Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Flawiusz Amala ["A jednak sie nie kręci...]


Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

FLAWIUSZ AMALA

Z miękkiej czerni wyrwał go głos Benedykta. Musiało być jeszcze bardzo wcześnie rano – na zewnątrz dopiero świtało (choć w Vimardzie nie należało ufać słońcu), a Hubert czuł się zupełnie niewyspany; w pewnym sensie ucieszył się jednak, gdy usłyszał znajomy głos, gdyż we śnie było mu obco i nieswojo.
Półprzytomny wstał i ubrał się, po czym zszedł na dół do przestronnej kuchni (był prawie pewien, że właśnie to nakazał mu Benedykt). Zastał swojego gospodarza siedzącego przy masywnym dębowym stole.
-Siadaj, Hubercie – powiedział, wskazując mu gestem miejsce naprzeciwko siebie. – Jak minęła ci noc?
-Dziękuję, bardzo dobrze – odrzekł Hubert nieszczerze (nie dlatego, że nie chciał robić Benedyktowi przykrości, ale po prostu dlatego, że nie mógł sobie wyobrazić innej odpowiedzi na podobne pytanie), siadając na wskazanym krześle.
-Wczoraj miałeś okazję uczestniczyć w naszym spotkaniu; wiedz jednak, że to nie jedyny z przestrzeganych tutaj obyczajów. Kolejnym, w którym już niebawem weźmiesz udział, są śniadania.
-U siebie również jadałem śniadania – zażartował, z pełną świadomością tego, że nie był to żart udany, chcąc jedynie przerwać nieprzyjemną ciszę; mimo to Benedykt uśmiechnął się lekko:
-Wasze poranne posiłki trudno nazwać śniadaniami; jestem pewien, że w porze obiadu wielu z was nie może już sobie przypomnieć, co jadło po przebudzeniu, ani o czym wtedy rozmawiało – o ile w ogóle o czymkolwiek się u was przy śniadaniu rozmawia. W Vimardzie jest inaczej; na śniadania zwykle zaprasza się gości po to właśnie, żeby z nimi rozmawiać, ponieważ rozmowa z drugim człowiekiem jest najlepszą drogą do poznania zarówno innych ludzi, jak i siebie samego; a nie ma lepszej pory dla rozmowy, niż poranny posiłek, gdy ciało i umysł gromadzą energię na cały dzień. Wieczorne rozmowy na Placu Rozumu odbywają się już tylko po to, by podsumować dzień i powiedzieć innym to, co chce się im powiedzieć przed udaniem się na spoczynek.
-A więc będziemy mieli gości?
-Owszem; specjalnie zaprosiłem na dziś kogoś specjalnego; kogoś, kto powinien szczególnie przypaść ci do gustu. I mam tu na myśli nie tylko jego młody wiek.
-Widziałem już tego kogoś?
-Niewykluczone; wkrótce będziesz miał sposobność nie tylko zobaczyć go, ale także z nim porozmawiać. Zanim to jednak nastąpi, pomóż mi przygotować posiłek.
Hubert posłusznie zabrał się do pomocy. Nie wymagało to zresztą wielkiego wysiłku, gdyż praca jego ograniczała się do rozłożenia glinianej zastawy, a następnie znoszenia ze spiżarni i ustawiania na stole chleba, sera, masła, wędzonej kiełbasy i szynki oraz mis z owocami. Na końcu Benedykt przyniósł krowie i kozie mleko. Hubert nie przepadał za mlekiem, sam jego zapach odbierał mu apetyt (a tłusty biały koloid pachniał bardzo intensywnie), na szczęście jednak nie miał zwyczaju przepijania w trakcie posiłku, a kubek wody nie wydawał się rzeczą nieosiągalną. Ucieszyło go natomiast to, że na stole nie było jajek, których nie jadał w żadnej postaci.
