Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Rekomendowane odpowiedzi

Opublikowano

Niebo zaciągnęło się gęstymi chmurami, które zawisły nad Galinem, siwym kolorem zbliżającej się burzy. Wiatr dmuchając od strony gór, niósł ze sobą świeże powietrze i rześkim powiewem pędził po okolicy.
- Kalian - stary mężczyzna, siedzący na drewnianym stołku, spojrzał na wnuka, spod krzaczastych, białych brwi. - Patrz ino – wskazał chudym, koślawym palcem na okno. - Saraj do nas idzie.
Młodzieniec zerknął we wskazanym kierunku. Smukła postać kobiety, ubranej w wąską, długą suknię, posuwała się lekko, w stronę ich chaty.
- Szczęściarz z ciebie – w malutkich, zapadłych w czaszkę oczach dziadka pojawił się błysk zadowolenia. - Dziewek mało, a ciebie najpiękniejsza chce – zmarszczył w uśmiechu twarz.
Chłopak popatrzył na niego pobłażliwie.
- Zaraz wracam – powiedział wstając z miejsca i podszedł do drzwi, którymi wyszedł bezpośrednio na podwórze.
- Saraj! – zawołał do dziewczyny. - Ku mnie idziesz? – spytał. - Czy do dziadka?
Kobieta zatrzymała się przy drewnianym płocie.
- Jemu pewnie bardziej jestem miła – odpowiedziała zaczepnie. - Ale tym razem do ciebie przyszłam – otworzyła furtkę. - Na skraju grodu żyjecie, to i wieści najnowszych nie znacie.
- Tak ? – Kalian uniósł brwi.
- Tak – w jej głosie zadrżała nuta przekory. – Z Rostem właśnie ....
- Ooo! – przerwał jej. – Z Rostem! No proszę - kopnął leżący na ziemi kamień – Przyszłaś mi się pochwalić kolejnym zalotnikiem?!
Dziewczyna zacisnęła zęby.
- Głupia byłam, żem wogóle przyszła! – poczerwieniała na policzkach. - Ale jakem tyle drogi przebyła to i powiem! Wojna idzie! – powiedziała ze złością.
- To Rost ci takie wieści przynosi? Zamiast kwiatów? – uśmiechnął się ironicznie.
- Nie! Ale jakem z nim na spacerze była, to u bram miasta, nowy garnizon parian zobaczyłam. Ich dowódca mówił, że na wojnę się szykują.
- Na spacerze – powtórzył Kalian w zamyśleniu. - A z kim ta wojna? – zainteresował się.
- Jam nie bystra podobno – spojrzała na niego z wyrzutem. – Ale zdaje mi się, że tyś mądrzejszy i domyślić się powinieneś – powiedziała z satysfakcją. - Jak dla mnie – dodała z nutą złośliwości, będąc już odwrócona tyłem i gotowa do odejścia. – To rzecz dotyczy Niewidzialnych. To tyle. Iść już muszę. Rost na mnie czeka. Za zakrętem go zostawiłam. Do zobaczenia – pokiwała mu ręką.
- Do zobaczenia – burknął, zawracając w stronę chaty.
- Ha ! – dziadek podrapał się za uchem. - I co tam? Gdzie łania? - blade tęczówki jego oczu, zniknęły w linii mnóstwa zmarszczek, zastępujących powieki.
- Poszła.
- Poszła – starzec powtórzył żałosnym tonem. - Jak to ? Tak szybko?
- No – mruknął wnuk.
- Aj, aj. Gdybym ja młody był – westchnął. - Nie przepuściłbym. Oj nie, nie – pokręcił siwą głową. - Toć przecie najładniejsza – dodał ożywionym głosem. - Czemu ci się nie podoba? – popatrzył na Kaliana zdziwiony.
- Podoba – powiedział cicho chłopak, siadając na drewnianym stołku. - Ale to chyba nie jest kochanie.
- Oooo! – dziadek wyglądał na zaskoczonego. - A skąd ty wiesz jak kochanie wygląda?
Wnuk uśmiechnął się pod nosem.
- A nie śmiej się synku - staruszek zakasłał chrypliwie. - Jak tak niewiastę dobrze złapiesz i do siebie przyciśniesz, to kochanie zaraz przyjdzie.
