Kiedy zatrzymujesz pixele jeszcze nie wiesz czy światło szczytuje, wypala do szpiku cynkowej bieli czy zwinęło rolkę z planu na przewidzenie.
Stoisz na bezdechu, pozwalasz się przydusić ciszy poduszką z piersi. I tak udajesz manekinowego trupa, ale nie stygniesz jak galaretka w lodówce. Jesteś tuż aż... zagapienie się. I prosisz o stoper i o sekundy i już...
Strzelasz i gdy już klapnie lustro, niezbiciem.
I to już, nie do powtórzenia, a ty w tym otworku wielkości tęczówki.
Właśnie odbiłeś uczucie – krzycz, już mi nie uciekniesz.
Nie potrzebuję ciemni do wywołania. Bo jesteś.
Kolorem na żywym tonie, balansem, przesłony mrugnięciem.