Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

-To ma być jazda? Nawet nie zatrzęsło!
-Świetnie. Zapraszam Cię do siebie. – Zygmunt zaskoczył go.
-Coś ty! Mieliśmy pogadać w samochodzie.
-Nie certol się. Chodź. Żona jest uprzedzona, cieszy się.
-Powiedziałeś jej o mnie?
-Jest na bieżąco. Ty, właściwie twoje zamiłowania kolorystyczne zasługują na szczególną uwagę. Ona działa w starociach, czyli muzealnictwie, w tym co było. Ma do czynienia z obrazkami (kolorami na podkładzie), twój wybór będzie dla niej fascynujący. Chodź. – Zygmunt zdecydowanie wyciągnął Pawła z samochodu.
Mieszkał właściwie za miastem. W małym zakwieconym domu. Wyszli z pomieszczenia parkingowego na zewnątrz. Lekarz wskazał z dumą na tulące się do ścian rośliny:
-jej dzieło, trochę moje.
-Rozumiem dlaczego mnie porywasz. Cierpicie oboje na niedosyt kolorów; jestem wam potrzebny.
-Zarozumialec. Kolor twojego samochodu jest dziełem Karola i Ryśka, którzy wymyślili coś takiego w stanie mocno zbliżonym do delirium. Idziemy?
Marzena zaskoczyła Pawła dziewczęcym wyglądem i temperamentem. Nie wyglądała na szacownego pracownika muzeum oraz profesorską żonę. Raczej na córkę. Nim zdążył coś powiedzieć zaproponowała, a właściwie nakazała mówienie do siebie – Marzena.
-Ile masz właściwie lat? - spytał Paweł popisując się swym taktem.
-Za dużo by mi dać klapsa w tyłek na co masz ochotę.
-Ochotę to ja mam, by wyjść, narwać kwiatów w ogródku i wręczyć szanownej pani. – Pawła zaczynało zarażać jej poczucie humoru.
-Trzydzieści osiem – westchnęła. On twierdzi – wskazała na męża – , że moje zachowanie nie przystoi ani jego stanowisku, ani mojemu wiekowi. Wbrew metryce czuję się na osiemnaście.
-Świetnie. Skocz mi dziecko po papierosy.
-Przecież nie palisz.
-Skąd wiesz?
-Od Zygmunta.
-A tajemnica lekarska?
-Opowiadał o kumplu, nie o pacjencie. Tu tajemnica nie obowiązuje.
-Wygrałaś! Daj coś zjeść.
-Dyskusje kobiet z mężczyznami kończą się zawsze tak samo. Chodźcie do kuchni.
Kuchnia była olbrzymia – podejrzewał, że to największe pomieszczenie w domu. Marzena nie była typem kobiety, którą można było zostawić w kuchni samą. Nie była typem kobiety, którą chciałoby zostawić się samą. Robi się ze mnie wielki „znawca” - pomyślał. Może po prostu tęsknię? Usiedli przy stole dopasowanym gabarytami do kuchni. Odpowiedział na nieme pytanie Zygmunta:
-byłem na strzelnicy. Na uczelni wyniki miałem mierne. Teraz fachowiec mówi, że jestem wybitny.
-Mam opracować miksturę na strzelanie? O ile smak i węch mogliśmy wytłumaczyć, tu mamy do czynienie ze złożoną czynnością, którą nadzoruje więcej zmysłów. Wygląda, że u ciebie inne zmysły są też wyostrzone – nie zauważyłeś zmian jeśli chodzi o wzrok, o słuch, o dotyk?
-Czekaj. Rzeczywiście! Słucham ulubionych płyt na połowę poprzedniej mocy; widziałem nieźle, ale teraz wzrok mi się wyostrzył, oczy są bardziej wrażliwe na światło; często wkładam rękawiczki; zmieniłem bieliznę oraz ubrania.
-Nadczynność dotyczy wszystkich zmysłów co łatwiej wytłumaczyć i przestajesz być takim ewenementem – znam kilka przypadków takich jak twój. Natomiast rozmiar odstępstwa od normy jest u ciebie tak duży, jeszcze fakt, że właściwie ostatecznie dopiero w wieku dwudziestu paru lat jesteś ofiarą swych możliwości są zgodnie z moją wiedzą czymś niezwykłym.
-Moment. Przyjąłem twój punkt widzenia. Nie jestem ofiarą.
-Tak mi się powiedziało. Też mogę czasem się pomylić.
Marzena postawiła posiłek na stole, siadła obok męża. Przyglądał się im uważnie – nie powinni, a pasowali. Jak elementy dawnej układanki. To nie był związek oparty na dostarczaniu sobie wzajem przyjemności. To był... związek. Pawłowi zrobiło się żal, że nikomu nie może opowiedzieć o sukcesach, o porażkach, o myślach, o przyjaźniach. Widocznie jego twarz, albo oczy były czytelne dla tych dwojga – pochylili głowy w geście dyskrecji, potem Marzena powiedziała:
-przyjdź!
Zygmunt potaknął.
-Teraz idziemy do warsztatu – pomożesz mi ze stelażem dla naszych roślinek, odpłacisz jej za posiłek. – powiedział.
-Wiedziałem, że jadło nie było bezinteresowne.
-Nic za darmo – taki banał.

