Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Zimne, latarniane światło oświetliło niezwykle bezludny zaułek. Stałam tam zupełnie przesiąknięta wszechobecną wilgocią. Szukałam natchnienia… Trudno znaleźć dobry pomysł, gdy nie ma czasu nawet na zjedzenie porządnego posiłku. Wreszcie jednak znalazłam wolny wieczór. W przypływie melancholii narzuciłam na siebie czarny płaszcz, wzięłam niezawodny wiśniowy kapelusz i ruszyłam na poszukiwanie weny. Szłam tak w mroku aż znalazłam się właśnie na tej samotnej uliczce. Nadal jednak nic nie przychodziło mi do głowy.
Po pewnym czasie, zupełnie znudzona i zniechęcona przysiadłam na murku. Wtem zza jednej kamieniczki wypadł ubrany na ciemno mężczyzna z kominiarką na głowie. Nie wiem, w jakim stanie odrętwienia psychicznego się znalazłam, bo zamiast uciekać czy krzyczeć, stałam zapatrzona w błękitne oczy tego osobnika. Nieznajomy podszedł do mnie i zapytał zupełnie, po ludzku.
- Ej, nie wiesz może, co to za ulica? – Zwaliła mnie to z nóg prostota tego pytania, szczególnie, że naprawdę nie maiłam pojęcia, jak może nazywać się tak odosobniony zakątek.
- Przykro mi, szczerze mówiąc jestem tu po raz pierwszy.
- Niedobrze, no cóż, przykro mi, że zająłem pani czas.
- Nie szkodzi – odpowiedziałam mętnie.
Twarz okryta czarną zasłoną znikła. Kto to może być? Zastanawiałam się… Przedsiębiorca pogrzebowy? Morderca? Zbieg? W każdym razie coś podpowiadało mi, że czas zakończyć poszukiwanie natchnienia.
Wróciłam więc do mojego mieszkania, zaparzyłam melisę na uspokojenie i nagle w głowie zalęgła mi się pewna myśl. Jak ja mogłam dać uciec temu facetowi? Przecież nie mam żadnego pomysłu na powieść, pieniądze skądś muszę brać, a tu wypuszczam tak cenną zdobycz… W sumie, to bez różnicy, i tak nic bym się od niego nie dowiedziała.
Chmury zasłoniły księżyc, słyszałam świszczący wiatr na dworze, zrobiło się bardzo nieprzyjemnie. Doskonały nastrój na kryminał… Wtem ktoś zapukał do moich drzwi. Otworzyłam i zdumiona ujrzałam te same niebieskie oczy, tyle, że bez kominiarki.
- Przepraszam, ale czy mogłabyś dać mi coś do zjedzenia? – Zapytał mój gość.
- Jasne.
Trudno byłoby odmówić, widząc wychudzone ciało przybysza. Poszłam prędko do kuchni, zrobiłam kilka kanapek, herbatę i wróciłam do gościa czekającego w moim pokoju do pisania.
- Przyznaję, śledziłem cię, ale wydałaś mi się miła, nie maiłem wyjścia. Ukrywam się.
- Nie ma sprawy, właściwie spadłeś mi jak z nieba. Pogoda pod psem, a ja nie mam żadnego pomysłu na powieść, bo widzisz, jestem pisarką.
- Nie boisz się mnie? – Co za pytanie… Przyjrzałam się nieznajomemu trochę dokładniej. Czarne włosy, trzydniowy zarost, delikatne rysy twarzy, spory, ostry nos i przerażająca, chuda postać. Raczej wzbudził we mnie litość niż strach.
- Nie, ale byłoby mi lepiej, gdybyś powiedział, jak masz na imię.
- Jacek.
A więc poznałam pierwszego w moim życiu Jacka. Zaproponowałam mu kąpiel. Zgodził się chętnie. W czasie, gdy on przebywał w łazience, ja skoczyłam do Alinki, mojej sąsiadki. Pożyczyłam od niej męską garderobę i obgadałam w skrócie całą sytuację,
- Julka, tylko proszę cię, uważaj. Nie wiesz, kto to jest – Powiedziała moja zatroskana przyjaciółka.
- Nie martw się, może oszalałam, ale on wydaje mi się bardzo ciekawym człowiekiem. A mnie brakuje nowości. Muszę w końcu kupić sobie samochód, a pieniądze kończą mi się w zastraszającym tempie.
Wróciłam do domu i podałam Jackowi ubrania. Zielone rzeczy brata Alinki były o wiele bardziej twarzowe, niż czarne zniszczone odzienie mojego gościa.
- Nigdy nie znałem żadnego pisarza. Jaką literaturę tworzysz? – Zapytał.
