Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

W punkcie świata gdzieś, gdzie pięknie jest
Los sprawił, że szczęście zaiskrzyło
Dwie dusze samotne spotkały się
Coś niezwykłego się wydarzyło


Obydwie z czułości niedoborem
I scenariuszem podobnym bardzo
Stanęły przed wcale niełatwym wyborem
Z zamiarem, że ciepło sobie dadzą


Te dwie duszyczki to młodzi ludzie
Każde myślało, że czuje co Drugie
Lecz jednak NIE – sie okazało
Mimo, że tych dwoje się nie kochało
To jednak więź ścisła ich połączyła
Co dla jednej z dusz więcej, a dla drugiej mniej znaczyła
Tak dusze podobne i tak bardzo odmienne...


Pytanie co wyróżnia je
A to, że w innym punkcie świata
Jedna z nich ma miłość
A druga nie...


Pierwsza duszyczka będzie szczęśliwa
Wróci do swojej wielkiej miłości
A druga wróci z codzienną rutyną
Wróci po prostu...do samotności

I to jest dopiero niewiadoma
Co w tej drugiej duszyczce zaistniało
Sama się w tym już pogubiła
Bo KOCHAM to za dużo a LUBIĘ to za mało

W punkcie świata gdzieś, gdzie pięknie jest
Los sprawił, że szczęście zaiskrzyło
Dwie dusze samotne spotkały się
Dobrze czy źle się wydarzyło?

Opublikowano

Ładne. Wg mnie udało Ci się napisać to świetnie. Sama kiedyś próbowałam wymyślić coś podobnego, ale mi nie wyszło:). Bodoba mi się to też dla tego, że... nie wiem jak to napisać. No dobra: Opisujesz jakby moją sytuację... Byłam tą Duszą, co "wróci po prostu...do samotności"... No ale, trudno się mówi:). Jak widzę, na liczniku pod wierszem widnieje "1":).
Dobrze zaczynasz:). I mówię Ci: Ani się obejżysz, a już do tej 1 dołączą się dwa, a później trzy zera:)...Wiem z własnego doświadczenia:). Parę wierszy + kilka komentów (nawet odpowiedzi na pytania pod swoimi wierszami)... Tak trzymać!!
Pozdro:*:))

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...