krew piach pot i łzy
"nie żyjesz
dopóki nie spłoniesz
a miłość to jedyny płomień
który nigdy nie gaśnie"
- Migrena
ona miała włosy jak ogień
a on śmiał się jak benzyna
nie mieli nic oprócz drogi
czarnej rany ciągnącej się przez noc
i starego motelu za plecami
gdzie zostawili klucze
resztki rozsądku
i wszystko co miało ich zatrzymać
wyrwali motor z cienia gdzieś obok
chrom błysnął jak ostrze
wyciągnięte z gardła nocy
i pojechali tam gdzie kończy się mapa
w ustach mieli wiatr i pył spalonej drogi
a między jej udami sierpień ciężki od żaru
co wyło jak silnik na czerwonym
wibracja stali wchodziła w mięśnie
a ich cienie ścigały się po asfalcie
jak wilki
głodne światła i krwi
zdzierał z jej ust gęstą noc
ona wgryzała się w krew jego ramion
zostawiając ślady zębów głębokie jak przysięga
bez czekania
aż krzyk pękał jak grzmot
ich krew wyła pod skórą jak przeciążony silnik
zsuwali z siebie ubrania wraz z rozsądkiem
wbici w siebie tak głęboko
jakby śmierć miała pomylić imiona
brat i siostra krwi
kochankowie bez metryki
bez prawa jazdy
bez przyszłości
tylko drapieżne oczy
rozgrzana skóra i słony pot
co spływał po kręgosłupie jak gorąca smoła
jej piersi pachniały skórą
nagrzaną do granicy dnia
jego dłonie zapadały się w dno jej brzucha
plaża nie miała granic
oni też nie
gorący piasek pod biodrami gniótł ich bezwstydnie
gdy brał ją zapatrzony w ciemność
a ona otwierała się przed nim jak noc
wypełniona wilgotnym krzykiem i amokiem
tam gdzie dotykali ziemi
nawet Bóg nie odważył się wypowiedzieć ich imion
wokół nich gęsta
nieprzenikniona próżnia
jakby wygryzali ze świata całe powietrze
i zostawiali w nim przerwę na wieczność
a on wyssał z jej gardła ostatni czysty krzyk
zostawiając na jej ciele nie zapach mężczyzny
ale gęsty żywy strach przed zmartwychwstaniem
tylko czysty nagi zachwyt
ostry jak potłuczone szkło
a potem spali w cieniu wydm
wciąż połączeni
ciasno splątani
z kropelkami soli na napiętych brzuchach
jak zgłodniałe wilki
syci miłością
głodni jutra
aż we śnie cień losu przeciął ich
jak błysk noża
i przez mgnienie zniknęli
bez siebie
bez tchnienia
tylko z echem
lecz gdy świt dotknął rzęs
szukali swoich ust na ślepo
pragnąc siebie znowu od pierwszego oddechu
mówili sobie na zawsze
z winem na języku i piaskiem w zębach
żyli tylko tyle ile potrafili płonąć
bo bezpieczne miejsca były grobami dla tych
którzy bali się ognia
nikt ich nie rozumiał
i dobrze
miłość była dzika i bezwstydna
miała zdarte kolana i uśmiech benzyny
a dzikie nie musi się troszczyć o jutro
żaden horyzont już ich nie utrzyma
jest tylko pusta flaszka po winie na wydmie
dwa wgłębienia w gorącym piasku
i swąd spalonej gumy
dzikie psy nie przepraszają za świt
żrą to co zostało z nocy
aż po sam stalowy rdzeń