Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

AKT 1
SCENA1

Pijany, ubrany w garnitur człowiek w średnim wieku, brudny i spocony idzie chwiejnym krokiem po torach kolejowych. W ręku trzyma butelkę „Balantines’a”, popija, śpiewa i wydziera się pijackim głosem (fałszuje):

• BIAŁA LOKOMOTYWA, BIAŁA LOKOMOTYWA, BIAŁA ....

Zatrzymuje się, rozgląda dookoła. Chwieje się na nogach i sapie. Po chwili pije trochę whisky, po czym wypluwa alkohol i krzyczy:

• GÓWNO! (wyciera twarz rękawem) NIE MA ŻADNEJ BIAŁEJ LOKOMOTYWY, ŻADNYCH BIAŁYCH MYSZEK. ŻYCIE TO CIĄGŁA WĘDRÓWKA W NIEZNANE!

Wypowiedziawszy te słowa bierze następny łyk alkoholu z butelki, zaciska wargi, wyciera twarz rękawem i wędruje dalej, lecz wolniej (albo trwa w bezruchu).
Jednocześnie z drugiej strony torów nadchodzi „wariatka”, która skacze po torach. Ma na sobie łachmany, jest spocona i brudna. Kobieta skacze i śmieje się „upiornie” jak wariatka. Może czasem stanąć na chwilę i perfidnie drapać się po miejscach intymnych, ale tak, aby wyglądała na osobę chorą psychicznie. Kobieta wrzeszczy:

• HA! HA! NIGDY MNIE NIE ZNAJDĄ! NIE ZNAJDĄMNIE NIGDY! NIGDY!

Postacie zderzają się ze sobą i upadają na ziemię. Mężczyzna nucie jeszcze cichutko:

• BIAŁA LOKOMOTYWA...

Kobieta płacze.

SCENA 2

Słychać muzykę (może być np. tylko saksofon lub muz. klasyczna itp.) Po chwili z tyłu wyłania się postać mężczyzny. Jest na boso, ma na sobie białą szatę – na wzór Chrystusa (może być broda i długie włosy i laska). Podchodzi do torów, mija leżące postaci i wędruje dalej po torach, wreszcie odchodzi. Muzyka głośniej. Po chwili ciszej (lud wcale). Mężczyzna i kobieta wstają i razem zaczynają mówić:

• I ZNIKNĘŁA MOJA BIAŁA LOKOMOTYWA
ZOSTAŁEM SAM NA TORACH ŻYCIA MEGO
DLACZEGO?
DLACZEGO TAK PO PROSTU ODESZŁA?

A MOŻE KIEDYŚ WRÓCI
MOJA BIAŁA LOKOMOTYWA?
I USŁYSZY MOJE SŁOWA:
ELLI LAMA SABAHTANI?

I LOVE YOU, I NEED YOU
BUT SOMETIMES I HATE YOU

ELLI LAMA SABAHTANI?
ELLI LAMA SABAHTANI?
ELLI LAMA SABAHTANI?

( “Luis”)

Rozbiegają się w dwie strony I opuszczają scenę. Muzyka cichnie.
Koniec aktu pierwszego.

AKT 2
SCENA 1

W tle muzyka bez słów. Młody człowiek (Peter) normalnie ubrany (spodnie i koszula lub sweter, buty) siedzi na podłodze i czyta (wnętrze urządzone jak pokój: kilka książek, stół, krzesło, jakiś magnetofon, płyty itd...)

Peter:

• I tak mija kolejny pieprzony dzień życia (śmieje się). Kurcze! Szkoda, że nie prowadzę pamiętnika, mógłbym zapisywać tam niektóre piękne myśli i słowa, które czasem plątają mi się we łbie przez cały dzień. Jak teraz : „i tak mija kolejny pieprzony dzień życia” piękne, a ile w tym mądrości i prawdy o mnie.

Siedzi tak chwilę podparty rękoma o podłogę i patrzy w górę. Po chwili wyjmuje z kieszeni (lub zza książek) kilka skrętów. Bierze jednego, a pozostałe chowa na miejsce. Muzyka.

Peter:

• A to na poźniej (odpala i bierze głęboki wdech) to jest to! Co za rozkosz! Ah! Tak! Lubię to! (Powtarza tak ciągle, aż do końca skręta. Gdy spali zaczyna kołysać się w rytm muzyki, po chwili nieruchomieje, zamyśla się i mówi dziwnym głosem:
• MARCHEWKOWE POLE MNIE OTACZA
WSZYSTKO, CO WIDZĘ PRZYBIERA KSZTAŁT MARCHEWKI
PRZENIKA MNIE NAWET MARCHEWKOWY ZAPACH
KTÓRY CZASEM TAK BARDZO ŚMIERDZI

JAK UWOLNIĆ SIĘ Z TEGO STANU?
PRZYWDZIAĆ SWÓJ WŁASNY MUNDUREK
ZAMIAST ZDRADLIWEJ CZERWIENI MARCHEWEK?
TAK BARDZO CHCIAŁBYM ŻYĆ BEZ PROBLEMÓW!!!
(„Luis”)




SCENA 2

Gdy kończy mówić Peter wchodzi Bruno. Ubrany podobnie do niego, tylko jest bardziej „szpanerski” i „wyluzowany”. Donośnym, zimnym i trochę pogardliwym tonem mówi:

Bruno:

• Co jest Peter? Jak tam odloty, co?

Peter (zmieszany):

• Odpierdol się! Pukać nie umiesz?

Bruno (uśmiechnięty):

• Pieprzyć zasady. Mam do ciebie sprawę.

Peter (śmieje się cynicznie):

• Ty? Ile chcesz pożyczyć? Stówę, dwie?

Bruno:

• Nie chodzi o forsę!

Peter (z zaciekawieniem):

• No to o co?

Bruno (podekscytowany):

• Słuchaj Peter. Nie uważasz, że to, co robimy jest bez sensu?

Peter (wyraźnie zdziwiony i zainteresowany):

• Ale co?

Bruno (z tym samym zacięciem):

• No, całe to jaranie. Przecież to dziecinada. Już trzeci rok jaramy to zielsko i żadnej wielkiej przyjemności w tym nie ma.

Peter (z niedowierzaniem):

• O! Mów za siebie. Mi to dobrze robi.

Bruno:

• Tak, ale wiesz, może by tak czegoś lepszego spróbować?!

