Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

- Panie doktorze! Chciałam z panem porozmawiać: czy mógłby pan przyjąć dziecko. Coś mi się nie podoba w córce... - Mariola zawiesiła głos, jakby udzielając łaski snucia dowolnych domysłów i osiągnęła zamierzony efekt.
Wyobraźnia ginekologa powędrowała w zgodnym kierunku z wyobraźnią rozmówczyni, ale pomny na własne relacje z żoną, starał się wysondować czy pochopną decyzją nie zostanie wciągnięty w małżeńskie rozgrywki. O tym, że może mieć do czynienia ze zjadliwą matką też pomyślał, chociaż kobieta była piękna... Gdyby była zła musiałoby się to odcisnąć na jej urodzie. Zawsze stosował to kryterium.
Trochę brakło mu koncepcji jak sformułować dosłowne pytania.
- Ile lat ma córka?
- Dziesięć.
Zagrożenie ciążą nie wchodziło w grę, niemniej podany wiek nie podważał tematu, który pierwotnie mu się nasunął.
- Występują jakieś krwawienia, bóle podbrzusza?
- Nie! Sprawa jest delikatniejsza. Widzi pan, u nas jakiś czas mieszkała taka kobieta księdza, do której on przyjeżdżał...
- Aaa... - lekarz starał się wydać z siebie oznakę jasności umysłu, chociaż właśnie całkiem stracił swoją listę pytań z pola widzenia.
- Córka nic nie mówiła, że pozowała do... portretu dla niego; był księdzem i malarzem; a jak na dziecko to dziwne, żeby tak zataić...
Matka Liliany miała specyficzny dar stosowania niedomówień, szczególnie gdy opowiadała o swoim mężu, bądź dzieciach w związku z nim. Jej słuchacze nie potrafili się na przykład zorientować, iż konwersacje z dziećmi nie dość że nie mieściły się w jej zwyczaju, to były nawet traktowane jako powód do ich zawstydzania, zwłaszcza córki. Mariola miała nadzieję, że tą metodą ukróci kontakt Mścisława z dziećmi, który pozwalał sobie na rozmowy z nimi bez pośrednictwa żony. Jej ból z tego powodu nie brał się z fanaberii, poprostu Mariola ojca nie miała i odbierała zachowanie męża jako celową złośliwość. Faktem jest, że i Mścisław miał wiele dziwnych pomysłów na interpretacje zachowań żony np. każde jej zdenerwowanie sprawiało mu przyjemność, bo widział w nim ewidentny dowód uznania jego dominacji (bezradności żony wobec własnej przegranej), a więc swojej męskości. Czy w istocie komunikował się z dziećmi wyłącznie na złość żonie, trudno to było rozwikłać. Bez wątpienia niewiele o nich wiedział, a one z własnej woli się do niego nie odzywały.
Tak czy siak, czegokolwiek "nie powiedziała" córka matce, w najmniejszym stopniu nie wynikało z konspiracji dziecka, a bardzo chętnie stosowane było przez matkę jako koronny dowód kryjącego się gdzieś Zła, obnażaniem którego Mariola potrafiła wykreować się na wojującą w słusznej sprawie. Słuchacze z przyjemnością poddawali się jej sugestiom, jakby przez ową tajemnicę ich wiedza stawała się bardziej własna, bo nie podana na talerzu, a wydedukowana bezsporną inteligencją.
- Powiem od początku. Mój mąż to nie ma charakteru, żeby komukolwiek odmówić ("tylko do mnie to jest wielki bohater" - zatrzymała rozgoryczenie w myśli, obawiając się, że osobisty kontekst może nasunąć lekarzowi myśl o nierozwiązywalności problemu jego kompetencjami). Ta kobieta, tego księdza, z którą on ma dwoje dzieci - chłopca i dziewczynkę - wynajmowała pokój u znajomych w domku. Też w Ursusie, ale tam przy stadione nie ma bloków, i tam to tak sąsiedzi bardziej patrzą, kto do kogo przychodzi... I jak ten ksiądz już za dużo razy przychodził, to ludzie zaczęli przygadywać tym znajomym, co to ma być... Ciężko im było nawet do bliskiego sklepu chodzić, bo tam zawsze się ktoś trafił, co ich znał... To doszli do wniosku, że w bloku to by było zupełnie co innego, a my mieszkamy w wieżowcu, tam gdzie poczta. A mąż, to jest gotowy wszystko załatwiać za postawienie mu wódki... Pierwszy miłosierny, chociaż do kościoła to za nic nie pójdzie, bo wielki Sekretarz partii na zakładzie i by się ze wstydu spalił, gdyby go kto zobaczył modlącego. Zaszczycony był strasznie, że ksiądz od niego będzie zależny, o pieniądzach nawet nie chciał słyszeć. Mówił tylko w kółko: "To tacy sami ludzie jak wszyscy" ("siebie wyobrażając jako wszystkich!" - szybko pomyślała o łajdaczeniu się męża Mariola). Dopiero potem się okazało, że ten ksiądz tak przyjeżdżał, że do domu wpuszczała go Lilianka, bo jeszcze nikogo nie było z pracy... Dzieci miały wytłumaczone, że to taki pastor z nie naszego Kościoła, bo czasem nosił koloratkę, i że wolno mu mieć żonę i dzieci. To jeszcze wtedy nikt nie myślał, że ta jego pora przyjeżdżania jest dziwna. Wszystko wyszło przy pożegnaniu, jak on już kupił mieszkanie własnościowe tej swojej... Dwa swoje obrazy podarował, że jak kiedyś będzie sławny, to nam się za ten pokój zwróci i powiedział, że Liliana pięknie śpiewa, i dołożył jeszcze jej portret! Nic nie powiedziała, że kazał jej śpiewać, albo pozować... Żeby dziecko nic nie powiedziało?


Geneza sporu Mścisława z Mariolą o to czy małomówność i nieśmiałość ich dzieci bierze się z wsiowych i zapijaczonych genów męża czy z dziedziczenia oziębłości żony, na tyle przerastała dzieci, że strały się nie mieć najmniejszego wpływu na jego roztrzygnięcie. W każdym razie na imieninowych imprezach u krewnych, którzy z jakiś względów mieli Lilkę za niedorozwinięty owoc rodu, nie dało jej się zmusić do występów śpiewem, do czego nakłaniał ją ojciec. Wolała już być w drodze powrotnej tarmoszona przez niego i wyzywana od gamoni, za niesubordynację, postanawiając sobie solennie, że napewno nigdy im nie zaśpiewa.
Jednak gościa, który miał zwyczaj zamykać się przed nią w jej własnym pokoju, uważała za godnego przekonania do... Polski. Bezwiednie myślała o nim jako o cudzoziemcu, pomimo że mówił wyłącznie po polsku. Skoro był pastorem, to musiał być Anglikiem albo Amerykaninem, jak w filmach.