- Cóż… najczęściej krótkie, poczytne powieści, które dobrze się sprzedają, czasem jakieś felietony do gazet.
- Nie widać w twoim głosie wielkiego zadowolenia i dumy.
- Szczerze mówiąc wyobrażała sobie moje życie zupełnie inaczej. Wyprowadziłam się z domu zaraz po liceum i byłam pewna, że świat stoi przede mną otworem. Niestety, okazało się, że nie wystarczy mieć talent i chęci… Wszystkie wartościowe według mnie dzieła, które tworzyłam w czasie pierwszego roku studiów, lądowały w koszach kolejnych wydawców. Musiałam zacząć pisać tak, jak tego chcą ludzie bez wyobraźni.
- Odwieczne pytanie człowieka. Mieć czy być? Nawet ostatnio już trochę nadużywane. Ja też miewam chwile, kiedy chcę rzucić wszystko, pójść byle gdzie i zastanowić się nad sensem życia.
Uśmiechnęłam się lekko. Czyżbym znalazła pokrewną duszę? Byłam coraz bardziej ciekawa, jaka tajemnica jest skrywana przez Jacka. Powstrzymywałam się jednak od jakichkolwiek pytań. Spojrzałam za okno. Krajobraz zmienił się zupełnie. Chmury rozeszły się bezpowrotnie. Okrągły miesiąc świecił jasnym, mocnym światłem. Park widoczny z mojego okna wydawał się srebrzystozielonym obłokiem. Ulubiony klon przy wejściu do mieszkania przerażał niezwykłym kształtem. Wszystko było obce, a zarazem bliższe niż zwykle.
- Zawsze wydawało mi się, że wiem, po co żyję. Żeby poznawać świt, dawać siebie innym, a potem, żeby odejść spokojna, że nie zmarnowałam żadnej szansy.
- Odejść? Zatem gdzie byś chciała odejść? – Zapytał ironicznie Jacek. Zdziwiło mnie to.
- Do nieba- Odpowiedziałam z przekonaniem.
- Wierzysz w niebo?
- Nie wierzę w nicość. W końcu całe nasze życie, cele, uczynki czemuś służą.
Gość spojrzał na mnie pogodnie.
- Widzę, że masz już swoje zdanie na temat ogółu naszego istnienia. Jak jednak zadecydować, kto wart jest, aby pójść do nieba? Każdy popełnia błędy, a nigdzie nie ma konkretnej granicy pomiędzy dobrem a złem. Sami ją wyznaczamy.
Pomimo wielu wrażeń zrobiłam się senna i zaproponowałam Jackowi, aby przespał się w pokoju gościnnym. Ja również poszłam spać. Rankiem za oknem bieliło się od śniegu. Zima. Mimo, że nie znoszę zimy, dzielnie opuściłam łóżko i przywitałam nowy dzień.
Czekało mnie sporo pracy. Już dawno postanowiłam, że soboty będą dniem porządkowania. Musiałam wysłać kilka listów, zapłacić za telefon, kupić kilka rzeczy.
Mój gość także już wstał. Postanowił mi towarzyszyć.
- Soboty to chyba najmilsze dni w tygodniu, hmmm… ty już wiesz, ja mam na imię, a ja nadal nie znam twojego- Cóż, już dawno z pełną odpowiedzialnością zadecydowałam nie przyznawać się do prawdziwego. Od wielu lat każdy znał tylko moje drugie imię.
- Julia.
- Ładnie, ale dość pechowo. Pewnie nie popierasz samobójstw?
- Może seppuku było jakimś wyjściem, ale zwykłe samobójstwo to po prostu pójście na łatwiznę. Jesteśmy.
Wysłałam swoje listy i zrobiłam zakupy. Odrobinę zmęczeni postanowiliśmy z Jackiem odpocząć w parku.
- Przepraszam, ale nie mogę się już powstrzymać. Co cię zmusiło do wstąpienia w moje progi? Kim jesteś?
- Długo wytrzymałaś i jestem ci za to wdzięczny. Zimno tutaj, wracajmy do domu.
Całą drogę milczeliśmy.
- Boisz się, że jestem mordercą?
- Chyba tak – Odpowiedziałam zmieszana.
- Zabiłem, ale nie z własnej winy. Musiałem.
Nigdy w życiu nie zemdlałam, ale w tej chwili myślałam, że zbliża się ten pierwszy raz. Czułam się jak kierowca starego auta, który przewidywał, że w końcu samochód przestanie jeździć. Kiedy wreszcie to się stało, właściciel i tak nie mógł w to uwierzyć. Tak jak byłam zszokowana nadejściem zimy, tak zszokowała mnie odpowiedź Jacka.