Peter (wstaje w jednej chwili, dosadnie):

• Chyba cię pojebało, przecież wiesz jak to się kończy!!!

Bruno (zawiedziony niezadowoleniem kolegi, spokojnym tonem):

• No tak, ale po kilku niewinnych razach nic się nie stanie. Na pewno nie, a z resztą te wszystkie ostrzeżenia, przestrogi mam w dupie. W życiu trzeba przecież wszystkiego spróbować, nie?

Peter (wyrwane z kontekstu, cicho – poza główną akcją):

• „...I nikt nie wyjdzie stąd żywy...”

Bruno (zdziwiony):

• Co?

Peter (trochę zmieszany):

• Nic, głośno myślę.

Bruno (znów podekscytowany):

• Bo wiesz, poznałem w klubie kolesia, który rozprowadza „chemię” („fetę”) i co najważniejsze – pierwsza działka za darmo. Za zupełną darmochę rozumiesz to?!

Peter (z pogardą):

• I co? Chcesz pewnie tylko jeden jedyny raz a potem znów zielsko?

Bruno (po chwili zastanowienia):

• Nie wiem, to zależy, czy mi się spodoba, ale „po sportowemu” można brać. Niedługo matura, potem egzaminy, wiesz.... Po co tracić życie na ciągłe wkuwanie?

Peter (obojętnie):

• Jak chcesz. Mi starczy na razie „gandzia’. Na pewno nie chcesz forsy (z niedowierzaniem)?

Bruno (myślami gdzieś obok):

• Nie. Już pójdę. Muszę pogadać, dowiedzieć się jeszcze trochę o amfie. (zamyślony wychodzi)

Peter (ironicznie):

• Powodzenia!

(Muzyka)

SCENA 3

Peter (siedzi jak wcześniej w zamyśleniu):

• No! No! Co się z ludźmi dzieje? (Dobywa puszkę z piwem, otwiera i zaczyna pić, mówi) Przecież on nawet kiedyś papierosów nie palił, o piwie nie wspomnę. Ale po śmierci matki wszystko się zmieniło. Teraz to stary „jaracz”. Doświadczony zawodnik. Kto wie? Może ma trochę racji. Nigdy nie wiadomo co czeka nas w tym pieprzonym życiu. (Dopija piwo i wychodzi).

SCENA 4

Rzecz dzieje się na ulicy. Elegancko ubrany i uczesany Ernie idzie ulicą, za nim Bruno krzyczy.

Bruno:

• Hej! Ernie! (biegnie)

Ernie (odwraca się):

• Co jest?

Stoją tak razem i rozmawiają.

Bruno:

• Cześć! Słuchaj, powiedz mi jak to jest po amfie. Jak to działa.

Ernie (śmieje się):

• Kurwa młody! Co ty myślisz, że ja nauczycielem jestem? Spróbujesz – będziesz wiedział, nie spróbujesz, to się nie dowiesz. Proste?!

Bruno (onieśmielony):

• Tak, ale jak to w ogóle działa?

Ernie (znudzony):

• Już ci powiedziałem. Każdy organizm odbiera inaczej. Jak chcesz to wpadnij do mnie kiedyś. A teraz muszę lecieć. Klienci czekają. Cześć!

Bruno (w zamyśleniu, cicho):

• Cześć!

Rozchodzą się.

SCENA 5

Do mieszkania Petera wchodzi Peter i Bruno

Peter (z pretensjami w głosie):

• Co ty w ogóle robisz? Nie widziałem cię dobre dwa tygodnie.

Bruno (z pełnym luzem):

• Facet, nie masz pojęcia, jak wspaniale jest być na prawdziwym haju.

Peter (zmartwiony):

• A więc jednak?

Bruno (poklepuje go, z ekstazą):

• Spoko! Jest zajebisty power, pała nie opada, widzisz zajebiste panienki, które pragną abyś je przeleciał, albo jesteś w dżungli, albo lecisz (gestykuluje lot0 w przestrzeni kosmicznej i masz wszystko w dupie. Tak!! (Bruno stoi z przodu a peter z tyłu coś układa) (mówi cicho w zamyśleniu).
• DOBRZE JEST CZASEM ŚMIERDZIEĆ SZMALEM
ROZKOSZOWAĆ SIĘ DOBRYM TOWAREM
DOBRZE JEST CZASEM ŻYĆ BEZ ZŁUDZEŃ
PO PROSTU MIEĆ WSZYSTKO W DUPIE
(„Luis”)

Peter (podchodzi do przodu):

• Co ty piprzysz?

Bruno (zdziwiony, że został usłyszany):

• Co? A nic, tak sobie bredzę. Mówię ci jest zajebiście.

Peter (z zastanowieniem):

• Słuchaj, skoro tak to chwalisz, to coś chyba musi w tym być. A mi też się coś z życia należy, nie?!

Bruno (z radością):

• No! Wreszcie mówisz do rzeczy!!!

Peter:

• To chodźmy do tego twojego Erniego!

Bruno (rozradowany, szczęśliwy):

• Nie ma sprawy!

Objęci wychodzą.


SCENA 6

Na scenę wchodzi Ernie z gitarą na ramieniu (bez pokrowca). Nuci coś lub pogwizduje. Siada, zaczyna coś grac, przerywa. Z zastanowieniem:

Ernie:

• Jak to było? Hm. O1 Już wiem.

Gra. Za chwilę dzwoni telefon komórkowy. Odbiera.

Ernie:

• No! Cześć kochanie! Jak tam po wczorajszym, nóżki wróciły na swoje miejsce? Co?
Taka byłaś napalona. Dobrze było co? (słucha) Dziś powtórka? Kochanie! Żaden problem, powyginaj się trochę to poćwiczymy coś ekstra. Pa! (odkłada telefon, chce zacząć znowu grać, ale dzwoni dzwonek do drzwi, otwiera, widzi Petera i Bruno)

Ernie:

• O cześć wam! Jak tam odloty?

Bruno:

• W porządku stary...

Ernie (ucina mu);

• A to kto?

Bruno (ze spokojem):

• To mój stary kumpel Peter (podają sobie ręce z Ernie), nauczył mnie jarać, ale teraz chce sięgnąć po coś lepszego, to czego dawno już chcieliśmy zaznać, ale...

Ernie (znów się wtrąca):

• Przestań pieprzyć i nie licz już na darmową działkę dla siebie. On to co innego.