"Ci anglikanie z pewnością nie założyliby oddzielnego Kościoła, gdyby lepiej nas znali..." - w świadomości dziecka, tylko wyobcowanie mogło być przyczyną błądzenia w wierze.
Lilka z tak wielkim uczuciem wyśpiewywała księdzu przez ścianę znany przebój Maryli Rodowicz o cyganach: "Jadą wozy kolorowe..." (który nie wiedzieć czemu wydał jej się kwintesencją katolicyzmu i patriotyzmu razem wziętych), jakby od tego zależało zbawienie człowieka...


- Te majtki są tak pozlepiane i takie jakieś żółte, że trzeba będzie zbadać co się dzieje! - głos Marioli był dobrze słyszalny z łazienki, bo jej drzwi były otwarte na ościerz.
Lilka nie miała wątpliwości o czyich majtkach jest mowa, bo tąbr głosu matki, był typowy dla mówienia o niej. Właściwie wolała, gdy tego typu wypominki matki, które brzmiały jak: "Ja się na matkę nie prosiłam!", spadały na głowę ojca. Pozorne spodufalanie matki, gdy były same, sprowadzało się jedynie do zastraszania Lilki, że ujawnienie takiej czy innej sprawy groziłoby dziecku Straszną Kompromitacją, choć dokładnie nie wiadomo było przed kim właściwie... Liliana nawet nie umiała w sobie wzbudzić strachu przed takową. Cały jej żal z nieposiadania miłości matki kumulował się w pogardę do strachu z kompromitacji. Ale w ogóle bała się... Wystarczająco bała się złych emocji matki, by nie chcieć być ich sprawczynią - starała się nie robić niczego jej na przekór.
- Widać, że to upławy! Żeby dziewczyna w takim wieku nic o siebie nie dbała? Podmywać trzeba się codziennie. Miska stoi pod umywalką...
Mariola zawachała się czy nie przesadziła w takiej wspólnocie:
- Zresztą do wanny też można zawsze nalać trochę wody! Co to trzeba mieć w głowie, żeby takie majtki wrzucać do brudów, jakby ojciec to nie był chłop? - brak odpowiedzi Lilki, albo znowu spóźniona refleksja odwróciły jednak szybko zarzut pustogłowia na zamierzone działanie dziecka. - Brudnymi gaciami nikogo nie podniecisz! Tak myślałaś, że to taki przyjemny widok jak się ojciec napatrzy? I kto to ma prać? Jakby nie można było nalać sobie trochę wody do umywalki, wziąć mydło i uprać. Te upławy to trzeba teraz zbadać, bo jakaś grzybica się mogła wdać... Pójdziemy do lekarza jutro rano, jak ojciec będzie w pracy. Trudno, wezmę dzień wolny. Przecież to wstyd, żeby z takiego niechlujstwa... Ojciec zaraz by się wściekł!


- Nie, nic się nie dzieje. Wszystko w porządku.
Lekarz i matka stali nad Lilianą rozłożoną na fotelu ginekologicznym, tajemniczo w siebie wpatrując.
- To nie ma tych upławów, panie doktorze? - sztuczny ton Marioli podpowiedział lekarzowi o staraniach matki w zachowaniu naturalnego, bezstresowego charakteru wizyty przed dzieckiem, za co obdarzył ją roziskrzonym spojrzeniem, które odwzajemniła uśmiechem.
- Nie ma, może być pani spokojna...


Mariola wyczekiwała powrotu męża jak zazwyczaj w półprzyklęku, na taborecie ustawionym przy kuchennym oknie, przez które wprawdzie nie dało się go wypatrzeć, bo wracał ulicami znajdującymi się poza widocznością, ale dało się zaobserwować dużą falę ludzi opuszczających wielki zakład - miejsce jego pracy - o jednakowej godzinie. Może nawet niektóre powtarzające się codziennie twarze. Chociaż z szóstego piętra było to bardziej wyzwaniem niż łatwością.
Nie było to wyczekiwanie z utęsknieniem, raczej - strachem. Do zrealizowania miała Plan, który raz miewał większe szanse na realizację, raz - mniejsze. Plan na nietykalność osobistą. Miała różne sposoby, jak obronić się przed jurnością męża, nie na pięć minut, podczas których spożywał obiad, ale na parę godzin, a nawet do końca dnia. Potem miała prawo czuć się zmęczona albo nie mieć nastroju po Wielkim Problemie...
Źle zrobione zakupy, które mąż musiał poprawiać lub sąsiadka, która dopiero co się wyniosła, uniemożliwiając zajęcie kuchnią, były najsłabsze. Już lepsza była wizyta jej matki przesiadującej u nich po parę godzin przynajmniej raz w tygodniu, tylko że z matką męczyła się prawie tak samo jak z mężem...
Z korytarza rozległ się charakterystyczny trzask zamykanej windy i już za chwilę słychać było przekręcane klucze w zamku wejściowych drzwi. Zaczęła, nie oglądając twarzy męża, póki był w przedpokoju:
- Już nie wiadomo co z tymi dziećmi robić... Codziennie mówić im to samo... Wszędzie ich szukałam - wołałam przez okno z klatki i nic. Ani nie zjedzą, ani nie ubiorą się porządnie, tylko potem lataj z nimi do lekarza na okrągło. Już dzisiaj, to cały dzień ich nie ma... Lilki to nawet nie widziałam ze szkoły, tak się szybko wyśliznęła.
Nastruj żony, który mówił: "Mam za dużo zmartwień, które Cię nic nie obchodzą.", wyzwalał w Mścisławie żądzę radykalnych środków zaradczych. Tym razem także:
- W cholerę pozabijam dziadów!
- Weź się uspokuj! Uspokuj, bo nie ma co...
Trzaśnięcie drzwiami pogłębiło widoczne odpryski farby przy futrynie. Ojciec nie czekał na windę - słychać było jego skokowe pokonywanie schodów.
- Mścisław!! - Mariola wyszła i wykrzyczała w klatkę schodową za oddalającym się mężem, jako kategoryczne upomnienie, po którym mogła spokojnie zamknąć drzwi.


- Siedzi i siedzi... Tylko z tą Lilką! Nic nie patrzy, jaki żal małemu robi - Mariola podawała picie sześcioletniemu synowi, ale mówiła niby do męża, a przynajmniej ten tak to zrozumiał.
