Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Historia edycji

Należy zauważyć, że wersje starsze niż 60 dni są czyszczone i nie będą tu wyświetlane
Migrena

Migrena



„życie zaczyna się wtedy,
gdy przestajesz liczyć dni.
a miłość
gdy przestajesz się bać ognia.”







ona pachniała deszczem i młodym liściem

on miał w oczach drogę która jeszcze nie znała nazw


motor szarpnął jak coś co nie chce już stać w miejscu
jak serce które przestało wierzyć w zimę


i ruszyli
prosto w zielone
w jasne
w nieznane


w ustach mieli śmiech o ostrych krawędziach
i smak powietrza po burzy
które drapało gardło


a między ciałami wiosnę
zbyt szybką
zbyt żywą
żeby ją zatrzymać


asfalt płonął pod nimi
lepki
ciemny

pachniał benzyną i wolnością


a ich cienie rwały się za nimi
jak psy spuszczone z łańcucha


jak stare życia
które jeszcze próbowały ich dogonić


dotykał jej tak
jakby świat zaczynał się dopiero pod palcami
ona rozrywała go na światło
jak wiatr rozrywa gałęzie


ich krew nie płynęła
szarpała się w żyłach
pełna ruchu
pełna hałasu


bez planu
bez mapy
bez potem


tylko teraz
napięte do granic


zatrzymali się tam
gdzie trawa była ciężka od wilgoci
a ziemia oddychała jak zwierzę


śmiali się za głośno
bez powodu
jakby coś w nich pękło i już nie chciało się skleić


kładli się w słońcu
jakby mogli je zużyć do końca


ona miała w dłoniach cały kwiecień
zmięty
żywy
prawdziwy


on oddawał jej każdy oddech
jak coś
czego nie da się odzyskać


nie pytali dokąd
nie pytali ile
nie pytali czy


bo wszystko działo się teraz
za szybko
za bardzo


wiatr przesuwał im dni po skórze
zostawiając ślady


słońce zapisywało ich ciała
w języku
który nie potrzebuje tłumaczenia


a noc kiedy przyszła
nie była końcem


była ciemniejszym początkiem


zasnęli spleceni
jak po ucieczce
jak po czymś
czego nie da się cofnąć


i nawet jeśli rano
rozrzuci ich w różne strony
zostanie w nich żar


nieczysty
żywy
nie do ugaszenia


bo wszystko co miało się zdarzyć
już wdarło im się pod skórą


i zostało

 

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena



„życie zaczyna się wtedy,
gdy przestajesz liczyć dni.
a miłość
gdy przestajesz się bać ognia.”







ona pachniała deszczem i młodym liściem

on miał w oczach drogę która jeszcze nie znała nazw


motor szarpnął jak coś co nie chce już stać w miejscu
jak serce które przestało wierzyć w zimę


i ruszyli
prosto w zielone
w jasne
w nieznane


w ustach mieli śmiech o ostrych krawędziach
i smak powietrza po burzy
które drapało gardło


a między ciałami wiosnę
zbyt szybką
zbyt żywą
żeby ją zatrzymać


asfalt płonął pod nimi
lepki
ciemny

pachniał benzyną i wolnością


a ich cienie rwały się za nimi
jak psy spuszczone z łańcucha


jak stare życia
które jeszcze próbowały ich dogonić


dotykał jej tak
jakby świat zaczynał się dopiero pod palcami
ona rozrywała go na światło
jak wiatr rozrywa gałęzie


ich krew nie płynęła
szarpała się w żyłach
pełna ruchu
pełna hałasu


bez planu
bez mapy
bez potem


tylko teraz
napięte do granic


zatrzymali się tam
gdzie trawa była ciężka od wilgoci
a ziemia oddychała jak zwierzę


śmiali się za głośno
bez powodu
jakby coś w nich pękło i już nie chciało się skleić


kładli się w słońcu
jakby mogli je zużyć do końca


ona miała w dłoniach cały kwiecień
zmięty
żywy
prawdziwy


on oddawał jej każdy oddech
jak coś
czego nie da się odzyskać


nie pytali dokąd
nie pytali ile
nie pytali czy


bo wszystko działo się teraz
za szybko
za bardzo


wiatr przesuwał im dni po skórze
zostawiając ślady


słońce zapisywało ich ciała
w języku
który nie potrzebuje tłumaczenia


a noc kiedy przyszła
nie była końcem


była ciemniejszym początkiem


zasnęli spleceni
jak po ucieczce
jak po czymś
czego nie da się cofnąć


i nawet jeśli rano
rozrzuci ich w różne strony
zostanie w nich żar


nieczysty
żywy
nie do ugaszenia


bo wszystko co miało się zdarzyć
już wydarło im się pod skórą


i zostało

 

 

 

 

 

 

Migrena

Migrena




„życie zaczyna się wtedy,
gdy przestajesz liczyć dni.
a miłość
gdy przestajesz się bać ognia.”








ona pachniała deszczem i młodym liściem
on miał w oczach drogę
która jeszcze nie znała nazw

motor zadrżał pod nimi
jak serce wyrwane z zimy
i ruszyli
prosto w zielone w jasne w nieznane

w ustach mieli śmiech
i smak powietrza po burzy
a między ciałami wiosnę
która rosła szybciej niż rozsądek

asfalt płonął przed nimi jak obietnica
pachniał benzyną i wolnością
a ich cienie
gubiły się za nimi
jak stare życia
których już nie chcieli


dotykał jej tak
jakby uczył się świata od nowa
ona rozplatała go
jak wiatr rozplata gałęzie

ich krew była lekka
pełna światła i ruchu
jakby nie płynęła
tylko krzyczała

bez planu bez mapy  bez "potem”
tylko teraz
rozpięte jak niebo nad drogą

zatrzymali się tam
gdzie trawa była jeszcze wilgotna
a ziemia oddychała ciepłem

śmiali się bez powodu
kładli się w słońcu
jakby należało do nich

ona miała w dłoniach cały kwiecień
on oddawał jej każdy oddech
jak coś jedynego

nie pytali dokąd
nie pytali ile
nie pytali czy

bo wszystko działo się właśnie teraz

wiatr przesuwał im dni po skórze
słońce zapisywało ich ciała
w języku, którego nikt nie tłumaczy

a noc
kiedy przyszła
nie była końcem
tylko kolejnym początkiem

zasnęli spleceni
jakby świat mógł się rozpaść
a oni i tak zostaliby razem

i nawet jeśli rano
rozrzuci ich w różne strony

zostanie w nich żar

bo wszystko co miało się zdarzyć
już stało się wiecznością

 

 

 

 

 

 

 



×
×
  • Dodaj nową pozycję...