Ten weekend był zły – piątkowy wieczór, sobota, niedziela – nawet czytać nie chciało mu się. W poniedziałek rano był zmęczony, źle się czuł – było to po nim widać. Do tego stopnia, że Agata zauważyła to natychmiast.
-Pewnie łajdaczył się pan przez dwa dni, nieszczególny wygląd. – mruknęła na powitanie.
-U mnie jest odwrotnie – wyglądam jak wyglądam bo nie łajdaczyłem się. – odparował.
Uciekł do swojego gabinetu, czując, że dłuższa rozmowa przerasta jego siły. Usiadł za biurkiem pogrążając się w dziwnym stanie, który nie był snem, jawą też nie. Sekretarka weszła na chwilę, by przypomnieć mu o wizycie na strzelnicy o pierwszej, zaproponować jakieś pigułki dla podreperowania nastroju, wypomnieć, że nie ćwiczył jak obiecał. Spojrzał na nią tak, że uciekła. Może praca mi pomoże? Wyjął z szuflady kartkę na której zaplanował czynności na dzisiaj – widniała na niej, napisana wielkimi literami jedna pozycja:
AGATA. Jakaś obsesja? – pomyślał. Wstał, ruszył do sekretariatu, zauważył objawy znużenia w jej oczach:
-przepraszam. Rzeczywiście źle czuję się od nieróbstwa. Wolę pracować.
Otworzyła usta jakby chciała coś powiedzieć – zrezygnowała.
-Chcę, jeśli to nie przeszkadza, usunąć trzy zbędne litery z pani wypowiedzi – proszę mówić do mnie Paweł.
Odważył się.
Nie odpowiedziała - nie wracali do tematu tego dnia.

Nerwowo spojrzał na pokój; porządek jak się patrzy czyli pierwsze wrażenie będzie jakie takie. Paweł nie zapraszał nikogo do siebie – zwłaszcza płci przeciwnej – bojąc się nie tyle o wrażenie jakie wywoła, ile jakie sam odniesie zwłaszcza węchowe, ewentualnie smakowe.
Teraz dziwnie mu zależało, poza tym Agata należała do „wtajemniczonych”; była dla niego taka inna, od poznanych wcześniej kobiet. O czym z nią mówić? - chciał zaplanować drobiazgowo całe spotkanie by nie kłopotać się o zabawianie jej później.
Zależy mi na niej – pomyślał. Zależało mu na wrażeniach drugiego człowieka, na swoich mniej.
Przedpokój! Muszę zobaczyć przedpokój. W pomieszczeniu ciemnym o tej porze dnia i roku o ile światło się nie paliło był porządek; mimo to płaszcz przewiesił do szafy robiąc więcej miejsca dla niej; w szafie znalazł dwa wolne wieszaki również dla niej. Starannie wyrównał leżący na podłodze chodniczek, żeby się nie potknęła, lub co gorsza nie przewróciła.
Wspominał, jak rezygnowali z utrzymującej dystans, formuły pan-pani.
Zaczął od poniedziałku – uciekła wtedy nie dając odpowiedzi. Zebrał się na odwagę następnego dnia blokując przezornie drzwi:
-mam do pani prośbę.
-Jaką?
-Proszę mówić do mnie Paweł, „pan” dodaje mi tyle lat. Jeszcze ich nie przeżyłem.
Odetchnęła z widoczną ulgą; z oczu zniknęło znużenie; prawie się uśmiechnęła:
-mam warunek.
-Do spełnienia?
-Tak. Ja będę mówiła „Paweł”, pan będzie mówił „Agata”, lub podobnie.
Uśmiechnął się szeroko.
-Zgoda!