- To powiedz jej coś. Przecież to twoja matka! Ja nie będę nerwów tracił - Mścisław szczerze nie lubił teściowej i przeważnie udawało mu się nie zamienić z nią ani zdania podczas jej za częstych, według niego, wizyt. Teściowa przywykła do zajmowania wnuczką w okresie, który uważał za przekleństwo - gdy jeszcze mieszkali razem, w wynajmowanym domu ościennego miasta, przed przydzieleniem mu mieszkania przez zakład pracy. Po ich wyprowadzce teściowa też dostała przydział ze "swojego" zakładu, pomyślnie dla zięcia - do miasta w przeciwnym kierunku. I kiedy wydawało się, że zajmie się własnym, krótkostażowym jeszcze, małżeństwem, po długim wdowieństwie, to obydwoje emerytów zaskoczyło swoje rodziny symetrycznym rozjeżdżaniem się do potomstwa. Nieraz po kilka razy w tygodniu.
Rozalia najczęściej rozmawiała z wnuczką (bo tylko wnuczka odczuwała do tego ochotę).. I tylko wnuczka była tematem stycznym jej rozmów z córką - Mariola jakby z niczym innym problemów nie miała. Chociaż, okiem jej matki, największym nieszczęściem rodziny córki był jej mąż.
Wnuczka nie uświadamiała sobie, że babcia jest dla niej jedyną osobą dorosłą, której zadaje pytania. Matka była niezadowolona ze wszystkiego o czym próbowała jej opowiadać - szła zaraz omawiać to z ojcem (jeśli był obecny), a najchętniej ucinała: "Idź do psychiatry, albo do księdza, do spowiedzi.", sugerując, iż matki nie są od wysłuchiwania dzieci, bo im za to nikt nie płaci i że Lilka nie ma wstydu tam gdzie go mieć powinna, skoro ma taki tupet... Liliana przyjmowała do wiadomości, że do jej rodziców mówić nie wolno, bo to ich obraża (matkę) lub rozśmiesza (ojca), ale wcale nie uważała tego za normę, bo u innych rodzin widziała co innego. Tylko epoka z mówieniem: " pani matko" i "panie ojcze" (znała z jakiegoś filmu z telewizji), wydawała jej się skonstruowana z dokładnie takich ludzi jak jej rodzice.
Z babcią najczęściej przesiadywały w maleńkiej kuchni z dwoma miejscami do siedzienia. Ulubionym zajęciem domowników było oglądanie telewizji (wyłączjąc matkę, która wolała wyszukiwać czegoś za oknem), przerywane jedynie na sen. Teoretycznie więc, nikomu nie przeszkadzały...
- Jak to babciu? To dziadek Rączek jest już twoim trzecim mężem?
- Tak jakby trzecim... Bo ojca twojej matki zabrali Niemcy, potem już się nie odnalazł. I ja z nim ślubu nie miałam. W wojnę to było coś okropnego - dla kobiet... Jak zostałam wdową, to miałam osiemnaście lat i dwuletniego Bolka - brata twojej mamy.
- Byłaś taką młodą żoną? - Lilka wyobrażała sobie, że do małżeństwa trzeba być pełnoletnią.
- Nikt nawet nie zapytał czy ja chcę być żoną. Jak dziewczyna dostawała miesiączki, to już była dorosła. Przyszedł taki, postawił ojcu butelkę i tak to było... Trzeba było iść, bo to był zaszczyt, jak mężczyzna chciał się żenić, że takie poważne traktowanie. Gdyby mamusia żyła, to wszystko byłoby inaczej... - babci zaszkliły się oczy.
Wnuczka starała się ją pocieszyć:
- To nawet dobrze, że go zabili... Przynajmniej nie było ci żal.
Babcia przestała płakać jak ręką odjął i starała przypomnieć nawet pozytywy:
- Brzydki nie był. Dopóki nie podnósł na mnie ręki, to i serce do niego miałam... Jak zostałam wdową, to mieszkać już nie miałam gdzie.
Lilce nie mieściło się w głowie - dlaczego - ale nie zapytała, bo babcia nie przerywała.
- Wróciłam do domu rodziców, tylko że ojciec, to miał już taką - drugą żonę, która była w moim wieku, i tylko patrzyli jak mnie wypchnąć. Z trójki mojego rodzeństwa, tylko brat tam niby mieszkał, ale rzadko nocował - ten wujek Gienek, co by ciągle chciał pożyczać pieniądze i trzeba go pilnować, żeby czego nie wynósł jak przychodzi. A Stasiek, to był taki miejscowy cwaniak, co właściwie wszyscy się go słuchali, bo tak się nauczył rządzić ludźmi, nie mając ojca. Potem jak urodziła się twoja mama, a Stasiek zaginął, to mi siostry wynalazły sprzątanie u takich dawnych książat, tylko że aż nad morzem. Z małym Bolkiem przy sobie mogłam sprzątać - tak miałam zezwolone. Twoja mama została przy swojej babci. Babcia się nią zajmowała dopóki nie umarła.
- Mama tego Staśka?
- Tak. Poza Staśkiem miała jeszcze dwoje dzieci - takiego upośledzonego Filipa i Konstancję, która miała stałą pracę i jej pomagała, bo Stasiek to był zawsze - aby tylko gdzieś iść na szaber, a nawet jak już dorwał jakąś pracę na budowie, to potem to przepił, żeby widzieli, że to jego pieniądze i on nie głupi, żeby komu dawać. Konstancja nigdy nie wyszła za mąż, chociaż była taka piękna i dobra... Tak się napatrzyła na tych łachmytów, zabijaków, na tych wszystkich żołnierzy... I że te kobiety tak zawsze zdane na siebie z tymi swoimi dziećmi. Najwięcej zdjęć jakie były z okupacji, to właśnie ciotki Konstancji - twoja matka ma. Wszyscy się dziwili, że miała takie grube kasztanowe włosy, a wcale nie farbowane... I co pojechała do Warszawy, to ją zaraz ci fotografowie obstępowali. Umarła niedługo po ślubie twoich rodziców...
- Babciu, a ty masz jakieś zdjęcia jak byłaś młoda, albo z dziećmi? U nas nie ma twoich zdjęć...
- Z dzieci to miałam zdjęcia tylko Bolka, to już mu dałam. Swoje to mam jakieś dwa - jeszcze sprzed wojny, jak byłam panienką - to ci dam kiedyś.
- Nie masz zdjęć z pierwszego ślubu? Ani z tym Staśkiem?
- Kiedy owdowiałam, to musiałam iść z dzieckiem jak stałam, zdjęcia były najmniej ważne. I wtedy to tak nie było, że każdy miał aparat fotograficzny. Jak już ktoś się dorobił aparatu, to zostawał fotografem ulicznym i to był wielki pan, bogacz. Lepiej mu się żyło niż szewcowi czy szklarzowi...
- Tata zawsze robi zdjęcia jak gdzieś jedziemy.
- Ten wasz tata... - dało się wyczuć po zmianie tonu, że Rozalia do tego tematu wolałaby innego rozmówcy, bo jakby mówiła do siebie. - Mówiłam Mariolce, że taki raptus! Widać było jak był kawalerem... Coś tam mu się nie spodobało co powiedziałam - już zrywa się z krzesła, leci w prawo, w lewo, jak opętany!
