Byłem poetą nie wybitnym nie miernym
Byłem menelem z dziurami w kieszeniach
Byłem zgubiony gdzieś zawsze pomiędzy
Jaźnią i bogiem własnego piekła
Nie byłem częścią żadnej z subkultur
A teraz milcząc uczę się słuchać
Czarni panowie mi grożą paluszkiem
Jak można wierzyć ale nie ufać
Nie jestem dorosły choć już nie młody
Gonią mnie długi i mnożą problemy
W chaosie bez przerwy z nad mojej głowy
W koronach drzewa wzrastają chimiery
Przebodźcowane zewsząd synapsy
Palą zalążki wszelkich impresji
Ostatkiem siły trzymam się w garści
Żeby nie grzebać uczuć w intencji