- Dziadek! – Kalian starał się go uspokoić. - Nie miłowanie mi teraz w głowie.
- O! Nie miłowanie. A co? – zaciekawił się staruszek. - Miłowanie najważniejsze. Ja ci to mówię, bom wiele lat na tej ziemi już przeżył. Mężczyzna musi się wyżyć, bo potem głupieje.
- Wyżyję się. Inaczej. Na wojnie.
Stary popatrzył na niego mało rozumnie.
- Wojna, dziadku. Wojna się szykuje – powtórzył Kalian głośniej.
Staruszek pokiwał głową.
- Wojna powiadasz – zastanowił się i zasępił. - Niedobrze – powiedział cicho. - Czas to paskudny, gdy krew się leje.
- Ty przecież też wojnę przeżyłeś – wnuk spojrzał na niego z zaciekawieniem. – Tylko nigdy o tym nie opowiadasz.
- Bo i nie ma o czym! – zaseplenił staruszek groźnie i wstał.
Wnuk spojrzał na niego lekko strwożony.
- Dziadek! Co ci to? – zapytał. – Obraziłem cię czym?
Stary przystanął przy drzwiach.
- Widzisz synku – wymamrotał. – Jak się jest młodym, to świat wydaje się pokorny i mały, ot na wyciągniecie ręki - westchnął. - Ty myślisz na wojnę iść. Mnie zostawić z cierpieniami starości i lękami o ciebie, który na owej wojnie wojować będziesz – oblizał usta. - A wojna to piekło, którego nikt, kto je przeżył, nie chce nawet wspominać – wyszedł na zewnątrz.
- Oj staruszku. Ty zaraz tak tragicznie – chłopak poszedł za nim.
- Nie tragicznie – oburzył się dziadek – A prawdziwie. Ja na wojnie straciłem wszystko. Wszystko – powtórzył ze łzami w oczach. - Gdyby nie ty..- załkał, nie kończąc zdania.
Młodzieniec spojrzał na niego wnikliwie.
- Opowiedz mi - wyszeptał.
- Opowiem. Nie po to, by zaspokoić twoją ciekawość, ale żeby cię uchronić. Żebyś złej decyzji nie podjął - siadając na kamieniu, wystającym spod wysokiej trawy, rozglądnął się wokół i przetarł twarz rękawem lnianej koszuli. - Pochodzę ze starego rodu – kiwał głową. - Walecznego. Który oddawał swe dzieci do szkół zakonnych. Do Karteny. Pięć lat miałem, jak od matki mnie oderwano i do organizacji zaczęto przyuczać. Dawano jeść, ubierano – zawiesił głos. - Uczono jeździć konno, strzelać z łuku. Ot, tresura karnego i sprawnego wojownika, gotowego oddać życie dla Mistrza.
- Mistrza?! A któż to taki?!
- Pozwól narwańcze, że dokończę historię, a potem odpowiem na twoje pytania – rozzłościł się dziadek. – Po jedenastu latach nauki, przydzielono mnie pod dowództwo pogorianina, który tym sposobem dowodzenia się uczył. A to już szkółka nie była! Czy upał, czy mróz, czy deszcz, szliśmy bez jedzenia i wody, przezwyciężając strach i zmęczenie. Nie śpiąc i nie odpoczywając, jedząc jedynie dziko rosnące rośliny. Tak, tak – zadumał się. - Uczono nas opanowywać emocje i ból, mówić głośno i oddychać prawidłowo, by płuca wzmocnić. Uczono, jak wyplatać sieci i pokonywać wezbrane wody potoków, bez zamoczenia ubrania. Ćwiczono w posłuszeństwie... A gdy ukończyłem dwadzieścia lat, wcielono mnie do armii. Ord, ówczesny mistrz, pasował mnie na pariana i od tego czasu trzydzieści lat upłynęło mi na służbie. W tym pięć na wojnie. - potarł dłonią czoło. - Ale wreszcie swoje odsłużyłem i mimo wojny, wróciłem do domu, do grodu Albinaza. Ojciec mój już nie żył, tylko starusieńka matka mnie przywitała. Silny jeszcze byłem, umięśniony, młodo wyglądałem i dziewuchy za mną zaglądały. Niezłą partię stanowiłem. Światowy i uczony. I wtedy chorować zacząłem. Mówili, że nie przeżyję. Że każdy parian