Babcia przerwała w najciekawszym momencie, więc Liliana starała się jej pokazać, że jest chętną ją wysłuchać:
- Ostatnio jak przyszedł pijany z pracy, to rzucił w mamę tą naszą kryształową popielnicą...
Babcia nie zmieniła myślenia, że ten temat nie jest do rozwijania przy wnuczce. A wyobrażenie popielnicy, tym szybciej zakończyło rozmowę:
- Wyjdź teraz Lilciu, bo będę paliła papierosa.



- No, moja krew! Ma zacięcie do matematyki po mnie - ja to chwytałem matematykę w lot, jeszcze nauczycielowi tłumaczyłem! - Mścisław oglądał półroczne oceny córki wypisane na kartce. Matematyka wśród nich wcale się nie wyróżniała, gdyż zestawienie zawierało wyłącznie piątki.
- Na studia się jakoś nie dostałeś z tym chwytaniem w lot - żona nie lubiła żadnych jego przechwałek, a pomysł, że swojość dziecka można rozpoznawać po zainteresowaniach, wydał jej się godny wsiowego pomyślunku Mściwka.
- Jidź tłuumoku! - Mścisława zdenerwował brak lotności żony, niweczącej jego pracę nad wzmacnianiem motywacji dziecka do nauki. - Znalazła się znawczyni egzaminów na studia! To nie były takie egzaminy jak teraz!
- Jakie egzaminy? Te partyjne, przez które każdy przechodził, tylko Mściwek nie mógł dwa lata pod rząd, bo musiał za dużo wódki wychlać z kim się dało? - z satysfakcją prychła żona.
Mariola nie miała nawet pełnego średniego wykształcenia, nie dlatego że uważała Szkoły jako niewarte zachodu (jak potem Lilka). Żałowała, że nie osiągnęła więcej, widząc w tym winę swojej matki, która nie potrafiła zapewnić jej "normalnych" ubrań, niewyróżniających jej od otoczenia, dla których jak naszybciej Mariola podjęła pracę.
Jej matka, odkąd zamieszkały razem, utrzymywała dzieci z niewielkich pieniędzy jakie dostawała za pracę portierki w największej fabryce w mieście - "gumówce" wytwarzajacej opony. Było to wykonalne, bo miała bardzo dobrze opanowaną umiejętność szycia, którą zdobyła w najtrudniejszych okresach życia. Odzież dla siebie i dzieci zawsze wykonywała samodzielnie, a czasem dorabiała szyjąc na zamówienie. Potem zostały tylko we dwie, bo syn Rozalii zaręczył się podczas służby wojskowej w innej części kraju i tam już pozostał na stałe po ślubie. Cieszyła się, że radził sobie samodzielnie w tej Nowej Soli. Nie była w sytuacji trudniejszej od niego, żeby upominać się o pomoc materialną. Zresztą nie była nawet przywykła do myślenia, że od mężczyz można oczekiwać jakiejkolwiek pomocy. I tak go wychowała, że on o niej nie myślał, nie odwiedzał.
W istocie odejście Mariolki ze szkoły było nieuniknione. Nie z powodu ciuchów, w które lubiła się stroić, ale - silnej identyfikacji z matką idealną, za która uważała własną babkę. Nawet bardziej po śmierci, niż za życia. Na Mariolę działał autorytet i popularność babki, którą znali wszyscy mieszkańcy biednego Piastowa, potaniający nią sobie usługi - a to pogrzebowe, a to położnicze lub najdroższe - medyczne. Znaczenie staruszki przewyższało wszelkie znane Mariolce funkcje. Bo, owszem, spotykała ludzi teoretycznie ważniejszych od babki - choćby nauczycieli w szkole - ale było to płytkie poważanie, podszyte strachem, pogardą za wpajanie wiedzy okładaniem dłoni linijką, i odreagowywane przekleństwami za plecami, po których "odczyniać" ludziom i tak musiała ostatecznie jej babka. Była tak ważna, że nawet trupy się jej słuchały na słowo (nie na jakieś bicia czy straszenia, jakimi to metodami mężczyźni walczyli o władzę). Kiedy mówiła do nich: "Zegnij rękę!" podczas rozbierania przed myciem czy ubierania po myciu, to posłusznie wykonywały jej polecenie, bez którego nie dało się tego uczynić żadnym siłowaniem, co mała Mariola oglądała na własne oczy. Jeżeli jej babcia była bez znaczenia i szkodliwa społecznie, jak uczył nowy porządek, to dlaczego dopiero jej śmierć była w stanie przenieść dziecko ze świata "zdejmowania uroków", do tego uczonego - wyższego rzędu? W świecie Marioli, tylko śmierć poszczególnych ludzi posiadała siłę sprawczą - śmierć jej ojca, choć tylko domniemana, spowodowała odejście jej matki od niej, śmierć babki skazała ją na poprawkę z dzieciństwa, którego już nie chciała...
W świecie Mścisława panował zupełnie inny porządek rzeczy - to śmierć była trywialna, a nauka jedyną potęgą wpływająca na los człowieka. Wystarczyło "zdobyć szkołę", by wyzwolić się z konieczności codziennego babrania w gównach świńskich, końskich, krowich, kurzych... A co zmieniła śmierć w studni, jednego z sześciorga rodzeństwa Mścisława? Już na drugi dzień z powrotem najważniejsza była prośna świnia - żeby nie padła. Gdyby to był on, też nikt by nie zauważył, i nie byłoby o czym wspominać - co szczególnego zrobił, mówił, umiał, bo wszyscy byli do tego samego - obrządku.
Na żadne sterowanie dziećmi przez Mścisława Mariola nie mogła się zgodzić:
- A co z tych jej ocen? U takich dzieciaków, to tylko na grzeczność patrzą. A to pewnie siedzi jak trusia, nic nie mówi, to jej Ogińska stawia te piątki, żeby z całą klasą mieć spokój. Jakby tak naprawdę zaczęła oceniać, to by się skończyło. Nawet Ładek, chociaż dwa lata młodszy, ma lepiej ułożone w głowie - nie jest taka mimoza... Pij - pij Ładuś - myśli skierowała do męża: "Tobie też przydałoby się przejrzeć, jaka to jest twoja krew...", ale że mógłby to zrozumieć jedynie jako wyznanie zdrady, powstrzymała się od artykuacji, czekając wymowniejszych argumentów.


Matka podeszła do pakującej tornister Liliany napewno nie z kanapką, bo te leżały każdego ranka w kuchni, przygotowywane przez ojca, wstającego na szóstą do pracy - dwie godziny przed dziećmi i godzinę przed żoną. Nie było powodu robić ich dzień wcześniej.
- Wsadziłam do tej koperty karteczkę dla pani Ogińskiej. Żebyś nie zapomniała oddać. Przy tej pracy, to ja już nie mam kiedy chodzić do szkoły.


