Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena

 

 


krew piach pot i łzy

 

 

 

 


"nie żyjesz
dopóki nie spłoniesz
a miłość to jedyny płomień
który nigdy nie gaśnie"
- Migrena





ona miała włosy jak ogień
a on śmiał się jak benzyna

nie mieli nic oprócz drogi
czarnej rany ciągnącej się przez noc
i starego motelu za plecami
gdzie zostawili klucze
resztki rozsądku
i wszystko co miało ich zatrzymać

wyrwali motor z cienia gdzieś obok
chrom błysnął jak ostrze
wyciągnięte z gardła nocy

i pojechali tam gdzie kończy się mapa

w ustach mieli wiatr i pył spalonej drogi
a między jej udami sierpień ciężki od żaru
co wyło jak silnik na czerwonym

wibracja stali wchodziła w mięśnie
a ich cienie ścigały się po asfalcie
jak wilki
głodne światła i krwi

zdzierał z jej ust gęstą noc

ona wgryzała się w krew jego ramion
zostawiając ślady zębów głębokie jak przysięga

bez czekania
aż krzyk pękał jak grzmot

ich krew wyła pod skórą jak przeciążony silnik

zsuwali z siebie ubrania wraz z rozsądkiem
wbici w siebie tak głęboko
jakby śmierć miała pomylić imiona

brat i siostra krwi

kochankowie bez metryki
bez prawa jazdy
bez przyszłości
tylko drapieżne oczy
rozgrzana skóra i słony pot
co spływał po kręgosłupie jak gorąca smoła

jej piersi pachniały skórą
nagrzaną do granicy dnia

jego dłonie zapadały się w dno jej brzucha

plaża nie miała granic

oni też nie

gorący piasek pod biodrami gniótł ich bezwstydnie
gdy brał ją zapatrzony w ciemność
a ona otwierała się przed nim jak noc
wypełniona wilgotnym krzykiem i amokiem

tam gdzie dotykali ziemi
nawet Bóg nie odważył się wypowiedzieć ich imion

wokół nich gęsta
nieprzenikniona próżnia
jakby wygryzali ze świata całe powietrze
i zostawiali w nim przerwę na wieczność

a on wyssał z jej gardła ostatni czysty krzyk
zostawiając na jej ciele nie zapach mężczyzny
ale gęsty żywy strach przed zmartwychwstaniem

tylko czysty nagi zachwyt
ostry jak potłuczone szkło

 



a potem spali w cieniu wydm
wciąż połączeni
ciasno splątani
z kropelkami soli na napiętych brzuchach

jak zgłodniałe wilki
syci miłością
głodni jutra

aż we śnie cień losu przeciął ich
jak błysk noża
i przez mgnienie zniknęli
bez siebie
bez tchnienia
tylko z echem

lecz gdy świt dotknął rzęs
szukali swoich ust na ślepo
pragnąc siebie znowu od pierwszego oddechu

mówili sobie na zawsze
z winem na języku i piaskiem w zębach

żyli tylko tyle ile potrafili płonąć

bo bezpieczne miejsca były grobami dla tych
którzy bali się ognia

nikt ich nie rozumiał

i dobrze

miłość była dzika i bezwstydna
miała zdarte kolana i uśmiech benzyny

a dzikie nie musi się troszczyć o jutro

żaden horyzont już ich nie utrzyma

jest tylko pusta flaszka po winie na wydmie
dwa wgłębienia w gorącym piasku
i swąd spalonej gumy

dzikie psy nie przepraszają za świt

żrą to co zostało z nocy
aż po sam stalowy rdzeń

 

 



 

Migrena

Migrena

 


 

 

 

 


"nie żyjesz
dopóki nie spłoniesz
a miłość to jedyny płomień
który nigdy nie gaśnie"
- Migrena





ona miała włosy jak ogień
a on śmiał się jak benzyna

nie mieli nic oprócz drogi
czarnej rany ciągnącej się przez noc
i starego motelu za plecami
gdzie zostawili klucze
resztki rozsądku
i wszystko co miało ich zatrzymać

wyrwali motor z cienia gdzieś obok
chrom błysnął jak ostrze
wyciągnięte z gardła nocy

i pojechali tam gdzie kończy się mapa

w ustach mieli wiatr i pył spalonej drogi
a między jej udami sierpień ciężki od żaru
co wyło jak silnik na czerwonym

wibracja stali wchodziła w mięśnie
a ich cienie ścigały się po asfalcie
jak wilki
głodne światła i krwi

zdzierał z jej ust gęstą noc

ona wgryzała się w krew jego ramion
zostawiając ślady zębów głębokie jak przysięga


bez czekania
aż krzyk pękał jak grzmot

ich krew wyła pod skórą jak przeciążony silnik


zsuwali z siebie ubrania wraz z rozsądkiem
wbici w siebie tak głęboko
jakby śmierć miała pomylić imiona

brat i siostra krwi

kochankowie bez metryki
bez prawa jazdy
bez przyszłości
tylko drapieżne oczy
rozgrzana skóra i słony pot
co spływał po kręgosłupie jak gorąca smoła

jej piersi pachniały skórą
nagrzaną do granicy dnia

jego dłonie zapadały się w dno jej brzucha

plaża nie miała granic

oni też nie

gorący piasek pod biodrami gniótł ich bezwstydnie
gdy brał ją zapatrzony w ciemność
a ona otwierała się przed nim jak noc
wypełniona wilgotnym krzykiem i amokiem

tam gdzie dotykali ziemi
nawet Bóg nie odważył się wypowiedzieć ich imion

wokół nich gęsta
nieprzenikniona próżnia
jakby wygryzali ze świata całe powietrze
i zostawiali w nim przerwę na wieczność

a on wyssał z jej gardła ostatni czysty krzyk
zostawiając na jej ciele nie zapach mężczyzny
ale gęsty żywy strach przed zmartwychwstaniem

tylko czysty nagi zachwyt
ostry jak potłuczone szkło


a potem spali w cieniu wydm
wciąż połączeni
ciasno splątani
z kropelkami soli na napiętych brzuchach

jak zgłodniałe wilki
syci miłością
głodni jutra

aż we śnie cień losu przeciął ich
jak błysk noża
i przez mgnienie zniknęli
bez siebie
bez tchnienia
tylko z echem

lecz gdy świt dotknął rzęs
szukali swoich ust na ślepo
pragnąc siebie znowu od pierwszego oddechu

mówili sobie na zawsze
z winem na języku i piaskiem w zębach

żyli tylko tyle ile potrafili płonąć

bo bezpieczne miejsca były grobami dla tych
którzy bali się ognia

nikt ich nie rozumiał

i dobrze

miłość była dzika i bezwstydna
miała zdarte kolana i uśmiech benzyny

a dzikie nie musi się troszczyć o jutro

żaden horyzont już ich nie utrzyma

jest tylko pusta flaszka po winie na wydmie
dwa wgłębienia w gorącym piasku
i swąd spalonej gumy

dzikie psy nie przepraszają za świt

żrą to co zostało z nocy
aż po sam stalowy rdzeń



×
×
  • Dodaj nową pozycję...