Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

przychodzi zawsze nocą
nie ukrywa się
znów wypełnia moją duszę okłamuje mnie
czy to prawda czy to kłamstwo
któż ma wiedzieć to
jednak pragnę tego bardzo
to jest czyste zł

przybądź, przybądź ja czekam
błogosław i pal mnie swym ogniem
w czeluściach piekielnych niech płonę
czuję twój ogień na dłoniach
w mej duszy wciąż rodzi się strach
straszy przed prawdą ukrytą
lecz ty ukażesz ją całą
drogowskazem jesteś i wyrocznią
chcę kochać i wielbić twą siłę
twą zazdrość, twój urok i wiedzę
więc błagam byś oblał mnie ogniem
w czeluściach piekielnych niech płonę
nie ufam jasności i światłu
sprawiają że wzrok mój czernieje
ja kocham ciemności i czuję
me wnętrze wypełnia się bólem
ten ból słodszy jest niźli wino
ja pragnę go bardziej niż zycia
więc przybądź szatanie znów do mnie
błogosław mój grzech pierworodny

Opublikowano

skąd ja wiem, że jak mam komuś walnąć negatywa, to wystarczy wejść do P, i kurwa średnio pięć "wierszy" po kolei takich samych, w każdym kurwa te same komentarze, a ci dalej swoje, sie odechciewa być miłym normalnie.

Opublikowano

heh droga Pani, przepraszam, dzisiaj w ogóle jestem chamski i tak dalej, więc prosze nie zwracać na mnie uwagi, znaczy się wiersz dalej na nie. Następna krytyka będzie bardziej kulturalna, choć mam nadzieje (niewielką) że to nie będzie krytyka.

pozdrawiam

Opublikowano

maniera rodem Micińskiego, hehe. brakuje jednak tej ekspresji - tekst ciąży, staje się za długi (chociaż mr M. miał o wiele dłuższe, hehe)
temat jest ciężki i nie udało sie wyjśc obronną ręką z niego - może pzrez nacisk na to Ty i Ja, chyba tak.
Pozdrawiam.

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    •   Klaustrofobia podziemi rosła, im bardziej puste okazywały się kolejne pomieszczenia, nagie i ascetyczne w swoich małych pokutach. Brakowało jednego przejścia, aby cały poziom tworzył jeden spójny cykl, krąg piekieł, albo aureolę na głowie kościoła przemysłu. 

        Zderzony z ostatnią ścianą, Karol odwrócił się, żeby spojrzeć na ślady butów wybite w zalegającym prochu. Nie martwiąc się o pobrudzone spodnie, usiadł na ziemi i, aby nie musieć zamykać oczu, wyłączył latarkę. Rozczarowanie. Nienasycenie. Karol był zawiedziony - nawet nie fabryką, lecz samym sobą. Ciemność trzymała go w serdecznym uścisku, ale nadal dało się wyczuć drżenia przestrzeni z każdym przejeżdżającym samochodem, a spomiędzy zawieszonej pleśni przebijał się zapach płynu do prania. Może właśnie o to chodziło? Centrum zniewolenia jesteśmy my sami, próbujemy uciekać w egzotyczne kraje lub kariery, a mimo tego i tak nie możemy nigdzie znaleźć miejsca brutalnie prawdziwego, brudnego absolutu istnienia. Człowieka chowa się czystego, a dopiero jego zadaniem jest samogwałt - wyrwanie ze swoich trzewi czegoś, czym faktycznie można by powiedzieć, że się jest (bo przecież chyba nie ,,piątoklasistą”?). Mały chłopczyk zastanowił się nad zdjęciem z siebie wszystkich ubrań (o zgrozo - ubrań ,,do szkoły”), nad pozbyciem się fetoru higieny. Nie, to nie to, to byłoby głupie - myśli chłopaka wróciły z powrotem pod ziemię.

        Strużki wody zostawiały rude ścieżki spływając powoli po ścianach. Kiedy Karol z rodzicami mieszkali jeszcze w biedzie, w nędznym domku pod miastem, całe dnie upływały mu w jego ,,bazie” - wciśniętej pomiędzy rosnące na działce drzewa a siatkę ogrodzenia. Ze wstydem wspominał do dzisiaj dzień, kiedy grupka dzieci w jego wieku, w czystych ubraniach, na kolorowych rowerach, zapuściła się w jego ulicę (co było na tyle niezwykłą rzadkością, że jest to jedyna taka sytuacja, jaką Karol pamiętał), aż spotkali go, skulonego w swojej kryjówce. Z dziecinną ochotą próbowali z nim zacząć rozmowę, lecz on, jak nieoswojony dzikus, nie był nawet w stanie spojrzeć im w oczy. Speszeni, ruszyli dalej błotnistą drogą, która prowadziła chyba tylko do jakiejś żwirowni (sam Karol nigdy nie zagłębił się w tę uliczkę dalej niż koniec jego działki), najpewniej zapominając o dziwaku już w następnej minucie. Lecz Karol pamiętał to do dzisiaj. Pamiętał, jak po długiej minucie wreszcie dotarł do niego sens sytuacji, rzucił się on wtedy biegiem przez działkę, wyskakując spomiędzy krzaków na otwarte pole, biegł przez wysoką trawę z nadzieją zobaczenia jeszcze błysku ich plecaków, lecz przywarł wreszcie policzkiem do ogrodzenia, a na uliczce panowała absolutna cisza. Karol-dzikus wyrywał się z jakiegoś rezerwatu, wracając teraz na powierzchnię świadomości chłopca, jakby między rurami piwnicznej kotłowni odnalazł komfort zapomnianej bazy. 

  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...