Ernie wyciąga z kieszeni marynarki działkę białego proszku i rzuca Peterowi.



Ernie (ironicznie);

• Wiesz jak to się robi?

Peter (daje „wyluzowanego):

• Spoko! Co w tym trudnego?!

Ernie:

• No, żebyś się kiedyś nie zdziwił! To nie jest dla mięczaków!

Do Bruno:

• A ty chyba jeszcze masz trochę towaru, co?

Bruno:

• Spoko (pokazuje).

Peter: (do Ernie’ego):

• Idziesz się z nami powłóczyć?

Ernie (chwyta się za krocze):

• Sorry! Moja lala chce studiować dalsze rozdziały „Sztuki kochania” nie mogę jej zostawić w potrzebie. Po bzykanku może skoczymy do kluby to was poznam.

Peter i Bruno (razem):

• No to nara!!!

Ernie (pogardliwie):

• Spadajcie z tym waszym nara!!!

Wychodzą. Ernie ściąga ubranie, bierze ręcznik i wychodzi brać prysznic.

SCENA 7

Wchodzi Peter, źle wygląda. Drży, siada na podłodze i mówi drżącym głosem:

• WOŁAM O POMOC
KRZYCZĘ O POMSTĘ
ZABIJA MNIE TA NOC
W KTÓREJ SIĘ DŁUŻĘ

DAJE NATCHNIENIE
ODBIERAJĄC ŻYCIE
NAPAWA ZWĄTPIENIEM
I CIĄGŁYM WEWNĘTRZNYM NIEPOKOJEM

BYLE DO RANA!
BYLE DO JUTRA!
BYLE PRZETRWAC!
(po chwili)
I UMRZEĆ???
(„Luis”)



Zasypia. Po chwili wchodzi Bruno z dwiema działkami proszku w ręku. Macha widząc Petera na podłodze, ale ten nie reaguje. Szturcha go, próbuje obudzić.

Bruno:

• Co ty, śpisz?
• A śpij sobie, śpij do osranej śmierci.

Siada na podłodze. Przygotowuje działkę na książce za pomocą karty telefonicznej, którą wyciąga z kieszeni. Wdycha, prostuje nogi rozluźnia się i mętnieje, patrzy przed siebie i mówi:

Bruno:

• CHYBA CHCIAŁBYM MIEĆ SKRZYDŁA
OBOJĘTNIE JAKIE, BYLE BYM MÓGŁ LATAĆ
Z GÓRY OGLĄDAĆ PIĘKNO ŚWIATA
A W RAZIE CZEGO LĄDOWAĆ
TAK. DOBRZE JEST MIEĆ SKRZYDŁA.
(„Luis”)

Po chwili, gdy Bruno kończy, budzi się Peter. Mówi zaspany.

Peter:

• Co ty tu robisz?

Bruno (bełkotliwie):

• Jak to co? Nie widzisz?

Peter (rozmarzony):

• Wiesz, śniło mi się, że przyniosłeś towar...

Bruno (ożywiony):

• Stary, to nie iluzja, ale rzeczywistość!
Podaje mu działkę, ten wciąga nosem, rozluźnia się, po chwili mówi, a Bruno wizaż sztywno patrzy w górę.

Peter:

• Słuchaj Bruno, niedługo matura, a my zamiast się uczyć, ćwiczymy odloty


Bruno (znudzony):

• Co ty pieprzysz! Nic się nie bój. To tylko pomoże zdać. Trochę amfy nie zaszkodzi. Z nią wszystko wejdzie ci do tej pustej głowy do głowy.

Peter (zamyślony):

• No tak, chyba masz rację. Ale czasami mam po prostu ochotę żyć jak normalny człowiek, bez tych pieprzonych narkotyków.

Bruno:

• To idź na odwyk, a zmienią cię w miazgę i będziesz kupą rzadkiego gówna.

Peter:

• No właśnie. Teraz jestem gównem, a na odwyku zrobią ze mnie jeszcze bardziej śmierdzące gówno.

Bruno (wyraźnie znudzony, wstaje):

• Idę do klubu, bo widzę, że się rozklejasz, a ja nie mam ochoty słuchać twoich durnych narkomańskich zwierzeń. Ceść!

Wychodzi

Peter (po chwili zamyślony):

• Cześć!

Peter kładzie się na podłodze i rozmyśla ze wzrokiem wpatrzonym ku górze. Włącza się muzyka – najlepiej psychodeliczna, transowa. Muzyka cicho.

SCENA 8

Muzyka cicho.

Peter (pozycji j.w.):

• JESTEM CHYBA PSEM
ALE SAMOTNYM
PSEM SZUKAJĄCYM PRZYJACIELA
JEDNEGO – ZAWSZE CZŁOWIEKA

NIE TAKIEGO JAK JA - PSA
KTÓRY ŻYJE JAK ZWIERZĘ
CZUJE I CIERPI JAK PIES
I UMRZE NIE WIDZĄC TWARZY SWEGO KATA

NIE, TO NIE MOŻE BYĆ PIES
MOGLIBYŚMY POGRYŹĆ SIĘ O JAKĄŚ SUKĘ
TO MUSI BYĆ PRAWDZIWY CZŁOWIEK
POSZUKAM, MOŻE KIEDYŚ ZNAJDĘ

(„Luis”)



Zasypia. Muzyka głośniej.


SCENA 9

Muzyka cichnie, wbiega Ernie. Jest przestraszony, zdenerwowany, mówi prawie płaczliwie. Budzi się Peter.

Ernie:

• Kurwa! Wiesz co ten gnój zrobił?

Peter (otrzeźwiony):

• Uspokój się stary! Co się stało?

Ernie:

• Ten twój pierdolony koleś Bruno. Spotkał mnie w klubie. Miał jakiś nowy towar. Odradzałem mu, ale polazł do kibla i wpierdolił sobie wszystko. Teraz leży blady i nie oddycha.

Peter (żywiołowo, zerwał się):

• Jak? Gdzie? Jaki towar?

Ernie:

• Jakieś gówniane prochy. Zasrane ścierwo!

Peter:

• To na co ty kurwa czekasz?

Wybiegają razem. Muzyka chwilę głośno.


SCENA 10

Peter i Ernie wciągają ciało Bruno na scenę i próbują go obudzić.