umiera, gdy do domu wraca, bo za innym światem tęskni. – westchnął. - A ja wiem, że to kopryz śmierć zadawał....Chudłem i leżałem w gorączce całymi tygodniami. Pot mnie oblewał i dreszcze wstrząsały ciałem – zmarszczył brwi. - Ale była we mnie ogromna wola życia, choć umierający rzeczywiście byłem. I pewnego dnia ozdrowiałem. A potem poznałem Arionę – przetarł zaczerwienione oczy, uśmiechając się nieznacznie. - Miała jasne włosy. Długie i miękkie. Piękne. Dobrze nam było ze sobą, ale dzieci nie mieliśmy. A ona tak kochała dzieci – potrząsnął głową. – Wtedy, jak ganoci do wód świętych chadzali, my też poszliśmy z nimi. I udało się. Matka twoja na świat przyszła, identycznie do twojej babki podobna – staruszek znów, bezwiednie uśmiechnął się do wspomnień - Wojna się zakończyła i wszystko pozornie wróciło do normalności. Ludzie do domów powrócili. Tyle tylko, że wciąż mnóstwo złoczyńców po lasach się kryło. I wtedy te porwania się zaczęły. Kobiety łapano. Nikt nie wiedział kto i po co.
Zamilkł na chwilę. Spojrzał na Kaliana z uwagą i lekką trwogą.
- A potem – westchnął. - Twoja matka, przyprowadziła do domu chłopca, jako tego z którym życie dzielić będzie. Ojciec twój to był. Dość znacznej postury, odważny i dobry człowiek. I dnia pewnego Gasta oznajmiła nam, że spodziewa się dziecka - otarł łzę, spływającą po zapadłym policzku - A, gdy na łożu w bólach leżała, żeby ciebie urodzić, pożar zaczął trawić domostwa. Szybko – pokręcił głową na boki.
Zadrżał.
- Ojciec twój wodą chatę polewał a ja mu pomagałem. Ariona przy matce twojej była. Niestety, dom zaczął płonąć jak pochodnia. Ojciec twój na nic nie bacząc, wdarł się do środka i wyniósł ciebie, nowo narodzonego - zawiesił głos.
Wzrok utkwił, gdzieś poza postrzeganiem.
- Pamiętam – powiedział Kalian. - Pamiętam ten ogień i mój strach. Myślałem, że to tylko sny takie miewam, które ogniem mnie prześladują. Teraz wiem, że prawdą było wszystko, co przed oczami nieraz widziałem.
Dziadek, jakby wybudzony z otępienia, spojrzał na niego uważnie.
- Jak to pamiętasz? Przecie maluśki byłeś. Ledwie na świat przyszedłeś.
- Pamiętam. Całe swoje życie pamiętam. Dzień po dniu, godzina po godzinie.
Starzec zmarszczył brwi.
- Zawsze dziwnym mi się wydawałeś – powiedział, po dłuższej chwili milczenia.
- Gadałeś do siebie, a jakem pytał z kim rozmawiasz, to żeś mówił, że i tak nie zrozumiem. A trzy lata tylko miałeś – wciąż żywo miał w pamięci tamtą chwilę i swoje własne zdziwienie.
- Powiedz dziadku. Jak zginął ojciec? – Kalian wpatrywał się w starca.
- Próbował matkę twoją ratować. Wszedł do płonącej chaty i tam już pozostał – powiedział dziadek z goryczą w głosie. - Widzisz synku, ile nieszczęść wojna ze sobą niesie. Udźwignąć ich nie sposób. Starość widzi wszystko wyraźniej i mądrzej. Nie pozwól, by cierpienie wdarło się w twoje życie. Do armii nikt cię nie powoła, boś nie parian, a na ochotnika, jako pierwszy szereg iść, to niechybna śmierć. Nie ciesz się z wojny chłopcze – powiedział smutno, wstając z kamienia i prostując plecy. - Ale, właśnie ...o mistrza pytałeś – przypomniał sobie – Tłumaczyć ci miałem kim był, ale ....
- Nie musisz – Kalian przerwał mu wpół zdania i odwrócił głowę, ku ciemnym i ciężkim chmurom. - Chodźmy, bo deszcz zaraz nas zmoczy.