Nie mówiła wiele o sobie ale czuł często, że chce mu coś ważnego powiedzieć. Boi się?
Po dziesięciu dniach wspólnej pracy stanęła w drzwiach; zaczepnie powiedziała ni stąd ni zowąd:
-mam syna sześcioletniego!
Odetchnął głęboko:
-przekonany byłem, że kogoś zabiłaś i nie chcesz abym to wywęszył.
-Nie żartuj sobie. W papierach nic nie napisałam. Zataiłam – bałam się, że jak tylu przed tobą, powiesz – „dziękuję, żegnam”. Zaparłam się go jak Piotr Jezusa. Ciebie okłamałam.
-Rozumiem, że chcesz wyjść wcześniej – Paweł czuł się ważny.
-Guzik tam rozumiesz! Zwalniam się!
-Przecież potrzebujesz tej pracy, a wcześniejsze wyjścia da się załatwić. Potrzebuję ciebie; ty pracy, sam wybrałem. Kwalifikację z „zataiłam”, „okłamałam” „zaparłam”, proponuję zmienić na: „przemilczałam”. Prawnikiem nie jestem ale coś mi podpowiada, że takiemu przyporządkowaniu twego czynu przypisana będzie łagodna kara; mogę zapytać prawnika – jest ich w tym gmachu dość dużo; raczej my stanowimy pewien ewenement.
-Nie wiem.
-Wiesz, że bardzo chcesz zostać; ja też bardzo chcę żebyś została. W tych pomieszczeniach stanowimy zdecydowaną większość; stuprocentową większość.
-Mam warunek.
-Nabroiłaś i jeszcze warunki?
-Zaprosisz mnie do siebie na dobrą kolację; mogę sobie pozwolić na opiekunkę; muszę to wykorzystać.
-Coś mi się zdaje, że to wszystko moim kosztem. Pamiętaj, że nie mieszkam u siebie, tylko od znajomego wynajmuję. Nim tu zacząłem pracować nie było mnie stać na nic innego. No i gotować nie potrafię.
-Przyjdę. O jedzenie nie martw się – głównie chcę pogadać i to, ze względu na specjalność, powinieneś zapewnić.
-Jeszcze się nabijasz z jakże mi drogiej specjalności! Proszę – wizytówka. Wiesz gdzie to? Wiesz. Blisko masz.
-Dzięki. Trafię na piechotę nawet z zawiązanymi oczami.
-Ja do ciebie trafiłbym na nosa
Przyjął delikatnego kuksańca; zostało czekać na jej przyjście.

Przygotowywał w kuchni jedzenie, które można było przygotować wcześniej. Było dużo możliwości: od gotowców po firmy cateringowe, mógł nawet postarać się o kelnera; o orkiestrę. Wydało mu się to banalne.
Wtem przypomniał sobie napad sprzed kilku tygodni; podbiegł do okna, spojrzał na chodnik przed wejściem, wysoko – postanowił, że kiedy ją zobaczy wskoczy do windy; zjedzie na dół. Zmienił zdanie; przecież mógłby nie zdążyć, nie poznać jej albo minęliby się w drodze; porwał więc zaciski na nos, wsadził je do kieszeni, wyczuł profesorski spray, użył go jeszcze w przedpokoju, ale brakło przepisowych dziesięciu minut na rozpoczęcie jego działania. Nie bacząc na to wybiegł na korytarz, zjechał i wypadł przed blok. Spojrzał na zegarek - zdążył. Postanowił zatkać teraz nos ale zrezygnował po namyśle – wytrzyma, zauważył, że emocje mocno ograniczają objawy nadczynności obu zmysłów. Było mu trochę zimno, bardzo zimno – zapomniał włożyć coś cieplejszego. Mógł mieć tylko nadzieję, że Agata nie spóźni się. Przechadzał się nerwowo przed wejściem do bloku żeby zbytnio nie zmarznąć. Nigdy nie czekał tak niecierpliwie na nikogo, jak na nią. Może jeszcze, dawno, na Świętego Mikołaja.
Jest! Podskoczył do niej.
-Wyszedłeś?– zdziwiła się.
Opowiedział jej o napadzie sprzed kilku tygodni; zdążył w drodze do windy; w czasie jazdy na dwunaste. Kilkanaście kroków do drzwi mieszkania przebyli bardzo szybko. Niemal wpadli w nie zderzając się po drodze; kiedy zatrzasnęły się za nimi odetchnęli z ulgą i... parsknęli śmiechem.