Ernie (kopie go, klepie, szturcha):

• Wstawaj gnoju! Starczy odlotów! Więcej nie dostaniesz żadnej działki ode mnie rozumiesz?!

Peter:

• Spokojnie, bez paniki.

Zagląda mu w oczy, sprawdza tętno, bicie serca, oddech, podnosi ręce, które zaraz opadają samoczynnie.

• (wrzeszczy) Kurwa. Przecież on nie żyje!!!

Ernie (panicznie wydziera się):

• Skurwiel!!! Gnój!!! Wiesz co teraz będzie?



Zaczyna grać muzyka – „The end” (The Doors)

Peter (ciągle go klepie, maca, obstukuje, znajduje w kieszeni kartkę):

• Patrz co tu jest napisane! (czyta głośno – ale obaj czytają kartkę:
• CZUJĘ, ŻE MOJA DUSZA JEST SPRZEDANA
CZYN SIĘ DOKONAŁ JAK TEGO CHCIAŁEM
KOŚCI ZOSTAŁY RZUCONE
WIĘC PO CO IŚĆ DALEJ
(„Luis”)


PS. Dziś w nocy gadałem z Morrisonem...


Ernie (przestraszony):

• Kurwa nie wiedziałem, że to był psychol.

Peter (nerwowo):

• Zamknij się! Lepiej pomóż mi go w coś owinąć, a potem wynieść. (Ernie patrzy zdziwiony, pytającym wzrokiem)
• Co się gapisz? No rusz się bo zaraz będą tu pały!

Biorą koc i owijają ciało Bruno. Muzyka głośno. Podczas trwania utworu, owijają go i wywlekają ze sceny. Ernie cały czas przeklina.