Zapowiedziany gość nie zjawiał się; Benedykt usiadł do stołu, nalał sobie mleka i bezceremonialnie zaczął jeść; ośmielony Hubert sięgnął po chleb i masło. Obaj jedli w milczeniu, żując powoli, świadomi tego, że jedzą tylko po to, by skrócić sobie czas oczekiwania na gościa.
Wreszcie rozległo się pukanie; Benedykt otarł usta, wstał od stołu i nie spiesząc się poszedł otworzyć drzwi. Owym zaproszonym gościem okazał się być – ku pewnemu zadowoleniu Huberta – ten sam niewysoki rudoblond młodzieniec o niebieskich oczach, który wczoraj w czasie wieczornego spotkania zwrócił jego uwagę.
Błękitne oczy, jakby dwa pogodne nieba – te same oczy, o których, jak sobie teraz przypominał, myślał Hubert wczoraj tuż przed zaśnięciem – spojrzały na niego badawczo.
-Flawiusz – powiedział niski, spokojny głos dobiegający gdzieś spod kuriozalnych oczu. – Flawiusz Amala.
Hubert przedstawił się, bezwiednie uściskując wyciągniętą dłoń.
-Czym się zajmujesz? – zapytał, skoro tylko zajęli miejsca przy stole. Nie wiedział z jakiego powodu poczuł się na tyle ośmielony, by mówić gościowi per „ty”.
-Jestem poetą – odpowiedział Flawiusz, uśmiechając się lekko, lecz bez zażenowania.
Hubert uniósł brwi do góry, marszcząc czoło w wyrazie zainteresowania. Sam był od lat pisywał wiersze i uważał się za poetę, choć nie ubiegał się jeszcze o publikację.
-Piszesz wiersze? Znakomicie; czy mógłbyś później pokazać mi niektóre z nich? Uwielbiam poezję.
Flawiusz uśmiechnął się ponownie, tym razem szeroko i życzliwie:
-Ale ja nie piszę wierszy. To znaczy – jak do tej pory żadnego nie napisałem.
-Bycie poetą to nie tylko pisanie wierszy – kontynuował, smarując chleb masłem. – Bycie poetą to przede wszystkim sprawa duszy; w pewnym sensie poezja jest uprawą duszy.
-A zatem interesuje cię dusza?
-Póki co – bardziej moja dusza, niż ogólnie dusza ludzka; wierzę jednak, że przez introspekcję uda mi się dojść do pewnych poważnych wniosków ogólnych.
-Introspekcja duszy... – przerwał mu Benedykt. – Brzmi pięknie.
-Czy jednak coś takiego jest możliwe? – zapytał Hubert, który nie lubił słowa „dusza”, głównie za jego niejednoznaczność. – Jak żyjąc w świecie materialnym można zgłębiać duchowość, i to jeszcze duchowość własną? To tak, jakby ryba starała się zbadać życie na lądzie, które jest dla niej z oczywistych względów niedostępne, a które – jeśli kiedykolwiek je zobaczy – będzie zwiastunem jej rychłego końca.
-Nie zrozumiałeś mnie, Hubercie, czy też może nie wysłowiłem się dość precyzyjnie; przez „duszę” nie rozumiem substancji duchowej, odmiennej od materii. Dusza nie jest duchem, bo duch jest jedynie urojeniem, zwyrodnieniem materii.
-Pogląd o materialnej duszy ma wspaniałą tradycję, z oczywistych względów nie jest jednak zadowalający – jak można przeciwstawiać duszę ciału, skoro jedno i drugie jest materią? Lepiej już skończyć na monizmie i twierdzeniu, że dusza nie istnieje.
-W takim razie – zaoponował Flawiusz – równie dobrze można by stwierdzić, że nie istnieje ciało, a to, co szumnie nazywamy „swoim ciałem”, to tylko dusza, której uroiła się cielesność.
-Jest to tylko i wyłącznie problem nazewnictwa, że ciało nazywamy ciałem, a duszę duszą, a nie na odwrót.
-Takie myślenie z góry zakłada, że ciało i dusza są jednym, miałyby zatem te same potrzeby i co dla jednego byłoby dobrem, byłoby dobrem i dla drugiego, analogicznie ze złem; a tymczasem wcale tak nie jest.