Opublikowano

Oj, boleję nad tym, że nie miałem czasu na przyjemność przeczytania wcześniejszych części tej historii!
Są dwie czy trzy wpadki np. zdecydowanie pociąganie z samochodu, ale nie zmienia to faktu, że bardzo dobrze to się czyta; świetne dialogi i wprowadzanie myśli bohatera (brakuje mi nieco mowy pozornie zależnej)
Oby tak dalej.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • @karenka dzięki serdeczne

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

        @piąteprzezdziesiąte @Simon Tracy dzięki Wam serdecznie  
    • Dobry Boże, prośbę mam, zabierz moją duszę tam, gdzie inna już spożywa mleko i miód, i tu, na ziemi, nie cierpi już.   Kochany Boże, błagam Cię, połącz ponownie dusze dwie, bo jedna już zamknięte oczy ma, a druga, na ziemi, wciąż otwarte je ma.   Ojcze miłosierny, modlę się, abyś pozbawił mnie udręki tej, która po stracie ukochanej wciąż dręczy mnie i odbiera dalszy życia sens.   Panie Boże, nie wiem już, czy dam jeszcze radę przetrwać tu, jeśli nie weźmiesz wkrótce mnie, to ja odnajdę drogę tam, gdzie dusza mej miłości już na zawsze będzie trwać.  
    • Powiem ci szczerze jak litera literze jesteśmy w tym samym alfabecie pomieszanym przez języków wiele ale co z tego jak litery tylko wędrują od Alfy przez Betę do krótkich Omeg tworzymy razem najróżniejsze słowa bez których nic nie miałoby znaczenia zbieramy się tworząc złożone zdania zapisując się w kronikach świata tu nie ma żadnych zbędnych znaków każda z nas jest równie ważna żyjemy jak jeden wielki organizm oddychający znaczeniami jak byśmy się wszystkie zebrały tańcząc po wersach jak na balu powstałaby największa epopeja a wieszczem stałby się alfabet
    • Tak nasunęło mi się czytając wiersz i komentarze, iż mamy tu do czynienia z dość częstym paradoksem, iż: - chcąc zrozumieć innych, musimy przyjąć założenie, iż nie zawsze mamy rację lub czasem wogóle w jakimś aspekcie nie ma obiektywnych racji, po prostu różne sposoby reagowania - są też ogólnie przyjęte zasady typu poprawność pisowni (która też czasem się zmienia). Błazen to może ktoś, kto podpowiada inne rozwiązania, czasem ta forma satyryczna to jedyna możliwa, by się przebić, bo "pouczanie" właśnie zwykle nam źle wychodzi i na odwrót je ktoś odbiera. Ciekawa miniaturka. Błazen nie może pouczać, ale "błazen" to może ktoś, kto robi z siebie błazna. Mega trudny do przeanalizowania zrobił się ten wierszyk.  Pozdrawiam serdecznie.       Podobają mi się wszystkie wypowiedzi pod tekstem. Super :)
    • Żalił się tasiemiec tasiemce w jelicie: moja droga pani ja mam nędzne życie chorowity jestem, bo tu nie dojadam moja forma słabnie, a cera wciąż blada W Ameryce miałem wszystkiego dostatek starczyło i dla mnie dla babci i dziatek teraz to okruszki przeważnie zaś woda byłem taki piękny gdzie moja uroda?! Tasiemka milczała szczerze tym przejęta chciała bardzo pomóc kochała zwierzęta otarła się lekko o ścianki jelita a to wzmaga pracę gdyby ktoś zapytał No więc podziałało i to dość skutecznie bo nagle oboje wyszli na powierzchnie tasiemka szczęśliwa tasiemiec spłoszony zostawił tam w środku dzieci i dwie żony Nie wiedział że żony babcia oraz smyczki dawno już uciekli od anorektyczki!     (

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      )  
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...