- Wybacz, że cię narażam na nieprzyjemności. Nie chcę cię niczym obarczać. Wystarczy, że wiesz tyle, ile wiesz.
Wzdrygnęłam się. Obok mnie stał morderca. Wyciągnęłam klucz z kieszeni i otworzyłam drzwi. Jacek rozejrzał się dookoła i podążył za mną.
- Opowiedz mi wszystko, bo chyba tyle mi się należy – krzyknęłam.
- pół roku temu na ulicy kilku gości zaatakowało na moich oczach chłopca, może dwunastoletniego, może nie. Nie byłem tam sam. Obok mnie stał jeszcze jeden facet. Nie zastanawiałem się długo. Rzuciłem się pomóc małemu. Nie byłem jeszcze wtedy taki słaby. Poradziłem sobie z jednym, krzyknąłem na tego gapia, żeby mi pomógł. Nic nie zrobił. Chwilę potem przyjechała policja i karetka. Chłopak był naprawdę ciężko pokiereszowany, dowiedziałem się, że miał wstrząs mózgu. Sprawy potoczył się dla mnie jak tylko mogły najgorzej. W sądzie ten tchórz zeznał, że to ja zaatakowałem chłopca, na dodatek, jeden z tych, którzy powinni teraz siedzieć w więzieniu, zmarł. Uderzyłem go dość niefortunnie… Zeznania chłopca nie zostały uznane z powodu jego choroby. Jak widzisz zabiłem człowieka, ale nie zamordowałem! Gdybym był jeszcze raz w takiej sytuacji nie zawahałbym się, mimo piekła, które przeżyłem.
- Naprawdę mi przykro. Jak Świat może być tak niesprawiedliwy?!
Pierwszy raz widziałam w oczach dorosłego mężczyzny łzy. Morderstwo to nie zabójstwo…
- Przykazanie „nie zabijaj” ma jednak swoje wyjątki. Przepraszam cię. Nie zrobiłeś nic złego. Zgrzeszył ten, co stał obok i nic nie uczynił.
- Chyba jak każde przykazanie. Cóż… Etyka jest dość skomplikowana.
- Więc po co są te wszystkie zakazy i nakazy religijne? Zaczynam wątpić w istnienie czegokolwiek po śmierci. Ludzie są tacy mali i głupi!
- Zakazy i nakazy… Niemądrzy je łamią, sprytni je naginają, bojaźliwi się do nich stosują, a my możemy tylko szukać odpowiedzi, gdzie jest granica pomiędzy dobrem a złem. Nie można wątpić w istnienie czegoś po śmierci. Masz rację, że wszystko ma w życiu jakiś cel.
- Trzeba tyko zdawać sobie sprawę z tego, że na razie liczy się tu i teraz. Więc jednak wierzysz w niebo?
- Chyba nie. Nie wiem jeszcze. Na razie zastanawiam się, co zrobić, żeby ocalić resztę mojego życia.
Nie miałam żadnego pomysłu. Gdybym miała pieniądze, wynajęłabym naprawdę dobrego adwokata, a tak… Jackowi pozostawało ukrywać się, jak jakiś zbieg. Pewnego dnia postanowiłam zadzwonić do rodziców uratowanego chłopca. Dzięki Ani, mojej przyjaciółce, odnalazłam numer państwa Adamczyków. Okazało się, że ich syn, Adam ma się dobrze. Do tego powoli wszystko sobie przypomniał i zaświadczył o niewinności Jacka. Państwo Adamkowie przyznali, że chcieli pomóc mężczyźnie, który uratował życie ich syna, ale dowiedzieli się, że uciekł z więzienia. Wpływowi rodzice pomogli Jackowi wydostać się z tej trudnej sytuacji, choć trwało to bardzo długo.
Bywa, że nadal szukam natchnienia, ale omijam szare zaułki mojego miasta. Czasem nie wiem, czy postępuję dobrze, nadal dokładnie nie znam mojej granicy dobra i zła. Uważam jednak, ze spotkanie Jacka było początkiem mojej podróży do odkrycia głębi samej siebie. Zrozumiałam, że nie wszystko białe jest białe, a czarne-czarne. Choć to niełatwe znaleźć się we wszechogarniającej szarości i walczyć z ludzką znieczulicą. Mimo wszystko nigdy nie zawaham się wkroczyć na tą trudniejszą ścieżkę, bez względu na to, co czeka na mnie na jej końcu.

Opublikowano

Podoba mi się pomysł, wciagające...tylko chyba trochę nieuporządkowane mysli miałaś. To w sumie dziwne, ze ktoś tak po prostu pozwala mieszkac komuś obcemu u siebie w domu i dopiero później pyta się po co właściwie zaszedł w jego progi.