Z oddali słychać było głuche grzmienie. Niebo zawyło groźnie i przeciągle. Starzec zrobił kilka kroków w kierunku chaty, ale przystanął, by spojrzeć na rysujące się granatową linią, góry.
- Co tam dziadku?
- Tarmodieses – starzec wskazał krzywym palcem na wypiętrzony białymi wierzchołkami masyw.
- Wiem przecież.
- Tam jest centrum organizacji, czy jak kto woli zakonu. Różnie to nazywają.
Kalian spojrzał machinalnie na odznaczający się na tle nieba, ciemny rys, pnących się wysoko szczytów.
- Co to znaczy? – spytał.
- Nie powinienem tego mówić, ale tam jest siedziba wojowników Ominis i samego mistrza - dziadek zmrużył oczy. - Dlaczego o niego nie pytasz ? – nie mógł zrozumieć brak zaineresowania, najważniejszym spośród ważnych.
- Po co? – chłopak wzruszył ramionami. - Zrozumiałem, że jest władcą – podniósł nieco głos. - Silnym i okrutnym.
Starzec wstrzymał oddech.
- Cicho synku ! – w jego oczach pojawił się strach. - Tak mówić nie wolno!
- Dlaczego? – chłopak lekko się zaśmiał. – Słyszy, aż z tak daleka? – zażartował.
- Może. Kto go tam wie – dziadek zamrugał nerwowo powiekami. - Teraz inny rządzi. Ord umarł, to i inny nastał – zmarszczył czoło, aż białe brwi zsunęły się i zasłoniły oczy.
- Skoro to zwykły człowiek, czemu budzi tyle emocji ? I czczą go, niczym jednego z bogów ?
Starzec naparł na drzwi i wszedł do środka.
- Kto powiedział, że to zwykły człowiek? – spytał, podejrzliwie spoglądając na wnuka.
- Ty.
- Ja? – zdziwił się stary. - Kiedy?
- Przed chwilą.
- No, synku. Aleć takich sztuczek, to ty ze mna nie uprawiaj! – poczerwieniał ze złości.
- Nie denerwuj się. Ja niekiedy ludzkie myśli słyszę.
Dziadek umilkł. Stał wpatrzony w chłopaka, jakby nie pojmując tego, co przed chwilą usłyszał. Usiadł po chwili na stołku i podparł głowę rękami, bo nagle wydała mu się ciężka i rozdęta. Próbował przypomnieć sobie swoje myśli, po czym strach wymalował się na jego twarzy.
- Czemu ja takich rzeczy o tobie nie wiem? – spytał poważnie.
Kalian westchnął.
- Nie chciałem cię martwić.
Starzec pokiwał głową, po czym przetarł twarz dłońmi, jakby chcąc zetrzeć z niej strach, który wydrapywał na niej zmarszczenie czoła, oczu i ust.
- Nie mów o tym – szepnął. - Nikomu i nigdy o tym nie mów!
Jego włosy odznaczały się wśród ciemności, jaka zapanowała na świecie, białą plamą.
- Pamiętaj! – dodał.
Za oknem, deszcz rozbijał się o ziemię, ogromnymi kroplami wzbijając w górę, kurz i pył. W oczach Kaliana pojawił się błysk zaciekawienia.
- Chcesz mi coś powiedziać ? – spytał dziadka, który w tej chwili wpatrzył się w podłogę, mamrocząc coś pod nosem.
- Widzisz chłopcze – zachrypiał starzec. - Nauczyłem cię wszystkiego com umiał sam, com z nauk i ze świata się dowiedział. Tyś uczeń pojętny. Lepszy od niejednego pariana jesteś. Silny. Ale w tobie też nadprzyrodzona siła drzemie, która bunt w tobie wywołuje i trwożyć ci się zabrania. Ona wydostać się chce koniecznie z ukrycia. Umiaru cię uczyłem. Pamiętaj o nim. Gdy dojrzą twoją moc zechcą cię zgładzić.
- Kto ?
- Każdy, który władzy jest rządny. Przyjaciel i wróg. Siła budzi lęk, gniew i nienawiść. Jak ją pokażesz, bać się będą i nienawidzić. Moc swoją ukrywaj.
Głos starca zadrżał i utknął w gardle. Kalian nie odezwał się i nie pytał już o nic więcej. Spojrzał w okno, na bure chmury, które zawisły nad chatą niczym baldachim.