- Lilianko, ty zostań w klasie, chciałam z tobą porozmawiać.
Pani Ogińska kazała zostawać w klasie "najgorszym" chłopakom. Jednego po takiej rozmowie zabrali nawet do poprawczaka, czy czegoś takiego, bo podobno powiedział na Panią, że jest stara krowa, i strasznie klął. Jednak nigdy dotąd nie zostawała dziewczynka. I dlaczego - Liliana, skoro to ją Pani chwaliła najczęściej, i dostawała same piątki?
Wychodzące z klasy dzieci uśmiechały się do niej porozumiewawczo. Mina Pani była nieprzenikniona. Gdy zostały same, zaczęła zmartwionym głosem:
- Twoja mama napisała mi bardzo smutny list... Lilciu. Twoi rodzice oboje pracują, masz młodszego braciszka, a ja się dowiaduję, że nawet dywanu nie chcesz odkurzyć mamie - ?
Liliana spuściła wzrok z Pani. Znowu zaczynała się mowa podobna do babcinej - o tym, że ona nie chce czegoś zrobić, chociaż nikt od niej niczego nie chciał. W ogóle nie wiedziała co robić ze sobą poza odrabianiem lekcji - jak siedziała w domu po szkole, to rodzice się denerwowali, że ma wyjść na dwór, żeby "nie zdziczała", a jak już była na podwórku z dziećmi, to nie wiadomo było kiedy wrócić, bo ojciec w każdej chwili mógł przyść po nią wściekły - "Co to, nie wiesz o której się wraca do domu!?", jakby nie dotrzymała jakiegoś umówionego terminu.
Pani Ogińska dostała informację od matki Liliany głównie o tym, że ojciec nadużywa alkoholu. Nie mogła tylko zrozumieć czy chodzi o to, że dziecko jest przez tego ojca bite? Matka pisała o wielkich kłopotach z Lilianą, o otępieniu, którego przecież w szkole nie było widać... Najchętniej zapytałaby czy ojciec się znęca nad matką, bo to nasuwało się najwyraźniej, ale przecież - nie dziecko. Ściszyła głos, starając się mówić bardzo delikatnie:
- Lilciu... czy ty nie kochasz swoich rodziców?
Przez chwilę głos dziewczynki zablokowały wielkie, kuliste łzy, które wypłynęły z jej oczu. Nie mieściło jej się w głowie, dlaczego rodzice nie chcą się przekonać, że ona jest uczynna i dlaczego matka obraziła się na jej piątki, jakby robiła coś przeciwko niej... Bo za co ta skarga? Napewno Lilka nie wiedziała jak się kocha rodziców, tak jak oni chcą, bo tego nikt jej nie tłumaczył - nawet Pani uczyła rzeczy, które niczego nie zmieniały w domu.
- Kocham... - odpowiedziała grzecznie.
Na pocieszenie beksy pani Ogińska wykonała swój najskuteczniejszy gest, którym uspokajała wszystkie dzieci - i te w szkole, i w domu - Liliana skończyła rozmowę przyduszona do jej dużego brzucha, ale i tak już nie lubiła się uczyć.


To był pierwszy sylwester w który mogli nie spać, bo do rodziców przyszli różni znajomi, którzy też nie mieli z kim zostawić dzieci, żeby dało się iść na bal. Atmosfera w pokoju dziecięcym była bardziej szampańska przez samo podekscytowanie awansem w strone dorosłości, niż ta panująca wśród dorosłych i podkręcana trunkami.
Początkowe zaabsorbowanie rodziców dziećmi - jakie zabawy im wymyślać, żeby je zintegrować, szybko spełzło na wzgardliwie walających się po podłodze kredkach, i bardziej służyło odstresowaniu dorosłych, którzy nie bardzo wiedzieli o czym ze sobą rozmawiać, niż dzieci, doskonale rozumiejących, że sylwestra wypada świętować w ten sam sposób co "wszyscy", a nie jakimiś rysunkami.
Po rozdzieleniu pokoleń na oddzielne pokoje, dziecięce koncepcje, na czym polega dorosłość, rozpoczęły się od naśladowania pracy w telewizji, która była niekwestionowaną królową wzorców dorosłości. Obiektami "występującymi" i "filmowanymi" zostały dziewczynki, a "kamerzystami" chłopcy. Kolorowe kredki początkowo zostały mikrofonami dziwczynek, a dopiero w miarę wyczerpywania się improwizowanych scenariuszy znalazły "sprawiedliwe" zastosowanie dla obojga płci - jako ogonki, które się same trzymały, bo mocowane onalnie.
Na toast noworoczny uszczęśliwione dzieci zostały zawołane do dużego pokoju, żeby dopełnić równoprawnych z dorosłymi obchodów święta. Ich wcześniejsze pokrzykiwania obdzielające "role w telewizji" musiały być słyszalne przez ścianę, bo jako temat wspólnej rozmowy po toaście, ktoś podsunął ich marzenia o przyszłej pracy.
Jakimś trafem wszystkie przestały aspirować do zaistnienia na telewizyjnym ekaranie, odświażając w pamięci wyłącznie wcześniejsze podpowiedzi rodziców, co do ich pożądanego zawodu. Tylko przyszłość Lilki nie mieściła się w żadnej dorosłej wyobraźni, z której mogłaby zaczerpnąć. O niej nikt nie mówił, że napewno będzie żołnierzem, tak jak o Ładku, który zapytany, pierwszy zadeklarował spełnienie marzeń rodziców. Potem ujawnił się przyszły architekt i aktorka. Lila kojarzyła, że zawód Ładka rodzice typowali według tego, że lubił bawić się plastikowymi żołnierzykami, a przynajmniej tak to wyglądało. Zastanawiała się nad sobą - w co ona lubiła bawić się najbardziej? Kocyk na korytarzu, między piętrami, który improwizował dom, zamieszkały przez nią gotującą obiady dla lalki i nieobecnego z powodu pracy męża, nie był tak wspaniały jak dzisiejsza zabawa...
- Dziwką! - wytłumaczyła oczekującym jeszcze tylko na nią dorosłym, którzy wybuchnęli śmiechem, pewni całkowitego nierozumienia słowa przez dziecko. Albo - niewiadomo dlaczego. Jak to dorośli.


- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! - ksiądz stojacy w progu z całą pewnością składał zapowiedzianą na mszy wizytę duszpasterską, ale widocznie tym razem zawiodła poczta pantoflowa, przekazująca informację o tym rodzicom Lilki, praktykującym "wiarę" od wielkiego dzwonu - chrzty, pierwsze Komunie, śluby i pogrzeby - bo Lilce przypadło wyjątkowo samodzielne podejmownie duszpasterza - sam na sam.