KONIEC



  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • Czas  I zagubione sny    W naszych głowach  Dyktują nam prawdę    Bo tam gdzie prawda  Tam życie    Jak dotyk anioła  Który nie boli   Przecież każdy  Tak dobrze   Odnajduje się  W swojej roli     Tu na ziemi...
    • Pewien poeta postanowił wyruszyć w podróż. Znudziło mu się siedzenie w domu, przy wielkim biurku, gdzie zajmował się przez całe dnie pisaniem wierszy, których nikt nie rozumiał i nikt nie chciał czytać. Nieraz wieczorem, zmęczony całodniową pracą twórczą, wstawał od biurka, rozchylał wertikale w oknie i długo patrzył, jak wygląda z góry osiedle, na którym mieszkał. Domy jak wielkie potwory z klocków łypały na niego nieprzyjaźnie. Nad nimi chmury przybierały kształty fantastycznych zwierząt - smoków, krokodyli, latających ryb - ciemne kosmate figury na zielono-różowym, gasnącym powoli podobraziu. Poeta, obserwując ich dynamikę i ruch, zapragnął nagle również coś w swoim życiu zmienić. Był człowiekiem w sile wieku i nie chciał, aby przyszłość przesypała się przez jego palce jak litery nikomu niepotrzebnych wierszy, które pisał do szuflady. Poeta udał się więc w drogę. Kupił bilet na pociąg do stolicy, gdyż wydawało mu się, że tam będzie mu najłatwiej wybrać cel oraz kierunek dalszej podróży. Pomyślał, że następnie zdecyduje się na lot samolotem. Będzie wtedy mógł zobaczyć z bliska, jak obłoki przemieniają się na tle zachodnich zórz w przedziwne, groteskowe stworzenia. Jadąc pociągiem, poeta zapatrzył się w mijane krajobrazy. Droga wydała mu się dość monotonna: las - pole - wioska - las - pole - las. Zaczął padać drobny deszcz i naznaczył szyby pociągu drobnymi znaczkami, które poecie przypominały znaki diakrytyczne - kropki, kreski, ogonki... I nieoczekiwanie człowiek zasnął, ukołysany cichym szumem i stukaniem kół o szyny. A gdy obudził się - okazało się, że przejechał swoją stację, stolica została daleko w tyle za nim, a pociąg toczył się wolno przez kolejne pola i lasy, choć nie było już w nim ani jednego pasażera. Poeta trochę się zaniepokoił. Teraz nie miał pojęcia, dokąd zmierza. Chciał sprawdzić trasę na bilecie, ale okazało się, że bilet mu gdzieś się zapodział. Poszedł więc do przedziału konduktorskiego, aby dowiedzieć się, jaka jest najbliższa miejscowość, lecz przedział ten był pusty. "Co to wszystko ma znaczyć?" - zaniepokoił się podróżny, i w tym momencie usłyszał zgrzyt hamujących kół, a pociąg stanął na stacji w jakimś miasteczku. Poeta, trochę zdenerwowany, ale też nieco zaciekawiony, postanowił wysiąść. "Skoro tu mnie los przygnał, może to wszystko ma jakiś swój sens..." - stwierdził. Zabrał z przedziału walizkę, wyskoczył z wagonu i wyruszył rozejrzeć się po mieście.   Od razu zauważył, że to miasto było niezwykle osobliwe. Im głębiej zapuszczał się w jego uliczki, tym bardziej robiło się chłodniej, aż w końcu zaczął wiać lodowaty wiatr i padać śnieg. Poeta zdziwił się - przecież to był dopiero wrzesień, miesiąc, w którym zimowe zjawiska pogodowe należą raczej do rzadkości. Ale zapewne to jakaś anomalia. Uderzyło go jednak coś innego w owym nietypowym miasteczku. Sprawiało ono wrażenie niezamieszkałego i opuszczonego. Wszystko było w nim kompletnie zdewastowane. Rozbite latarnie nie dawały światła, na połamanych ławkach nie można było usiąść. w sklepach ze zniszczonymi witrynami nikt niczego nie sprzedawał. Drzewa pod nawisami śniegu ukrywały potrzaskane kikuty gałęzi. Na poboczach jezdni tu i ówdzie stały zepsute autobusy, straszące pustymi wnękami po potłuczonych szybach. Wszystko pokrywał biały puch, w którym nie było jednak nic miłego i wesołego. Cisza, którą przynosił, wydawała się przytłaczająca i pełna grozy. Poeta musiał tu zostać na noc, ale oczywiście nie znalazł ani hotelu, ani innego miejsca dogodnego na nocleg. Zobaczył przy jednej z ulic niewielką kawiarnię, oczywiście, jak wszystko w tym mieście, nieczynną i nieprzytulną. Ale miała przynajmniej całe szyby w oknach, wewnątrz znajdował się kominek, stoliki, krzesła, kilka foteli - człowiek ocenił, że można się w niej zatrzymać i . Obok kominka znalazł nawet nieduży zapas drewna, więc rozpalił wątły ogień. Nie przyszło mu to oczywiście łatwo, bo przecież jako mieszkaniec wielkiej metropolii nie był przyzwyczajony do palenia w kominku, ale jakoś sobie poradził, Z radością stwierdził, że stary, pokryty kurzem ekspres do kawy wciąż działa, no i można na kuchence ugotować wodę na herbatę. "Jakoś wytrzymam tu do rana..." - stwierdził poeta i poszedł spać. Nazajutrz poczłapał z powrotem na dworzec, ale nie znalazł tam ani kas biletowych, ani rozkładów pociągów; perony były zasypane śniegiem, a tory z obu stron urywały się i nie prowadziły już donikąd. Poetę ogarnęło przerażenie. Nie miał pojęcia, co teraz począć. "Jak ja wrócę do domu?" - zapytał sam siebie. "I czy w ogóle istnieje jakaś sposobność, aby się stąd wydostać?"   Ponieważ znikąd nie przyszła żadna odpowiedź, człowiek z powrotem powlókł się do swojej kawiarni. "Później może znajdę jakieś rozwiązanie. Przecież zawsze można pójść pieszo. Niech tylko pogoda się odmieni..." - westchnął. Przyglądał się po drodze zrujnowanym uliczkom, kamienicom bez świateł w oknach, porzuconym samochodom, i nagle zapragnął zrobić coś dla tego miasta. "Skoro tu chwilowo utknąłem, może uda mi się choć w niewielkim stopniu zrobić porządek, nawet w najbliższym otoczeniu" - stwierdził. Ale łatwiej powiedzieć, trudniej zrobić. Poeta nie posiadał przecież żadnych umiejętności, które mogły mu się teraz przydać. Nie potrafił zreperować lampy, wstawić szyby w okno, przybić solidnie desek do oparcia ławki. Przed drzwiami swojej kawiarni zobaczył przewrócony śmietnik. Chciał go postawić z powrotem na swoim miejscu, ale nie był w stanie go nawet podnieść. Śmietnik, choć zwykły, plastikowy, nieduży, zdawał się być przymarznięty do chodnika. Poeta próbował go oderwać od przemrożonej zaspy na wiele różnych sposobów, lecz jego wysiłki nie przyniosły żadnego rezultatu. Zmęczony i spocony mężczyzna wszedł na chwilę do kawiarni, zrzucił