-Czemu nie? Dbając o duszę – dbam o siebie; dbając o ciało – również dbam o siebie. Nie ma sensu rozdzielanie tych pierwiastków, które składają się na „mnie”.
-Są jednak rzeczy, które – choć ciału są na nic – służą duszy. Jedną z nich jest choćby poezja. Na cóż ciału wiersze? Na nic; mówiąc, że uwielbiasz poezję, miałeś na myśli, że uwielbia ją twoja dusza, czy raczej – że twoja dusza z niej się składa.
-Jak to? – zapytał Hubert, zapominając już do reszty o jedzeniu.
-Widzisz – jest jeszcze jedna różnica, która dzieli poezję od ciała – zniszczalność. Ciało codziennie ulega powolnemu niszczeniu, aż wreszcie rozpływa się w ziemi lub ogniu. Poezja przeciwnie – nie niszczeje nigdy, a upływ czasu czyni ją jedynie mocniejszą. Jeśli zatem masz w sobie poezję, to nosisz pierwiastek niezniszczalny, który nie sposób zrównać z ciałem, należy zatem – choć to niejakie uproszczenie, jednak pamietać należy, że istotą wiedzy jest to, co proste – wedle tradycji przyrównać ją do duszy. Każdy, kto nosi w sobie miłość, do rzeczy wiecznych, niecielesnych i nieprzemijalnych (co nie znaczy od razu, że pozamaterialnych czy wręcz duchowych) – posiada tak rozumianą duszę.
-To właśnie miałeś na myśli, mówiąc, że jesteś poetą? Że kochasz rzeczy nieprzemijalne?
-Dokładnie. Interesuje mnie dusza, nie ciało – to właśnie przesądza o tym, że jestem poetą; na razie, jak już powiedziałem, ograniczam się do zgłębiania tego, co we mnie samym niecielesne, mam jednak nadzieję, że kiedyś pomogę innym tworzyć ich dusze, że do ich duszy dołożę swoją poezję. W pewien sposób zapewni mi to nieśmiertelność – przetrwam w duszach innych.
-Czemu zatem nie zaczniesz pisać wierszy? Z braku natchnienia?
-Natchnienie? To słowo takie „duchowe”; ma nawet podobny źródłosłów do „ducha”, wszak on także związany jest z „tchnieniem”.
-Dość przypadkowe, zapewne starosłowiańskie nawiązanie do stoickiej pneumy – zauważył Hubert bardziej dla siebie, niż dla rozmówcy.
-Jak mogę zatem uznawać natchnienie, skoro nie uznaję ducha – tak samo, jak nie uznajesz go ty, choć początkowo ironicznie twierdziłeś co innego. Owszem, uznaję duszę, jednak nie jako substancję duchową; uważam ją, owszem, za przeciwstawną ciału, ale nie za posiadającą odmienną od ciała naturę. Dusza – jako niezniszczalna – jest od ciała doskonalsza, nie jest jednak w stosunku do niego nadrzędna, lecz podrzędna. W toku ewolucji istoty doskonalsze powstają z mniej doskonałych, nie na odwrót, tak samo też dusza powstaje z ciała i to w pewnym sensie ciało włada duszą, nie dusza ciałem.
-Rozumiem, co masz na myśli. Chodzi o to, że poezja powstała w ludzkim mózgu, w ciele ludzkim, w toku jakichś niejasnych procesów ewolucyjnych?
-Tak jest; ludzkie ciało samo wymyśliło sobie duszę! W człowieku zaistniał ten niesmiertelny pierwiastek w tej samej chwili, gdy po raz pierwszy uczynił on coś zbytecznego ciału. Można powiedzieć, że wraz z namalowaniem pierwszego naskalnego malowidła, wraz z powstaniem pierwszego rytualnego medalionu z kości zabitego zwierzęcia, człowiek stał się nieśmiertelny.