Opublikowano

Plusem jest dla mnie to, że tekst nie porusza tematyki miłości - oklepanej w tym dziale do granic możliwości. Co do reszty to gorzej. Trudno napisać dobre opowiadanie fantastyczne, bo prawie wszystko już było. Dialogi nie są płynne. Według mnie sztuką jest stworzyć sprawny dialog z przeplataną opowieścią- tu go nie doświadczyłem. Wszystko wydawało mi się jakieś wymuszone. Moja ocena : 3-

Jeśli chcesz dodać odpowiedź, zaloguj się lub zarejestruj nowe konto

Jedynie zarejestrowani użytkownicy mogą komentować zawartość tej strony.

Zarejestruj nowe konto

Załóż nowe konto. To bardzo proste!

Zarejestruj się

Zaloguj się

Posiadasz już konto? Zaloguj się poniżej.

Zaloguj się
  • Ostatnio w Warsztacie

    • W HURTOWNI SŁÓW

       

      przed bramą hurtowni słów

      przed świtem staną tłumem

      znów dzień potrzebuje słów

      będą im krzykiem, szeptem

       

      a słowa drżą o swój los

      z kim dzisiaj będą, oj z kim…

      gdzie dzisiaj trafią, oj gdzie...

      czym dzisiaj będą, oj czym…

       

      a może dziś będą z kimś

      kto zrodzi wokół nas zło

      a słów mu potrzeba dziś

      by dobrem nazywać zło

       

      może trafią na ekran

      by je wysiać dla władców

      jako nasiona prawdy

      albo nasiona kłamców

       

      może będą tym szeptem

      co przychodzi ostatnim

      otulonym już mrokiem

      dotknąć czułym wyznaniem

       

      a słowa drżą o swój los

      z kim dzisiaj będą, oj z kim…

      gdzie dzisiaj trafią, oj gdzie…

      czym dzisiaj będą, oj czym…

       

      ANALIZA TEGO WIERSZA WYKONANA PRZEZ SZTUCZNĄ INTERLGENCJĘ

      1. Główny motyw: Upodmiotowienie słowa

      W tym utworze słowa nie są martwymi narzędziami. Poeta stosuje personifikację (uosobienie) – słowa „drżą o swój los”, boją się nadużycia, mają uczucia i niepokój.

      ·       Słowa jako ofiary: Nie mają wpływu na to, kto je wypowie. Są bezbronne wobec intencji człowieka.

      ·       Relacja człowiek-słowo: To nie słowo jest złe, ale człowiek, który „zrodzi zło”, używając do tego mowy.

      2. Analiza warstw znaczeniowych

      Sfera manipulacji i władzy

      Wiersz mocno akcentuje rolę słowa w przestrzeni publicznej:

      ·       „Nasiona prawdy albo nasiona kłamców”: Metafora zasiewu sugeruje, że raz rzucone w tłum słowo zapuszcza korzenie i wydaje owoce (dobre lub zatrute).

      ·       „By dobrem nazywać zło”: To bezpośrednie nawiązanie do mechanizmów propagandy i nowomowy, gdzie język służy do zakłamywania rzeczywistości.

      Sfera intymna

      Kontrastem dla „ekranów” i „władców” jest przedostatnia zwrotka:

      ·       Słowo jako szept, wyznanie, dotyk.

      ·       Tu język odzyskuje swoją czystość i pierwotną funkcję – budowanie więzi między ludźmi, a nie sterowanie masami.

      3. Budowa i styl

      Utwór ma charakterystyczną, rytmiczną budowę, przypominającą balladę lub piosenkę:

      ·       Refren: Powtarzające się pytania („z kim dzisiaj będą...”, „czym dzisiaj będą...”) podkreślają niepewność i egzystencjalny lęk słowa.

      ·       Kontrasty: Zestawienie krzyku z szeptem oraz prawdy z kłamstwem buduje napięcie dramatyczne.