- Na wieki wieków - amen. - odpowiedziała zwyczajowo i niespecjalnie mając czas na tłumaczenie, że rodziców nie ma, gdyż ksiądz zwyczajnie wszedł na przedpokój, nie przejawiając zainteresowania czyimkolwiek brakiem. Rozpoczął nakłanianie do spowiedzi z zupełnie czego innego:
- Jesteś dobrą uczennicą?
- Dobrą - na to oklepane pytanie dorosłych odpowiadała w jednakowy sposób raczej z przyzwyczajenia, niż odzwierciedlając pogarszającą się sytuację w szkole.
- Masz dobre oceny z religii? - ksiądz chciał naprowadzić dziecko, że pyta o nią jako ucznia Jezusa.
Na to pytanie trudno było odpowiedzieć w sposób rutynowy. Już nie pamiętała, kiedy ostatnio widzieli ją na lekcjach religii, które odbywały się w kościele. Zdecydowała się na kompletną szczerość:
- Nie chodzę do kościoła.
Ksiądz jakby usłyszał to, po co przyszedł, bo nawet nie patrząc na ściany obwieszone dyplomami jej ojca za działalność partyjną na polu "mistrz, nauczyciel i wychowawca młodzieży", wzburzył się jakby był bliski przylania Lilce za prawdomówność:
- A co: komunistka, ateistka?
Patrzyła na księdza osłupiałymi oczyma. Skąd miałaby wiedzieć czy jest ateistką czy komunistką, jak nikt nie uczy dzieci rozumienia takich słów, chociaż o komuźmie w telewizji słychać w kółko? Dziecko to dziecko i już! Najchętniej powiedziałaby mu, że jest głupi, tylko jego starość ją hamowała. Początkowa konsternacja na widok księdza zamieniła się w rozeźlenie, w którym wspólnie odbębnili jakąś modlitwę przed pożegnaniem. A do takiego Kościoła co nie odróżnia dziecka od komunistki tym bardziej postanowiła nie chodzić. Już wiadomo za co palili na stosie - za nazwy, które sami ludziom nadawali...

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @Bożena Tatara - Paszko Poglądy sumienia chowają, idiotyzmy wprowadzają, idioci im klaskają, bo koryta pełne mają .   Pozdrawiam serdecznie 5 Miłego dnia 
    • Wędrował sobie pewnego razu po świecie pewien człowiek. Kim był? Nie wiadomo. Sam o sobie mówił, że jest po prostu włóczęgą, poszukującym nieodkrytej jeszcze przez nikogo ziemi. Ludzie, gdy to słyszeli, patrzyli na niego z politowaniem i pukali się palcami w głowę, no bo jakże to? Przecież każdy skrawek naszego globu został już dawno zbadany, opisany i umieszczony na tysiącu map oraz atlasów. Skąd więc pomysł, aby odnaleźć jakąś ziemię, nieznaną i niczyją? Ten człowiek był również poetą. Pisał wiersze i twierdził, że to właśnie za ich pomocą on tę ziemię w końcu odszuka, zobaczy i przemierzy. Któregoś dnia wędrowiec, zmęczony długą marszrutą, zatrzymał się w niewielkim miasteczku, na rynku. Rozmawiał tam z jego mieszkańcami o poezji, czytał im swoje wiersze i opowiadał, że gdzieś daleko, za ogromnym górskim masywem, za niezgłębionym oceanem, za tysiącem burz i za tysiącem wschodów słońca, istnieje ziemia, której piękno nie może się z niczym równać, ale nikt nie wie dokładnie, jak do niej trafić. Ludzie z miasteczka, jak zwykle, nie chcieli mu wierzyć. Nawet go nie słuchali, zajęci swoją codzienną krzątaniną. Przekupki zachwalały dorodne owoce i warzywa, kuglarze dawali pokazy żonglowania pochodniami, dzieci tłoczyły się wokół stoisk z cukrową watą i balonikami. Tylko jeden mały chłopiec podszedł do poety i zaczepił go: - Proszę pana... Proszę pana, czy może mi pan opowiedzieć coś o tej ziemi, której pan szuka? Jak tam jest? - Tam jest jak w raju - odparł człowiek, a w jego oczach rozbłysł skrywany głęboko zachwyt. - Drzewa nigdy nie są nagie. Ptaki wiecznie śpiewają o wiośnie i lecie. Wszędzie kwitną kwiaty w rozlicznych barwach, roztaczając zapachy, których nawet sobie nie potrafimy wyobrazić. Na niebie pojawiają się codziennie zorze i tęcze, a przez doliny, rozgrzane łagodnością słonecznego blasku, płyną niebieskie roziskrzone rzeki niby jedwabne wstążki. Zwierzęta nie polują na siebie, tylko pod koniec dnia spotykają się u wodopojów i rozmawiają ze sobą pogodnie w nieznanych, tajemnych językach. Żyją tam jedynie sami szczęśliwi ludzie, którzy się gorąco kochają... - Eeee... - stwierdził chłopiec, marszcząc czoło. - Nie ma takiego miejsca. Kłamiesz albo zmyślasz! - dorzucił i pobiegł ku zakurzonym miejskim uliczkom, pogrążonym w popołudniowej sjeście. Włóczęga postanowił również odpocząć przy niewielkim klombie, na gorącym od słońca skwerze. Żar lał się z nieba, mącił myśli, zasnuwał źrenice ciężką, kleistą powłoką. Człowiek pogrążył się w końcu w mętnym półśnie i nagle poczuł, że coś delikatnie trąciło jego dłoń. Uniósł powieki i zobaczył, jak na jego ręce usadowił się mały ptaszek. Był to rudzik, szary z pomarańczowym brzuszkiem, który przechylał łebek raz w lewą, raz w prawą stronę, i obserwował człowieka bystrymi, ciekawskimi koralikami oczu, Raz po raz podfruwał do góry, a potem znowu przysiadał na jego dłoni. - Co ty mi chcesz powiedzieć, ptaszku? - zagadał wędrowiec. Ostrożnym ruchem sięgnął do kieszeni, gdzie znalazł trochę okruchów bułki. Wysypał je na dłoń i poczekał, aż rudzik odważy się skorzystać z tego skromnego poczęstunku. Ptak skubnął kilka okruszków, a następnie znów zaczął na przemian wzbijać się w powietrze i powracać ku rękom człowieka, cały czas słodko poćwierkując. - Mam za tobą iść? - spytał wędrowny poeta. Rudzik oddalił się nieco, lecz przysiadł na gałęzi pobliskiego drzewka, jakby czekał na zaskoczonego tym zdarzeniem włóczęgę. Ów wreszcie wstał i ruszył za ptaszkiem. Opuścił senne miasteczko, po czym skręcił w polną drogę, która prowadziła na zachód. Minął parę opuszczonych domostw oraz wielką łąkę, hojnie usianą miriadami polnych kwiatów - rumianków w białych spódniczkach, wrotyczy