z siebie kurtkę i postanowił napić się kawy. Spoglądając przez okno na to widmowe miasto, otulone obcą, białą poświatą, nagle poczuł się wyjątkowo bezradny. Atmosfera otaczających go obiektów, które emanowały ukrytym smutkiem, udzieliła mu się i nieoczekiwanie odczuł potrzebę napisania jakiegoś wiersza. Wyjął z nieotwartej dotychczas walizki zeszyt, w którym sporządzał swoje poetyckie szkice, i stworzył w kilka minut wiersz o tym upartym śmietniku. Śmiał się trochę z własnego konceptu, gdy nagle zauważył, ku swojemu niebotycznemu zdumieniu, że śmietnik nie leży już przewrócony na ziemi, lecz stoi równo na miejscu, gdzie właśnie powinien stać. Zaskoczony tym odkryciem poeta stworzył po chwili wiersz o latarni, znajdującej się po drugiej stronie ulicy. Nie minęło kilka sekund, a latarnia nie była już popękana i wygasła, lecz zalśniła jasnoróżowym blaskiem. Poeta do wieczora pisał wiersze, a otoczenie kawiarni zmieniało się nie do poznania. Ławki jakby same się naprawiły, latarnie wesoło oświetlały chodnik, donice na kwiaty, ustawione równo wzdłuż krawężnika, tworzyły dumny harmonijny szpaler. W końcu człowiek poczuł się wyczerpany. Usiadł na jednej z ławek, aby trochę odsapnąć, i wtedy zobaczył, jak spomiędzy niewyraźnie majaczących w zadymce budynków wyłania się i zbliża do niego jakaś postać.   Była to dziewczyna, ubrana zadziwiająco lekko, jak na zimową porę, w lawendową sukienkę, letnie sandałki oraz biały półprzezroczysty szal. Kasztanowe włosy skrzyły się drobinkami światła, przyprószone wciąż padającym z nieba śniegiem. W jej ciemnych oczach było wiele powagi i nostalgii, ale też jakieś niewyobrażalne, nienazwane ciepło. Poeta w pierwszym odruchu chciał ofiarować dziewczynie swoją kurtkę, aby się ogrzała. Nie mógł znieść widoku jej nagich ramion, uderzanych bezlitosnymi podmuchami. Dziewczyna, widząc jego gest, natychmiast cofnęła się z lękiem. - Nie bój się - zawołał mężczyzna. - Chodź do mnie, przecież ty zaraz tu zamarzniesz, albo się rozchorujesz! - Nie czuję zimna. Dziękuję, że się martwisz, ale nie musisz - odpowiedziała dziewczyna. Jej głos był dziwnie spokojny, beznamiętny, jakby przypływający z daleka. - Okropna pogoda! - dodał poeta. - Powiesz mi, co to za miasto? I kim ty jesteś? Co ty tutaj robisz? Czy też tu się znalazłaś, tak jak ja, przez przypadek, i nie możesz stąd uciec? Dziewczyna spojrzała na niego milczącym wzrokiem. - To moje miasto. Ono jest mną, a ja jestem nim. - odrzekła powoli. - Każda uliczka, każdy dom, każde drzewo, każdy przystanek, każda studzienka - to część mnie. Wszędzie możesz mnie tu spotkać, jeśli zechcę. Przyszłam teraz do ciebie, bo ty jeden odkryłeś tajemnicę. - uśmiechnęła się lekko. - Jaką? - poeta rozłożył bezradnie ręce. - Nie widzisz, jak to miasto wygląda? - Widzę. Same rudery. Obraz nędzy i rozpaczy. Ale co tu się właściwie wydarzyło? - To miasto kiedyś tętniło życiem. Było młode i piękne, tak długo, dopóki ja byłam młoda i piękna. I bardzo ufna. - zaczęła swoją opowieść dziewczyna. - Możesz usiąść obok mnie?- spytał człowiek. - Mogę, ale nie usiądę - dziewczyna znów odsunęła się od niego. - Nie namawiaj. Poeta spuścił na chwilę głowę, ale w końcu zwyciężyła w nim ciekawość. - I co się później działo? Dziewczyna zmrużyła oczy, jakby próbowała je ochronić przed zbyt ostrym światłem słońca. - W mieście mieszkali ludzie, dzieci bawiły się na placach zabaw, w ogródkach restauracyjnych młodzi umawiali się na randki, po ulicach jeździły autobusy i tramwaje, wesoło dzwoniąc lub posapując, w parkach kwitły kwiaty, drzewa owocowały, ptaki wiły gniazda w żywopłotach. Pory roku następowały po kolei - wiosna, lato, jesień, a zimy były krótkie, łagodne i radosne, pełne śmiechu dzieciarni na sankach i zapachu korzennych ciasteczek. - Dlaczego to wszystko nagle się skończyło? - Przyszli oni. Mężczyźni - dziewczyna zdawała się drżeć z ukrytego strachu, a w jej oczach rozbłysły łzy. - Wabiła ich moja uroda, moja delikatność i urok mojego magicznego miasta. Twierdzili, że to najcudowniejsze miejsce na ziemi, gdzie pragną zamieszkać i odnaleźć szczęście. Najpierw mówili, że mnie kochają. Obsypywali mnie podarkami, całowali, pieścili... Obiecywali, że zostaną tu ze mną na zawsze, a dzięki temu miasto będzie o wiele piękniejsze. Ale nie było w nich prawdziwej miłości. Niszczyli po kolei wszystko, co mogli. Wydawało im się, że w ten sposób zmuszą mnie do uległości i oddania, a podczas gdy tylko powoli mnie zabijali. W końcu odchodzili, zabierając ze sobą kawałek mojego serca. Została już we mnie tylko malutka jego cząstka. Tak maleńka, że sama czasem nie wiem, że ją mam. Ale jestem teraz jak to miasto, połamana, rozbita, potłuczona na kawałki. Poeta nic nie odpowiedział. Ogarnęła go ogromna złość, a jednocześnie współczucie dla napotkanej dziewczyny. Ona tymczasem kontynuowała swoją historię. - Ty jeden, nie wiem, jak i dlaczego, znalazłeś sposób, aby coś tutaj uleczyć. Poczułam to. Poczułam ciepły prąd w moim ciele. Dlatego możesz mnie teraz widzieć i słyszeć. Twoje słowa mają wielką moc. Słowa zawsze mają moc,a zwłaszcza słowa poetów i pieśniarzy. Tylko dzięki nim możesz tutaj być i tylko poprzez nie możesz coś uczynić dla mojego miasta i dla mnie. Poeta uśmiechnął się do dziewczyny. - Chodź ze mną do kawiarni. Postanowiłem w niej chwilowo zamieszkać. Zrobię ci kawę - powiedział, ale dziewczyna pokręciła przecząco głową. - Nic od ciebie nie chcę. I o nic mnie nigdy nie proś, bo na pewno tego nie spełnię - dorzuciła chłodno. - Ale dlaczego? - chciał się dowiedzieć mężczyzna. - Boję się ciebie. Boję się twojej siły i odwagi. Boję się, bo twoje wiersze są gorące, szczere, i wszystko mogą zmienić. Już zmieniają. To miasto... - uczyniła szeroki zamach dłonią, wskazując na okoliczne domy i latarnie - Nie widzisz, jak z iluzji ruin staje się prawdziwe? I to tylko dlatego, że ty tego zapragnąłeś? Poeta powoli zaczynał rozumieć, co chciała mu powiedzieć. Po chwili ciszy spytał pokornie: - Możemy się jeszcze jakoś spotkać? Dziewczyna wyciągnęła rękę w kierunku niewielkiego mostu, majaczącego w oddali za plątaniną uliczek i zmarniałych koron drzew. Most był pęknięty na dwoje, a między jego połówkami płynęła na wpół zamarznięta rzeka. - Naprawisz? - spojrzała mu nieśmiało w oczy. - No jasne! - zawołał poeta z zapałem. - Jutro rano będzie, jak nowy. - Możemy się tam widywać. W połowie mostu, Tylko pamiętaj, żebyś nigdy nie żądał niczego więcej. Poza tym, rozgość się w moim mieście. Rozgość się słowami, oczywiście. Możesz sobie pisać wiersze do woli i naprawiać zepsute auta - zaśmiała się, jakby z ukrytą goryczą, i odeszła.   