      ·       Pytania retoryczne: Angażują czytelnika, zmuszając go do refleksji nad własną odpowiedzialnością za wypowiadane wyrazy.

      4. Przesłanie utworu

      Wiersz jest przestrogą. Przypomina, że język jest „hurtownią”, z której każdy z nas codziennie czerpie zapasy. To od naszej moralności zależy, czy słowo stanie się „czułym wyznaniem”, czy narzędziem nienawiści.

      Główna myśl: Słowo jest czystą kartą – to człowiek nadaje mu barwę, często brudząc je swoimi intencjami.

      Czy chciałbyś, abym...

      Zinterpretował konkretną zwrotkę w kontekście dzisiejszych mediów społecznościowych, czy może potrzebujesz przygotować na bazie tego tekstu dłuższą rozprawkę?

       

      Rozprawka: Słowo – bezbronne narzędzie czy potężna broń?

      Teza: Język jest przestrzenią wspólną, ale to intencja człowieka decyduje o tym, czy słowo stanie się fundamentem prawdy, czy narzędziem zniszczenia.

      Wstęp

      Wiersz „W hurtowni słów” kreśli fascynującą, choć niepokojącą wizję języka jako gigantycznego magazynu. Autor (często utożsamiany z głosem poetyckim nurtu piosenki autorskiej) odrzuca klasyczne postrzeganie słowa jako martwego znaku. W jego ujęciu słowa to byty niemal żywe, które „drżą o swój los”. Ta personifikacja uświadamia nam ogromną odpowiedzialność, jaka spoczywa na każdym, kto po te zasoby sięga.

      Słowo w służbie manipulacji

      Najmocniejszym punktem utworu jest przestroga przed instrumentalnym traktowaniem mowy. Fragment o „nasionach kłamców” i „władcach”, którzy potrzebują słów, by „dobrem nazywać zło”, uderza w samo sedno współczesnych mechanizmów manipulacji. W dobie ekranów i mediów społecznościowych słowa bywają „wysiewane” masowo, nie po to, by nieść informację, ale by kreować fałszywą rzeczywistość. Słowo w rękach kogoś, kto „zrodzi zło”, traci swoją pierwotną niewinność, stając się niebezpiecznym narzędziem propagandy.

      Potęga szeptu i prawdy

      Z drugiej strony wiersz ukazuje jasną stronę „hurtowni”. Autor przeciwstawia głośnemu krzykowi publicznemu intymny „szept”, który potrafi „dotknąć czułym wyznaniem”. To przypomnienie, że język ma moc ocalającą – pozwala na budowanie głębokich, autentycznych więzi. Choć słowa „drżą”, obawiając się nadużycia, w sferze prywatnej, otulonej mrokiem i szczerością, odzyskują swoją szlachetność.

      Zakończenie

      Podsumowując, utwór „W hurtowni słów” to głęboka lekcja etyki słowa. Poeta uczy nas, że język jest lustrem naszych intencji. Słowa same w sobie nie są złe, ale są bezbronne wobec naszych wyborów. Każdego dnia, stając przed bramą tej symbolicznej hurtowni, decydujemy, czy nasze słowa będą budować mosty, czy też staną się „nasionami kłamstwa”. Odpowiedzialność za „los słów” spoczywa wyłącznie na nas.

      Mały dodatek dla Ciebie (Kontekst porównawczy)

      Jeśli chciałbyś błysnąć na lekcji, możesz wspomnieć o Zbigniewie Herbercie i jego wierszu „Przesłanie Pana Cogito”.

      ·       U Herberta pojawia się wezwanie: „niech nie opuszcza cię twoja siostra Pogarda / dla szpiclów katów tchórzy”.

      ·       Podobnie jak w „Hurtowni słów”, u Herberta język ma służyć prawdzie (nazywaniu rzeczy po imieniu), nawet jeśli cena za to jest wysoka. Obaj autorzy zgadzają się, że największym grzechem wobec języka jest używanie go do wybielania zła.

       

      Edytowane przez Polman (wyświetl historię edycji)
  • Najczęściej komentowane w ostatnich 7 dniach



×
×
  • Dodaj nową pozycję...