Początek niezły, ale później robi sie masło maslane... Pozdrawiam:)

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • w granicach chciał się zmieścić w mowie i w piśmie a czyny wszelakie zbratały się z życiem być może je sobie odpuścił   lecz bogiem nie był
    • @KOBIETADziękuję, jeśli słoneczne, to biorę w ciemno :) Pozdrawiam:) @hollow manI niech się spełni. Dziękuję i pozdrawiam:) @Berenika97I tak właśnie jest. Dziękuję i pozdrawiam:)
    • @KOBIETA Noooo... Uduchowiony :) Dla mnie pierwszy kluczowy moment, to: bezgłośnym echem powracają wymodlone szepty. Możnaby powiedzieć, że echo nie może być bezgłośne, ale jeśli mówimy tylko o drganiach powietrza bez interpretacji sensorycznej, to się broni. Bo czy dźwięk jest możliwy jeśli nie jest zinterpretowany przez aparat słuchowy? Ale to raczej niewłaściwa ścieżka. To echo może być bezgłośne, bo jest echem wspomnień. I teraz mamy wymodlone szepty. Czy to są szepty modlącego się peela? Czy to są szepty, o które się modlił? Jaka jest treść tych wymodlonych szeptów? A jeśli są bezgłośne, bo przychodzą z przeszłości, może są echem wspomnień, gdy jeszcze się modlił, gdy jeszcze wierzył? A może to modlitwa z przeszłości, która pozostała niewysłuchana? Stąd smutek. Przebija poczucie straty... Freski... Znowu mamy zagadkową sensorykę. Freski (też witraże by pasowały w tej roli) dotykają pigmentem pierworodnego grzechu. Czym jest grzech pierworodny? Pewnie rzetelni chrześcijanie dokonają lepszej teologicznej wykładni, ja natomiast rozumiem grzech pierworodny jako 'utratę jedności', skazanie na wieczne rozdarcie, rozbicie... Podmiot patrzy na freski, zachwyca się ich kolorami. Mówi o pigmentach jakby chciał unaukowić doświadczenie estetyczne, jakby zamiast gapić się w zachwycie chciał rozebrać ten zachwyt na czynniki pierwsze, opisać strukturę doświadczenia metafizycznego - i to też jest przejaw tej 'utraty jedności' (co zapewne też czynię analizując ten wiersz). Z fresku przenosimy wzrok na chmurę i możemy dokonać podobnej obserwacji - chmura jako twór natury - w jeszcze większym stopniu ten podział i alienację peela dookreśla. Anioł Stróż - postać wedle tradycji chrześcijańskiej (katolickiej?) dana każdemu indywidulanie jako opiekun. On z reguły milczy. Milczy w trosce. Nie poucza, nie nakazuje, nie karze. Stoi jako figura, która jest punktem odniesienia. Jakby swoją obecnością pokazywał drogę do odzyskania tej jedności ze sobą, światem, innymi ludźmi, Bogiem? To też może odniesienie do prostej, naiwnej, ale prawdziwej wiary dzieci. Bo to w dzieciństwie przedstawiają nam Anioła Stróża jako protektora, który nad obroni przed każdym złem i lękiem. Peel chowa twarz w rękach. Co oznacza ten gest? Chwilę poddania się? Uznania własnej bezsilności, samotności, rozbicia, smutku i zagubienia? Czy ta rozpacz obrodzi krzykiem "Czemu mnie opuściłeś, Panie"? Tego nie wiemy - tu może za daleko. Pozostawiamy peela w momencie, w którym dokonać się może przemiana lub też głębsze pogrążenie w chaosie albo po prostu nic - peel wstanie i będzie próbował nadal żyć jak umie. I wróćmy do tytułu... Przenikanie. Przenikanie czego przez co / w co? Może te sensoryczne doznania z kadzidła, fresku, chmury... Przenikają przez barierę świat-ciało albo w kontemplacji, stają się doświadczeniem transcendentalnym, gdzie to, co człowiek widzi i czuje oraz sam fakt widzenia i czucia są dowodem na istnienie... Chciałbym widzieć peela jako tego, który w tym geście schowania twarzy w dłoniach nie rozpacza, ale odzyskuje nadzieję na jedność, na rekonstrukcję duszy, na powrót do domu. Za daleko i w ciemności wypłynąłem? Proszę o lekki wymiar kary ;)
    • @Mitylene moje szaleństwa są na poziomie mojej przyjemności:)
    • @violetta odrobina szaleństwa w życiu jeszcze nikomu nie zaszkodziła:)
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...