Następnego dnia poeta skierował swoje kroku w kierunku mostu, z wymyślonym o świcie specjalnym wierszem. Udało mu się na nowo połączyć dwa brzegi lodowej rzeki solidną kładką. z ozdobnymi barierkami. Wszedł na nią śmiało i zatrzymał się w połowie. Nie czekał nawet pięciu minut, gdy nagle nadeszła napotkana poprzedniego dnia dziewczyna. Wydawała się podniecona rozgorączkowana, ale jednocześnie ogarnięta skrywanym starannie lękiem. - Przyniosłam ci ciastko - powiedziała, podając poecie talerzyk z niewielkim kawałkiem czekoladowego tortu. - Lubię je robić. Codziennie inne. Dekoruję je, wymyślam nazwy. To jest Wiśniowe Marzenie - szepnęła ciepło. - Na pewno pyszne! - zawołał wesoło mężczyzna. biorąc z jej rąk talerzyk. Gdy skosztował ciasta, poczuł, że dziewczyna staje mu się niewytłumaczalnie bliska. I w tym momencie zdał sobie sprawę, że pragnie ją uszczęśliwić. Znów stworzyć dla niej jasne, wesołe, miasto, pełne ruchu i gwaru. Otoczyć ją wszystkim, co dobre i piękne. - Ach, Poeto! - zaśmiała się dziewczyna. - Mówiłam ci już, twoje słowa są tu mile widziane. I mnie jest przyjemnie czasem popatrzeć na chodnik bez dziur, latarnię, która tańczy skąpana we własnym świetle, nowiutkie lśniące okna kamienic... Dziękuję, że jesteś tu, z twoimi wierszami - odrzekła znowu. - Gdyby tylko ta zima w końcu odpuściła - rzucił poeta pod nosem. Dziewczyna odparła ze spokojem. - To nie jest takie proste. I uśmiechnęli się do siebie.   Od tego ranka, poeta i jego tajemnicza przyjaciółka codziennie widywali się na tym moście. Dokładnie w jego połowie, tak, jak się wcześniej umówili. Ona przynosiła mu ciasteczka, a on swoje wiersze. Czytał jej utwory o wszystkim, co było dla niego ważne. Nie tylko o rzeczach z jej miasteczka, ale także o tym, co było częścią jego własnego życia- o swoim osiedlu, o swoim domu, o swoim biurku, o sklepie, gdzie kupował pieczywo i o kasztanowcach przed blokiem, z którymi równolegle dorastał. Dobrze im było razem, chociaż przychodziły chwile, w których on zbyt długo patrzył w jej oczy, a ona wtedy zdawała się go odpychać - nie słowem, nie gestem, ale jakąś wewnętrzną energią, która mówiła jego tęsknocie - nie.   Któregoś dnia, podczas jednego z ich zwyczajowych spotkań, zrobiło się nadzwyczaj zimno. Śnieg padał wyjątkowo gęstymi, mokrymi płatkami, a wiatr wwiercał się w skórę milionami kłujących cierni. Poeta zawsze nosił przy sobie zeszyt na wiersze i kawę w małym termosiku, tak na wszelki wypadek. Teraz uznał, że ten "wszelki wypadek" właśnie nadszedł. Zerkał na dziewczynę w lekkiej sukni i nie mógł znieść widoku, jak śnieg oblepia tę cieniuteńką tkaninę grubym, lodowatym kożuchem Odruchowo nalał kawy do kubeczka i podał jej, mówiąc - Napij się, zanim mi zamarzniesz na kość. Dziewczyna, która siedziała spokojnie obok niego, nagle zerwała się z głośnym krzykiem. - Nie! -Rozgrzejesz się, przecież jest mróz i wieje tak, że aż urywa głowę. O co chodzi, przecież to tylko kawa? - Nie chcę niczego od ciebie - rzuciła dziewczyna, nerwowo splatając palce. - Nie nalegaj. Nie mam żadnych potrzeb, pustych miejsc, pragnień.. W tym mieście niczego mi nie brak. Dobrze, że twoje słowa trochę je upiększyły, naprawiły to i owo, ale niczego więcej od ciebie nie przyjmę. Miło mi się rozmawia z tobą, i to wszystko. - Pragnę wiedzieć - odparł poeta, zasmucony. - Pragnę zrozumieć... Co robię nie tak? - To nie twoja wina - powiedziała cicho dziewczyna. - Robisz wszystko jak najlepiej. Czuję to. Lecz skąd mogę wiedzieć, że tak będzie zawsze? Mam wszystko, co trzeba i potrafię się cieszyć z tego,co mi przynosi czas- rzuciła na odchodne, i po raz kolejny zostawiła go samego, z setką pytań w głowie i powoli kiełkującym w nim bólem, którego sam nie rozumiał.   Od tego spotkania minęło już trochę czasu. Człowiek oczywiście dalej przychodził na most, a dziewczyna pojawiała się, z każdym dniem coraz piękniejsza, przynosząc coraz bardziej wykwintne i smaczne ciastka. Któregoś ranka poeta, idąc w kierunku mostu, szczęśliwy i rozradowany perspektywą nadchodzących chwil, które miał spędzić w towarzystwie swojej przyjaciółki, wpadł na pomysł napisania o niej wiersza. Ledwie ją zobaczył, natychmiast pobiegł ku niej roześmiany i powiedział. - Słuchaj, moja kochana, przyszło mi dziś na myśl, że ułożę wiersz dla ciebie i o tobie! Mam ze sobą papier i coś do pisania,  a zwrotki prawie ułożone w głowie. Dziewczyna nigdy nie wydawała się tak wystraszona, jak w owej feralnej chwili. Ale poeta jeszcze spoglądał na nią ze sztubacką ufnością i oznajmił: - Wiesz, bo ja cię po prostu kocham. Dziewczyna ostrożnymi krokami zaczęła wycofywać się z mostu w kierunku swojego brzegu. Talerzyk z przyniesionym dla jej towarzysza ciastkiem wypadł jej z rąk. Okruchy porcelany zmieszały się z okruchami ciasta. - Nie! Nie! - zawołała stanowczo. Żadnych wierszy. Ile razy ci mówiłam, żebyś niczego mi nie próbował mi ofiarowywać? - Co jest nie tak?