-W istocie jednak – wtrącił się Benedykt, odrywając się od kromki chleba z masłem – w istocie jednak wspomniane przez ciebie rzeczy: medaliony i naskalne malowidła, służyły nie czemu innemu, lecz zapewnieniu pomyślnych łowów; miały zatem cel zupełnie pragmatyczny, miały zaspokoić pewne potrzeby ciała.
Flawiusz nabrał powietrza; uprzedził go jednak Hubert, któremu teoria ta wyjatkowo się spodobała:
-Owszem, cel miały jeszcze zwierzęcy, ale ich charakter był na wskroś ludzki, przeniknięty pierwiastkiem nieśmiertelności. Zwierzę bowiem, gdy jest głodne, szuka jedzenia – pierwszym człowiekiem obdarzonym duszą był natomiast ten, kto w obliczu głodu nie szukał jedzenia, lecz uciekł w sferę pozacielesną.
-Dowodzi to tylko tego – zaczął Flawiusz, wymieniwszy wcześniej porozumiewawcze uśmiechy z Hubertem – jak mocno dusza związana jest z ciałem. Trudno oczekiwać, by człowiek pierwotny od razu stworzył pełnowartościową sztukę o charakterze nieużytkowym. Granice na ogół przekracza się małym, nieefektownym krokiem – i takim krokiem była właśnie sztuka człowieka pierwotnego.
-Wynikałoby z tego – Benedykt nie dawał za wygraną – że sztuka, czyli dusza, powstała z wiary. Zanim nasz jaskiniowiec wykonał swój kościany amulet, musiał mieć ideę bóstwa, z którym przez ten amulet się złączy.
-I to właśnie charakteryzuje sztukę pierwotną, która nie do końca jeszcze uwolniła się od pragmatyzmu. Sztuka uprawiana wprawdzie nie bezpośrednio dla ciała, lecz dla przebłagania jakiegoś urojonego ducha, którego przychylność miała zapewnić dobro ciała. Przez „pierwotną sztukę” rozumiem tu naturalnie nie tylko twórcze działanie praczłowieka, lecz także to, czemu ludzkość hołdowała przez długie tysiąclecia, a od czego uwolniła się stosunkowo niedawno. To uwolnienie – moment, w którym artyści przestali tworzyć dla boga, więc pośrednio dla ciała, a zaczęli tworzyć dla tego, co tutaj określiliśmy duszą, czyli dla własnej, ludzkiej boskości i nieśmiertelności – wzniosło człowieka na najwyższy poziom cielesnej i pozacielesnej ewolucji.
-Z chwilą odrzucenia zwodniczych pojęć boga i ducha – podchwycił Hubert – człowiek, a zwłaszcza artysta, sam stał się bogiem. Gdy porzucono sztukę dla boga, powstała sztuka dla człowieka – dla ludzkiej, nieśmiertelnej duszy.
Zapadła cisza; Hubert poczuł, jak w nim samym opada napięcie. Odetchnął głęboko i spojrzał na Benedykta – ten jednak nie podzielał jego entuzjazmu, ze spuszczoną głową przeżuwając kolejną kromkę chleba. Flawiusz milczał – choć Hubert oczekiwał jego odpowiedzi.
Uznając rozmowę za skończoną, Hubert wrócił do jedzenia. Chleb był wyjątkowo smaczny, podobnie jak masło i biały ser.
-Pytałeś, dlaczego nie piszę wierszy – powiedział Flawiusz nieoczekiwanie po długim milczeniu, jednocześnie odsuwając się od stołu na znak, iż zakończył posiłek.
-Owszem, pytałem, i do tej pory nie otrzymałem odpowiedzi.
-Liczyłem na to, że sam ją odkryjesz, jest bowiem bardzo prosta. Nie piszę ze strachu.
-Ze strachu? Przed czym? – Hubert uśmiechnął się mimo woli, jednocześnie starając się zachować poważną minę.
-Przed tym, że nie sprostam odpowiedzialności; że moja poezja okaże się wątła i zamiast umacniać się z każdym rokiem – będzie stopniowo umierać, a wraz z nią moje sny o nieśmiertelności. Tak jest – nieśmiertelność artysty pociąga za sobą ogromną odpowiedzialność.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się


