nie nadąża malować nowych osobników. A jeżeli nawet, to wychodzi mu koślawo. Jest bardzo nerwowy. Koślawe nie chcą być… koślawe. Mają pretensje do wszystkich wokoół. Zawiść zaczyna w nich wrzeć. Psują swoim ciałem okoliczne obrazki, żeby były tak samo brzydkie jak one. Nie ważne, czy żywe, czy nieożywione. Wielki Pędzel jest tak roztrzęsiony, że uderza w lustro. Powstaje ogromne pęknięcie.     Część świata wraca do punktu wyjścia. Nie widzi samych siebie, ale inni widzą ich i to niezwłocznie wykorzystują. Narasta wielki chaos. Już nie jest tak pięknie jak kiedyś. Niestety, pęknięcie się niebezpiecznie powiększa. Znowu następni nie wiedzą jak żyją. A ci co jeszcze mają kawałki lustra nad głową, coś jednak widzą. Także to wykorzystują. Wreszcie dostrzegają swoich wrogów. Wiedzą jak się do nich dorwać. Zdrapać do gołego płótna. Do ostatniej nitki. Same pozostając warstwą farby.     *** Pęknięć w zwierciadle jest tak wiele, że wszyscy zdrapują wszystkich, nie wiedząc, czy to przyjaciel czy wróg. Słychać nieliczne głosy nawołujące o spokojne przyleganie do podłoża, ale na nic to się zdaje. Walka jest tak zacięta, że lustrzana powierzchnia, zaczyna niebezpiecznie drgać, wpadając w coś, w rodzaju rezonansu. Na dole odbywa się prawdziwa wojna. Jest taka zajadła, że w płótnie powstają dziury. Wiele istot jest przedartych na pół lub dosłownie na strzępy. Niektóre części wojujących farb, wylatują przez rozdarcia w płótnie, w nicość. A że wojuje większość, to i niewinne lecą poza granice postrzegania.     Rezonans doprowadza do tego, że ogromne lustro rozpada się na kawałki. Zlatują na obraz. A właściwie na resztki, co z niego pozostały. Mieszają się z lepkimi cząstkami farbek, które jeszcze tak niedawno, były żyjącymi istotami tego świata. Ostre odłamki tną płótno na strzępy. Wszystko spada, w trudną do określenia rzeczywistą nicość. Nie ma już ani świata ani lustra.   Zapach świeżej farby, gdzieniegdzie pozostał.    
    • @Marek.zak1 zawsze przerażała mnie taka myśl, o takim życiu, że jestem takim roztargnionym pyłkiem w świecie kobiet, "she stayed in my eyes inside" , to jakoś działa ale czuję się jak w ostatecznym szachu. To pewnie może być piękne ale to już dominacja pierwiastka żeńskiego.
    • zmęczenie, niemy bezwład trochę bólu głowy stąpam po chmurach od spodu roztapiam się w pościeli ...flanelowej w łosie ze złamaną nogą samość jest nudna jak flaki z olejem wiersze mdłe i tak jakoś bez perspektywy chciałoby się odkryć życie na nowo zgrać z hiperprzestrzenią być na nowo
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...