- rzekł zdumiony mężczyzna. - A moja miłość... Ona nic dla ciebie nie znaczy? Dziewczyna wciąż cofała się, spoglądając na niego niemal z gniewem. - Jeśli to zrobisz... Jeśli cokolwiek od ciebie przyjmę... Jeśli pozwolę ci stworzyć wiersz o mnie... - mówiła urywanymi zdaniami. - Znów to miasto i ja... wrócimy do życia. Nie pojmujesz? To będzie normalne miasto, takie, jak tysiące innych. A ja będę dziewczyną, również taką, jak tysiące innych. Pokocham cię. Zaufam... Będę twoja. I to miasto stanie się twoje. A ty... - Ja też będę twój - przerwał jej poeta. - To, o czym mówisz, jest przecież takie piękne, więc skąd tyle obaw i skąd ta odmowa? Dziewczyna już zeszła z mostu, stała daleko,  lecz jej głos zdawał się wybrzmiewać poecie głęboko w jego uszach. - Będzie tu znów wiosna, lato, jesień... Tak, będzie wiosna. rozśpiewana, oddychająca za nas czystym światłem. Teraz mnie oswajasz, uśmiechasz się, A przyjdzie czas, kiedy zerwiesz kwiaty, wyszarpiesz ławki z alejek, ciśniesz kamieniami w latarnie. Zniszczysz mnie tak, jak oni, jak tamci... Nie potrafię już być znowu otwarta na żaden płomień z zewnątrz. Bo w przyszłości będziesz umiał mnie słuchać, nie będziesz umiał być delikatny, nie będziesz miał dla mnie litości. Pewnego dnia zrobisz, ze mną, co zechcesz, a ja... Poeta podbiegł do niej przez most. Uklęknął przed nią, choć sam sobie wydał się teatralny i śmieszny. - Najmilsza, ale ja nie jestem nimi. Jestem sobą. I daję ci właśnie siebie, już nie ciepłą kurtkę, gorącą kawę w kubku, wiersz opowiadający o twoim wrażliwym i szlachetnym sercu. Nie mam nic więcej... tylko moją miłość... i siebie - powtarzał. -Wiem. - powtórzyła. - Dziękuję. Doceniam. Ale teraz mam pod dostatkiem rzeczy niezbędnych. I niech tak zostanie. - Powiedz - dociekał mężczyzna - w czym jestem gorszy? Jakie popełniłem błędy, że nie zasłużyłem, żeby oglądać wiosnę w twoim mieście, choć oni wszyscy mogli...? - Ja... gdyby to się spełniło... przecież wtedy byłabym żywa! Żywa, rozumiesz? - No to chyba dobrze?- poeta pokręcił głową. Nawet nie wiedział, że łzy mu lecą z oczu, gdy wpatrywał się w jej znieruchomiałą, zastygłą twarz. - Boisz się życia? Czy boisz się na końcu umrzeć? - Boję się cierpieć - wyznała po dłuższej chwili. - Ochronię cię. - mężczyzna wstał, i jeszcze raz podjął próbę zbliżenia się do dziewczyny, pochwycenia jej za ręce. - Będę Cię chronił przed wszystkim co mogłoby cię zniszczyć lub poranić. Wierzysz mi? Nie wierzysz! - Nie ochronisz mnie przed sobą samym - odpowiedziała i pobiegła w kierunku miasta, spowitego dziwną siwą śreżogą, w której kotłowały się drobne, kłujące płatki śniegu. Poeta powrócił do swojej kawiarni, strudzony i złamany czymś, czego nie dał rady ogarnąć. Usiadł przed kominkiem i długo nic nie mówił. Słowa dziewczyny powracały do jego uszu jak bumerang. Wciąż miał przed oczami jej rozpaczliwie szukający ucieczki i schronienia, bezbronny wzrok. Chodził jak oszołomiony między kawiarnianymi stolikami i uderzał w mnie pięściami, przewracał krzesła, zrzucał na podłogę serwety i popielniczki. Momentami myślał z czułością o swojej przyjaciółce, momentami z wściekłością o tamtych - o tych, wszystkich łotrach, którzy odebrali jej to, co miała najcenniejszego i pogrzebali za życia jej wrażliwe miasto.   Następnego dnia dziewczyna nie pojawiła się na moście. Na poetę czekał tylko talerzyk z ciasteczkiem. Podobna sytuacja powtórzyła się podczas jego kolejnych wizyt. Chciał ją przeprosić, zostawiał dla mniej listy na pustym talerzyku, ale ona odpisała mu tylko jeden raz: "Nie przepraszaj. ". Wreszcie do niego dotarło, że stracił ją na zawsze i że już jej więcej nigdy nie ujrzy. Nie wiedział zupełnie, co ma dalej robić. Pewnego poranka, gdy poszedł dla odzyskania równowagi na dłuższą przechadzkę, zawędrował w okolice stacji kolejowej. Postał na niej przez chwilę, bezmyślnie gapiąc się w brudną pryzmę śniegu leżącą na przeciwległym nasypie. Wtedy usłyszał z daleka gwizd lokomotywy, a po dłuższej chwili na stację wjechał jakiś pociąg i zatrzymał się majestatycznie. Był zabłocony, pokryty warstwą łuszczącej się taniej farby, ale prawdziwy. Stał i jakby czekał, aż ktoś wsiądzie do środka na tym pustkowiu. Poeta zawahał się. Jechać? Nie jechać? Ale dziewczyna? Co pomyśli, kiedy jutro znajdzie na moście talerzyk z niezjedzonym ciastkiem, zamrożonym na kość? Może jeszcze nie wszystko stracone? Może, gdy pozna jego wybór, zobaczy jego starania, jego wierność, jego nadzieję - wszystko jeszcze się odwróci? Prawdziwa miłość nie może się poddać. Trwa i daje o sobie świadectwo każdą sekundą tego cierpliwego, ciepłego trwania. I mężczyzna zawrócił. Idąc ku swojej kawiarni, usłyszał, jak za jego plecami pociąg rusza z głośnym stukotem i sapaniem w dalszą drogę.   Po powrocie poeta napalił porządnie w kominku, przygotował duży dzbanek herbaty i usiadł przy jednym ze stolików.  Sięgnął po swój zeszyt z wierszami i długo nad czymś się zastanawiał. Jego ramiona,kiedyś mocne i pełne energii, pochylały się coraz niżej i coraz boleśniej nad matowym blatem. Zegar w kącie sali wybijał kolejne kwadranse, w półmroku słychać było skrobanie długopisu o papier. To poeta  pisał utwór o sobie samym. Całą noc spędził nad kartkami papieru, a świt zastał go śpiącego z głową opartą o stół.   Co napisał? O czym? Dla kogo? Tego można się tylko domyślać.   Podobno poeta wciąż przychodzi o umówionej godzinie na most, aby zabrać zostawione tam troskliwie ciasteczko. Wieczorem, grzejąc się przy ogniu (którego rozpalanie idzie mu teraz znakomicie), zaparza dużą kawę i zasiada solennie do tej słodkiej kolacji. Kilka razy wydawało mu się, że w ciemności i w gęstniejącym za szybą śniegu dostrzega postać dziewczyny, ognisty błysk jej włosów, fiolet sukienki, biel szala. Ale gdy wychodził na zewnątrz i próbował ją przywołać, odpowiadała mu tylko noc.      
    • Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      @Kamil Olszówka Smutne jest, że duże grono naszych najbliższych z tamtych lat już nigdy więcej nie zasiądzie z nami przy wspólnym stole. Odeszli we mgle przemijającego czasu.  W czasach obecnych sztuczne choinki biorą górę, lecz nie zastąpi to zapachu naturalnego świerka, a ja pamiętam, że nasza choinka zawsze zamiast gwiazdy miała szpic czy też czub.
    • Jestem gdzieś pod twoim oddechem Pod twoimi palcami uczę się żyć.   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły Nie wiesz ty o mnie nic   Dziwnego pokarmu mi trzeba Miły  
    • @infeliaTy włożyłaś pracę i pomysł, a ja tylko przeczytałam i spodobał mi się, zresztą nie pierwszy raz :)

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...