  • Zarejestruj się. To bardzo proste!

    Dzięki rejestracji zyskasz możliwość komentowania i dodawania własnych utworów.

  • Ostatnio dodane

  • Ostatnie komentarze

    • O, jak ładnie i z użyciem zimowych rekwizytów! Pozdrawiam.  
    • Nie spalił domu. Mało tego  nie zamierzał nawet  niczego już dotykać ani czytać a tym bardziej zabierać ze sobą. Niech to miejsce i ten dom  po prostu gnije w czerni nocy. W widmie prastarego kultu  Przedwiecznych istot,  które przywołał jego  trawiony obłędem lub bluźnierczą wiedzą ojciec.   Spieszył się jak mógł. Na szczęście nie zabrał ze sobą  stosu walizek i podróżnych pakunków a jedynie podręczny neseser i skórzaną torbę o posrebrzanym zatrzasku  w stylu toreb lekarskich. Ilekroć oddalał się od framug okiennych  na dłużej niż kilka minut  to wracał zaraz szaleńczo  na przełaj przez zagracony pokój do zajętych przez  oddech letargicznej mgły szyb. Wyglądał bacznie lecz z ukrycia, na ciche podwórze. Stał na nim pozostawiony  przez ludzi komendanta radiowóz. Wiedział, że nie przyda im się już  na tamtym świecie. Mimo to szybko zrezygnował  z zuchwałej lecz całkowicie  w zaistniałej sytuacji logicznej kradzieży auta. Po pierwsze dlatego, że ktoś mógł go zobaczyć jak jedzie autem policyjnym  w stronę miasteczka i stacji kolejowej nie mając munduru ani insygni. Szybko skojarzono by  uprowadzenie lub kradzież. A nie chciał by  ścigały go siły z tego i innego wymiaru w ten sam zajadły sposób. Po drugie nie miał kluczyków  a nie potrafił odpalić auta bez nich. Wreszcie nie wiadomo  w jakim stanie  było auto. Bak mógł być pusty. Noyes mógł celowo uszkodzić samochód  gdy nikt nie patrzył. A ostatnie czego sobie życzył  to wypaść z drogi  na jednej z zalesionych serpentyn  i zlecieć w przepaść grzebiąc wraz ze swą śmiercią tajemnicę istot z Yuggoth.   Właśnie, pamiętnik i zapiski. Zabrać je ze sobą i próbować zapobiec  odrodzeniu się kultu. A może przekazać je osobom, które jak dawniej jego uczony ojciec,  będą w stanie zatrzymać tą spiralę chaotycznej grozy. Przecież to absurd. Szukanie ratunku w wiedzy i rozsądku. W najlepszym wypadku  zignorują go lub wyśmieją. W najgorszym, zgotują los opętanego wariata. Ale czy nie byłoby to lepszym rozwiązaniem niż ukłon przed ołtarzem Rady. Dziesięć lat obłędu  a potem los niewolniczego robaka. I podróż w przestrzeń kosmiczną. Gdzie nie ma słońca ani księżyca. Nie ma dni ani nocy. Jest tylko ON w jądrze pierworodnej grozy. Pierwszy cień wszechświata. Jego imię przybyło kiedyś do świadomości  w głębokim śnie o początku czasu. Jego skrzydła są  nieatomicznym niebytem polarnej pustki. Słowa są jadem żałoby. A postać, pieczęcią końca istnienia. Nyarlathotep! Władca czasu i dni. Ten, któremu ślubują  nawet myśli Przedwiecznych. Na wspomnienie którego drżą  serca, dusze, góry i niebo wszelkich krain jawy i snu od Celephais do Leng aż po pochmurne, ponure Kadath  skryte przed ludzkim wzrokiem i snem, ostałe na wieki w zimnej postaci.   Złapał się z całej siły za włosy i szarpał. Zamykał kurczowo oczy  i jęczał z bezsilnej agonii umysłu. Nie przywołuj ich! Nie daj się opętać! Miał dość. Musiał zniknąć na dziesięć długich lat.   Nie zamierzał zgłaszać niczego policji. Jak bowiem opisać to,  co nie mieści się w żadnym raporcie?  Jak wytłumaczyć pamiętnik pisany ręką ojca a jednak nie należący już do człowieka? Jak przedstawić coś,  skoro nawet cudowne ryciny i malowidła Przedwiecznych nie były w stanie  odnaleźć określeń dla tak  druzgocącego zmysły plugastwa. Jak mówić o Yuggoth,  skoro dla uczonych i ich teleskopów, jego położenie na niebie jest próżnią. Poza Neptunem jest tylko  pas kamieni i asteroid. Nie ma tam dziewiątej planety. Nie ma ich i ich plugawego potomstwa. Inwokację i modlitwy,  dowiodły by prawdziwości jego słów, Lecz nie zmusi  choćby i za cenę ocalenia świata, swoich ust do odczytania tych sylab. Szalony Arab uczynił to  i spisał je w księdze przed wiekami. Przypłacił to jednak duszą, która do dziś pewnie, krąży między bramami  i poza granicą Tiamat.   