jak błędne ogniki, dzikich ślazów zalotnie uśmiechniętych do przysiadających na ich płatkach modraszków. Wtem ptaszek zatrzymał się przy jednej z rozsypujących się ruder. Człowiek minął, zaciekawiony, drewnianą szopę, stare, skrzypiące pomieszczenia gospodarcze, aż dotarł do drewnianego płotu, pokrytego ciemnym, zielonym nalotem. W płocie znajdowała się furtka, zamknięta na haczyk. Rudzik usiadł nieopodal i radośnie zaświergotał. Wędrowiec otworzył furtkę i znalazł się, ku swemu zaskoczeniu, w starym ogrodzie. Był to bardzo dziwny ogród. Mogło się wydawać, że ktoś go opuścił w pośpiechu, nagle i bez jednego słowa pożegnania. Kiedyś ogrodowe alejki, kwietniki i krzewy musiały być pielęgnowane z zapałem i wielkim wyczuciem smaku. Gdzieniegdzie stały stylowe, ozdobne ławki, które czas obdarł nie wiadomo kiedy z eleganckiej bieli. Na środku ogrodu wznosiła się nieczynna fontanna, która zapewne niegdyś cieszyła oczy widokiem srebrzystych strug wody tańczących nad marmurowym basenikiem. Niedaleko fontanny znajdowała się huśtawka, przygnieciona i złamana przez gruby konar drzewa, na którym została zawieszona. W ogrodzie pełno było różanych krzewów. Poeta nigdy nie widział takiej obfitości i tylu odmian róż. Pnące, dzikie, miniaturki - wszystkie zdawały się pamiętać czas, gdy jakaś troskliwa ręka opiekowała się nimi dbając, aby rozwijały się, rozrastały i kwitły. Teraz jednak krzewy zdziczały, zmarniały, jakby zmęczone samotnością i ciszą. To właśnie ta cisza uderzyła najbardziej człowieka; w ogrodzie nie śpiewał ani jeden ptak, ani jeden liść nie szumiał pod muśnięciami wiatru. Obecna tu przyroda sprawiała wrażenie zastygłej w niewyobrażalnie bolesnym milczeniu. Nawet rudzik, który przycupnął lękliwie na chudziutkim, różanym pędzie, przestał ćwierkać, tylko wpatrywał się w człowieka uważnie i pytająco. - Co to za ogród...? I co ja mam z tym wspólnego? - pokiwał głową wędrowny poeta. - Tu nikogo nie było od lat, najwyżej duchy jakichś wspomnień zlatują się nocą do tej fontanny i do porozbijanych latarni, jak stare nietoperze. Te ścieżki dawniej żyły, z pewnością... Odpowiadały zapachem kwiatów niebu na jego zaczepki, tętniły beztroską młodością, a teraz...? Może kiedyś w owym miejscu ktoś kogoś kochał, ktoś się śmiał, ktoś tańczył wśród milionów róż, podczas gdy dziś jest tu tak cicho, że moje własne myśli lękają się głośniej odetchnąć... Zachodzące słońce zostawiało na zastygłych bez ani jednego drgnienia liściach czerwonawą poświatę. Znużony człowiek usiadł na jednej z niszczejących ławek i westchnął. - Żeby to wszystko przywrócić znów do życia, potrzeba wiele wysiłku. Ale może warto? Co, ptaszku? Czy o to ci właśnie chodziło?- zapytał, szukając wzrokiem swojego skrzydlatego towarzysza. Rudzik podfrunął do niego i poeta przysiągłby, że ptak skinął twierdząco swoją szarą główką.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następne dni i tygodnie upłynęły poecie na ciężkiej pracy. Od brzasku do późnej nocy sprzątał alejki, wyrywał chwasty, kosił trawniki, naprawiał połamane ławki, reperował latarnie. W starej szopie, która stała przy ogrodzie i w której teraz zamieszkał, znalazł wszystkie potrzebne narzędzia, zupełnie jakby ktoś je zostawił specjalnie dla niego. Ponieważ dotychczas tylko pisał wiersze, zupełnie nie znał się na ogrodnictwie, ale czuł, że intuicja podpowiada mu, co należy robić. Po prostu, gdy czegoś nie wiedział, siadał sobie przy fontannie, pogrążony w zadumie, aż wcześniej czy później znajdował odpowiedź na swoje pytanie. A może ktoś mu coś szeptał do ucha? Ogród z wolna otrząsał się z przygnębiającego nastroju i prezentował się całkiem przyjemnie. Zaczęły do niego przylatywać ptaki, z początku nieśmiało, lecz później zadomowiły się na dobre. Nocami słowiki uwijały się wśród gęstych krzewów róż, a z rana nowy dzień witały zięby swoimi przeciągłymi, melodyjnymi trelami. Latarnie oświetlały zadbane trawniki i oplatały ławki miękkimi cieniami. Zieleń rozrosła się bujna, soczysta, już nie dzika i trwożliwa. Człowiek cieszył się, widząc, jak jego starania przynosiły owoce, lecz martwiło go, że choć zdecydowanie ogród powracał do życia, nie zrodził się w nim dotychczas ani jeden kwiat. - No przecież po to jest ogród,żeby w nim coś kwitło! - martwił się wędrowiec. Podlewał troskliwie różane krzaczki, przycinał martwe pędy, raniąc sobie palce cierniami, pojechał też do miasteczka po specjalny nawóz - i nic! Ani jeden pąk nie chciał pojawić się wśród błyszczących liści. - A jednak te róże kogoś cieszyły kolorami i słodyczą - westchnął poeta. - Co ja mam teraz zrobić? Nic z tego nie rozumiem. Przecież już za parę dni zaczyna się lato... - Co ja mogę uczynić dla tego ogrodu, co więcej? Starał się jeszcze bardziej. Wstawał przed słońcem i pracował niemal do samej północy. Znał już w tym miejscu każdy zakątek i tak bardzo wyczekiwał chwili, w której choć jedna róża zaczerwieni się się w kolczastym gąszczu. Któregoś upalnego popołudnia, smutny i zmęczony, usiadł na jednej z ławeczek, wbiwszy zniechęcony wzrok w martwą fontannę. Chciało mu się płakać. Tyle wysiłku na nic! Bezradnie wyciągnął z jednej ze swoich kieszeni ołówek i nieduży, pognieciony zeszyt, w którym kiedyś zapisywał swoje wiersze. Od dawna niczego nie stworzy, zajęty nawożeniem, okopywaniem, pieleniem, koszeniem i podlewaniem. Teraz jednak poczuł, że musi ułożyć wiersz. Wiersz o tym, jak bardzo zależy mu na tym ogrodzie. Jak bardzo się spracował bez żadnego efektu. Jak bardzo boli go, że nie potrafi wypełnić tych ścieżek radością, którą ktoś musiał zabrać ze sobą na