„życie zaczyna się wtedy,
gdy przestajesz liczyć dni.
a miłość
gdy przestajesz się bać ognia.”
ona pachniała deszczem i młodym liściem
on miał w oczach drogę która jeszcze nie znała nazw
motor szarpnął jak coś co nie chce już stać w miejscu
jak serce które przestało wierzyć w zimę
i ruszyli
prosto w zielone
w jasne
w nieznane
w ustach mieli śmiech o ostrych krawędziach
i smak powietrza po burzy
które drapało gardło
a między ciałami wiosnę
zbyt szybką
zbyt żywą
żeby ją zatrzymać
asfalt płonął pod nimi
lepki
ciemny
pachniał benzyną i wolnością
a ich cienie rwały się za nimi
jak psy spuszczone z łańcucha
jak stare życia
które jeszcze próbowały ich dogonić
dotykał jej tak
jakby świat zaczynał się dopiero pod palcami
ona rozrywała go na światło
jak wiatr rozrywa gałęzie
ich krew nie płynęła
szarpała się w żyłach
pełna ruchu
pełna hałasu
bez planu
bez mapy
bez potem
tylko teraz
napięte do granic
zatrzymali się tam
gdzie trawa była ciężka od wilgoci
a ziemia oddychała jak zwierzę
śmiali się za głośno
bez powodu
jakby coś w nich pękło i już nie chciało się skleić
kładli się w słońcu
jakby mogli je zużyć do końca
ona miała w dłoniach cały kwiecień
zmięty
żywy
prawdziwy
on oddawał jej każdy oddech
jak coś
czego nie da się odzyskać
nie pytali dokąd
nie pytali ile
nie pytali czy
bo wszystko działo się teraz
za szybko
za bardzo
wiatr przesuwał im dni po skórze
zostawiając ślady
słońce zapisywało ich ciała
w języku
który nie potrzebuje tłumaczenia
a noc kiedy przyszła
nie była końcem
była ciemniejszym początkiem
zasnęli spleceni
jak po ucieczce
jak po czymś
czego nie da się cofnąć
i nawet jeśli rano
rozrzuci ich w różne strony
zostanie w nich żar
nieczysty
żywy
nie do ugaszenia
bo wszystko co miało się zdarzyć
już wdarło im się pod skórą
i zostało