Na stację dotarł o świcie.  Była jedną z tych prowincjonalnych, zapomnianych przez rozkłady. Perony popękane,  zegar stojący od lat na tej samej godzinie, powietrze ciężkie od pary i sadzy.  Zamierzał kupić bilet na pierwszy pociąg,  byle dalej,  byle w przeciwnym kierunku  niż wrzosowiska.    Panie…   Głos wyrwał go z zamyślenia. Jakiś młody Murzyn  stał tuż przy kiosku z gazetami.  Był ubrany schludnie, lecz staromodnie,  jakby wyszedł z fotografii sprzed dekad.  Miał oczy nienaturalnie spokojne,  nie śledziły jego ruchów, raczej oczekiwały, aż on sam podejdzie bliżej.    Zostawiono dla pana przesyłkę.   Powiedział, podając niewielki pakunek owinięty w szary papier.   Proszono, bym przekazał osobiście.   Od kogo?    Zapytał odruchowo.   Mężczyzna uśmiechnął się lekko,  z uprzejmością urzędnika,  który zna odpowiedź,  ale nie widzi powodu, by ją wypowiedzieć.   Od rodziny.   Zanim zdążył zapytać o cokolwiek więcej, rozległ się gwizd lokomotywy.  Gdy odwrócił głowę, mężczyzny już nie było. jakby rozpuścił się w porannej mgle i parze unoszącej się znad torów.   Wsiadł do pociągu. Drzwi zatrzasnęły się  z głuchym metalicznym dźwiękiem,  który zabrzmiał niczym pieczęć.   Pakunek rozwinął dopiero, gdy skład ruszył. W środku znajdował się pamiętnik  mniejszy od poprzedniego,  oprawiony w ciemną skórę, zimną w dotyku. Kartki były wyklejone fotografiami.   Nie przedstawiały Ziemi.   Bazaltowe góry wznosiły się  pod nienaturalnym kątem,  jakby prawa perspektywy  zostały tam odrzucone.  Wąwozy ciągnęły się w nieskończoność,  a cienie nie zgadzały się  z położeniem światła.  Niebo było martwe, jednolite,  pozbawione barwy,  której mógłby nadać nazwę.   Na ostatniej fotografii rozpoznał ojca. Stał obok Noyesa.  Obaj odziani byli w  ciężkie, ceremonialne szaty,  haftowane symbolami,  które przypominały astronomiczne diagramy lecz prowadziły nie ku gwiazdom a w byt poza nimi.  Za ich sylwetkami wznosiły się ciała istot, których nie sposób było opisać bez obrzydzenia i pogardy. Oni z Yuggoth.   List wypadł spomiędzy kart.   Pismo ojca było równe,  spokojne, niemal szczęśliwe.   Jestem bezpieczny... Jestem szczęśliwy... Yuggoth jest miejscem ładu,  którego Ziemia nigdy nie zaznała.   Rada była łaskawa.  Wracam za dziesięć lat, co do dnia. Do tego czasu  ktoś musi karmić portal na wrzosowiskach. Wiem, że rozumiesz.  Nikt nie może opierać się woli Rady. Za dziesięć lat złożysz ofiarę  i dołączysz do nas w kolejnej podróży  na dziewiątą planetę układu.   Pociąg sunął naprzód,  jednostajnie, obojętnie. Za oknem krajobraz zmieniał się powoli. Wrzosowiska, pastwiska i senne wioski  o dachach krytych gontem, ustępowały miejsca  czarnym, kamiennym pustyniom  z onyksu i bazaltu. Widział ludy tańczące nago i dziko wokół płonących ognisk.   IA! IA! IA! NNGI BANNA BARRA IA! IARRUGISHGARRAGNARAB!   Ich nieludzkie wycie  odbijało się od zboczy mgielnych gór.   Tory ciągnęły się dalej  ku przeznaczeniu końca. Aż do samotnej góry  pośród płaskowyżu żalu. W której mieszka wieczny Pan. Nienasycony chaos.  
    • @nieznajoma1907 Biedna Joanna

      Zaloguj się, aby zobaczyć zawartość.

      Ojciec, mąż i syn — trzech barbarzyńców zniszczyło jej życie. Może trochę sfiksowała po śmierci tego zdradzieckiego mamuta, ale ponoć istnieją zapisy, że wiele lat po izolacji rzeczowo rozmawiała. Gdyby miała lepszą opiekę, gdyby była lepiej traktowana, ale ważniejsza była polityka. Okrutne czasy dla kobiet, które poniekąd wciąż trwają...   Wartościowy wiersz, dziękuję. Pozdrawiam.  
    • @beta_b Bardzo mi przykro, brzmi jak coś osobistego :(, piękny wiersz, bardzo mnie poruszył.
    • @piąteprzezdziesiąte dzięki :)  @Leszczym wielkie dzięki:) 
  • Najczęściej komentowane

×
×
  • Dodaj nową pozycję...