zawsze, bezlitośnie odchodząc. Pisał, że mimo wszystko przeszłość nie musi przecież ciążyć nad tym, co przecież żyje i pragnie życia. Że chociaż ktoś porzucił przed laty ten świat i zabrał ze sobą nadzieję oraz wolę kwitnienia - teraz przecież jest on, poeta, który uczy się dbać o dotkliwie niegdyś zranione rosarium. Dotkliwie - lecz przecież nie śmiertelnie. Na końcu chciał jeszcze napisać jeszcze jedno słowo, ale jego pióro zatrzymało się, jakby jeszcze nie ufało własnej śmiałości. A potem człowiek przeczytał swój wiersz na głos. Przeczytał go dla tego dziwnego ogrodu. I wtedy pierwszy raz poczuł, jak wszystkie gałązki różanych krzewów gną się od ciepłego podmuchu wiatru, który łagodnie nadszedł nie wiadomo skąd. Poeta wstał i postanowił przejść się po alejkach. Nie uszedł nawet kilkunastu kroków, gdy nieoczekiwanie u swoich stóp dostrzegł kilkanaście drobniutkich roślinek, wychylających się niepewnie z ziemi Nigdy wcześniej nie widział tutaj podobnego gatunku. Ukląkł przy nich i poczuł, jak fala wrzących łez zalewa mu policzki. Maleńkie wschodzące krzewinki pokryte były pąkami kwiatów. Tak, niewątpliwie za kilka dni te pąki rozwiną się, a delikatne łodyżki będą dźwigać najpiękniejszy ciężar na świecie - ciężar życia. Człowiek pragnął całować i pieścić skromne listki młodziutkich siewek, ale nie chciał ich uszkodzić przedwczesną radością i swoim niezręcznym dotykiem. Od tego momentu, przed udaniem się na spoczynek, gdy już uporał się ze swoimi zwykłymi obowiązkami, siadał przy malutkich, rodzących się kwiatkach i czytał im swoje kolejne wiersze, pisane z czułością i pokorą. Pewnego wieczoru poeta dostrzegł, że od północy nadciągają nad ogród ciemne, burzowe chmury. "No tak, przecież to już lato...", westchnął. To miała być pierwsza burza w tym roku. "Trzeba koniecznie zadbać o moje kwiatki, ochronić je, przecież jeszcze nie zdążyły się rozwinąć, i teraz miałaby je zniszczyć ulewa albo wichura? Będę czuwał, nie pozwolę na to!" Nocą przez ogród przetoczyła się istotnie wściekła nawałnica. Strugi ulewnego deszczu gięły do ziemi gałęzie różanych krzaków, a wichura chłostała alejki, trawniki, ławki i latarnie niewidzialnymi kańczugami. Człowiek pozostał w bezruchu przy swojej gromadce kwiatków, którą osłaniał własnym ciałem, mówiąc do nich niemal jak do dzieci: - To tylko burza. Ja też się boję, ale przecież jesteśmy razem. Obolały i przemoknięty pilnował, aby huragan nie uszkodził żadnego listka ani żadnej łodyżki. Nad ranem burzowe chmury ustąpiły na niebie miejsca drżącym promieniom świtu. I w tym złoto-różowym świetle, na jednej z pokrytych jeszcze kroplami wody kępek, pojawił się pierwszy kwiatek. Była to niezapominajka. Poeta oszalał wprost ze szczęścia, Zaczął biegać radośnie po ścieżkach w ogrodzie, tańczyć, śpiewać, krzyczeć, na zmianę płakać i śmiać się. Potem wrócił znów do swoich niezapominajek i z radosnym zdumieniem zobaczył kolejne błękitne kwiatki, pozdrawiające go zalotnymi mrugnięciami z objęć jasnej czystej zieleni. - Kocham was - napisał tego dnia poeta w swoim najnowszym wierszu, który przeczytał im na dobranoc. W myślach tulił je i pieścił. Kwiaty zdawały się wszystko rozumieć i jakby zalśniły w ciemności ukrytym, gorącym światłem.   - - - - - - - - - - - - - - - - - - - Następnego dnia człowiek stwierdził, że musi pójść do miasteczka, kupić nowy szpadel, bo stary już do niczego się nie nadawał. Ponieważ burza wyrządziła w ogrodzie wiele szkód, potrzebował również jeszcze paru innych rzeczy, aby wszystko ponaprawiać. Pogładził lekko dłonią krzewinki niezapominajek. - Niedługo wrócę - obiecał. Z głębi ogrodu przyleciał rudzik, i usiadł mu śmiało na ramieniu. Chwilę poćwierkał, a potem zniknął w kolczastej różanej gęstwinie. Na rynku jak zawsze było głośno i tłoczno. Straganiarze przekrzykiwali się nawzajem nad stertami towarów, w powietrzu pachniało grillowaną kiełbasą, gołębie tłoczyły się przy przepełnionych śmietnikach. Poeta, zaopatrzywszy się w niezbędne narzędzia, zatrzymał się jeszcze na chwilę przy stoisku z lemoniadą, gdyż zachciało mu się pić. - O, to pan?- usłyszał nagle chłopięcy głos, który skądś znał. - Tak - odparł. Przypomniał sobie swoją dawną rozmowę z owym dzieciakiem, który tamtego dnia nie uwierzył w jego najskrytsze marzenia. - I co, znalazł pan tę swoją wspaniałą krainę? - spytał chłopiec, obrzuciwszy go łobuzerskim spojrzeniem. - Tę, gdzie podobno wszystko jest takie cudowne i panuje wieczne szczęście? - Znalazłem - odpowiedział z uśmiechem poeta, myśląc o swoich niezapominajkach.  
    • spadł puch swym ramieniem przytulił rozżalonych rozjarzone brylanty na ziemi tliły się w oczach białe morze wzburzyło się po raz pierwszy od dawien dawna chcąc byśmy przypomnieli sobie, jak to jest płynąć po nim saniami   potajemnie zmówił się nieboskłon z chmurami urwiska stanął się przystankami drogi porwą pojazdy chwalić będziemy się i ogrzewać śmiejąc z gniewu, niekiedy i radości   przytulnie będzie aniołem zostać bo w końcu biel nas zewsząd otacza byle dłoni nie zajechać po całości, czymś musimy postawić posągi z węgli i marchewek   wieczór dziś jest specjalny inny niźli zawsze tańczymy nieświadomie pod jednym płaszczem bawimy się jak niegdyś i tylko to się liczy wszystko to, gdy palą się lampy pomimo tego, że marzniemy   uwieczniona kamera taśma przygotowana na niby nijak wszystko dlatego że dnia dzisiejszego, zwykłego jak inne, spadł puch    
    • @Radosław   a Ty jak Kogut…  

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

    • @KOBIETA Bądź  jak Supernova. 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...